wtorek, 24 października 2023


Charles Gati – historyk z solidną uniwersytecką pozycją, w młodości uczestnik powstania październikowego na Węgrzech, później od wielu lat w Stanach Zjednoczonych, opublikował kapitalną książkę o tym powstaniu. Skonfrontował wyobrażenia i politykę głównych aktorów sceny politycznej na Węgrzech oraz dwóch potęg zewnętrznych, Związku Radzieckiego i Stanów Zjednoczonych. Sięgnął do uprzednio niedostępnych źródeł, poradzieckich i amerykańskich, z dokumentacją CIA włącznie. Dokonał rzeczy niezwykle trudnej. Z pietyzmem złożył hołd bohaterom i ofiarom węgierskiego zrywu wyzwoleńczego, a jednocześnie w analizie i ocenie wydarzeń zachował naukowy dystans i poznawczy krytycyzm najwyższej próby. Jego ustalenia i hipotezy są nowatorskie i pouczające. Dzieło to nie ma nic wspólnego z typowymi dla naszych czasów kombatanckimi powiastkami „ku czci”, ale też świadczy o prawdziwym szacunku dla przeszłości, dla jej dokonań i doświadczeń. Można jedynie pozazdrościć.

Powstanie węgierskie zostało zdławione przez armię radziecką, jakby w repetycji dramatu 1849 r., kiedy to wojska cesarstwa rosyjskiego dowodzone przez feldmarszałka Iwana Paskiewicza, „kniazia warszawskawo” i „grafa jerywanskawo”, pomaszerowały za Karpaty i „uśmierzyły” rewolucję węgierską. Gati sądzi, że w 1956 r. mogło być inaczej, że los Węgier nie był z góry przesądzony, że wiele szans nie zostało wykorzystanych. I wspiera to przekonanie poważnymi argumentami.

Radziecki postalinowski zespół przywódczy, uwikłany w wewnętrzne rywalizacje i walki sukcesyjne, w połowie lat 50. nie miał – według Gatiego – w sprawie państw zwasalizowanych skrystalizowanej polityki. Nie zamierzał demontować imperium, ale też odczuwał potrzebę dostosowania do nowych warunków, do innego już etapu zimnej wojny. W konfrontacji z węgierskim kryzysem szefowie Kremla nie od razu nastawiali się na brutalną interwencję, nie wykluczali eksperymentowania i ustępstw. Imre Nagy, wyrastający na przywódcę sił reformatorskich i narodowych, początkowo cieszył się ich zaufaniem. Szanse Węgier zwiększało położenie na uboczu od głównej linii radzieckich interesów strategicznych i na styku z titowską Jugosławią, z którą ZSRR właśnie normalizował swoje stosunki, dramatycznie zaostrzone w czasach stalinizmu.

Gatiego analizy ówczesnej polityki ZSRR odbiegają od najchętniej dziś lansowanych: „Ukształtowany przez Stalina system relacji między wątpliwymi sojusznikami skończył się niepowodzeniem, ponieważ polityczne i ekonomiczne koszty utrzymania imperium były ogromne… Podobnie jak terror wewnętrzny paraliżował funkcjonowanie elit, a konfrontacja z Zachodem szkodziła sowieckim interesom, także stalinowska dominacja nad innymi krajami komunistycznymi stała się ciężarem. Dla dobra interesów sowieckich należało ten balast zmniejszyć. A zatem zmiany były konieczne. Powinny one jednak wydawać się skromne i niepozorne, by nie naruszyć delikatnej równowagi sił w sowieckiej polityce. Gdyby w ciągu kilku lat wojska sowieckie wycofały się z Węgier, kraj mógłby ewoluować w tę stronę co gomułkowska Polska lub titowska Jugosławia…Węgry jednak nie chciały być drugą Polską… Imre Nagy nie był Gomułką, kardynał Mindszenty nie był Wyszyńskim, a Redakcją Węgierską RWE nie kierował Nowak.

30 października komuniści węgierscy nie rządzili swoim państwem… Dwa wydarzenia tego dnia w Budapeszcie – dokonany rano na placu republiki lincz na funkcjonariuszach urzędu bezpieczeństwa i popołudniowa deklaracja powrotu do systemu wielopartyjnego – najwyraźniej przekonały Chruszczowa, że Nagy i inni komuniści są zbyt słabi, by utrzymać porządek…”. Charles Gati wnikliwie zwraca uwagę na to, że Kreml w swej polityce wobec państw socjalistycznych brał pod uwagę dwa różne kryteria, dbał zarówno o „spójność bloku”, jak też liczył się ze „sprawnością reżimu”. Łatwiej tolerował nawet znaczne odrębności ustrojowe i dysydencje polityczne, jeśli rządzące narodowo-komunistyczne partie mocno trzymały w ręku ster rządów. Na ostatecznym stanowisku radzieckim wobec kryzysu węgierskiego zaważył – jak pisze – również „głęboko zakorzeniony w rosyjskiej kulturze politycznej strach przed rozruchami i zamieszkami”.

Ważkie przyczyny niewykorzystania szans powstania węgierskiego Gati dostrzega więc w słabościach koncepcyjnych i pragmatycznych węgierskich aktorów sceny politycznej, przede wszystkim w nieobecności realpolitik. W kręgach kierowniczych rządzącej partii przeważała orientacja neostalinowska i nadzieja na opanowanie społecznego poruszenia siłą, i to radziecką. Frakcja reformatorska była słaba, doszła do władzy za późno i przez kilka kluczowych dni nie umiała ani skrystalizować swego stanowiska, ani zdyscyplinować swych zwolenników i sojuszników. Powstanie zbrojne wybuchło żywiołowo i rozwijało się niejako obok nowego, już reformatorskiego rządu Imre Nagya. Pozbawione jednolitego kierownictwa, zachowało żywiołowy charakter i formułowało spontanicznie, a częściowo pod wpływem RWE maksymalistyczne i pozbawione realizmu żądania.

Ruch miał rozmach i ideowe oblicze narodowego powstania, ale w organizacyjnych i politycznych formach nie wyszedł poza ramy potężnej ludowej rewolty. Nieprzypadkowo chyba w tytule swej książki Gati użył określenia „1956 Hungarian Revolt”, co w polskim wydaniu przełożono niezbyt ściśle, lecz bardziej poprawnie politycznie jako „powstanie”.

Gati nie oszczędza amerykańskiej polityki. Administracji Eisenhowera ma za złe przede wszystkim hipokryzję. W deklaracjach propagandowych głosiła ona politykę „wyzwalania” krajów zależnych od ZSRR, w rzeczywistości nigdy nie zamierzała jej realizować, a żadnych alternatywnych pomysłów i planów nawet wstępnie nie opracowała. Gati wysuwa sugestie, że zmarnowano wówczas szansę negocjowanego zakończenia zimnej wojny oraz zastąpienia uzależnienia państw Europy Środkowej przez ustanowienie tam reżimów przypominających jugosłowiański titoizm. Ta hipoteza chyba idzie zbyt daleko. Zimna wojna miała głębsze źródła i nie toczyła się wyłącznie o Europę Środkową. Jednak jakieś szanse na pewno zmarnowano.

Praca Gatiego jest wielką zachętą do niemodnych obecnie studiów porównawczych w zakresie historii bloku radzieckiego. Panuje prawie niepodzielnie propagandowa skłonność do generalizacji. Wszystko wrzuca się do jednego „totalitarnego” worka. Tymczasem właśnie w 1956 r. uderza odmienność sytuacji Węgier i Polski.

Przede wszystkim pod względem przebiegu wydarzeń i ich rezultatu. W Polsce inicjatywa wykorzystania pomyślnych okoliczności geopolitycznych dla zmniejszenia zależności od ZSRR i modernizacji oraz liberalizacji systemu wyszła z szeregów rządzącej partii. Wyłoniła się w niej potężna frakcja reformatorska, która w mniejszym lub większym stopniu utrzymała kontrolę wydarzeń, nawet w okresie silnego wzburzenia społecznego. Ulica nie rządziła tym procesem. Zaskakująco silne okazało się myślenie w kategoriach realizmu politycznego. Mierzono zamiary na siły i szanse.

Wydaje się jednak, że w grę wchodziły również różnice głębsze, nie tylko sytuacyjne, związane z kryzysem 1956 r. Ze źródłowo udokumentowanego opisu Charlesa Gatiego wynika, że węgierska partia komunistyczna zarządzana była z Kremla prawie bezpośrednio, jak w kraju inkorporowanym. Szefów tej partii wzywano na odprawy, besztano, dyktowano decyzje personalne. Jeszcze w lipcu 1956 r. Anastas Mikojan osobiście rekomendował komitetowi centralnemu węgierskiej partii kandydaturę Ernő Gerő na stanowisko pierwszego sekretarza. W przypadku Polski było to niemożliwe już od lata 1945 r., czyli od zakończenia wojny i powstania Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej. Brutalne zbesztanie Bieruta przez Stalina w październiku 1944 r. nigdy się nie powtórzyło. Owszem, kierownictwo PPR i później PZPR jeździło do Moskwy „po rady” generalissimusa, ale nie traktowało ich jak rozkazów i też nie zawsze się do nich stosowało. Wbrew Stalinowi przeprowadzono nieudane referendum w 1946 r., inaczej, niż on sugerował, rozegrano wybory 1947 r. Nie posłuchano „rady”, aby funkcję premiera powierzyć Oskarowi Langemu.

Wbrew opinii Stalina utworzono Ministerstwo Ziem Odzyskanych i szefostwo tego resortu powierzono Gomułce. Przesiadywanie radzieckich przywódców w stolicy i bezpośrednie sterowanie miejscowymi sprawami było nie do pomyślenia nawet w okresie stalinowskim. Wyjątkowy przypadek pojawienia się Chruszczowa na obradach Komitetu Centralnego PZPR (6. plenum KC 20 marca 1956 r.) zakończył się awanturą z salą i opuszczeniem przezeń posiedzenia.

Zastanawiając się nad odmiennym zachowaniem się Kremla wobec Polski i Węgier nie mogę oprzeć się wrażeniu, że wiąże się to z II wojną światową i jej zakończeniem. Węgry były państwem pokonanym, okupowanym i zarządzanym przez Związek Radziecki. Mimo zawarcia w 1947 r. traktatu pokojowego wiele z tego pozostało. Polska była państwem sojuszniczym i nawet zwasalizowana miała inną, mocniejszą pozycję. Nie pozostało to bez wpływu również na przebieg i wynik kryzysu roku 1956.

Niejako na marginesie książki Gatiego godzi się przypomnieć stosunek Władysława Gomułki do dramatycznego finału powstania węgierskiego i losu Imre Nagya. O zamiarze interwencji zbrojnej dowiedział się od Chruszczowa w czasie krótkiego spotkania w Brześciu 1 listopada. Przyjął to do wiadomości, ale podtrzymał zasadnicze stanowisko, że interwencja obcych wojsk „jest złem” w każdych warunkach. Nie miał zrozumienia dla polityki Imre Nagya przede wszystkim z pozycji realpolitik, obawiał się o los Polski. W odróżnieniu jednak od Tita, który pomógł władzom radzieckim w oszukańczym ujęciu Nagya i współtowarzyszy, Gomułka przez wiele miesięcy, jako jedyny przywódca państwowy w bloku radzieckim, podejmował zabiegi o uratowanie życia węgierskiego premiera. Interweniował bezpośrednio u Chruszczowa w maju 1957 r., także wielokrotnie kanałami dyplomatycznymi u Kadara. Wyrokiem i egzekucją Nagya w czerwcu 1958 r. był zaskoczony. Przez 10 dni zwlekał, zanim zdecydował się publicznie zaakceptować fakt dokonany.

pazdziernik56.pl

Tow. Gomułka: Wasz przyjazd jest ingerencją w nasze sprawy.

Tow. Chruszczow: Chcą nas oderwać od naszych wojsk w Niemczech Zachodnich.

Tow. Gomułka: Kto chce?

Tow. Chruszczow: Polska. Macie zamiar usunąć z Biura Politycznego tow. tow. Rokossowskiego, Jóźwiaka, Nowaka, Gierka, a wprowadzić – Morawskiego. Nie możemy do tego dopuścić i jeśli postawicie nas przed faktami dokonanymi, będziemy zmuszeni brutalnie ingerować.

Tow. Ochab: Polscy komuniści siedzieli w waszych więzieniach i widocznie znowu będą siedzieć.

Tow. Chruszczow: Ja tak nie powiedziałem, nie przekręcajcie. Chcecie popsuć naszą przyjaźń. Dla dobra naszych interesów, interesów całej międzynarodowej klasy robotniczej i przede wszystkim dla dobra Polski, nie możemy tego znosić.

Tow. Kaganowicz: Po to właśnie przyjechaliśmy, żeby przed faktem dokonanym porozmawiać z wami.

Tow. Gomułka: Naprawdę uważacie, że tylko ci towarzysze (Rokossowski i inni) są gwarancją przyjaźni z wami? My też nie chcemy jej naruszać.

Tow. tow. Kaganowicz i Mikojan: Nie, nie tylko oni są gwarancją przyjaźni, ale oni i wy razem.

Tow. Chruszczow: Zrozumcie, że nie przyjechaliśmy po to, żeby was wykorzystywać i coś wam zabrać. Nigdy nie wtrącaliśmy się do waszych spraw.

Tow. Gomułka: Chodzi o to, że skoro nie wtrącaliście się, to niech wszystko zostanie po staremu i teraz też się nie wtrącajcie.

Tow. Chruszczow: Chcecie postawić nas przed faktem dokonanym. Wasza prasa oskarża nas, właśnie teraz, że pod koniec wojny wywieźliśmy z Polski jakieś drobiazgi, a faktycznie Związek Radziecki zawsze pomagał i pomaga Polsce Ludowej.

Tow. Mikojan: Proponowaliśmy wam zwrot terenów z rudami uranu, ale odpowiedzi od was nie ma, chociaż minęło wiele miesięcy.

Tow. Chruszczow: Mógłbym wręczyć wam, drogi tow. Gomułka, listę osób, zjedzonych w latach 1946-47 podczas głodu na Ukrainie, gdy w tym samym czasie dawaliśmy wam zboże, dawaliśmy wam nie jego nadwyżki, a odrywaliśmy je od żywego ciała naszego narodu. Oto, jaki jest nasz stosunek do Polski.

Tow. Mołotow: Uwzględniając szczególną wagę kwestii przyjaźni polsko-radzieckiej, nie możemy kierować się formalnym punktem widzenia na równoprawność. Nie bylibyśmy komunistami, gdybyśmy w obecnych warunkach tak postąpili.

Tow. Gomułka: Przedyskutujemy te kwestie i przyjdziemy do was za dwie, trzy godziny.

Tow. Kaganowicz: Dlaczego aż tak późno?

Tow. Chruszczow: Towarzyszu Gomułka, taki towarzysz jak Rokossowski zrobił dla wyzwolenia Polski nie mniej od każdego z was, a być może więcej. Odrzućcie emocje, wzburzone w wyniku naszej ostrej rozmowy i porozmawiajmy spokojnie. Zrozumcie, że bez Związku Radzieckiego Polska nie może zapewnić swojej niepodległości i nienaruszalności granic. A rewanżyści Zachodnich Niemiec są coraz bardziej zuchwali.

Tow. Gomułka: Pójdziemy już. Musimy przecież porozmawiać o początku plenum. Później wrócimy.

O godz. 12.00 rozmowy zostały wznowione. Uczestniczyli członkowie Biura Politycznego KC PZPR, tow. tow.: Gierek, Dworakowski, Zawadzki, Zambrowski, Z. Nowak, R. Nowak, Ochab, Rapacki, Rokossowski, Jóźwiak, Cyrankiewicz oraz zastępcy członków Biura Politycznego KC PZPR tow. tow.: Jędrychowski, Stawiński, Chełchowski. W rozmowie uczestniczył tow. Gomułka (dalej wykreślono słowa: Podczas rozmowy obecny był tow. Ponomarienko).

Ze strony radzieckiej w rozmowie uczestniczyli członkowie Prezydium KC KPZR tow. tow.: Kaganowicz, Mikojan, Mołotow, Chruszczow. Obecny był tow. Ponomarienko.

Spotkaniu przewodniczył tow. Ochab. Uczestnicy zdecydowali, że nie będzie ono oficjalnie protokołowane.

Tow. Ochab: Muszę powiedzieć, że nasi towarzysze są szczególnie zaniepokojeni uwagą tow. Chruszczowa o ingerencji. Trzeba wyjaśnić, o jakim ingerowaniu jest mowa.

Tow. Gomułka: Chcemy, żebyście przedstawili swoją ocenę sytuacji w Polsce i żebyście powiedzieli, co znaczy oświadczenie tow. Chruszczowa, że gotowi jesteście zdecydowanie interweniować, by nie dopuścić do naruszenia przyjaźni polsko-radzieckiej. Trudno byłoby mi pracować w takiej atmosferze. Jest to trudne dla większości naszych towarzyszy. Powiedzcie, tow. Chruszczow, co myślicie o tym, by stworzyć sprzyjającą atmosferę dla rozmów między nami, jak między komunistami.

(…)

pazdziernik56.pl

Przedstawiciele ukraińskich służb specjalnych potwierdzili dziennikarzom podejrzenia, że głównym celem ataku SBU na Darię Duginę był jej ojciec, filozof Aleksandr Dugin – podobnie jak córka ideolog rosyjskiego imperializmu i militaryzmu. Dugina zginęła w sierpniu 2022 r. w zamachu bombowym.

Rozmówcy Washington Post stwierdzili także, że FSB trafnie zidentyfikowało jako podejrzaną – 42-letnią Ukrainkę Natalię Wowk. Kobieta razem z córką wyjechały do Rosji jako uciekinierki wojenne z terenów zajętych przez Rosjan w lipcu 2022 roku. Wynajęła mieszkanie w Moskwie tym samym osiedlu co Dugina i przez dłuższy czas śledziła cel ataku.

Źródła amerykańskiej gazety podają również, że Wowk przemyciła bombę w tajnym schowku umieszczonym w przenośnej klatce dla zwierząt. Przewiozła ją załadowanym po sufit samochodzie, co również utrudniło wykrycie ładunku wybuchowego. Motywacją kobiety była częściowo zemsta za rosyjską okupację jej rodzinnego Mariupola. Rozmówcy nie chcieli wyjaśnić, czy służyła w SBU.

(...)

Domniemana autorka zamachu zdążyła wyjechać do Estonii. 


(...)

Operacje te mają budzić niepokój i mieszane oceny zarówno po stronie amerykańskiej, jak i wśród samych Ukraińców, którzy wskazywali, że są ważniejsze cele i że w przyszłości podobne operacje mogą wymknąć się spod kontroli.

– Jesteśmy świadkami narodzin służb wywiadowczych, które są jak [izraelski] Mossad w latach 70. – powiedział gazecie były przedstawiciel CIA, wskazując na izraelską służbę znaną z zabójstw poza granicami kraju.

Takie zdolności ukraińskich służb mają być również zasługą CIA, ze względu na duże wysiłki włożone w ich rozwój. Waszyngton miał wydać miliony dolarów m.in. na szkolenia z operacji za liniami wroga, zaawansowany sprzęt do wywiadu elektronicznego, czy nawet budowę nowych budynków HUR.

Zwłaszcza rozwój wywiadu wojskowego – służby młodszej i mniej obciążonej powiązaniami z Rosją i posowieckimi kadrami SBU – miał być szczególnym priorytetem USA. Stosunek CIA do SBU był bardziej nieufny, a na potrzeby tej współpracy stworzono wewnątrz służby dodatkowy, osobną i odizolowaną dyrekcję, nazwaną Dyrekcją V (kolejną stworzono do współpracy z brytyjskimi służbami).

– Obliczyliśmy, że HUR był mniejszą i bardziej elastyczną organizacją, gdzie mielibyśmy większy wpływ. HUR był naszym małym dzieckiem. Daliśmy im cały nowy sprzęt i szkolenia  – powiedział gazecie jeden z byłych funkcjonariuszy CIA.

Wsparcie to miało pozwolić Ukraińcom na przechwytywanie ogromnej ilości danych i rozmów rosyjskich wojskowych i funkcjonariuszy FSB oraz zbudowanie sieci agentów wewnątrz rosyjskich struktur. Ukraińcy mieli pozwalać Amerykanom zarówno na wgląd do danych, jak i dostęp do agentów. Amerykańskie i zachodnie służby miały też prawdopodobnie udział w stworzeniu małych morskich dronów, które Ukraina wykorzystała m.in. do ataku na Most Krymski.

Według WP szeroki dostęp Ukraińców do komunikacji rosyjskich żołnierzy i służb paradoksalnie przysłużył się jednak do ukraińskiego sceptycyzmu co do ryzyka pełnoskalowej inwazji w lutym 2022 r. Wynikało z nich bowiem, że podsłuchiwani Rosjanie nie wiedzieli nic na temat planowanej inwazji. USA w swoim osądzie bazowały na innym zestawie informacji, którymi początkowo nie dzieliły się z Ukraińcami.

belsat.eu/PAP

Na zdjęciach widać pociski kalibrów 122 mm oraz 152 mm, czyli dwóch podstawowych we wschodniej artylerii. Tych, których Rosjanie zużywają zdecydowanie najwięcej. Dotychczas nie było publicznie dostępnych zdjęć północnokoreańskiej amunicji artyleryjskiej w skrzyniach transportowych. Właściwie to w ogóle nie było zdjęć pocisków produkowanych przez to państwo. Styl napisów i opakowania ma jednak nie pozostawiać wątpliwości.

Zdjęcia publikowane przez Rosjan zbiegają się z informacjami pochodzącymi z innych źródeł na temat północnokoreańskich dostaw amunicji. Przy czym Amerykanie już od roku okresowo informowali o wsparciu rosyjskiego wojska przez Koreę Północną, jednak nie było na to publicznie dostępnych dowodów. Co więcej, te pojawiające się teraz, zbiegają się ze znaczną intensyfikacją kontaktów Moskwy i Pjongjangu na najwyższym szczeblu. Pod koniec lipca w Korei Północnej był rosyjski minister obrony Siergiej Szojgu, we wrześniu Rosję odwiedził północnokoreański dyktator Kim Dzong Un, a rosyjski minister spraw zagranicznych Siergiej Ławrow w październiku Koreę Północną. Intensyfikacja relacji dwustronnych ewidentnie wskazuje na zacieśnienie współpracy.

Oficjalnych informacji na ten temat jednak nie ma. Obie strony wypierają się kooperacji w zakresie dostaw amunicji. Poza zdjęciami wspomnianymi na wstępnie pojawił się jednak inny przekonujący dowód. To raport brytyjskiego think tanku RUSI, oparty głównie o serię zdjęć satelitarnych wykonanych nad wschodnim krańcem Azji. Widać na nich dwa porty, północnokoreański Rason i rosyjski Dunaj. Ten pierwszy mieści się na samym północnym skraju Korei Północnej w pobliżu granicy z Rosją i Chinami. Ten drugi tak naprawdę nie jest portem, ale starą i zapuszczoną bazą dla okrętów podwodnych, zbudowaną w czasach ZSRR kilkadziesiąt kilometrów od Władywostoku.

W ostatnich dniach sierpnia i na początku września w oba miejsca tchnięto nowe życie, za sprawą trzech rosyjskich statków Angaria, Maria i Lady R, które przypłynęły z wód okalających europejską część Rosji. Wszystkie są kontrolowane przez firmy powiązane z rosyjskim wojskiem i od lat wykonują zadania specjalne na jego rzecz, oraz na rzecz rosyjskiego handlu uzbrojeniem. Od końca sierpnia zaczęły kolejno wykonywać wahadłowe rejsy pomiędzy Rason i Dunaj, transportując kontenery. Wszystko z wyłączonymi transponderami ASI, które na statkach cywilnych zazwyczaj są włączone i podają ich pozycję. Ruchy trzech rosyjskich statków były jednak śledzone przez satelity. Łącznie zarejestrowano sześć ich rejsów na trasie Rason-Dunaj. Miały w ich trakcie przetransportować kilkaset kontenerów.

W Dunaj były one ładowane na wagony, na bocznicy mającej ostatecznie połączenie z koleją Transsyberyjską. Dalej ich ruchy trudno było śledzić przy użyciu cywilnych satelitów, jednak bardzo podobne kontenery (w dominujących niebieskich barwach, z dodatkiem czerwieni) zaobserwowano na prawie drugim krańcu Rosji. Dokładniej w składzie amunicji kilka kilometrów za obrzeżami miasta Tichorieck w kraju Krasnodarskim. W ostatnich miesiącach przeżył on gwałtowną rozbudowę. Obok tradycyjnych bunkrów amunicyjnych i hal wykopano liczne prowizoryczne zagłębienia otoczone wałami ziemnymi. Na zdjęciach satelitarnych widać, że kontenery zdjęte z pociągów są rozładowywane i w przygotowanych zagłębieniach pojawiają się jakieś obiekty, mogące być stertami skrzyń amunicyjnych.

Wszystko to dzieje się około 200 kilometrów w linii prostej od najbliższej przedwojennej granicy z Ukrainą. Blisko Donbasu, oraz drogi na Krym przez most nad Cieśniną Karczeńską, którym płynie istotna część zaopatrzenia dla rosyjskich wojsk na Zaporożu.

Analitycy RUSI nie byli w stanie dokładnie oszacować skali dostaw amunicji. Ocenili jedynie, że w ciągu nieco ponad miesiąca trzy statki przetransportowały co najmniej kilkaset kontenerów. Swoją opinię na ten temat wyraził publicznie odchodzący szef estońskiego wywiadu wojskowego, pułkownik Ants Kiviselg. - Doniesienia mówią o dostarczeniu do Tichoriecka do tysiąca morskich kontenerów. Każdy może pomieścić od 300 do 350 pocisków artyleryjskich. Czyli oznacza to dostawę około 300-350 tysięcy pocisków - mówił na konferencji prasowej, cytowany przez estońskiego nadawcę publicznego ERR.

Przy okazji Estończyk w interesujący sposób rozwinął ten wątek. Według oceny jego służby, Rosjanie aktualnie zużywają około 10 tysięcy sztuk amunicji artyleryjskiej dziennie. Co oznacza, że Korea Północna dostarczyła rosyjskiemu wojsku około miesięcznego zapasu. - Według naszych ocen, Rosja nadal ma około czterech milionów sztuk amunicji. To oznacza, że przy aktualnie dość niskim dziennym zużyciu na poziomie 10 tysięcy sztuk, pocisków artyleryjskich wystarczy im na nieco ponad rok - mówił Kiviselg. Jego zdaniem celem rosyjskiego dowództwa nie jest istotnie zwiększyć intensywność ostrzału, ale stworzyć odpowiednie zapasy do prowadzenia długotrwałej wojny o ograniczonej intensywności. - Dostawy z Korei Północnej wskazują, że Rosja planuje długą wojnę z Ukrainą i podejmuje konkretne kroki w celu przygotowania się do tego - stwierdził Estończyk.

Rosyjskie problemy z amunicją są obserwowane już od wielu miesięcy. W pierwszym roku wojny rosyjskie wojsko zużywało ją w ogromnych ilościach, najpewniej chcąc osiągnąć założone cele wojny jak najszybciej i licząc na zwycięstwo w krótkiej perspektywie czasu. W szczytowych momentach latem 2022 roku wystrzeliwanych dziennie miało być po nawet 70-80 tysięcy pocisków. Jesienią i zimą był ciągły spadek tej wartości. Wiosną tego roku Ukraińcy mówili już o około 15 tysiącach pocisków dziennie wystrzelonych w ich kierunku. Teraz uniwersalnie przyjętą liczbą jest około 10 tysięcy. To mniej więcej tyle samo ile aktualnie wystrzeliwują Ukraińcy, którzy od początku wojny mieli poważne problemy z amunicją artyleryjską. Jednak jej potężne zużycie przez Rosjan, liczone czasem nawet w milionach sztuk miesięcznie, w połączeniu z szybkim zużywaniem się luf dział, z którymi też są poważne problemy, oraz ze stratami w sprzęcie w wyniku walki, doprowadziło do znacznego osłabienia rosyjskiej artylerii. Z poziomu absolutnej dominacji nad Ukraińcami, do względnego parytetu, a miejscami nawet ukraińskiej przewagi dzięki lepszym parametrom zachodniej artylerii.

Spadek intensywności ognia po stronie Rosjan rodzi nieustannie pytania, kiedy mogą dojść do ściany w kwestii amunicji artyleryjskiej. Wypowiedź Kiviselga rzuca na to światło. Przy bardzo ograniczonym zużyciu nawet ponad rok. Ograniczanie zużycia oznacza jednak pozbawienie rosyjskiego wojska jednego z jego podstawowych atutów, czyli właśnie przewagi w masie artylerii, która dawała istotne wsparcie na froncie. Gdyby Rosjanie chcieli istotnie zintensyfikować ostrzał przy jakiejś próbie poważniejszej ofensywy, albo przy odpieraniu poważniejszego uderzenia Ukraińców, to poważny kryzys może nadejść wcześniej. Nie wspominając o tym, że rosyjscy żołnierze już od roku coraz bardziej narzekają na "głód pocisków". Z wielu odcinków frontu, nawet tych priorytetowych, regularnie napływają relacje o tym, jak to jest przydział po tylko po kilka pocisków dziennie na lufę i jak bardzo jest to niewystarczające.

W takich realiach dostawy do 350 tysięcy północnokoreańskich pocisków nie zmienią diametralnie sytuacji na froncie. Powiedział to we wrześniu wprost generał Mark Milley, były najważniejszy wojskowy USA, szef Kolegium Połączonych Sztabów. - Nie chcę bagatelizować faktu wsparcia z Korei Północnej, jednak wątpię, aby było ono decydujące - mówił. Głównym problemem Rosjan jest niewystarczająca skala ich własnej produkcji amunicji. Jest ona aktualnie szacowana na około dwa miliony sztuk rocznie. 167 tysięcy sztuk miesięcznie. Czyli o połowę mniej, niż faktyczne zużycie, nawet przy bardzo ograniczonym zużyciu.

gazeta.pl