sobota, 24 sierpnia 2019


rp.pl: - Po wyborach powiedział pan, że PiS stworzył „masarnię na kółkach, która wyprodukowała ogromną ilość kiełbasy wyborczej". Czy to jest sposób na wyborców?

Ludwik Dorn: Sama masarnia nie gwarantuje sukcesu. Klasyk socjologii Max Weber trafnie zauważył, że nie idee, ale interesy materialne oraz interesy powiązane z ideałami i wartościami rządzą zachowaniem ludzi. PiS miał masarnię, którą wytoczył, ale jednocześnie zaproponował koncepcję zagrożonej przez świat zewnętrzny wspólnoty narodowej i ustanowił siebie, z Jarosławem Kaczyńskim na czele, defensor patriae, psem obronnym, który chroni Polaków przed złymi ludźmi i złowrogimi siłami, z którymi sprzymierzona jest opozycja. Nie mówię o relacji tego przesłania do rzeczywistości, ale jest ono spójne i ma moc perswazyjną. W jego ramach mieści się to, że jak „tamci" dojdą do władzy, to nie tylko przyjdzie straszliwy gender i seksualizacja dzieci, niszczenie Kościoła i narodu, ale także odbiorą wam to, co my wam daliśmy. To przesłanie formatuje na polityczne potrzeby PiS lęki i neurozy, które, z racji dramatycznej historii ostatnich stuleci, podskórnie przenikają znaczną część polskiego społeczeństwa. Masarnia wyprodukuje, co jest już zresztą zapowiedziane, kolejne porcje kiełbasy: obniżenie VAT na artykuły dziecięce, objęcie zerową stawką podatkową nie tylko umów o pracę, ale umów zlecenia i umów o dzieło dla osób do 26. roku życia. Ponadto większe niż wynika to z algorytmu nakazanego przez ustawę podniesienie płacy minimalnej, i to podniesienie dużo większe. A jeśli trzeba będzie, to przed wyborami PiS uchwali 13. emeryturę na 2020 rok. Masarnia będzie działała i będzie działało przesłanie: „Polsko, Polacy, my jedyni was obronimy przed tymi, którzy chcą Polsce i Polakom zrobić źle, a zwłaszcza wyrwać wam z kieszeni koperty wypchane setkami, które teraz wysyłamy wam pocztą".

- Kampania do PE w dużej mierze skupiała się na wewnętrznej polityce. Jesienią też tak będzie?

Uważam, że kampania wyborcza Koalicji Europejskiej, zwłaszcza Platformy Obywatelskiej, rzeczywiście skupiała się na problemach wewnętrznych, czyli paskudnym PiS. Natomiast zasadnicze przesłanie PiS odnosiło się do kwestii relacji wspólnoty narodowej z cywilizacja współczesną, światem zewnętrznym i Unia Europejską, w której trzeba być, żeby Polskę na dalekim przedpolu bronić przed zakusami „lewicowo-liberalnych elit brukselskich". PiS mówił zdecydowanie na temat. Koalicja Europejska mówiła nie na temat, teraz ma tego efekty.

Wszystkie wypowiedzi Donalda Tuska były komentowane – nie tylko w mediach propisowskich – w perspektywie wystąpienia pana Jażdżewskiego, które było wyraźnym otwarciem wojny religijnej po stronie opozycyjnej. To nie pomogło, tylko zaszkodziło, można się spierać w jakim stopniu, ale bezdyskusyjne jest, że nie pomogło.

- A jak wpłynęło na wizerunek samego Donalda Tuska?

Koalicja Europejska z wyraźnym wsparciem Tuska przegrała siedmioma punktami procentowymi, więc on też ma na czole przybitą pieczątkę przegrańca. To nie służy politykom.

- PO wyciągnie jakieś wnioski?

Po tych diagnozach, które politycy Platformy Obywatelskiej na razie stawiają, nie widać, żeby zrozumieli wiele z tego, co wyborcy dali im do zrozumienia.

- Wygrana PiS wiąże się z rekonstrukcją rządu. Czy poza obsadzeniem wakatów mogą się pojawić inne zmiany, np. wymiana ministra finansów?

Ewentualna zmiana ministra finansów to jedyna interesująca i ważna dla państwa zmiana, do której może dojść przy tej rekonstrukcji rządu. Cała reszta to machanie packami na muchy w PiS-owskim muchotłuku; to może być interesujące dla kierownictwa i aktywu, parlamentarzystów PiS, ale dla ludzi z zewnątrz nie ma to żadnego znaczenia. Natomiast zmiana na stanowisku ministra finansów ma znaczenie. Pani minister Teresa Czerwińska rzeczywiście usiłowała jakoś wywiązywać się z roli strażnika racjonalności budżetowej i finansowej, zwracając uwagę na zasadę, że z pustego i Salomon nie naleje. Jest procedura nadmiernego deficytu, są wymogi konwergencji i ona usiłowała, zwłaszcza na ostatnim etapie, żenić ogień z wodą, co nie bardzo wychodziło. Jeżeli Teresa Czerwińska zostanie wymieniona, będzie to oznaczało, że w Polsce nie będzie ministra finansów.

- Dlaczego?

Minister finansów jest od tego, żeby mówić „nie da się". Zasadnicze przesłanie PiS, jego prezesa, a także pana premiera brzmi: „Jak to się nie da? Da się i żadni księgowi w okularkach, którzy siedzą nad tabelkami, nie będą nam mówili, że się nie da, bo ważny jest zwykły Polak i szary człowiek". Opowiadano mi kiedyś, że gdy premier Leszek Miller peregrynował po Europie Środkowej, poszukując sojuszników dla Polski podczas wetowania traktatu konstytucyjnego, rozmawiał m.in. z premierem Węgier Ferencem Gyurcsánym z Węgierskiej Partii Socjalistycznej. Rozmawiali o traktacie, ale przy okazji o tym, jak się im rządzi. Podobno gdy Miller wyszedł z tego spotkania, zapytał naszego ambasadora: „Panie ambasadorze, ale czy oni w ogóle mają ministra finansów?". Ta anegdota przypomniała mi się, ponieważ pani minister Czerwińska była i ciągle jest ministrem finansów. Gdy jej nie będzie, to nie będzie ministra finansów. Wtedy pojawi się podejście, które prezentował de Gaulle; pytany o kwestie finansowe i gospodarcze, na których się nie znał, odpowiadał po generalsku: „l'intendance suivra!" (intendentura nadąży za decyzjami dowódcy).

rp.pl

Iza Mrzygłód: W książce oprócz tego, że próbujecie przywrócić I wojnę światową świadomości zbiorowej, wprowadzacie również trochę inną – niż dominująca w Polsce – perspektywę. Po pierwsze, piszecie o tak zwanej „długiej I wojnie światowej”, obejmującej okres 1912–1923, od wojen bałkańskich aż po walki o granice w Europie Środkowej po podpisaniu traktatu wersalskiego. Po drugie, wprowadzacie dodatkową cezurę w środku I wojny światowej, dzieląc ją na pierwszą fazę, w której kluczową rolę odgrywają imperia, i drugą, w której na scenę wkraczają środkowoeuropejskie narody i to one przejmują pałeczkę.

Maciej Górny: Rzecz w tym, że od początku wojny w różnych aspektach życia występuje proces wydrążania tego imperialnego ciała przez nowe życie, na ogół związane z ruchami narodowymi. To dzieje się na początku w dziedzinie polityki społecznej, działań charytatywnych. W wojsku pierwszymi takim oznakami jest powstanie oddziałów, które się definiowały narodowo, jak Legiony Polskie w armii austro-węgierskiej czy ukraińscy Strzelcy Siczowi. Z punktu widzenia historiografii narodowych to jest początek drogi do niepodległości, wolności albo walki o nią. Jednak z punktu widzenia tych imperiów można zaryzykować metaforę, że to jest rak, który drąży ciało, aż w końcu doprowadza do zgonu.

O I wojnie światowej rozumianej jako wojna narodów można mówić mniej więcej od 1916–1917 roku. Ten proces etnicyzacji, który zaczyna się już w 1914 roku, dojrzewa i gdzieś po drodze masa krytyczna zostaje przekroczona. W różnych imperiach w różnym tempie. W przypadku Rosji szybko i głośno – i takim momentem, który łatwo zidentyfikować, jest pierwsza rosyjska rewolucja w lutym 1917 roku i decyzja o rekonstrukcji armii rosyjskiej na zasadzie etnicznej. To jest o tyle ważny przypadek, że to się dzieje zupełne jawnie: jest gdzieś zapisane, pada konkretny rozkaz. W innych imperiach zachodzą podobne procesy, ale trudno jest uchwycić momenty symboliczne, kiedy imperia upadają z wielkim łoskotem pod wpływem jednego impulsu, który by je pozbawił życia.

A czym te dwie odsłony wojny się charakteryzują?

„Wojna narodów” różni się od „wojny imperiów” prawe wszystkim. Tak naprawdę walczą w niej już trochę inne wojska, dotychczasowi sojusznicy zaczynają krzywo na siebie patrzeć, a czasami strzelają do siebie. Na przełomie 1917 i 1918 roku dzieje się tak w Rumunii, gdzie w ciągu tygodni armia rumuńska i rosyjska praktycznie zrywają współpracę. W lutym 1918 roku II brygada Legionów Polskich przebija się przez austriacki front w proteście przeciw traktatowi brzeskiemu. Z obu stron giną żołnierze, którzy nie dość, że jeszcze niedawno należeli do tej samej armii, to w zasadzie nie mają żadnego powodu, aby się nawzajem zabijać. Chorwaci, którzy akurat pechowo stacjonowali w tym miejscu, nie mieli ze „sprawą polską” nic wspólnego. Poprzez takie wydarzenia zmieniają się także fronty. Poczynając od roku 1917, są już inne niż te widoczne na mapie, bo rodzą się konflikty, z którymi będziemy mieli oficjalnie do czynienia dopiero po 1918 roku.

Trochę inaczej zaczyna funkcjonować samo wojsko i inny jest stopień jego organizacji. Zaciera się granica pomiędzy profesjonalną wojną a starciami jednostek paramilitarnych. Ta pierwsza ma wprawdzie mnóstwo usterek, ale jednak funkcjonują różne służby, zaopatrzenie dociera, a przestępstwa się karze. Po drodze następuje gdzieś taka przemiana, że to przestaje być standardem. I w bardzo wielu miejscach wojna zaczyna dotyczyć przede wszystkim ludności cywilnej, która traci nawet iluzoryczną ochronę przed samowolą ludzi z bronią.

Zresztą, rosnące zaangażowanie ludności cywilnej ma poważne następstwa. Dosyć jasno dotąd wyrysowane fronty zamieniają się w przestrzenną konstrukcję, gdzie tych wrogów jest wielu. Mieszkańcy to już nie tylko ofiary. Często stają się dodatkową, trzecią (a czasem czwartą albo piątą) stroną konfliktu. Kiedy w 1918 roku na Ukrainę wkraczają niemieckie i austro-węgierskie wojska okupacyjne, ich dowódcom wydaje się, że jedyne zagrożenie stanowią bolszewicy. Już po paru tygodniach widać jednak, że w okolicy kręcą się także prywatne wojska różnych „atamanów”, anarchiści, „biali” Rosjanie i kto tam jeszcze. W dodatku własną siłą zbrojną dysponują nawet niektóre wsie.

Pojawia się na przykład kategoria „zielonych”, czyli nieregularnych formacji, różnych partyzantów i chłopskich band, którzy często występują w obronie lokalnej społeczności lub własnych partykularnych interesów. I tutaj chciałabym się zatrzymać przy chłopach, bo oni też zyskują pewną podmiotowość jako aktorzy różnych działań i walk. W książce z jednej strony dostrzegacie ich nową rolę i swoistą emancypację, a z drugiej stwierdzacie, że sytuacja i mentalność chłopów tkwiła w świecie archaicznych, przednowoczesnych reguł. To jak to w końcu jest? Czy oni również podlegali etnicyzacji i angażowali się w sprawę narodową? Czy raczej przychylałbyś się do tezy Michała Łuczewskiego, że chłopska tożsamość narodowa ukształtowała się znacznie później, a jej domknięcie nastąpiło dopiero w okresie PRL-u?

Przede wszystkim fenomen „zielonych” dotyczy ziem polskich akurat stosunkowo w małym stopniu. Najwięcej uzbrojonych chłopów, wsi i wiejskich republik było tam, gdzie wojenne bezprawie trwało najdłużej, czyli na ziemiach ukraińskich i białoruskich. Przejściowo jest to również fenomen słowacki i chorwacki. Natomiast w okresie, kiedy kształtuje się państwo polskie, chłopi, tam gdzie okoliczności temu sprzyjają – czyli tam, gdzie nie ma silnej władzy, albo w ogóle nie ma władzy – mają tendencje, żeby rządzić się sami. Ich stosunek do powstających struktur państwowych, tych czy innych, jest zależny od tego, co im próbują dać lub co im próbują zabrać. W polskich meldunkach z roku 1919 donosi się o całych gminach, które z punktu widzenia polskich władz wojskowych żyją w totalnym „bezprawiu”, a to znaczy, że nie wpuszczają do siebie polskich urzędników, polskich żandarmów, polskiego wojska. Broń mają, bo wojna przeszła parę razy przez ich okolicę, i radzą sobie sami.

Etnicyzacja dotyczy akurat tej grupy społecznej w stosunkowo niewielkim stopniu. Michał Łuczewski ma więc rację. Źródła pokazują, że z unarodowieniem chłopów są olbrzymie problemy i jeśli się ich nie weźmie w karby dyscypliny, to unikają zaangażowania w walki powstających właśnie państw. Dzieje się tak zarówno na ziemiach polskich, jak i w całej Europie Środkowo-Wschodniej. Przede wszystkim chłopi nie zgłaszają się do poboru. To jest pierwsza żelazna reguła. Nie jest przypadkiem, że w meldunkach wojskowych, nie tylko polskich, pojawia się zawsze informacja o tym, który z naszych sąsiadów aktualnie prowadzi pobór, bo to oznacza, że po naszej stronie granicy będą się gromadzić młodzi mężczyźni, którzy uciekli ze wsi po drugiej stronie. I chłopi z terytoriów polskich oczywiście też uciekają w momencie poboru.

Tak jest nawet w roku 1920, w okresie wojny z bolszewikami, kiedy całe powiaty nie stawiają się do służby wojskowej albo stawiają się bardzo wybiórczo.

I to o postawach chłopów u progu niepodległości mówi znacznie więcej niż propaganda kierowana do ludu.

kulturaliberalna.pl

Xi prezentuje Chiny jako wzór do naśladowania dla innych państw, jednak również za granicą spotyka się z krytyką. Jego inicjatywa „jeden pas i jedna droga” trwa już wystarczająco długo, by wyszły na jaw jej mankamenty. Przede wszystkim inicjatywa powstała z myślą o promowaniu chińskich interesów, nie zaś interesów państw przyjmujących inwestycje. Co więcej, ambitne projekty infrastrukturalne finansowano głównie z kredytów, nie z grantów, a zagranicznych urzędników częstokroć przekupywano, by zapalili zielone światło dla projektu. Wiele z tych projektów okazało się ryzykownych z gospodarczego punktu widzenia.

Sztandarowym przykładem jest tu Sri Lanka. Chiny pożyczyły Lankijczykom pieniądze na opłacenie Chińczyków, którzy wybudowali port mający służyć strategicznym interesom Chin. Jednak komercyjny ruch w porcie nie rozkręcił się na tyle, by Lankijczycy zdołali spłacić długi, co umożliwiło Chinom przejęcie portu. Podobne przypadki odnotowano w kilku innych miejscach, co wywołuje zrozumiałą niechęć.

Liderem oporu stała się Malezja. Poprzednie władze, pod wodzą Najiba Razaka, zaprzedały się Chinom. Jednak w maju 2018 roku Najib został usunięty z urzędu głosami koalicji prowadzonej przez Mahathira Mohameda. Rząd Mahathira natychmiast wstrzymał kilka dużych projektów infrastrukturalnych realizowanych przez chińskie firmy, a obecnie negocjuje kwotę, którą Malezja będzie musiała Chinom jeszcze zapłacić.

Sytuacja w Pakistanie, największym odbiorcy chińskich inwestycji, jest niejasna. Pakistańska armia jest co prawda zakładnikiem Chin, jednak stanowisko Imrana Khana, od ubiegłego sierpnia premiera kraju, jest bardziej ambiwalentne. Na początku 2018 roku Chiny i Pakistan ogłosiły ambitne plany współpracy wojskowej. Pod koniec roku w Pakistanie zapanował głęboki kryzys finansowy, jednak jedna rzecz była już jasna: Chiny chcą wykorzystać „jeden pas i jedną drogę” również w celach wojskowych.

Wszystkie te komplikacje zmusiły Xi do zmiany podejścia. We wrześniu ogłosił, że zamiast popisowych projektów, które mają podbijać Chinom bębenek, będą realizowane bardziej rozważne inicjatywy. Chiński „Dziennik Ludowy” ostrzegł w październiku, że projekty te powinny służyć państwom-odbiorcom inwestycji.

Klienci zostali tym samym ostrzeżeni. Kilku z nich, od Sierra Leone po Ekwador, kwestionuje lub renegocjuje warunki projektów. Xi przestał też mówić o planie „Made in China 2025”, który jeszcze rok wcześniej był gwoździem jego programu autopromocji.

krytykapolityczna.pl

Według śledztwa dziennikarskiego Josha Constine’a z serwisu TechCrunch młodzi użytkownicy dostają pieniądze za zainstalowanie aplikacji „Facebook Research”, dostępnej za pośrednictwem serwisów do testowania wersji beta aplikacji Applause, BetaBound i uTest, a nie bezpośrednio od Facebooka. Aplikacja prosi użytkowników o zainstalowanie certyfikatu root, co daje Facebookowi praktycznie nieograniczony dostęp do zawartości telefonu, od prywatnych wiadomości po dane o lokalizacji. Brzmi to jak sposób na szpiegowanie młodych osób, które być może nie rozumieją, na co się zgadzają. Do tego stoi to w sprzeczności z polityką sklepu z aplikacjami Apple. Po publikacji TechCrunch Facebook poinformował, że usunie aplikację ze sklepu Apple, ale będzie ona wciąż dostępna dla użytkowników Androida.

Facebook w oświadczeniu twierdzi, że użytkownicy wiedzieli, co robią – udzielili firmie zgody i wzięli za to pieniądze, a nastolatki, stanowiące 5 proc. użytkowników, przedstawiły upoważnienie podpisane przez rodziców.

(...)

Na hurtowym rynku danych osobowych firmy handlują naszymi danymi i wykorzystują je do personalizowania reklam. Dla Facebooka przeciętna wartość aktywnego użytkownika, według najnowszej publikacji o dochodach firmy, wyniosła w trzecim kwartale 2018 r. około 2 dolary miesięcznie. W USA i Kanadzie było to już ok. 9,2 dolara. Im bardziej precyzyjnie da się połączyć dane z użytkownikiem, tym więcej jest on wart.

forsal.pl

„Kliki kumoterskie działają podobnie w przedsiębiorstwach przemysłowych, wyższych uczelniach i szkołach podstawowych, organizacjach politycznych i administracyjnych państwa” – wyliczał socjolog prof. Jan Szczepański w 1974 r. w odpowiedzi na ankietę tygodnika „Polityka”. W jego opinii ekonomiczny rozwój państwa i życie zwykłych obywateli zatruła plaga klientelizmu. Za jej sprawą nie kompetencje decydowały o karierze, ale to, kto pod kogo był „podczepiony”. Ponadto posiadane znajomości określały możliwości dostępu do dóbr kontrolowanych przez państwo. Zasługi dla społeczeństwa, ciężka praca czy nawet prawo nie miały większego znaczenia. Liczyły się nieformalne powiązania, których PRL był wielkim generatorem, doskonaląc w tej sztuce pokolenia Polaków.

„Nawet w środkach masowego przekazu – głównie w telewizji – jako pozytywne informacje o pracy niektórych służb, na przykład o szpitalnictwie, wymienia się fakt, że pacjenta hospitalizuje się bez protekcji” – opisywał w 1982 r. socjolog Wojciech Pawlik. (...) „«Naturalność» istnienia relacji i zachowań nieformalnych w niektórych sytuacjach jest tak duża, że zdziwienie budzi raczej fakt rezygnacji z nieprzyjmowania zwyczajowych gratyfikacji niż ich praktykowanie” – podkreślał Pawlik.

forsal.pl

Jaromír Balda obmyślił wprost genialny plan: tak bardzo obawiał się hipotetycznych ataków terrorystycznych, jakich hipotetyczni radykalni imigranci muzułmańscy mogli się dopuścić w jego ukochanym kraju, że wziął i całkiem niehipotetycznie ich w tym uprzedził. Ten prewencyjny akt terroru miał wywołać nastroje antyimigranckie, które zapobiegłyby dalszym aktom terroru. Żelazna logika, nie ma to tamto.

Czym jednak byłby godny podziwu wyczyn bez odpowiednio kunsztownego planu? W 2017 roku Balda postanowił wykoleić dwa pociągi – w tym celu ściął drzewa tak, żeby upadły na tory. Dla wzmocnienia efektu rozrzucił w okolicy ulotki. Posłużyły potem jako materiał dowodowy podczas procesu i są po prostu zbyt dobre, żeby ich tutaj nie przytoczyć. Każda zaczyna się śmiałym zawołaniem „Allah akbar”, a żeby nie było absolutnie żadnych wątpliwości co do obcego pochodzenia domniemanych autorów, dalej czytamy: „Czezki niewerny pies. Mi tótaj z nami Islam i dzichat”. Szacun za to, że nie zrobił błędu w słowie „pies” , tylko dlaczego skierował swoje ostrzeżenie do pojedynczego czworonoga-ateisty?

Dobra wiadomość jest taka, że pierwszy czeski terrorysta pozostał wierny odwiecznej narodowej tradycji i nie wyrządził żadnej istotnej szkody; nikt nie zginął, a oba pociągi ucierpiały jedynie powierzchownie (choć maszyniści twierdzą, że zadecydował o tym łut szczęścia). W zasadzie cała ta przykra sprawa zostałaby zapamiętana co najwyżej jako kolejny absurdalny epizod w wielkiej historii Czech, gdyby nie zaangażowali się w nią politycy. Jak zwykle.

Nikt się szczególnie nie zdziwił, kiedy wyszło na jaw, że Balda jest zwolennikiem alt-prawicowego, antyimigranckiego i antyrozumnego ugrupowania SPD. Formalnie nie należał do partii (co jej władze podkreśliły w pospiesznie wydanym oświadczeniu), jednak zaangażował się nieco zbyt entuzjastycznie w jej kampanię wyborczą, już to rozdając ulotki (również w czasie ciszy wyborczej, co, tak się akurat składa, jest nielegalne – ups!), już to naklejając zdjęcia zwalczającego imigrantów imigranta Tomia Okamury na swoim samochodzie, domu i kilku budynkach użyteczności publicznej (jak wspomina burmistrz rodzinnej miejscowości Baldy, „rozlepiał je wszędzie, gdzie się pojawił” – co, tak się składa, też jest nielegalne. Ups!)

krytykapolityczna.pl

Myśl o użyciu broni jądrowej mogła się wydawać Trumanowi irracjonalna, ale u podstaw polityki zastraszania leżało realne zagrożenie jej użyciem. A planowanie jej użycia stało się pełnoetatową pracą dla największych amerykańskich umysłów. Podstawowe kwestie strategii jądrowej wciąż nie zostały jeszcze ustalone. Projekt Vista, w największej tajemnicy prowadzony w California Institute of Technology, ożywił debatę wojskową o tym, jak należy bronić Europy Zachodniej przed radziecką inwazją. W 1950 roku NATO porozumiało się w kwestii utworzenia armii sojuszniczej złożonej z 54 dywizji – dość, by powstrzymać Armię Radziecką, której liczebność szacowano wówczas na 175 dywizji. Jednak europejscy członkowie NATO nie mogli wyposażyć koniecznej liczby żołnierzy i w 1952 roku wydawało się, że sojuszowi nie uda się wystawić liczby wojska nawet zbliżonej do wymaganej. Mały kontyngent amerykański w Europie Zachodniej służył na linii frontu jako „potykacz”, „szklany mur”. Amerykańskie wojsko jako jedno z pierwszych spotkałoby się z ewentualnym atakiem radzieckim i szybko zostałoby pokonane, co zmusiłoby Stany Zjednoczone do przystąpienia do wojny. Strategic Air Command odpowiedziałoby zniszczeniem większości terytorium Związku Radzieckiego. Ale armia radziecka dalej mogłaby podbijać Europę, a ofiary wśród cywilów byłyby ogromne.

Eric Schlosser - Poza kontrolą