czwartek, 2 lutego 2023


Dziennikarze szwajcarskiej gazety mieli przeprowadzić poufną rozmowę z dwoma wpływowymi ekspertami od polityki zagranicznej Niemiec - jednym z koalicji rządzącej, a drugim z opozycji, którzy niezależnie mieli przekazać, że na polecenie prezydenta USA Joe Bidena szef CIA sprawdzał w połowie stycznia, czy Rosja i Ukraina są gotowe do negocjacji.

"Oferta dla Kijowa brzmiała: pokój za ziemię, a oferta dla Moskwy: ziemia za pokój. Mówi się, że 'ziemia' stanowiła około 20 proc. terytorium Ukrainy. To mniej więcej wielkość Donbasu. Obie strony, jak relacjonują politycy, odmówiły. Ukraińcy dlatego, że nie są przygotowani na podział swojego terytorium, a Rosjanie dlatego, że zakładają, iż na dłuższą metę i tak wygrają wojnę" - pisze "Neue Zürcher Zeitung".

Szwajcarska gazeta ocenia, że wypowiedzi obu specjalistów dają pośredni wgląd w poglądy Białego Domu. "Według dwóch ekspertów od polityki zagranicznej Niemiec, Biden chciał uniknąć przedłużającej się wojny w Ukrainie i był gotów zrezygnować z części kraju. Jeśli ta relacja jest poprawna, Biden nie byłby osamotniony w swoim stanowisku w Waszyngtonie" - czytamy.

Dziennik wskazuje na najnowsze opracowanie amerykańskiego think-tanku Rand Corporation "Avoiding a Long War", w którym stwierdzono, że "unikanie długiej wojny jest dla Stanów Zjednoczonych wyższym priorytetem niż kontrola całego terytorium Ukrainy".

"Jeśli to wszystko jest prawdą, wypowiedzi wskazywałyby również na możliwy rozłam w rządzie amerykańskim w sprawie Ukrainy" - podkreśla "Neue Zürcher Zeitung". Dziennikarze piszą, że doradca ds. bezpieczeństwa narodowego Jake Sullivan i szef CIA William Burns "chcieli szybko zakończyć wojnę, aby móc skupić się na Chinach". Natomiast po drugiej stronie, jak czytamy, są sekretarz stanu Antony Blinken i sekretarz obrony Lloyd Austin, którzy nie chcą, aby "Rosji uszło na sucho" naruszenie pokoju.

Według źródeł, na które powołuje się szwajcarska gazeta, po niepowodzeniu tajnej misji dyplomatycznej Burnsa w Ukrainie i Rosji, prezydent USA Joe Biden zdecydował się ulec naciskom niemieckiego kanclerza Olafa Scholza i zatwierdzić dostawę czołgów Abrams. 

gazeta.pl

5 grudnia ubiegłego roku weszła w życie inicjatywa UE, państw G7 i Australii, ustanawiająca na poziomie 60 dolarów za baryłkę limit ceny ropy z Rosji. Pułap cenowy miał ograniczać dochody Rosji ze sprzedaży ropy do państw trzecich, ponieważ państwa UE oraz G7 i tak już zakazały lub ograniczyły import ropy z tego kraju.

Limit miał działać poprzez zakaz dostarczania usług związanych z transportem ropy drogą morską, w tym ubezpieczeniowych i finansowych, dla surowca zakupionego za cenę przekraczającą ustalony pułap 60 USD za baryłkę - przypomina "The Economist".

Kolejne sankcje, obejmujące diesel i inne produkty rafinowane, wejdą w życie 5 lutego, co sprawi, że alternatywne metody eksportu staną się dla Rosji jeszcze ważniejsze. Ale już teraz nowy "czarny rynek" handlu surowcem radzi sobie bardzo dobrze - pisze tygodnik.

Już dwa miesiące po wprowadzeniu limitu cenowego eksport rosyjskiej ropy wrócił do poziomu z czerwca 2022 roku. Jak należało oczekiwać, najwięcej surowca kupują Chiny i Indie, ale okazało się też, że wzrosła sprzedaż przeznaczona dla nieznanych odbiorców.

Część tego eksportu odbywa się poprzez "czarny handel", metodami przetestowanymi już przez państwa objęte sankcjami, jak Iran czy Wenezuela. Ropę transportuje się zniszczonymi tankowcami, które mają czasem pół wieku i pływają z wyłączonymi transponderami. Zmienia się ich nazwy i przemalowuje, czasem kilka razy w ciągu jednej podróży. Przepływają przez ruchliwe terminale, gdzie wieziona przez nie ropa jest mieszana z surowcem innego pochodzenia, aby trudniej było wykryć, że jest to eksport z Rosji - wyjaśnia "The Economist".

Najczęściej jednak rosyjskie firmy korzystają z "czarnego rynku", który nie respektuje pułapu cenowego, ale nie jest nielegalny, bo ropa trafia do krajów nieuczestniczących w tej inicjatywie, a transport, finansowanie i ubezpieczanie ładunków obywa się bez zachodniej logistyki.

W ten sposób krajami, które zaczęły handlować ropą, stały się nagle Sri Lanka, Turcja, Indie czy Malezja. Eksperci sądzą, że tamtejsze firmy stały się przykrywkami dla rosyjskich przedsiębiorstw państwowych - relacjonuje tygodnik.

Nagle zwiększył się też handel używanymi tankowcami. W ubiegłym roku blisko 200 takich statków zmieniło właściciela, o 55 proc. więcej niż rok wcześniej. Rosja dysponuje teraz flotą, która zdecydowanie ułatwia jej omijanie sankcji i liczy około 360 jednostek.

Wiele wskazuje też na to, że znaczna część rosyjskiej ropy, kupowanej przez Indie i Chiny, jest odsprzedawana dalej, w tym do Europy. Dla Moskwy korzystanie z "czarnego rynku" handlu ropą ma dodatkowe atuty. Jej eksport omija kontrole zachodnich pośredników. Ułatwia to też stosowanie mniej przejrzystej strategii cenowej.

Na tym "czarnym rynku" nie operują jednak ubezpieczyciele i firmy reasekuracyjne z prawdziwego zdarzenia. Ropa płynie więc na pokładzie zniszczonych, przestarzałych statków i jeśli dojdzie do wypadku, nikt nie pokryje kosztów kolosalnych zniszczeń - podkreśla "The Economist".

money.pl