piątek, 24 maja 2024



W totalitaryzującej się Rosji nie istniałoby życie polityczne bez YouTube’a i rosyjskiego komunikatora – Telegrama. Opozycja wobec Putina, jeszcze przed ostatecznym wypchnięciem poza granice kraju, nie miała praktycznie dostępu do tradycyjnych mediów, może poza koncesjonowanym quasi-liberalnym radiem Echo Moskwy. W sytuacji, gdy coraz częściej mówi się o kontroli Telegrama przez kremlowskie służby, YouTube pozostaje właściwie jedyną platformą umożliwiającą efektywną komunikację z obywatelami. W praktyce zmusza to przedstawicieli rosyjskiej opozycji do przekształcania swoich organizacji w firmy specjalizujące się w produkcji medialnej i filmowej.

Prym w tej sferze od lat wiedzie Fundacja Walki z Korupcją Aleksieja Nawalnego (FBK), która politykę robiła wokół śledczo-dokumentalnych filmów takich jak „On wam nie Dimon” o korupcji byłego prezydenta Dmitrija Miedwiediewa czy słynny „Pałac Putina”, wyemitowany już po zatrzymaniu Nawalnego i dotychczas obejrzany na YouTubie przez 132 milionów użytkowników.

Ich ostatni hit na YouTubie to już nawet nie streamy czy filmy. Tym razem to trzyodcinkowy serial pt. „Zdrajcy” (Predateli). Maria Piewczych, szefowa oddziału śledczego FBK oraz należącego do nich kanału na YouTubie „Popularna polityka”, która jest autorką i narratorką w serialu, określa go skromnie jako nowy gatunek bez nazwy. Według niej to coś pomiędzy dziennikarstwem śledczym, dokumentalistyką i true crime. To gatunkowe odkrycie, publikowane na YouTubie w odcinkach od 16 kwietnia do 1 maja 2024 roku i którego odtworzenia łącznie zbliżają się do 20 milionów, wstrząsnęło Rosjanami mocniej niż wydarzenia na froncie czy dymisja Siergieja Szojgu.

Serial „Zdrajcy” opowiada o latach 90. w Rosji i pokazując ewolucję systemu politycznego, rekonstruuje drogę Putina na szczyty władzy.

(...)

Serialowe śledztwo polityczne rozpoczyna się na początku lat 90., kiedy to Boris Jelcyn, przejeżdżając rządową limuzyną, zauważa pustostan na ulicy Jesiennej i każe go odbudować. Następnie widz dowiaduje się, że w budynku poza rodziną samego Jelcyna zakwaterowani zostają kolejno ludzie z jego najbliższego otoczenia, w tym nikomu nieznany dziennikarz Walentin Jumaszew. Ta z pozoru niewinna sekwencja serialu otwiera rozumowanie skoncentrowane na wczesnych źródłach korupcji nowej władzy, obudowanej niejasnymi powiązaniami, transakcjami, manipulacją medialną i innymi podejrzanymi praktykami. Te wątki nie mogą się obejść bez takich postaci jak Boris Bieriezowski, Michaił Chodorkowski, Roman Abramowicz czy Piotr Awen. Dzięki nim przypominamy sobie kulisy prywatyzacji, która była gigantycznym przekrętem zbliżonych do Jelcyna ludzi. Widzimy też, jak Bieriezowski dzięki spiskom z Kremlem buduje imperium medialne wokół kanału ORT, a potem pomaga Abramowiczowi przejąć kontrolę nad firmą Sibneft, która ma dokapitalizować telewizję. Wszystko to dzieje się pod okiem Jelcyna i motywowane jest przygotowaniem zaplecza do wyborów 1996 roku.

Te wybory to punkt zwrotny w historii Rosji. Jelcyn ma już za sobą masę wpadek, jak ta, kiedy pijany dyryguje orkiestrą wojskową w Berlinie. Jest schorowany i praktycznie niewybieralny. Trwa wojna czeczeńska, a w gospodarce panuje kryzys. Na tym tle rośnie w siłę Giennadij Ziuganow i jego Komunistyczna Partia Federacji Rosyjskiej, spadkobierczyni Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. W tym czasie rodzi się kolejny spisek oligarchów z Bieriezowskim na czele, którego celem jest jednak przepchnięcie Jelcyna na wyborach i sprywatyzowanie klejnotów w koronie podupadającej postsowieckiej gospodarki. Powstaje pomysł schematu „pożyczek za akcje” (zalogowyje aukciony) firmowany przez Czubajsa. W ten sposób w 1995 roku sprzedano za marne grosze dziś potężne przedsiębiorstwa, m.in. Lukoil, Jukos, Nornikiel, Surgutnieftiegaz.

W kontekście Jukosu jako złodziejski charakter występuje jeden z głównych dziś opozycjonistów Kremla: Michaił Chodorkowski. Kupił on akcje firmy na ustawionej aukcji, którą zresztą organizował należący do niego bank. Innymi słowy, według serialu „Zdrajcy” Chodorkowski za psi grosz kupił sam u siebie naftowego giganta, który należał do państwa.

W obawie przed powrotem do władzy komunistów Bieriezowski, Chodorkowski i Gusinski dogadują się, żeby za wszelką cenę i we własnym interesie wybrać Jelcyna na prezydenta. Mają do dyspozycji pieniądze i dwa największe kanały telewizyjne ORT i NTV. Zaczyna się więc brutalna kampania. Jelcyn jest pokazywany wszędzie, popierają go kupione gwiazdy estrady z Ałłą Pugaczową na czele, a Ziuganowa atakuje zmasowany czarny PR. Jelcyn wygrywa w drugiej turze, dostaje zawału i może przemawiać tylko 45 sekund. Według Piewczych wybory z 1996 roku są oszukane i „ukradzione”, co stanie się potem normą. Wygrywają oligarchowie, a władzę nieformalnie przejmuje Familia, czyli rodzina i otoczenie Jelcyna.

Tymczasem w Petersburgu wybory przegrywa Anatolij Sobczak, a jego protegowany, niejaki Putin, zostaje bez pracy. Dzięki znajomościom dostaje pracę w Moskwie, gdzie awansuje w prezydenckiej administracji, aż w końcu przypada mu funkcja szefa FSB. Jest 1998 rok, trwa kryzys. Putin okazuje się dobrym załatwiaczem i chroni ludzi zbliżonych do Familii przed działaniami aparatu śledczego. To prawdopodobnie decyduje o tym, że w 1999 roku Jelcyn ogłasza, że to właśnie on będzie kontynuatorem jego dzieła, i wyznacza Putina na premiera. Kampania wyborcza zaczyna się faktycznie od serii ataków terrorystycznych, na tle których zdecydowane frazy premiera o bezwzględnej walce z wrogami nie mogą się nie spodobać przestraszonym ludziom. Putina popiera też Bieriezowski. W ostatnich minutach 1999 roku schorowany Jelcyn ustępuje ze stanowiska i od tego momentu Rosjanie mają do wyboru tylko Putina.

(...)

Oskarżycielski ton „Zdrajców” wywołał reakcję żyjących bohaterów filmu, reprezentujących obóz antagonistów prawdziwej demokracji, która się nie wydarzyła. Tutaj głównym argumentem staje się czas, a dokładniej zły timing. Chodorkowski w specjalnym nagraniu-polemice mówi wprost: po co mówić o korupcji sprzed 25 lat, kiedy za oknem wojna? Jak zrzucimy całą odpowiedzialność za zło na Jelcyna i jego oligarchów, to nie będzie czego zrzucić na ekipę Putina. Argumentuje, żeby nie rozmywać odpowiedzialności i aktualnych celów, czyli zatrzymania wojny. W filmiku Chodorkowskiego pojawiają się w tym momencie kadry bombardowań ukraińskich miast. Ale dalej Chodorkowski daje się wciągnąć w polemikę wokół przedstawionych w serialu wydarzeń. Rozważa, czy przejęcie bloku przez Jelcyna to prawda i tłumaczy jakieś detale o akcjach ORT Bieriezowskiego. Wszystko to może się wydawać śmiechu wartą drobnicą, ale Chodorkowski wcale nie kończy swojego wystąpienia z uśmiechem, co pokazuje, że dyskursywna walka wokół „Zdrajców” nie toczy się jedynie o wyprostowanie prawdy historycznej. Chodorkowski wspomina o prywatyzacji Sibnieftu (nie Jukosu) i stawia zarzut, że Piewczych mówi w tym kontekście z sympatią o Abramowiczu, że go wybiela. W tym momencie sam przypuszcza atak na FBK. Bo skoro nawalniści sympatyzują z takimi oligarchami jak Abramowicz, to znaczy ze skandal z pismem popierającym Michaiła Fridmana niczego ich nie nauczył i nadal liczą na podziały w elitach.

Chodorkowski pije do skandalu, którego bohaterem stał się kolega Piewczych – Leonid Wołkow. Wiosną 2023 roku wyszło bowiem na jaw, że Wołkow jedną ręką nawoływał do sankcji wobec popleczników Putina, a drugą podpisywał kierowane do organów Unii Europejskiej pisma w obronie objętych sankcjami rosyjskich oligarchów. Chodorkowski nie odpuszcza też samej autorce, kiedy mówi: a co wyście zrobili w walce z Putinem? Poszliście pod kule albo siedzieliście w więzieniu? Nie! Żyliście sobie spokojnie za kasę z grantów i pieniądze tatusia. Tajemnicą poliszynela jest bowiem to, że ojciec Marii Piewczych sam w niejasny sposób sprywatyzował kilka pensjonatów na Kubaniu, co pozwoliło Marii na podjęcie studiów na prestiżowej London School of Economics. Chodorkowski ucieka się więc do ataku nie w samą narrację „Zdrajców”, ale we wiarygodność autorów filmu.

Napięcie, jakie wywołuje opublikowany przez Fundację Walki z Korupcją cykl, dobrze obrazuje porównanie, którego użył Chodorkowski. Były oligarcha uważa, że dokumentalny serial, w którym jemu – jako bezpośredniemu uczestnikowi wydarzeń – nie udzielono prawa głosu, przypomina proces, w którym reżim putinowski osądził go na 10 lat kolonii. Chodorkowski swój komentarz do „Zdrajców” kończy polityczną groźbą wysokiego kalibru, oświadczając, że zrobi wszystko, by osoby, które osądzają bez wysłuchania drugiej strony, nigdy nie miały możliwości sądzić w prawdziwych procesach.

Paniczna reakcja Chodorkowskiego na serial wyprodukowany przez środowiska Nawalnego dowodzi, że nie chodzi w nim wcale o przepisanie historii, ale o napisanie przyszłości politycznej Rosji. Jewgienij Cziczwarkin, znany rosyjski biznesmen, który uciekł do Londynu i teraz stamtąd zbiera na ukraińską armię, uważa, że „Zdrajcy” to film, poprzez który autorzy chcieli zaskarbić sobie poparcie ludzi niebogatych, którzy mają prawo się czuć oszukani tym, co ich dotknęło w dobie transformacji lat 90. Innymi słowy, wprost zarzuca autorom tani populizm. Rozpoznanie Cziczwarkina, że jest to film polityczny, jest słuszne, ale co do reszty się myli.

Piewczych i FBK nie grają o oszukanych i skrzywdzonych, lecz o wszystkich, którzy będą w przyszłości wybierać. To gra o kształt całego przyszłego pola politycznego postputinowskiej Rosji. Piewczych się z tym w ogóle nie kryje. Kiedy mówi o Czubajsie, który cichaczem opuścił Rosję po wybuchu pełnosalowej wojny i jeździ po świecie z odczytami, prezentując swoje plany reform, pyta widzów wprost: czy mamy pozwolić, żeby ten człowiek wrócił kiedykolwiek do Rosji i znowu zaczął sobie coś reformować? Jej odpowiedź to zdecydowane „nie”. Piewczych innymi słowy twierdzi, że wszyscy, którzy byli uwikłani w latach 90. w tworzenie systemu, z którego wyrodziła się epoka putinizmu, powinni zostać w Rosji wykluczeni z przyszłej polityki. Być może prawdą jest to, co powiedział Dmitrij Bykow, znany pisarz, również przebywający na emigracji, że tak naprawdę to wszystkie elity chciały wyniesienia kogoś takiego jak Putin do władzy i w tym sensie był on swego rodzaju koniecznością systemową. Teraz FBK zdaje się mówić podobnie: skoro wszystkie elity lat 90. faktycznie stworzyły kakistokratyczny ustrój, który dziś przerodził się w putinowski totalitaryzm, to znaczy, że każdy bohater tamtego czasu niesie na sobie nieusuwalne piętno współodpowiedzialności. Ci, którzy byli wtedy za młodzi lub ich nawet jeszcze nie było na świecie, nie życzą sobie, by współtwórcy putinizmu mieli cokolwiek do powiedziana we Wspaniałej Rosji Przyszłości. „Zdrajcy” to zapowiedź lustracji, prowadzona przez FBK za pomocą dostępnych narzędzi, a więc filmowej produkcji i publiczności YouTube’a.

Ogromne wzburzenie w odpowiedzi na „Zdrajców” nie wynika zatem z nieścisłości historycznych, narracyjnych nadinterpretacji czy złego timingu. To początek politycznej walki o to, kto będzie miał prawo tworzyć politykę w Rosji bez Putina / Rosji po Putinie, a kto zostanie z niej wykreślony. Fundacja Walki z Korupcją i ludzie skupieni wokół Julii Nawalnej, która przejęła prowadzenie rozpoczętej przez zmarłego męża działalności, stawiają się poprzez serial w roli sędziów i są gotowi iść na zwarcie z opozycyjnym establishmentem, umoczonym w putinizmie. Dlatego ludziom takim jak Chodorkowski nie pozostaje nic innego, jak zaciekle ich zwalczać.

new.org.pl


Analiza Władimira Miłowa zaczyna się od rzeczywistych celów Putina. Jest on kleptokratą i dyktatorem, który nie wykazuje chęci sukcesji. Nie jest zainteresowany ograniczeniem korupcji. Chce skierować wpływy na siebie i swoich kolesiów. Od 2004 r. Putin i jego klika w składzie: Giennadij Timczenko, Arkadij i Borys Rotenbergowie oraz Jurij Kowalczuk żyją z pieniędzy Gazpromu.

Mój zmarły przyjaciel Borys Niemcow, a także Władimir Miłow, ocenili, że w ciągu czterech lat 2004-2007 najbliższy krąg Putin zdefraudował łącznie 60 mld dol. (ok. 235 mld zł), głównie poprzez zamówienia publiczne bez przetargów. Ich działania pogrążyły rosyjską giełdę w 2008 r.

Doskonała analiza Sbierbanku z 2018 r. wykazała, że krąg Putina nadal pobierał od Gazpromu ok. 15 mld dol. (ok. 58 mld 750 mln zł) rocznie.

Ale w wyniku inwazji na Ukrainę eksport gazu Gazpromu do Europy spadł z poziomu 153 mld m sześc. w 2021 r. do zaledwie 30 mld m sześc. w 2023 r. W rezultacie Gazprom w 2023 r. odnotował stratę netto w wysokości 6,8 mld dol. (ok. 26 mld 630 mln zł).

Cały schemat kradzieży Putina nagle się skończył. Co teraz ukradnie Putin?

Milow oferuje oczywistą odpowiedź — prezydent zainteresował się zamówieniami na broń. W sobotę 11 maja Putin przyjął u siebie Siergieja Czemiezowa, czyli swojego starego przyjaciela z lat 80. — z czasów służby w KGB w Dreźnie. Człowiek ten mianowany jest szefem wszechwładnej państwowej firmy zbrojeniowej Rostec.

Czemiezow przybył ze swoim adeptem, wieloletnim ministrem Denisem Manturowem, który następnego dnia został awansowany na pierwszego wicepremiera do spraw gospodarki. Należy zauważyć, że premier Michaił Miszustin nie został zaproszony na to ważne spotkanie.

Miłow wyjaśnia, że 70 proc. wydatków Ministerstwa Obrony to zakupy broni, z czego połowa jest kontrolowana przez giganta Rostec. 20 proc. to pensje, co pozostawia maksymalnie 10 proc. na wydatki uznaniowe.

Rosyjskie wydatki wojskowe gwałtownie wzrosły. Oficjalnie wynoszą one 120 mld dol. (ponad 470 mld zł), ale 30 proc. rosyjskich wydatków budżetowych jest utajnionych. Analityk Martin Kragh ocenił, że prawdopodobnie nie stanowią one 7 proc. PKB, ale 10 proc. PKB, czyli ok. 160 mld dol. (ok. 627 mld zł). Nic w Rosji nie jest bardziej tajne niż zakupy broni, co pozwala kręgowi Putina wyciągać duże pieniądze.

Przypuszczalnie Putin pozwoli, aby zamówienia na broń zastąpiły Gazprom w celu jego osobistego wzbogacenia się.

Nie wydaje się, aby Putin był wcześniej zaangażowany w zamówienia na broń, więc jego nowatorska orientacja biznesowa wymagała zmiany warty w ministerstwie obrony, aby powstrzymać niepożądaną kradzież dokonywaną przez byłego ministra obrony Siergieja Szojgu.

(...)

Znałem nowego ministra obrony Rosji Andrieja Biełousowa dość dobrze w latach 90. i na początku XXI w. Należał do kręgu liberalnych ekonomistów skupionych wokół nieżyjącego już profesora Jewgienija Jasina w Wyższej Szkole Ekonomicznej, do którego należała również szefowa rosyjskiego banku centralnego Elwira Nabiullina. Biełousow zawsze był wśród nich najbardziej sowiecki, choć łagodny, ostrożny i uprzejmy. Koncentrował się na neutralnych politycznie prognozach.

Znałem również jego ojca Rema (imię będące zlepkiem słów "rewolucja", "Engels" oraz Marx) Biełousowa, który był konserwatywnym marksistowsko-leninowskim profesorem ekonomii w Akademii Nauk. Andriej był bardzo lojalnym synem.

Biełousow nie jest siłaczem. Jest nie do pomyślenia, aby miękki Biełousow, który nie ma doświadczenia na stanowisku kierowniczym, w wieku 65 lat oczyścił ogromne, skorumpowane ministerstwo obrony Rosji.

Poglądy gospodarcze Biełousowa prawdopodobnie odpowiadają Putinowi, ponieważ preferuje on scentralizowane planowanie państwowe, własność państwową i wysokie podatki, a jednocześnie nie lubi oligarchów. Ale przede wszystkim Biełousow jest lojalny wobec władzy, czyli Putina. (...)

Generał Walerij Gierasimow, długoletni szef Sztabu Generalnego Rosji, prawdopodobnie będzie nadal dowodził wojną w swoim starym, niekompetentnym radzieckim stylu. Jego przeciętność może odpowiadać Putinowi. 

(...)

Najważniejszą kwestią, którą większość obserwatorów przeoczyła, jest to, że Putin decyduje się na więcej nepotyzmu. Putin nie chce żadnego następcy, ale konkurujących ze sobą nepotycznych obozów, które wzajemnie się kontrolują. Premier Michaił Miszustin pozostaje na stanowisku, ale jego uprawnienia zostały ograniczone. Kosztem merytokracji powstało kilka nepotycznych grup.

Dyrektor generalny rosyjskiej państwowej korporacji Rostiech Siergiej Czemiezow oraz Denis Manturow, były minister przymysłu i handlu, zdobyli władzę. Nikołaj Patruszew został zwolniony ze stanowiska sekretarza bezpieczeństwa narodowego, ale jego syn Dmitrij został awansowany na wicepremiera, a dwóch jego ludzi mianowano ministrami.

Potężni bracia Jurij i Michaił Kowalczukowie kontrolują Rosatom, większość telewizji i znaczną część rosyjskiej bankowości. Ich główny polityk, były premier Siergiej Kirienko, pozostaje pierwszym zastępcą szefa administracji prezydenckiej, a jego zespół powiększył się o nowego ministra przemysłu i handlu Antona Alichanowa, a także syna oligarchy Jurija Kowalczuka, Borysa, jako przewodniczącego Izby Obrachunkowej.

Tajny plan Xi Jinpinga dotyczący Zachodu. Ekspertka wywiadu USA: jeśli uda mu się przekonać Putina, może zyskać przewagę nad Europą
Bracia Rotenberg pozyskali ministra transportu Romana Starowoyta. Najciekawszą nową nominacją jest minister energetyki Siergiej Cywilew, który ożenił się z ambitną Anną Putiną, córką kuzyna Putina.

Żaden klan nie otrzymał namaszczenia od Putina, ale wszyscy z kręgu Putina, z wyjątkiem oligarchy Giennadija Timczenki, zyskali większą reprezentację w rządzie.

onet.pl/Kyiv Post

(...) transkrypcja z wypowiedziami obu polityków, Ilhama Alijewa i Ebrahima Raisi, które wygłosili w dniu 19 maja 2024 podczas oficjalnych uroczystości nad rzeką Araks.

Ten pierwszy komplementował wyjątkową zażyłości stosunków z Iranem, opartych o braterstwo i partnerskie porozumienie. Podkreślał znaczenie współpracy dla stabilności i bezpieczeństwa regionu, argumentując że żadne zewnętrzne, odległe o „tysiące kilometrów” państwa nie powinny ingerować w „nasze sprawy”. Argumentował, że Armenia liczyła na pomoc innych, ale się przeliczyła i lepiej żeby nie popełniła drugi raz tego samego błędu.

– Nie damy się poróżnić! – stwierdził.

Skrytykował przy okazji powstałą po pierwszej wojnie karabaskiej Grupę Mińską OBWE, za to, że „doprowadziła do zamrożenia konfliktu”, zamiast jego rozwiązania. To udało się jego zdaniem dopiero Baku, z pomocą środków politycznych i militarnych, ale z poszanowaniem prawa międzynarodowego.

Pozostałą część wystąpienia wypełniły zapewnienia o owocnej i dynamicznej współpracy w zakresie rozbudowy infrastruktury pogranicza, w tym powstaniu autostrady i linii kolejowej, które połączą kraj z Nachiczewanem, a szerzej, wepną cały region do budowanych od wielu lat międzynarodowych korytarzy transportowych. Przy czym przemilczał fakt, że połączenia te powstają głównie po azerskiej stronie granicy.

W mojej interpretacji, Alijew starał się osłodzić Iranowi koncept korytarza Zangezur, opisując go jako element budowy międzynarodowej trasy transportowej, na której można dobrze zarobić. Na przykładzie rozbudowy infrastruktury (elektrowni i tam) wskazywał, że współpraca daje lepsze efekty niż rywalizacja czy wrogość. Brał Iran pod włos, starając się sugerować mieszanie się zewnętrznych mocarstw w sprawy regionu, co miało stanowić ukłon w kierunku antyamerykańskiej retoryki teokratów. Jednocześnie przemycał obliczone na użytek wewnętrzny wątki sprawiedliwej wojny, którą trzeba ostatecznie zakończyć pokojem, jeśli Armenia wykaże się rozsądkiem.

Przemawiający po Alijewie Raisi był równie wylewny, celebrując współpracę i wyraźnie nawołując do jeszcze większego zbliżenia, a jednocześnie nie dawał się zwodzić. Podchwycił temat gospodarczy, wskazując na korzyści płynące z budowy projektów dla prowincji Wschodniego Azerbejdżanu i całego regionu. Wskazał na głęboką wspólnotę historii, kultury, religii oraz bliskie pokrewieństwo obydwu narodów, jednakże jego zdaniem to Iran i Najwyższy Przywódca „zdecydowali się” na pogłębienie relacji z Azerbejdżanem. W podobnie tonie dodał, że rozwój Azerbejdżanu „jest naszym własnym rozwojem”, odnosząc się tym samym do faktu wspomnianej budowy nowych dróg głównie po azerskiej stronie granicy. Zaznaczył przy okazji, że Iran chętnie przystąpi do odbudowy Karabachu, co stanowiło moim zdaniem zakomunikowaną publicznie cenę dalszej kooperacji w tym zakresie. Wyraził także oczekiwanie, że współpraca polityczna przeniesiona zostanie na fora międzynarodowe, np. Szanghajską Organizację Współpracy, a Azerbejdżan wykaże się „solidarnością” w sprawie Palestyny.

Powiedział: – Nie mamy wątpliwości, że mieszkańcy Azerbejdżanu gardzą syjonistycznym reżimem.

Oczywiście, miał na myśli rząd w Jerozolimie, z którym Baku nieustannie współpracuje. Podejrzewa się zresztą, że azerskie terytorium było wykorzystywane do ataków na Iran.

Na koniec przekonywał, że każdy czynnik zagrażający statusowi granicy między oboma państwami może stanowić dla nich potencjalne zagrożenie. Iran nie chciałby się o to martwić, przeciwnie, wolałby aby granice dawały nadzieję na współpracę i rozwój polityczno-gospodarczy.

Trudno mi uciec od wrażenia, że Raisi całkowicie pominął element partnerstwa, ustawiając Azerbejdżan w roli młodszego brata, któremu potrzebna jest tak pomoc, jak i pewna dyscyplina. Można wręcz powiedzieć, że użyta retoryka była paternalistyczna i zaborcza, wyraźnie w kontrze do powszechnie przyjmowanej wśród Azerów koncepcji wspólnoty z Turkami („dwa państwa, jeden naród”). Pod lukrową polewą zachęcającą do zbliżenia, Raisi dał do zrozumienia, że Iran oczekuje konkretów. Wsparcia na arenie międzynarodowej, przy czym nie toleruje współpracy Azerbejdżanu z Izraelem, jak i nie wyrazi zgody na siłowe rozwiązanie statusu korytarza Zangezur.

globalnagra.pl