czwartek, 4 września 2025



W dniach 31 sierpnia – 3 września Władimir Putin przebywał w ChRL, gdzie uczestniczył w szczycie Szanghajskiej Organizacji Współpracy (SzOW) w Tiencinie, a następnie odbył wizytę w Pekinie i był gościem honorowym na paradzie z okazji rocznicy zakończenia II wojny światowej i kapitulacji Japonii. W trakcie pobytu podpisano ok. 20 porozumień dwustronnych o charakterze ramowym i technicznym. Na marginesie szczytu doszło też m.in. do spotkania przywódców ChRL, Rosji i Mongolii. Według Gazpromu podpisano „prawnie wiążące memorandum” z chińską CNPC o budowie gazociągu Siła Syberii-2 biegnącego z Rosji przez terytorium Mongolii do północno-wschodnich Chin, a także uzgodniono zwiększenie dostaw za pośrednictwem istniejących gazociągów (łącznie o 8 mld m3 rocznie). Jak dotąd strona chińska nie potwierdziła jednak żadnych szczegółów dotyczących porozumień gazowych.

Szczyt był polityczną demonstracją skierowaną przeciwko USA i Zachodowi. Pokazał efekty kilkunastoletniego procesu rozszerzania SzOW. Z chińsko-rosyjskiego projektu kontroli nad Azją Centralną organizację przekształcono w kolejną platformę gromadzenia poparcia dla supermocarstwowych ambicji ChRL. Moskwa również de facto w pełni poparła chińską wizję przebudowy porządku światowego, którą uznaje za wspólną, a także uznała aspiracje Pekinu do przywództwa nad państwami Globalnego Południa. W zamian uzyskała dalsze wsparcie polityczne i perspektywy pogłębiania współpracy politycznej i gospodarczej – w tym ogólnikową obietnicę szansy na zwiększenie eksportu gazu ziemnego do Chin.

Komentarz
  • Na szczycie SzOW, przy poparciu Rosji, ChRL przeprowadziła słabo zawoalowany atak na USA i ich system sojuszy. Na spotkaniu Xi Jinping ogłosił „Inicjatywę na rzecz globalnego zarządzania”, która ma przeciwstawić się „zimnowojennej mentalności, hegemonizmowi i protekcjonizmowi” poprzez „przestrzeganie suwerennej równości państw, międzynarodowego porządku prawnego czy praktykowanie prawdziwego multilateralizmu”. W tym samym duchu sformułowano ogłoszoną na szczycie „Deklarację z Tiencinu Rady Głów Państw SzOW”. Przyjęto też – z chińskiej inicjatywy – szereg porozumień, które mają być realizowane w ramach „Strategii rozwoju SzOW do 2035 r.”. Priorytetami są wzmocnienie bezpieczeństwa regionalnego, zwalczanie terroryzmu i ekstremizmu oraz promowanie integracji gospodarczej – skupienie się na transporcie, energii i technologiach informacyjnych. Zdaniem Wang Yi, ministra spraw zagranicznych ChRL, to „dziesięcioletni plan budowy świata wielobiegunowego”.
  • Wspólna narracja historyczna dotycząca II wojny światowej, przypisująca zwycięstwo nad Państwami Osi wspólnej walce ZSRR i KPCh w Chinach, ma na celu uzasadniać pretensje Pekinu i Moskwy do przebudowy porządku międzynarodowego. Ma delegitymizować system globalny stworzony przez USA i ich sojuszników, pomniejszając ich rolę lub wręcz negując istotny wkład w zwycięstwo. Jest również propagandowym fundamentem de facto sojuszu chińsko-rosyjskiego, co stanowi przekaz do sceptycznych wobec zacieśniania stosunków grup w obydwu państwach. Wspólna narracja o „braterstwie przelanej krwi” potwierdza także rosnącą koordynację propagandową – liczne podpisane dokumenty dotyczyły współpracy instytucji medialnych. Jest też manifestacją trwałości przymierza i ma być dowodem braku możliwości jego rozbicia, na co ma nadzieję część amerykańskiego establishmentu. Ogromna, perfekcyjnie przygotowana parada umożliwiła Pekinowi zaprezentowanie nowoczesnego potencjału militarnego, który ma być dla Globalnego Południa kolejnym dowodem sukcesu chińskiego modelu modernizacji.
  • Wizyta w Chinach pozwoliła Putinowi po raz kolejny zademonstrować, że Rosja nie jest izolowana międzynarodowo. Rozmiar jej delegacji (m.in. dwóch wicepremierów, 10 ministrów, szefowie korporacji państwowych i przedstawiciele biznesu) podkreślił znaczenie, jakie mają dla Moskwy relacje z Pekinem. Kreml wysłał zarazem zakamuflowany sygnał Waszyngtonowi, licząc na uzyskanie większych ustępstw USA, zaniepokojonych postępującym uzależnieniem Rosji od Chin. Dla Moskwy korzystne jest również ocieplenie stosunków na linii Pekin–Nowe Delhi (obecny na szczycie premier Narendra Modi spotkał się z Putinem), które w obliczu ostatnich napięć indyjsko-amerykańskich umożliwia Rosji przynajmniej czasowe odwrócenie negatywnego trendu w jej relacjach z Indiami (...). Zaproszenie i umieszczenie Kim Dzong Una na drugim miejscu, zaraz za Putinem, na liście honorowych gości na paradzie to sygnał, że ChRL zaakceptowała pogłębioną współpracę FR i KRLD (...).
  • Rosyjskie doniesienia w sprawie gazociągu Siła Syberii-2 tworzą wrażenie postępu w rozmowach, ukrywając zarazem rzeczywisty brak wymiernych korzyści ekonomicznych. Choć Rosja i Chiny podpisały ponad 20 dokumentów dotyczących kooperacji w różnych obszarach (m.in. energetycznym, rolniczym czy badań kosmosu), nie mają one większego znaczenia gospodarczego. Mimo niepotwierdzonych przez stronę chińską wypowiedzi szefa Gazpromu Aleksieja Millera negocjacje wokół projektu Siła Syberii-2 najprawdopodobniej nie posunęły się naprzód. Uzyskanie zgody na to połączenie jest kluczowe dla Moskwy, jako że Chiny są jedynym odbiorcą zdolnym do zaabsorbowania dużego wolumenu surowca pochodzącego z zachodniosyberyjskich złóż, które przed wojną zasilały rynek europejski (Siła Syberii-2 ma przesyłać 50 mld m3 gazu rocznie). Jeżeli gazociąg zostanie uruchomiony w latach 30., eksport Gazpromu mógłby zwiększyć się o blisko jedną trzecią pod względem wolumenu, a sprzedaż do Chin wzrosłaby dwukrotnie. Kwestie kluczowe (formuła cenowa i rozłożenie kosztów inwestycji) nadal są przedmiotem rozmów. Stronom nie udało się także porozumieć w sprawie poszerzenia współpracy bankowej (wznowienia działalności systemu UnionPay w Rosji i honorowania kart płatniczych Mir w Chinach). Za przychylny gest w stronę Moskwy należy uznać wprowadzenie od 15 września na rok „próbnego” reżimu bezwizowego dla wszystkich Rosjan (dotąd dotyczył on tylko zorganizowanych grup).
osw.waw.pl


Dwa lata temu Colby ostrzegał, że amerykańska prawica, szczególnie ta nowa, redefiniująca się po erze „wiecznych wojen”, nie może pozwolić sobie na obojętność wobec rosnącej potęgi Chin. Jak twierdzi, zagrożenie ze strony Pekinu jest jakościowo odmienne od tych, z którymi mierzyły się Stany Zjednoczone w przeszłości i „znacznie poważniejsze niż to, które stwarzały »państwa zbójeckie«, terroryzm czy nawet Rosja”.

Colby odwołuje się do naturalnego instynktu konserwatystów, by unikać kosztownego interwencjonizmu i uzdrawiać amerykańską politykę zagraniczną przez pryzmat interesów zwykłego obywatela. Jednak ostrzega, że jeśli USA pozwolą Chinom zdobyć hegemonię nad Azją, będzie to oznaczać nie tylko porażkę geostrategiczną, ale i degradację ekonomiczną społeczeństwa amerykańskiego. Bo – jak pisze – „zastąpienie Stanów Zjednoczonych przez Chiny jako najważniejszą gospodarkę światową oznaczałoby z definicji spadek dobrobytu i bezpieczeństwa ekonomicznego Amerykanów”.

Wizja przedstawiona przez Colby’ego to nie świat równowagi czy współistnienia, ale podporządkowany chińskim interesom, w którym centrum ekonomiczne, regulacyjne i technologiczne przenosi się do Azji – a dokładniej do Pekinu. Jego zdaniem Chiny chcą stworzyć ogromną, bezpieczną strefę wpływów gospodarczych, która zapewni im dostęp do rynków zbytu, surowców, danych i inwestycji – wszystko to w skali, która pozwoli im „wyprzedzić i zastąpić USA”. Jak zauważa, naturalnym centrum tej strefy będzie Azja, która już wkrótce będzie odpowiadać za ponad połowę światowego PKB.

Taka dominacja oznaczałaby, że Stany Zjednoczone straciłyby wpływ na podstawowe procesy gospodarcze i technologiczne świata, a wszelkie próby reindustrializacji, repatriacji łańcuchów dostaw czy ochrony własności intelektualnej stałyby się iluzoryczne. Colby pyta: „Jak dużo akademickich badań i własności intelektualnej można by utrzymać w USA, gdyby najważniejsze konferencje i źródła finansowania znajdowały się po drugiej stronie Pacyfiku?”.

Co więcej, taka sytuacja nie byłaby jedynie przegraną w grze o wpływy – to byłaby strukturalna zmiana układu sił, w której Stany Zjednoczone z głównego rozgrywającego stałyby się petentem.

Zamiast lobbować w Waszyngtonie, innowatorzy i przedsiębiorcy musieliby szukać aprobaty w Pekinie – nowym centrum światowej regulacji, waluty i technologii.

Colby nie ogranicza się jednak do alarmistycznych diagnoz. Proponuje realistyczne rozwiązanie: strategię odmowy (denial defense), czyli budowę takiej siły militarnej i sieci sojuszy, która uniemożliwi Chinom zdobycie i utrzymanie kluczowych terytoriów w Azji. Kluczowy jest tutaj sojusz z krajami regionu, które – choć często handlują z Chinami – nie chcą żyć pod ich polityczną dominacją.

„Większość państw chce korzystać z chińskiego bogactwa, ale nie chce żyć pod jego butem” – pisze Colby. Problem w tym, że Pekin coraz chętniej sięga po instrumenty przymusu – w tym również militarnego. Dlatego właśnie – podkreśla Colby – „jeśli Pekin nie będzie mógł zdobyć i utrzymać terytorium państwa sojuszniczego, prawdopodobnie nie podporządkuje sobie zdecydowanych państw”.

Tym, co szczególnie wyróżnia analizę Colby’ego, jest spójność jego argumentów z filozofią polityczną Nowej Prawicy, która coraz wyraźniej odrzuca globalistyczne dogmaty ery neoliberalnej. Przypomina on, że „wbrew prognozom Toma Friedmana i jemu podobnych, to kto sprawuje władzę – i w jakim celu – ma ogromne znaczenie także dla ekonomii”. Konserwatyści od dawna wiedzą to na gruncie polityki krajowej, a Colby przekonuje, że pora przenieść tę świadomość na poziom polityki globalnej.

Jego przesłanie do Nowej Prawicy jest jasne: walka o interesy klasy średniej i suwerenność ekonomiczną USA wymaga twardej strategii wobec Chin, nie dlatego, że Nowa Prawica ma wrócić do starego interwencjonizmu, ale dlatego, że brak działania oznacza realną stratę – i to nie tylko w punktach procentowych PKB, ale również w pozycji USA jako wolnego, samostanowiącego państwa.

Choć Colby uchodzi w niektórych kręgach za architekta przyszłej polityki obronnej USA, jego nominacja na stanowisko podsekretarza obrony ds. polityki wywołuje gwałtowne kontrowersje nie tylko wśród demokratów, ale też wewnątrz obozu Trumpa. „Colby coraz bardziej oddala się od rzeczywistych poglądów prezydenta” – powtarzają z niepokojem nawet jego dotychczasowi sojusznicy. Wskazują, że jego doktryna – skupienie się wyłącznie na Chinach i niemal całkowite porzucenie Europy oraz Bliskiego Wschodu – przypomina bardziej zwrot w kierunku Azji z czasów Obamy niż politykę „America First” firmowaną przez Trumpa.

W tym sensie Colby staje się dla Demokratów figurą podwójnie dwuznaczną. Z jednej strony jego biografia – współpraca z CNAS i WestExec Advisors, think tankami wyrosłymi z administracji Obamy – sugeruje im bliskość ideologiczną. Z drugiej – jego pomysły na demilitaryzację zaangażowania USA w Europie i ostrożne podejście wobec Iranu oraz Rosji są dla demokratycznego establishmentu równie podejrzane jak dla republikańskich jastrzębi. Gdy Colby twierdzi, że „Ameryka mogłaby przetrwać bez Tajwanu” i że „uderzenie w irański program nuklearny byłoby błędem większym niż sam fakt posiadania przez Teheran broni jądrowej” – nie brzmi to jak głos człowieka, który zamierza realnie odstraszać przeciwników Stanów Zjednoczonych.

Demokraci nie ufają mu także dlatego, że jego deklarowany realizm coraz częściej wygląda jak cyniczne wycofywanie się z globalnych zobowiązań pod płaszczykiem pragmatyzmu. W ich oczach to polityka kosztów i rachunków, a nie wartości i zobowiązań. Sceptycy pytają: skoro Colby sam uważa, że Tajwan to „ważny, ale nie egzystencjalny interes USA”, to dlaczego akurat on ma być odpowiedzialny za strategiczne myślenie o przyszłości regionu Indo-Pacyfiku?

Co więcej, zarzuca się mu niekonsekwencję i tendencję do przesuwania definicji interesu narodowego zgodnie z aktualnym trendem. Gdy argumentował, że USA nie stać na obecność w Europie i na Bliskim Wschodzie, uzasadniał to potrzebą koncentracji na Chinach. Ale gdy napięcia w Azji Wschodniej rzeczywiście wzrosły, zaczął publicznie powątpiewać, czy obrona Tajwanu jest w ogóle możliwa – wskazując, że „Ameryka wyczerpała zapasy” i że „Tajwańczycy sami wydają za mało na obronność”.

To wszystko sprawia, że demokraci postrzegają Colby’ego jako człowieka „znikąd i zewsząd” – jednego dnia związanego z realistycznym skrzydłem Partii Republikańskiej, drugiego – konsultanta z firm zakładanych przez ludzi Obamy, a trzeciego – krytyka samego Trumpa, który „nie posłuchał jego ostrzeżeń” w sprawie Iranu. Problem polega na tym, że wiceminister nie tyle buduje strategię – ile próbuje jednocześnie uczestniczyć we wszystkich możliwych narracjach. A to w polityce bezpieczeństwa może być groźniejsze niż każda ideologia.

(...)

A co amerykański polityk myśli o Polsce i jej sytuacji geopolitycznej? Kiedy trwała kampania przed ostatnimi wyborami w USA z trumpowskim strategiem rozmawiał Kamil Turecki. Colby formułuje niezwykle wyraźne przesłanie: Polska znajduje się dziś w wyjątkowo korzystnej pozycji strategicznej, a Europa, zwłaszcza jej zachodnia część, powinna podążyć jej śladem. Jak mówi: „Polska zasługuje na ogromne uznanie, ponieważ ma w planach wydawanie 5 proc. swojego PKB na obronę”. Podkreśla przy tym, że Warszawa nie jest problemem w sojuszu transatlantyckim, przeciwnie – to przykład odpowiedzialnego państwa frontowego, które poważnie traktuje rzeczywistość strategiczną.

W ostrym kontraście do postawy Polski amerykański wiceminister przedstawia Niemcy, które według niego nie wywiązały się ze zobowiązań wobec NATO i „od 30 lat wydają nieco ponad 1 proc. PKB na obronność”. Na tle geopolitycznych wyzwań – zwłaszcza wojny w Ukrainie i zagrożenia ze strony Chin – taka postawa jest, jego zdaniem, nieakceptowalna. Amerykanin podkreśla, że to nie Stany Zjednoczone, ale Europa – z Berlinem, Paryżem i Londynem na czele – powinna wziąć odpowiedzialność za bezpieczeństwo kontynentu.

Polityk nie ukrywa, że USA są obecnie przeciążone. Wprost mówi, że amerykańskie zasoby wojskowe są zbyt ograniczone, by prowadzić równocześnie dwa duże konflikty – w Europie i Azji. „Nie mamy armii, która byłaby w stanie prowadzić więcej niż jedną poważną wojnę naraz” – mówi. Jego zdaniem największym strategicznym zagrożeniem dla USA są dziś Chiny, a nie Rosja, dlatego priorytetem Waszyngtonu musi być obszar Indo-Pacyfiku. To oznacza, że Europa, jeśli chce nadal cieszyć się amerykańskimi gwarancjami bezpieczeństwa, musi realnie się dozbroić.

„Czy powinniśmy poświęcić nasze interesy w Azji z powodu inercji Europy?” – pyta retorycznie i sugeruje, że prośby Europy Zachodniej o zwiększenie amerykańskiej obecności militarnej mogą spotkać się z odmową, jeśli nie będzie im towarzyszyć konkretne zobowiązanie po stronie europejskich partnerów.

(...)

To nie tylko teoretyk nowej ery rywalizacji mocarstw, ale też autor intelektualnego rusztowania, które dziś zaczyna kształtować realną politykę Pentagonu.

Jego myśl można sprowadzić do jednego zasadniczego imperatywu: jeśli chcesz odstraszać, musisz być gotów działać – szybko, precyzyjnie i eskalacyjnie.

Wiceszef Pentagonu wychodzi od diagnozy brutalnej i pozbawionej złudzeń: największym zagrożeniem w epoce po zimnej wojnie nie jest wojna totalna, lecz strategia błyskawicznego uderzenia, które stawia przeciwnika przed faktem dokonanym. To właśnie – przekonuje – uczyniła Rosja na Krymie i to samo planują Chiny względem Tajwanu. „Przewaga przypadnie temu, kto pierwszy podejmie ryzyko i zdoła utrzymać zajęte terytorium” – pisze Colby. W takiej logice liczy się nie liczba dywizji, ale tempo decyzji i gotowość do ponoszenia kosztów.

Z tego założenia wynikają jego najbardziej kontrowersyjne postulaty.

Po pierwsze: ograniczona wojna jądrowa jest realna, a nawet – w pewnych warunkach – racjonalna. Colby domaga się budowy arsenału nuklearnego zdolnego do „selektywnych i użytecznych” uderzeń, np. przeciwko flotom inwazyjnym. Przypomina, że samo przekroczenie nuklearnego Rubikonu – o ile jest kontrolowane – może działać odstraszająco, zmuszając przeciwnika do kalkulowania ryzyka. Dla wielu to herezja, ale dla Colby’ego – niezbędny element wiarygodności odstraszania.

Po drugie, Trumpowski ideolog zrywa z tabu „no first use” i formułuje koncepcję eskalacyjnej przewagi, zakładającą, że to nie ostatnie, lecz pierwsze kroki w eskalacji mogą przesądzić o wyniku konfliktu. Ameryka nie powinna więc ograniczać się do deklaratywnej siły, ale mieć w ręku wachlarz opcji – od cyberataków, przez konwencjonalne uderzenia, po niskojądrowe riposty – które przesuwają ciężar eskalacji na barki Pekinu czy Moskwy.

Z tą koncepcją wiąże się jego czwarty postulat: budowy nowoczesnej, elastycznej doktryny nuklearnej. Takiej, która dopuszcza broń o obniżonej sile rażenia, mniej radioaktywne uderzenia, nowe środki przenoszenia. To nie apokaliptyczne bomby z czasów MAD (doktryna wzajemnego gwarantowanego zniszczenia), ale chirurgiczne narzędzia politycznego nacisku. To także powrót do myślenia o broni jądrowej jako instrumencie gry geopolitycznej, a nie tylko jako ostateczności.

Wreszcie – i to dla Europy najważniejsze – Colby przypomina, że wiarygodność sojuszy nie wynika z moralnych deklaracji, lecz z przekonania przeciwnika, że USA naprawdę podejmą działanie – nawet za cenę eskalacji. W świecie wzajemnego zagrożenia totalną destrukcją kluczowa jest zdolność zarządzania ryzykiem w taki sposób, by to Moskwa lub Pekin musiały kalkulować, czy gra jest warta świeczki.

Wszystko to razem składa się na myśl, która – choć uformowana w 2018 roku – dziś znajduje coraz silniejsze odbicie w realnych debatach strategicznych Waszyngtonu. Ale jej konsekwencje dla Polski i Europy Środkowej są poważne: zastępca sekretarza obrony nie kryje, że Europa nie jest już głównym teatrem interesów USA.

Jeśli Ameryka ma się skoncentrować na Chinach, to od naszych rządów zależy, czy potrafimy zbudować lokalne mechanizmy odstraszania.

oko.press


Im większe nierówności ekonomiczne w społeczeństwie demokratycznym, tym większe jest ryzyko przejęcia władzy przez autokratę. Dzieje się tak, ponieważ w takiej sytuacji ludzie zdają sobie sprawę, że rosnąca fala nie uniesie wszystkich łodzi. Wynikające z tego poczucie pozostawania w tyle może podważyć zaufanie do "elitarnych" instytucji. Na przykład Henry E. Brady i Thomas B. Kent z Uniwersytetu Kalifornijskiego w Berkeley łączą stale malejące w ciągu ostatniego półwiecza zaufanie do instytucji amerykańskich – w tym sądownictwa, Kongresu, prasy i władzy wykonawczej – z pogłębiającą się nierównością.

Ponadto nierówność ma tendencję do korelowania z polaryzacją polityczną, która jest kolejną przyczyną regresu demokracji. Kiedy wyborcy postrzegają swoich przeciwników jako wrogów, są bardziej skłonni tolerować ataki swoich przywódców na instytucje demokratyczne.

Cyniczna, spolaryzowana opinia publiczna gra na korzyść potencjalnych autokratów. Dotyczy to zarówno prawicowych etnonacjonalistów [którzy uważają, że do narodu należą wyłącznie osoby o tej samej tożsamości etnicznej, a nie te, które mają takie samo obywatelstwo czy kulturę], takich jak Trump czy premier Indii Narendra Modi, jak i lewicowych populistów, takich jak prezydent Wenezueli Nicolas Maduro czy były prezydent Meksyku Andres Manuel Lopez Obrador (powszechnie znany jako AMLO). Wszyscy oni wykorzystali niezadowolenie społeczne, podsycając partyjne nieporozumienia i sceptycyzm wobec instytucji demokratycznych.

Jednak choć potencjalni autokraci mogą zdobyć głosy klasy robotniczej i obywateli o niskich dochodach, obarczając winą za ich problemy elity polityczne, imigrantów i grupy interesów, strategia ta staje się mniej wiarygodna, gdy już dojdą do władzy. Dlatego wielu z tych przywódców – zwłaszcza tych, którzy wywodzą się z tradycyjnych partii konserwatywnych – przyjęło politykę redystrybucji dochodów i bardziej hojne wydatki socjalne.

W Indiach nacjonalistyczna partia Baratija Janata Party Modiego, która pierwotnie przemawiała bardziej do hindusów z wyższych kast, uznała, że aby wygrać wybory, musi poszerzyć swoje poparcie wśród Hindusów z niższych kast i o niskich dochodach. Tak więc, mimo że Modi podwoił wysiłki na rzecz hinduskiego nacjonalizmu i islamofobii, wdrożył zakrojone na szeroką skalę programy pomocy społecznej, od budowy latryn po dystrybucję paliw do gotowania. Również w Europie prawicowi etnonacjonaliści odstąpili od ortodoksyjnej idei małego rządu, która od dawna charakteryzowała partie konserwatywne.

Mniej zaskakujące jest to, że lewicowi populiści również połączyli politykę na rzecz ubogich z działaniami mającymi na celu osłabienie demokratycznych rządów. Podczas swojej kadencji jako prezydent Meksyku w latach 2018–2024 AMLO podwyższył płacę minimalną i emerytury, jednocześnie umacniając swoją władzę poprzez ataki na prasę, sądownictwo i niezależny organ nadzorujący wybory w tym kraju.

Trump obrał jednak inną drogę, posługując się populistyczną retoryką i nieustannie pogłębiając przepaść między bogatymi a biednymi. Wybitne osobistości ruchu MAGA (Make America Great Again) Trumpa, w tym wiceprezydent J.D. Vance, senator stanu Missouri Josh Hawley i wieloletni sojusznik Trumpa Steve Bannon, ostrzegają, że zwolennicy prezydenta z klasy robotniczej mogą stracić złudzenia. Chociaż Trump dotychczas utrzymywał swoje poparcie dzięki brutalnym represjom wobec imigrantów, skupieniu się na prawie i porządku oraz innym taktykom silnej ręki, pogłębianie nierówności, które napędzały jego wzrost, może przyspieszyć jego wypadnięcie z łask MAGA.

W międzyczasie demokraci powinni wykorzystać nadchodzący wzrost nierówności jako okazję do ponownego zdefiniowania swojego przesłania, promując politykę wspierającą klasę robotniczą i poprawiającą dostępność cenową. Partia musi liczyć się z przejęciem jej przez korporacje i grupy interesów finansowych – to los, który spotkał również wiele partii lewicowych i centrolewicowych w Europie.

Nawet jeśli Trumpowi uda się odwrócić uwagę od zbliżających się konsekwencji swojej ustawy budżetowej i uniknąć gniewu swoich zwolenników w obliczu rosnących nierówności, Partia Demokratyczna musi wykorzystać nowy budżet – który zabiera biednym, aby dać bogatym – do odbudowy swojej platformy politycznej. Platforma ta musi skupiać się na polityce, która rzeczywiście służy interesom klasy średniej i robotniczej oraz zwalcza nierówności dochodów u ich źródeł. Socjaldemokracja może stanowić ostatnią szansę na powstrzymanie rosnącego autorytaryzmu.

onet.pl