sobota, 4 października 2025



Każde zdanie Putina z wystąpienia w Soczi trzeba by dekonstruować, bo nawet w terminach przez niego użytych zawarte są kłamstwa - powiedział PAP dr Witold Rodkiewicz, analityk OSW. (...)

W 4-godzinnym wystąpieniu na konferencji Klubu Wałdajskiego w Soczi, głównej platformie propagandowej Kremla służącej kształtowaniu międzynarodowej opinii, Putin skupił się na kontynuacji kłamliwej narracji przedstawiającej Rosję jako "ofiarę zbrojącego się Zachodu". W opinii dr. Witolda Rodkiewicza, głównego specjalisty w Zespole Rosyjskim Ośrodka Studiów Wschodnich, nowością było to, że w przemówieniu rosyjskiego przywódcy pojawiło się kilka polskich wątków.

- To nie był przypadek. Kreml dotąd dążył do izolowania "konfliktu ukraińskiego", a obecnie być może Rosjanie uznali, że należy zwiększyć nacisk na państwa wspierające Ukrainę, abyśmy od niej się odcięli, w tym przede wszystkim państwa "frontowe", wśród których Polskę postrzegają (Rosjanie - PAP) jako najważniejszego aktora - ocenił Rodkiewicz.

Putin - nawiązując do wywiadu prezydenta Polski Karola Nawrockiego dla Radia Zet, w którym wspomniał on Józefa Piłsudskiego - stwierdził, że marszałek był wrogo nastawiony do Rosji oraz że "Polska popełniła bardzo wiele błędów przed II wojną światową". Rosyjski przywódca pominął przy tym fakt, że Nawrocki mówił o Piłsudskim w kontekście wojny polsko-bolszewickiej z 1920 r. oraz obecnej agresji Federacji Rosyjskiej na Ukrainę, a nie II wojny światowej.

Według Putina Polska popełniła też błąd, odrzucając "pokojowe rozwiązanie" kwestii Gdańska i korytarza gdańskiego, w wyniku czego "Polska padła pierwszą ofiarą nazistowskiej agresji".

Przywódca Rosji stwierdził także, że Polska popełniła inny błąd, który uczynił z niej ofiarę nazistowskiej agresji. Powiedział, że w 1938 r. Polska nie "pozwoliła wojskom rosyjskim na pomoc Czechosłowacji", ostrzegając, że zestrzeli nadlatujące sowieckie samoloty.

- Proszę zwrócić uwagę na ten paradoks: z jednej strony Putin zarzuca Polsce, że nie prowadziła polityki ustępstw wobec Niemiec, a z drugiej strony nie chciała przeciwstawić się hitlerowskim Niemcom w sprawie Czechosłowacji - zwrócił uwagę Rodkiewicz. Ekspert przypomniał, że w rzeczywistości ZSRR nie zamierzał wysłać żadnych samolotów na pomoc Czechosłowacji, a Polska deklarowała jedynie, że jeśli sowieckie samoloty wlecą bez pozwolenia w jej przestrzeń powietrzną, to będzie je zestrzeliwać.

- To było więc nieprzypadkowe i bezpośrednie nawiązanie Putina do wypowiedzi wicepremiera Radosława Sikorskiego na forum ONZ - ocenił Rodkiewicz.

(...)

Ekspert zwrócił uwagę, że Putin wspomniał o Polsce jeszcze raz, dając do zrozumienia, że Rosja widzi polskie aspiracje do bycia jednym z liderów Unii Europejskiej.

Rodkiewicz powiedział PAP, że kiedy połączy się polskie wątki, przesłanie Putina jest bardzo proste: według Putina Polska ma wysokie aspiracje, ale nic z tego nie wyniknie, bo nie ma na to potencjału. Putin uważa ponadto, że Polska powinna zachowywać się tak jak Orban i Fico, i wtedy "być może zdoła w tym całym chaosie rozkładającej się Europy się ocalić".

Zdaniem eksperta polskie wydatki na zbrojenia oraz aktywność na polu dyplomatycznym, "przede wszystkim aktywne wspieranie sankcji oraz stanowisko w sprawie konfiskaty zamrożonych rosyjskich aktywów", zrobiły na Kremlu wrażenie i dlatego "Polska staje się jednym z priorytetów polityki rosyjskiej".

Większość wystąpienia w Soczi Putin poświęcił kreowaniu Rosji na ofiarę zachodnich zbrojeń i na tłumaczeniu, że Zachód niesłusznie traktuje Rosję jako wroga. "Rosja tylko się broni i nigdy sama z siebie nie wszczęła zbrojnej konfrontacji" - powiedział Putin.

- Każde zdanie Putina z tego wystąpienia trzeba by dekonstruować, bo nawet w terminach przez niego użytych jest zawarte fundamentalne kłamstwo - ocenił Rodkiewicz.

Putin powiedział np., że w Donbasie doszło do "eksterminacji narodu rosyjskiego na naszej własnej historycznej ziemi" i że ten proces rozpoczął się w 2014 r., po "krwawym zamachu stanu na Ukrainie".

- To kompletne odwrócenie pojęć i manipulacja faktami. W rzeczywistości mieliśmy tam do czynienia z puczem separatystów, a krew polała się na Ukrainie w tym sensie, że upadek prezydenta Janukowycza został spowodowany krwawym tłumieniem protestów na kijowskim Majdanie przez policję - przypomniał ekspert i podkreślił, że w Donbasie Ukraińcy zaatakowali nie ludność cywilną, ale separatystów, którzy zostali wysłani z Rosji i powstali zbrojnie przeciwko władzy uznanej przez ukraiński parlament.

Putin stwierdził także, że wojnę na Ukrainie sprowokował Zachód i winni są ci, którzy ją "podburzali i uzbrajali" i antagonizowali z Rosją. Nie byłoby według niego wojny "gdyby Ukraina nie stała się niszczycielską bronią w cudzych rękach i gdyby NATO nie zbliżało się do naszych granic".

- Słowa Putina o zagrożeniu przez Zachód są zmyśleniem, kompletnym zakłamaniem rzeczywistości. Przecież do września 2021 roku Zachód nie chciał Ukrainie dawać broni - przypomniał ekspert i dodał, że dopiero jesienią 2021 r. Amerykanie zaczęli wysyłać do Kijowa Stingery i Javeliny, zakładając, że będzie to broń dla partyzantów, "bo Ukraina upadnie".

W opinii Rodkiewicza w 2014 r. nie chodziło o NATO "pod rosyjską granicą", ale o to, że Rosjanie próbowali zapobiec podpisaniu przez Ukrainę porozumienia o strefie wolnego handlu z Unią Europejską.

- Przecież Rosja terroryzowała wtedy Janukowycza, groziła mu i zamknęła granicę z Ukrainą - powiedział ekspert. - Na Zachodzie, niestety, nawet w środowiskach ludzi wykształconych brakuje znajomości podstawowych faktów i wciąż można manipulować, tak jak robi to Putin - dodał Rodkiewicz.

Putin skrytykował także kraje Zachodu i zachodni liberalizm za to, że "demonizują" Rosję zamiast zająć się problemami obywateli i "dbaniem o jakość ich życia". Powiedział, że zachodni politycy zamieniają demokratyczne procedury w "farsę" i wprowadzają coraz to nowe zakazy, sugerując, że na Zachodzie jest jak w czasach Sowietów.

W opinii rozmówcy PAP to bardzo sprytny zabieg Putina i należałoby na niego odpowiedzieć, tak jak to robiono w trakcie zimnej wojny.

- Sowieci wykorzystywali wtedy rzeczywiście istniejące realne problemy kapitalistycznego świata, przede wszystkim wyzysk robotników, przekonując, że system sowiecki oznacza wyzwolenie robotników - przypomniał Rodkiewicz. Według eksperta odpowiedź Zachodu była prosta - rozwiązano kwestię robotniczą.

- Zachód zrozumiał, że to realny problem i trzeba go rozwiązać, i wytrącić argument z rąk Sowietów. Obecnie także zachodni politycy powinni zrozumieć, że zamiast np. wprowadzać cenzurę internetu, trzeba rozwiązać realne problemy, oczywiście nie upodabniając się do drugiej strony - ocenił Rodkiewicz.

PAP


Rzecznik ukraińskiego 2. Korpusu Gwardii Narodowej Wołodymyr Dehtiarew poinformował, że siły rosyjskie w północnym obwodzie charkowskim zazwyczaj odzyskują ciała rosyjskich żołnierzy poległych w akcji (KIA) tylko wtedy, gdy zmarły żołnierz miał stopień wyższy od kapitana lub krewni zmarłych żołnierzy płacą rosyjskiemu dowództwu wojskowemu. Dehtyarev poinformował, że rosyjskie małe grupy piechoty próbują zająć pozycje w pobliżu międzynarodowej granicy między Hlyboke i Łukjantsi (oba na północ od miasta Charków) ale kończą się niepowodzeniem, ponieważ siły ukraińskie rozszerzyły strefę śmierci (obszar bezpośrednio w pobliżu linii frontu, gdzie masa dronów taktycznych i rozpoznawczych stwarza zwiększone ryzyko dla jakiegokolwiek sprzętu lub personelu, który przedostanie się na ten obszar). Rzecznik Ukraińskiej Północnej Grupy Sił Wadym Mysnyk poinformował, że słabo wyszkoleni rosyjscy piechurzy w dalszym ciągu codziennie przeprowadzają ataki w północnym obwodzie charkowskim. Mysnyk poinformował, że siły rosyjskie mają zadania często tak proste, jak zajęcie pojedynczego budynku lub strefy przemysłowej w celu zdobycia przyczółków lub wyprodukowania materiału filmowego wyolbrzymiającego rosyjskie postępy.

(...)

Rzecznik Ukraińskiej Północnej Grupy Sił Wadym Mysnyk stwierdził, że rosyjscy jeńcy wojenni schwytani w Kupiańsku twierdzą, że rosyjskie dowództwo wojskowe nakazało siłom rosyjskim zabijanie wszystkich cywilnych mężczyzn i wykorzystywanie kobiet, dzieci i starszych mieszkańców jako “ludzkich tarcz”. Mysnyk stwierdził również, że siły ukraińskie obserwowały w Kupiańsku siły rosyjskie noszące cywilne ubrania, co prawdopodobnie jest równoznaczne z perfidią, zbrodnią wojenną w rozumieniu Konwencji Genewskiej, której Rosja jest sygnatariuszem. Rzecznik ukraińskiego 10. Korpusu Armii (AC) Tetiana Branycka stwierdziła, że siły rosyjskie w dalszym ciągu stosują taktykę infiltracji małych grup w kierunku Kupiańska. Branycka dodała, że rosyjscy jeńcy wojenni donieśli, że siły rosyjskie nie odzyskują ciał żołnierzy poległych w akcji (KIA) ani nie ewakuują rannych żołnierzy. Branycka poinformowała, że siły rosyjskie poniosły znaczne straty podczas niedawnej próby infiltracji, podczas której 12 września siły rosyjskie wkroczyły do Kupiańska podziemnym gazociągiem.

(...)

Podoficer ukraińskiej brygady działającej w kierunku Lymanu poinformował, że siły rosyjskie od lata 2025 r. zmniejszyły tempo działań ofensywnych, ale rosyjskie operacje dronowe i powietrzne pozostają intensywne. Podoficer oświadczył, że siły rosyjskie używają dronów uderzeniowych Shahed, Molniya i Lancet do namierzania ukraińskich pozycji i logistyki w kierunku Lymanu.

(...)

/Ukraiński obserwator wojskowy Kostantyn - red./ Maszowiec stwierdził, że siły rosyjskie skoncentrowały około 80.000 do 90.000 pracowników, 240 do 320 czołgów, około 600 pojazdów opancerzonych, 350 do 360 systemów artylerii wyrzutni i do 220 systemów rakiet wielokrotnego startu (MLRS) w kierunku Lymanu. Maszowiec stwierdził, że ta liczba sił jest w przybliżeniu równa liczbie sił rosyjskich skoncentrowanych w kierunku Pokrowska.

(...)

Białoruś rozważa zwiększenie krajowych mocy produkcyjnych w zakresie rafinacji ropy naftowej, co prawdopodobnie uzupełni Rosję w obliczu pogłębiających się niedoborów gazu w Rosji i okupowanej Ukrainie. Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka odbył 2 października spotkania za zamkniętymi drzwiami z nieokreślonymi stronami, aby omówić zwiększenie białoruskich mocy rafinacji ropy naftowej.

understandingwar.org


Maciek Kucharczyk: - Gdyby zadzwonił kolega z Polski i powiedział, że boi się wojny, bo niedawne wtargnięcie rosyjskich dronów, bo incydenty nad Bałtykiem, to co by Pan mu powiedział?

Michael Kofman: Że choć rosyjskie prowokacje zbrojne są powodem do niepokoju, to wojna jest mało prawdopodobna. Nawet kiedy dochodzi do incydentów zbrojnych, należy pamiętać, że to nie incydenty same w sobie zaczynają wojny. Te wybuchają z powodów politycznych. Państwa wszczynają wojny, ponieważ chcą w ten sposób zrealizować jakieś swoje cele. Nie z powodu incydentu, na przykład zestrzelenia jednego samolotu.

- A czy Rosja nie ma celów prowadzących do wojny z NATO?

Jestem bardzo sceptyczny co do tego, żeby rosyjskie przywództwo chciało otwartej wojny z Sojuszem, bo ten byłby w stanie zdecydowanie wygrać. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł wątpić w wiarygodność i zdolność NATO do odstraszania. Tak konwencjonalnego, jak i jądrowego. Niezależnie od tego, przygotowywanie się, pokazywanie swojego potencjału i woli jego użycia, jest bardzo ważne w zapobieganiu wojnie.

- A czy Rosja nie ma celów prowadzących do wojny z NATO?

Jestem bardzo sceptyczny co do tego, żeby rosyjskie przywództwo chciało otwartej wojny z Sojuszem, bo ten byłby w stanie zdecydowanie wygrać. Nie wydaje mi się, żeby ktokolwiek mógł wątpić w wiarygodność i zdolność NATO do odstraszania. Tak konwencjonalnego, jak i jądrowego. Niezależnie od tego, przygotowywanie się, pokazywanie swojego potencjału i woli jego użycia, jest bardzo ważne w zapobieganiu wojnie.

- Czy w ogóle rosyjskie wojsko mogło się porywać na NATO bez zakończenia wojny w Ukrainie?

Nie wydaje mi się, żeby Moskwa próbowała konfrontacji z NATO bez uporządkowania tej kwestii. Przynajmniej jeszcze przez jakiś czas. Choć trzeba mieć na uwadze, że polityczna decyzja o pójściu na wojnę nie musi być oparta o racjonalną i profesjonalną analizę potencjału militarnego. Wiele zależy od tego, jak skończy się wojna Rosji z Ukrainą, zakładając, że w ogóle skończy się w najbliższej przyszłości. Bezpieczeństwo Europy w pewnym stopniu zależy od jej wyniku. Państwa europejskie stoją przed ważnym wyborem w kwestii przyszłości swojego kontynentu. Czyli czy postarają się zapewnić, aby armia ukraińska pozostała istotną siłą nawet po zakończeniu wojny, czy skupią się głównie na swoim własnym bezpieczeństwie.

Patrząc z dystansu, warto zaznaczyć, że odbudowanie rosyjskiego potencjału wojskowego to nie pytanie "czy", ale "kiedy". Debata w kręgach analitycznych toczy się głównie nad tym, czy będzie to 5, czy 7 lat, zanim Rosja będzie znów zdolna do prowadzenia operacji bojowych na dużą skalę, stanowiących zagrożenie dla członków NATO. W przypadku działań na mniejszą skalę, na przykład wymierzonych w kraje bałtyckie, można mówić o znacznie krótszej perspektywie.

- Zakładając czarny scenariusz, że nie zdołamy jednak odstraszyć Rosji i ta postanowi wykorzystać siłę w swojej polityce wobec NATO, to jakiej właściwie wojny możemy się spodziewać?

Wszystko zależy od tego, jakie cele zostałyby postawione przed rosyjskim wojskiem. To one decydują o późniejszej strategii militarnej i o tym, jak zostają użyte siły zbrojne. Każda wojna ma swój własny kontekst i też toczy się w innych warunkach geograficznych. Tak więc patrzenie na to, jak teraz wygląda wojna Rosji z Ukrainą i wyobrażanie sobie, że coś takiego będzie działo się na przykład w państwach bałtyckich, nie jest pomocne. Co więcej, byłbym ostrożny w wyciąganiu wniosków ze złej fazy konfliktu. Czyli z tej obecnej, a nie na przykład wstępnej, która była znacznie bliższa klasycznej wojnie z użyciem manewru i siły ognia. Ponadto zaczynając konflikt z NATO, Rosja miałaby na pewno inne założenia i plany, niż kiedy zaczynała z Ukrainą. Wobec tego wszystkiego wydaje mi się wątpliwe, aby taka wojna potoczyła się w sposób podobny do tej obecnej.

- Po co w ogóle Kreml miałby chcieć zaczynać wojnę z NATO? W 2022 roku mogło się wydawać, że najazd na Ukrainę nie ma sensu. Teraz podobnie ruszanie na NATO wydaje się nie nieść zysku dla Kremla. Może jednak coś przeoczamy?

Ważne jest, by wyciągać wnioski z tego, co się stało, ale warto jednak mieć pewien dystans. Prawdopodobieństwo wojny pozostaje w mojej ocenie małe, choć wyższe po inwazji na Ukrainę. Warto jednak zastanowić się, dlaczego w 2022 roku Moskwa tak bardzo źle oceniła sytuację oraz dlaczego dysponująca tak dużymi siłami lądowymi Ukraina nie zdołała odstraszyć Rosjan. Można to ująć w ten sposób, że właśnie z powodu tego, co stało się w 2022 roku, nie możemy teraz bagatelizować możliwości pełnoskalowej wojny konwencjonalnej, pomimo względnie małego prawdopodobieństwa jej wybuchu. Właśnie z powodu ryzyka wystąpienia takich konsekwencji, jak te, które widzimy teraz na Ukrainie.

To, co mnie bardziej martwi, to że Rosja może próbować stworzyć kryzys, który będzie testem woli USA do pozostania zaangażowanymi w bezpieczeństwo Europy. To właściwie może się dziać już w tej chwili. Dla Moskwy rozmowa o NATO to głównie kwestia obecności militarnej USA w Europie. Podejrzewam, że nikt nie rozumie tego lepiej niż Polacy, którzy od dawna konsekwentnie pracują nad zwiększeniem amerykańskiej obecności wojskowej w swoim kraju i zobowiązań Waszyngtonu wobec niego. Wobec tego jednym z powodów potencjalnej wojny oraz stojących za nią założeń mogłoby być to, że Moskwa przestanie wierzyć w amerykańskie zaangażowanie w bezpieczeństwo Europy.

Tak czy inaczej, dzisiaj wydaje mi się, że to nie wojna, ale naciski ze strony Rosji poparte groźbą użycia siły, są poważniejszym problemem. Moskwa zdaje się być coraz bardziej bezczelna i podejmująca coraz większe ryzyko. Rosyjskie działania można traktować jako mające na celu zastraszać poszczególnych członków NATO i rzucić wyzwanie całemu sojuszowi.

- Mówił Pan, że chyba nie ma takich, którzy nie wierzą w zdolność odstraszania NATO. Jednak nowa administracja w Waszyngtonie nie pomaga europejskim sojusznikom czuć się pewnie. Wiarygodność USA w tym zakresie istotnie tu spadła.

To, co istotne, to że Europejczycy zdołali na razie utrzymać status quo, czyli zaangażowanie USA w europejskie bezpieczeństwo. Jednak niewątpliwie widzę nadchodzące zmiany. Wiele powiedzą nowe dokumenty strategiczne opracowywane w Waszyngtonie. Jest jednak widoczne, że jesteśmy w trakcie procesu większego skupienia się na obronie naszego własnego terytorium, rywalizacji z Chinami i przeniesienia ciężaru odstraszania oraz obrony w Europie na barki europejskich sojuszników. Tego ciężaru na razie nie jesteście gotowi unieść, biorąc pod uwagę ograniczenia europejskich wojsk oraz przemysłu zbrojeniowego. (...)

- Co w takiej rzeczywistości możemy lepiej robić, żeby jednak tę kwestię udźwignąć i odstraszyć Rosjan?

Wszyscy musimy bardziej się starać w kwestii wspomnianych lekcji z Ukrainy i poprzeć to odpowiednimi inwestycjami. Ogólnie rzecz biorąc, Europa jest na dobrej drodze, zwiększając wydatki na obronność i starając się ograniczać zależność od USA. Jednak jeszcze wiele lat do tego, aby była w stanie prowadzić samodzielnie operacje na dużą skalę. Bez USA pełniących rolę przewodnią i spinających cały wysiłek w całość. Oznacza to, że państwa europejskie muszą czynić największe inwestycje nie tylko w zwiększaniu swoich wojsk, ale też w budowie zdolności do działania z minimalnym wsparciem amerykańskim.

gazeta.pl