sobota, 20 września 2025



Po dwóch latach wojny na Bliskim Wschodzie państwa Zatoki Perskiej są wściekłe z powodu rzezi w Strefie Gazy, zaskoczone nieustępliwą wrogością Izraela wobec nowego rządu syryjskiego i zaniepokojone kolejną rundą walk z Iranem.

Chcą, aby Trump dokonał wyboru między długotrwałym sojuszem z klubem bogatych, proamerykańskich monarchii, a nieograniczoną przyjaźnią z Netanjahu — niepopularnym premierem, który według wielu Izraelczyków prowadzi swój kraj do ruiny. Z perspektywy Abu Zabi, Dohy czy Rijadu wybór powinien być oczywisty. Kraje te mają również swoje sposoby nacisku na Amerykę.

Problem dla krajów Bliskiego Wschodu polega na tym, że przynajmniej do tej pory Trump zachowywał się tak, jakby nie mógł się zdecydować — czy postawić na Izrael, czy na bogate kraje Zatoki Perskiej.

(...)

Sam Katar nie może wiele zdziałać, przynajmniej działając samodzielnie. Zacznijmy od oczywistego: nie będzie reakcji militarnej. Katar jest zbyt mały, aby rzucić wyzwanie Izraelowi, a jego celem jest uniknięcie konfliktu, a nie jego eskalacja. Nie może też grozić zerwaniem stosunków dyplomatycznych lub gospodarczych z Izraelem, ponieważ nie ma ani jednych, ani drugich.

Katar zapewnił już jednogłośną rezolucję Rady Bezpieczeństwa ONZ potępiającą atak. Mógłby również spróbować postawić Izrael przed Międzynarodowym Trybunałem Sprawiedliwości. Jednak takie kroki mają charakter symboliczny.

Każda poważna reakcja musi być skoordynowana z innymi państwami Zatoki Perskiej i krajami arabskimi, które często nie potrafią dojść do porozumienia w wielu kwestiach. Przykładowo: władze Kataru wezwały Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) do ograniczenia stosunków z Izraelem. Emiraty podjęły pewne niewielkie kroki, wzywając zastępcę ambasadora Izraela do złożenia noty dyplomatycznej i zakazując izraelskim firmom udziału w listopadowych targach lotniczych w Dubaju.

Kraje Bliskiego Wschodu wahają się przed podjęciem dalszych kroków (chociaż może się to zmienić, jeśli premier Izraela Binjamin Netanjahu zrealizuje swoją groźbę aneksji części okupowanego Zachodniego Brzegu).

Dyplomaci z Zatoki Perskiej na spotkaniu 15 września spekulowali na temat innych możliwych środków, takich jak zamknięcie przestrzeni powietrznej dla izraelskich samolotów. Żadne z nich nie znalazło się w ostatecznym komunikacie ze szczytu w Dosze, który był pełen frazesów. Ta rozbieżność skłoniła niektórych proizraelskich analityków do twierdzenia, że potępienie ataku ma w dużej mierze charakter pozorny. Zdaniem tych ekspertów inne kraje arabskie mogą publicznie potępiać Izrael, ale prywatnie mają pretensje do Kataru za wspieranie grup islamskich i nie będą działać w jego imieniu.

Jest to błędny pogląd. "Było to dla nas wszystkich sygnałem alarmowym" — mówi jeden z dyplomatów z Zatoki Perskiej, który często krytykuje Katar. "Postrzegamy nasze wspólne bezpieczeństwo jako spójne, a Izrael je naruszył" — dodaje inny.

Stonowana reakcja odzwierciedla po prostu rzeczywistość — państwa Zatoki Perskiej nie mają zbyt dużego wpływu na rząd Netanjahu. Jeśli jednak nie mogą wywrzeć presji na Izrael, będą starały się wywrzeć presję na najbliższego sojusznika Izraela.

onet.pl\The Economist


Szef ukraińskiego Sztabu Generalnego gen. Ołeksandr Syrski przedstawił szczegółowe podsumowanie rosyjskich działań ofensywnych z ostatnich czterech miesięcy. Według tych danych, od maja do końca sierpnia rosyjskie wojska zdołały zająć powierzchnię ok. 1910 km kw. ukraińskiego terytorium. Oznacza to średnie tempo natarcia na poziomie ok. 470 km kw. miesięcznie, co świadczy o utrzymaniu względnie stabilnej dynamiki działań mimo ogromnych strat. Syrski poinformował, że w tym samym okresie rosyjskie siły straciły ponad 130 tys. żołnierzy — licząc zarówno poległych, jak i rannych.

Analiza zestawień przedstawionych przez Instytut Badań nad Wojną (ISW) pozwala lepiej uchwycić proporcje tych działań. W maju Rosjanie mieli zdobyć około 499 km kw. terytorium, w czerwcu 466, w lipcu 446, a w sierpniu niemal 500. Widać zatem, że pomimo ukraińskich kontrataków i intensywnych działań obronnych, Kremlowi udało się utrzymać stały postęp.

Średnio każdy kilometr kwadratowy okupiony został stratą od 68 do 75 żołnierzy, co pokazuje, jak kosztowna była rosyjska taktyka frontalnych natarć, oparta na masowym użyciu piechoty i intensywnego ognia artylerii. Straty jednak i tak były niższe, niż w poprzednich miesiącach. W styczniu na jeden kilometr kwadratowy kosztował Rosjan średnio 99 żołnierzy zabitych i rannych.

Spadek strat rosyjskich wojsk wynika ze zmiany taktyki. Zamiast dużych frontalnych szturmów z użyciem lekkich pojazdów i motocykli, Rosja częściej stosuje małe grupy infiltracyjne wspierane przez drony, lotnictwo i artylerię. Dodatkowo coraz szerzej wykorzystuje systemy zarządzania polem walki, wcześniej dostępne tylko dla jednostek specjalnych i rozpoznawczych. Można powiedzieć, że do rosyjskiej armii w końcu dotarł XXI w. Przynajmniej w tym aspekcie.

Szczególnie wymowne jest to, że Rosjanie decydowali się na kontynuowanie ofensywy mimo rażąco wysokiego bilansu strat, co sugeruje, iż Kreml przyjął logikę wojny na wyczerpanie, w której terytorialne zdobycze, nawet jeśli stosunkowo niewielkie, mają znaczenie propagandowe i polityczne. Dlatego w ostatnich dniach rosyjskie media podkreślają, że armia przekroczyła granicę z obwodem dniepropietrowskim.

Na zachód od Wełykej Nowosiłky rosyjskie oddziały zdołały po raz pierwszy od miesięcy przesunąć linię frontu na tyle daleko, że przekroczyły administracyjną granicę między obwodami donieckim, dniepropietrowskim i zaporoskim. Co miało duże znaczenie polityczne i propagandowe. Choć pod względem operacyjnym była to ciągnąca się w nieskończoność epopeja.

Na tym odcinku Rosjanie rozpoczęli próby okrążenia Pokrowska od południa w grudniu zeszłego roku. Wówczas udało im posunąć w okolicy Pustynki i Puszkina, a także Nowojelizawietki, co oznaczało, że stanęli 10 km od granicy obwodów. Dotarcie do granicy było jednym z ważniejszych celów Putina, o których mówił od klęski pod Kijowem w kwietniu 2022 r.

Przy czym dotarcie do granicy między obwodami donieckim a dniepropietrowskim nie ma żadnego znaczenia taktycznego. W żaden sposób nie ułatwi zajęcia Pokrowska, a jedynie da pożywkę dla kremlowskiej propagandy, bo chodzi o "wyzwolenie" Donbasu. A dotarcie do granicy jest takim symbolem.

Kluczowe walki toczyły się w rejonie niewielkich osad i pól uprawnych, gdzie brak naturalnych przeszkód terenowych sprzyjał szybkim ruchom, ale jednocześnie narażał atakujących na straty z powodu dobrze rozmieszczonej artylerii i moździerzy ukraińskich.

Dla strony ukraińskiej utrzymanie kontroli nad Wełyką Nowosiłką i okolicznymi miejscowościami było ważne z kilku powodów. Po pierwsze, stanowiły one zaplecze dla dalszej obrony linii prowadzącej na północ, w kierunku Pokrowska. Po drugie, utrata tego odcinka mogłaby umożliwić Rosjanom zbliżenie się do ważnych szlaków komunikacyjnych prowadzących w głąb obwodu zaporoskiego, co stwarzałoby zagrożenie dla logistyki na południowym teatrze działań. Po trzecie, przekroczenie granicy obwodów miało wymiar psychologiczny, bo wskazywało na możliwość dalszej ekspansji w kierunku dniepropietrowskim.

W praktyce rosyjskie sukcesy miały ograniczony charakter. O ile udało im się przesunąć linię frontu na nowy teren administracyjny, o tyle nie towarzyszył temu żaden większy przełom operacyjny. Linia obrony ukraińskiej pozostawała stabilna, a pozycje przygotowane w głębi zapobiegały szerszej eksploatacji zdobyczy. W dodatku rosyjskie jednostki szturmowe były poważnie osłabione stratami i nie dysponowały wystarczającymi odwodami, aby przeprowadzić szerzej zakrojoną ofensywę.

Tradycyjnie sektor Pokrowska pozostawał jednym z najbardziej aktywnych obszarów działań ofensywnych po stronie rosyjskiej. Według raportów ukraińskiego Sztabu Generalnego i niezależnych obserwatorów w ciągu jednego dnia meldowano od kilkunastu do ponad 30 punktowych starć, obejmujących ostrzał artyleryjski, użycie lotnictwa oraz dronów uderzeniowych, a także próby wdarcia się w pozycje ukraińskie wzdłuż wsi Nowoekonomiczne, Rodynske i pobliskich miejscowości.

Ukraińska obrona pod Pokrowskiem nadal jest stabilna i wiele ataków zostało odpartych, a miejscowe kontruderzenia doprowadziły do wycofania części jednostek rosyjskich z niektórych pozycji. Raporty wskazują, że Ukraińcy skutecznie wykorzystywali przewagę w rozpoznaniu i koordynacji ogniowej, co pozwoliło im neutralizować próby przerwania linii obronnej, a także ograniczać straty własne do poziomu pozwalającego na utrzymanie ciągłości obrony.

Warto zwrócić uwagę na znaczenie taktyczne Nowoekonomicznego i Rodyńskiego. Strata tego pierwszego mogłaby ułatwić Rosjanom podejście do samego Pokrowska. Rodynskie z kolei jest częścią równoległego kierunku natarcia, pozwalającego agresorowi na rozproszenie ukraińskiej obrony.

W obu miejscowościach Ukraińcy skutecznie powstrzymali rosyjskie natarcia, utrzymując kontrolę nad strategicznymi punktami i korytarzami komunikacyjnymi, co w praktyce uniemożliwiło przeciwnikowi rozwinięcie głębszej ofensywy. Zmiana taktyki niewiele Rosjanom dała, a ataki niewielkimi grupami najwyżej wprowadzają chaos w ukraińskich liniach, bez osiągnięcia jakichkolwiek zdobyczy terytorialnych.

(...)

Nocne naloty z wykorzystaniem bomb latających osiągnęły niespotykaną dotąd skalę. W kilku falach agresor uruchomił ponad 800 środków napadu powietrznego, wspierając je wystrzeleniem kilkunastu pocisków rakietowych.

Głównymi celami były obiekty infrastruktury krytycznej, w tym centrum rządowe w Kijowie, linie energetyczne, ale także zabudowania cywilne. Mimo skali operacji obrona powietrzna Ukrainy zdołała przechwycić zdecydowaną większość zagrożeń. Według danych ukraińskiego Sztabu Generalnego zneutralizowano około 740–750 dronów oraz większość pocisków manewrujących. Straty materialne okazały się ograniczone, choć kilka uderzeń wywołało pożary i uszkodziło budynki administracyjne.

Odpowiedzią Kijowa była kontynuacja własnej kampanii dronowej wymierzonej w głąb terytorium przeciwnika. Atak na terminal naftowy Primorsk spowodował poważny pożar i zakłócenia w eksporcie rosyjskiej ropy, a jednocześnie pokazał zdolność Ukrainy do uderzeń strategicznych na bardzo dużych dystansach.

onet.pl\Newsweek


Około połowy torfowisk położonych na terenie Unii Europejskiej jest bowiem zdegradowana. Bagna są osuszane od setek lat, głównie na potrzeby rolnictwa, by zdobyć grunty pod uprawy. Bagna to takie torfowiska, na których jest aktywny proces torfotwórczy, który wymaga odpowiedniego nasycenia wodą podłoża. Rośliny rosnące na bagnach w procesie fotosyntezy pobierają CO2 z powietrza i akumulują w sobie węgiel. Obumierając, tworzą torf.

Dzięki temu procesowi są najwydajniejszym magazynem węgla na świecie – pokrywają jedynie 3 proc. powierzchni lądu, ale magazynują co najmniej dwa razy więcej węgla, niż lasy, które pokrywają 30 proc. lądu. Dodatkowo poprawiają mikroklimat i zapewniają retencję wody. Oraz zatrzymanie pojazdów pancernych wroga. Szacuje się, że tereny podmokłe są w stanie wytrzymać obciążenie pojazdami wojskowymi o 75 proc. mniejsze niż tereny osuszone. Niestety, po osuszeniu bagna torf rozkłada się, emitując CO2, który „magazynował się” w torfowisku przez tysiące lat. Około 12 proc. światowych torfowisk jest obecnie zdegradowane. Odpowiadają za około 4 proc. antropogenicznych emisji dwutlenku węgla rocznie. W Polsce degradacji uległo około 85 proc. torfowisk.

W Unii Europejskiej emisje z osuszonych torfowisk wyniosły około 124 mln ton CO2eq w 2022 r., czyli mniej więcej tyle, ile wyemitowała cała Holandia. Eksperci twierdzą, że ta wartość może być niedoszacowana. Po ponownym nawodnieniu torfowiska przestają emitować dwutlenek węgla, a po pewnym czasie znów zaczynają go pochłaniać. M.in. dlatego UE wymaga rekultywacji torfowisk w ramach Rozporządzenia w sprawie odbudowy zasobów przyrodniczych (ang. Nature Restoration Law). Państwa członkowskie muszą przywrócić 30 proc. proc. zdegradowanych torfowisk do 2030 r. i 50 proc. do 2050 r. Rządy mają czas do września 2026 r. na opracowanie planów realizacji tych celów.

(...)

Tak się szczęśliwie składa, że większość torfowisk Unii Europejskiej znajduje się na granicy NATO z Rosją i Białorusią. Rozciągają się od fińskiej części Arktyki, przez Estonię, Łotwę i Litwę aż po wschodnią Polskę. Gdy torfowisko jest nasycone wodą, a do tego najlepiej pokryte lasem – olsem – jest nie do przebycia dla ciężkich pojazdów wojskowych. O pomyśle wykorzystania nawodnionych torfowisk w celach obronnych mówią już nie tylko naukowcy, ale też politycy.

(...)

Jest jeszcze grupa społeczna, której interesy należy uwzględnić, by przywracanie torfowisk się powiodło. Największym antropogenicznym zagrożeniem dla torfowisk było i jest rolnictwo, a protesty rolników to coś, czego zarówno Komisja Europejska, jak i rządy państw członkowskich wolałyby uniknąć. Dlatego też na ten moment zarówno w Finlandii, jak i w Polsce, projekty renaturyzacji torfowisk będą odbywać się na gruntach należących do skarbu państwa. Naukowcy przypominają, że jeśli renaturyzacja ma przynieść naprawdę wymierne korzyści, to do rozmów z rolnikami w końcu będzie musiało dojść. Wiele torfowisk znajduje się na gruntach prywatnych – w Polsce osuszono około 85 proc. bagien.

energetyka24.com


Na pierwszy rzut oka sytuacja nie wygląda dramatycznie, bo sprzedaż dużych firm wzrosła o 2,3%, sięgając 78 bilionów juanów. Problem w tym, że koszty rosły jeszcze szybciej – o 2,5%. W efekcie marża operacyjna stopniała do 5,15%, a przedsiębiorstwa mają coraz mniej przestrzeni, by amortyzować szoki cenowe. Do tego dochodzą kłopoty z finansami. Aktywa wprawdzie urosły o prawie 5%, ale długi zwiększyły się jeszcze bardziej, co podniosło wskaźnik zadłużenia do 57,9%. Firmy muszą też dłużej czekać na pieniądze od kontrahentów – średnio prawie 70 dni – a jednocześnie gromadzą coraz większe zapasy. To klasyczny objaw presji deflacyjnej, kiedy produkcja i sprzedaż idą w górę, lecz zyski maleją, a gotówka coraz wolniej wraca do firm.

(...)

Największym hamulcem chińskiego przemysłu pozostaje górnictwo, gdzie zyski skurczyły się aż o 31,6%. Szczególnie dramatycznie wygląda sytuacja w węglu, który zanotował spadek o 55,2%. Wydobycie rud żelaza straciło 33,7%, a ropy i gazu 12,6%. To efekt malejących marż surowcowych w warunkach niższych cen i słabszego popytu wewnętrznego.

Lepszy obraz rysuje się w przetwórstwie, które zwiększyło zyski o 4,8%. Najbardziej wyróżniają się tu branże spożywcza (+14,5%), maszyny elektryczne (+11,7%), elektronika i komputery (+6,7%) oraz urządzenia przemysłowe (+6,4%). Nie wszystkie jednak sektory radzą sobie dobrze – na minusie pozostaje chemia (-8,0%), włókiennictwo (-6,5%), produkcja wyrobów niemetalowych (-5,6%) i farmacja (-2,6%).

Sektor motoryzacyjny w Chinach niemal zatrzymał się w rozwoju, osiągając jedynie symboliczny wzrost na poziomie 0,9%. Dobitnym przykładem jest sytuacja państwowej grupy JAC, która pomimo znacznej skali działalności poniosła straty, unaoczniające, jak silna presja cenowa i technologiczna może uderzyć w branżę dotąd postrzeganą jako jeden z filarów chińskiego przemysłu. Na pogorszenie wyników finansowych JAC wpłynęło zaangażowanie w projekt budowy superfabryki przeznaczonej dla nowej marki luksusowych pojazdów elektrycznych Maextro. 

(...)

Prognozy największych instytucji i spółek sugerują zbliżanie się do plateau popytu na ropę w Chinach w tej dekadzie. Wzrost zużycia ma być napędzany głównie przez petrochemię, a nie transport drogowy. Najwięksi gracze naftowi w kraju wskazują na lata 2025–2027 jako moment osiągnięcia szczytu konsumpcji, co wymusza przestawienie strategii kapitałowych. Zaczynają się większe nakłady na kompleksy chemiczne, modernizację instalacji i produkty o wyższej wartości dodanej.

Deflacja fabryczna utrzymuje presję na ceny wyrobów, co przy rosnących kosztach części składowych ogranicza skłonność do inwestycji i zatrudnienia. Programy wsparcia konsumpcji, ulgi podatkowe oraz wyższe wydatki infrastrukturalne amortyzują spadki, jednak lipcowe skurczenie nowej akcji kredytowej ujawnia ostrożność banków i beneficjentów finansowania. Media wskazują, że w praktyce to znak, że polityka monetarna w pojedynkę nie odwróci cyklu, jeśli nie zostanie zsynchronizowana z działaniami porządkującymi nadwyżki mocy i ograniczającymi wojny cenowe w branżach o chronicznej nadpodaży.

Napięcia handlowe z USA przeszły w okresowy rozejm, ale niepewność co do trwałości porozumień studzi zaufanie biznesu. Wypowiedzi ekonomistów zwracają uwagę na ryzyko eskalacji barier taryfowych w środowisku już nasilonej konkurencji kosztowej i problemu nadprodukcji. Na poziomie sektorów uderza to w panele słoneczne, gdzie czołowe firmy raportują szersze straty. Rynek wchłania wolumen, lecz po cenach, które podważają rentowność. Taki układ zaczyna przenosić dyscyplinę cenową na cały łańcuch dostaw, od materiałów po komponenty.

energetyka24.com


Według zapowiedzi szefowej Komisji Europejskiej, Unia będzie chciała zakazać importu rosyjskiego LNG (skroplony gaz ziemny) na rynek europejski. „Czas zakręcić kurek. (…) Chcę wyraźnie powiedzieć: Europejczycy będą bezpieczni tej zimy” – powiedziała Ursula von der Leyen.

Po raz kolejny unijne sankcje dosięgną rosyjskiej floty cieni. Tym razem dotkną one 118 statków, co sprawi, że łącznie blisko 700 takich statków będzie nimi objętych. Unijne prawo dotknie też rosyjskie spółki energetyczne, Rosnieft oraz Gazprom Nieft, a także część banków (także tych z innych państw współpracujących z Kremlem). Straci też 45 spółek z Rosji i państw trzecich, które eksportują Rosjanom towary i technologie wykorzystywane na polu walki. Sankcje obejmą również platformy kryptowalutowe.

defence24.pl


Donald Trump ponowił swoje ultimatum, domagając się porzucenia rosyjskiej ropy przez sojuszników, jeśli chcą, aby Stany Zjednoczone zaostrzyły sankcje wobec Rosji.- Nie może być tak, że Europa kupuje ropę od Rosji, a ja gniewam się na Chiny za to, że robią to samo - stwierdził w czwartkowym wywiadzie dla stacji Fox News. Jak dodał, nie jest zadowolony z postawy sojuszników.

Jestem bardzo rozczarowany, gdy mówią o sankcjach. Nie mam nic przeciwko sankcjom, ale kiedy mówię o sankcjach i ludzie kupują ropę od Rosji, to nie powinni jej kupować. To zupełnie zmienia sytuację - mówił prezydent USA.

Przypomnijmy, że spośród państw należących do NATO rosyjską ropę do tej pory wciąż sprowadzają trzy kraje: Turcja, Węgry oraz Słowacja. Według najnowszej analizy organizacji CREA (Centre for Research on Energy and Clean Air) tylko w sierpniu 2025 kraje te zapłaciły łącznie około 976 mln euro za 18 mln baryłek rosyjskiej ropy. To ok. 2,45 mln ton surowca.

Problem w tym, że Trump właściwie usprawiedliwia rząd Viktora Orbana i Roberta Ficy, twierdząc, że w ich przypadku "można to w pewien sposób zrozumieć, bo oni mają bliskie relacje" z Rosją. - Ale chodzi też o inne kraje i po prostu nie można tego robić - zaznaczył.

(...) Ankara tylko w sierpniu przelała na rosyjskie konta 596 mln euro w ramach opłat za ropę. Naciski na tureckiego prezydenta Recepa Tayyipa Erdogana jednak mogą niewiele zdziałać. 

(...) 

Przypomnijmy, że obecnie wpływy podatkowe ze sprzedaży ropy i gazu stanowią około 30 proc. rosyjskiego budżetu. Co istotne, wydatki zbrojeniowe Rosji również stanowią około 30 proc. budżetu. Dlaczego więc Trump przemilczał problem gazu, który również płynie do Europy i kupno którego finansuje wojnę?

- W krótkim horyzoncie czasowym łatwiej jest zmienić dostawcę ropy naftowej niż gazu ziemnego, który cechuje się niską elastycznością handlu - wyjaśnia w rozmowie z money.pl Marianna Sobkiewicz, analityczka Polskiego Instytutu Ekonomicznego. 

(...) 

Choć przez gazociągi do Europy gaz z Rosji właściwie już nie płynie, to wciąż sprowadzany jest w postaci płynnego LNG drogą morską. Unijne obostrzenia nie zabraniają importu skroplonego gazu z Rosji na własne potrzeby, ale ograniczają możliwość przeładowywania w europejskich portach i jego reeksportu na światowe rynki.

W całym 2024 r. z Rosji pochodziło około 18 proc. gazu ziemnego importowanego do UE. 85 proc. z tych dostaw trafiło do trzech krajów: Francji, Hiszpanii i Belgii. Rosyjski gaz kupują też Węgrzy i Słowacy.

Mimo że Bruksela zakłada całkowite uniezależnienie się od rosyjskich surowców do 2028 roku (w przypadku LNG - do 1 stycznia 2027 roku, a w przypadku ropy - do końca 2027 roku), w lipcu 2025 r. to wciąż Unia Europejska była największym nabywcą rosyjskiego gazu skroplonego.

- W pierwszym kwartale 2025 r. amerykański skroplony gaz ziemny miał 50,7 proc. udziału w unijnym rynku, podczas gdy Rosja odpowiadała za 17 proc. dostaw - wylicza Sobkiewicz.

- Należy podkreślić, że administracja USA nie pomija problemu importu rosyjskiego gazu ziemnego do państw NATO - zaznacza nasza rozmówczyni z PIE.

Przypomina słowa sekretarza energii USA Chrisa Wrighta z ubiegłego tygodnia. - Unia Europejska mogłaby zrezygnować z rosyjskiego gazu w ciągu sześciu do dwunastu miesięcy, zastępując go amerykańskim skroplonym gazem ziemnym, a Stany Zjednoczone przekazały to stanowisko urzędnikom UE - stwierdził Wright. Spotkał się on w Brukseli z Danem Jørgensenem, komisarzem ds. energii i mieszkalnictwa Unii Europejskiej. Podczas tej wizyty oświadczył, że USA zależy na "wyparciu całego rosyjskiego gazu".

money.pl


Komisarz Unii Europejskiej (UE) ds. Obrony i Przestrzeni Kosmicznej Andrius Kubilius oświadczył 18 września, że w przyszłym tygodniu zwoła ministrów obrony UE, aby omówić utworzenie “muru dronowego na wschodniej granicy UE w odpowiedzi na wtargnięcie rosyjskiego drona do Polski. Kubilius stwierdził, że projekt prawdopodobnie obejmie połączenie czujników oraz systemów obronnych i zakłócających do wykrywania i neutralizowania dronów, i zasugerował, że UE mogłaby ukończyć budowę ściany drona w ciągu roku. Kubilius po raz pierwszy ogłosił propozycję budowy muru drona 15 września i stwierdził, że wtargnięcie dronów Rosji nad Polską pokazało potrzebę zwiększenia przez UE swoich zdolności do obrony przed potencjalnymi atakami dronów. Kubilius oświadczył, że UE będzie współpracować z Ukrainą w celu opracowania projektu ściany dronów. Szef sztabu ukraińskiej administracji prezydenckiej Andrij Jermak wyraził poparcie dla potencjalnego zaangażowania Ukrainy w unijny projekt muru dronowego. Przedstawiciel NATO powiedział ukraińskiemu outletowi Suspilne 19 września sojusznicy Ukrainy dostarczyli pierwszą broń zakupioną w ramach inicjatywy Prioritized Ukraine Requirements List (PURL), w ramach której państwa europejskie kupują broń dla Ukrainy od Stanów Zjednoczonych.

Kreml w dalszym ciągu odrzuca winę za wtargnięcie rosyjskiego drona w przestrzeń powietrzną Polski. Rzecznik Ministerstwa Spraw Zagranicznych Rosji (MSZ) Maria Zacharowa stwierdziła 19 września, że okoliczności niedawnego wtargnięcia drona w polską przestrzeń powietrzną 10 września pozostają niejasne. Zacharowa twierdziła, że kraje europejskie oskarżają Rosję o wystrzelenie dronów bez przedstawienia przekonujących dowodów oraz że odmowa Polski konsultacji z rosyjskimi urzędnikami pokazuje, że szerszy Zachód nie jest zainteresowany zrozumieniem incydentu. Rosyjscy urzędnicy konsekwentnie odrzucali odpowiedzialność za wtargnięcie dronów i krytykowali europejskie wysiłki na rzecz obrony przed rosyjską agresją.

(...)

Starszy oficer ukraińskiej brygady działającej w kierunku Pokrowska poinformował 19 września, że siły rosyjskie w dalszym ciągu poszerzają zasięg dronów i że rosyjskie drony uniemożliwiają obecnie siłom ukraińskim używanie pojazdów bez walki elektronicznej (EW) na tyłach, które miesiąc temu były bezpieczne do poruszania się. Ukraiński oficer zauważył, że operatorzy dronów Centrum Zaawansowanych Technologii Bezzałogowych Rubikon są szczególnie niebezpieczni ze względu na swoją wiedzę w zakresie obsługi dronów światłowodowych. Ukraiński oficer dodał, że operatorzy dronów Rubikon ustawiają drony sypialne na potrzeby przyszłych ataków na jezdniach. Rosyjskie źródło twierdziło, że siły rosyjskie ustanowiły pełną kontrolę ognia nad ukraińskimi naziemnymi liniami komunikacyjnymi (GLOC) wokół Pokrowska.

understandingwar.org


Urho Kekkonen, prezydent Finlandii od 1956 do 1982 roku, to postać, która w fińskiej pamięci zajmuje wyjątkowe miejsce. Jego dwudziestosześcioletnie rządy były epoką pragmatyzmu w cieniu zimnej wojny, gdy świat dzielił się na dwa wrogie obozy, a Finlandia, sąsiadująca z potężnym ZSRR, musiała znaleźć sposób, by przetrwać. Kekkonen, architekt tzw. finlandyzacji, stworzył strategię, która pozwoliła jego krajowi zachować suwerenność, unikając losu państw bałtyckich, wcielonych do ZSRR.

– Kekkonen był jak żeglarz na wzburzonym morzu: wiedział, jak omijać sztormy, nie tracąc kursu – napisał fiński historyk Juhani Suomi w książce Kekkonen: The President (2000). Podpisywał traktaty handlowe z Moskwą, unikał otwartej krytyki ZSRR, ale nigdy nie pozwolił, by Finlandia stała się satelitą Kremla.

Jego polityka miała jednak swoją cenę. Kekkonen bywał autorytarny: naciskał na media, by nie drażniły Moskwy, ingerował w politykę wewnętrzną, by utrzymać władzę, i ograniczał debatę publiczną.

– Dla jednych to bohater, który ocalił kraj przed sowietyzacją, dla innych – człowiek, który poświęcił część demokracji na ołtarzu pragmatyzmu – mówi dr Laura Kolbe, historyk z Uniwersytetu w Helsinkach, w rozmowie z „Helsingin Sanomat”. Sondaż przeprowadzony przez tę gazetę w 2023 roku pokazuje, że 65% Finów wciąż widzi w Kekkonenie bohatera, ale 22% krytykuje jego autorytarne metody, wskazując na cenzurę i tłumienie opozycji. Ta ambiwalencja sprawia, że jego postać stanowi podatny grunt dla manipulacji. Starsze pokolenie pamięta Kekkonena jako gwaranta stabilności, młodsze zaś widzi w nim relikt epoki, w której Finlandia musiała się naginać, by przetrwać.

Czym była finlandyzacja? Dla Finów to strategia przetrwania w cieniu ZSRR. Polegała na neutralności, unikaniu konfrontacji z Moskwą i rozwijaniu współpracy gospodarczej, np. eksportu drewna i maszyn. Kekkonen lawirował między Wschodem a Zachodem, zapewniając Finlandii przestrzeń do samodzielności.

– To nie była uległość, lecz spryt dyplomatyczny – podkreśla prof. Teivo Teivainen z Uniwersytetu w Helsinkach w rozmowie z „Yle”. Sondaż „Yle” z 2023 roku pokazuje, że 74% Finów postrzega finlandyzację jako konieczność historyczną, ale tylko 9% uważa ją za model dla współczesności. Po inwazji Rosji na Ukrainę w 2022 roku i przystąpieniu Finlandii do NATO w 2023 roku większość Finów (80% według „Helsingin Sanomat”) odrzuca finlandyzację jako anachronizm, stawiając na integrację z Zachodem i wspólne bezpieczeństwo.

Na Zachodzie finlandyzacja miała inny wydźwięk. W latach 70. XX wieku politolog Walter Laqueur opisał ją jako „ograniczenie suwerenności pod presją potężnego sąsiada”. Dla NATO i krajów zachodnich była ostrzeżeniem przed ustępstwami wobec ZSRR. Gdy Finlandia dołączyła do NATO w 2023 roku, zachodni analitycy uznali to za „koniec finlandyzacji i triumf suwerennego wyboru”. Przystąpienie Finlandii, a wkrótce także Szwecji, wzmocniło wschodnią flankę Sojuszu, zmieniając układ sił w Europie. Dla Zachodu decyzja Helsinek to dowód, że małe kraje mogą wybrać bezpieczeństwo we wspólnocie zamiast samotnej neutralności.

Dla Rosji finlandyzacja stanowi coś zupełnie innego – idealny model relacji z sąsiadami. Kreml przedstawia ją jako okres, w którym Finlandia rzekomo „szanowała interesy Rosji” i czerpała z tego korzyści gospodarcze i polityczne. W rosyjskich mediach często powtarza się, że Finlandia Kekkonena pokazuje, iż małe państwa mogą prosperować, szanując Rosję. Ta narracja pomija kluczowy fakt: finlandyzacja była wymuszona przez geopolityczne realia, a nie wynikała z sympatii do ZSRR. Kreml używa jej, by przekonywać, że sąsiedzi Rosji – jak Ukraina czy Gruzja – powinni pójść podobną drogą, unikając konfrontacji z Moskwą.

W moskiewskich gabinetach Urho Kekkonen stał się pionkiem w wojnie informacyjnej. Po aneksji Krymu w 2014 roku, a zwłaszcza po inwazji na Ukrainę w 2022 roku, Rosja wzmocniła wysiłki, by wykorzystać jego postać przeciwko Finlandii. Celem tych działań jest podważenie zaufania Finów do NATO, które stało się filarem ich bezpieczeństwa po przystąpieniu w 2023 roku. Kreml chce, by Finowie zatęsknili za neutralnością, widząc w niej złoty wiek stabilności i dobrobytu.

– Rosja nie próbuje przekonać Finów, że jest ich przyjacielem – wystarczy, że wzbudzi wątpliwości co do ich wyborów – mówi Jesper Vuori, analityk ds. dezinformacji.

Rosyjskie narracje często opierają się na manipulacji. W 2022 roku politolog Dmitrij Kulikow na konferencji w Moskwie stwierdził: „Ukraina mogłaby uniknąć wojny, gdyby poszła drogą Finlandii Kekkonena”. Takie wypowiedzi mają sugerować, że neutralność to jedyna droga do pokoju, a opór wobec Rosji prowadzi do katastrofy. Kreml wyrywa też wypowiedzi Kekkonena z kontekstu. Jego słowa z 1970 roku: „Dobrosąsiedzkie relacje z ZSRR są podstawą naszej polityki” są często przytaczane, by sugerować, że Kekkonen był „przyjacielem Moskwy”. Nikt nie wspomina, że mówił to w realiach zimnej wojny, gdy Finlandia musiała lawirować, by uniknąć konfliktu.

– To klasyczna manipulacja. Rosja używa Kekkonena, by przepisać historię – mówi dr Laura Kolbe.

Rosyjskie działania są precyzyjnie zaplanowane. W 2023 roku fińskie służby SUPO ujawniły, że kampania „Powrót do Neutralności” wykorzystywała fałszywe cytaty i zmanipulowane nagrania archiwalne, by przedstawić Kekkonena jako orędownika współpracy z Rosją. Jeden z takich cytatów, rozpowszechniany w 2023 roku, brzmiał: „Finlandia nigdy nie powinna wiązać się z Zachodem” – choć historycy potwierdzają, że Kekkonen nigdy nie wypowiedział takich słów. Celem jest stworzenie wrażenia, że współczesna Finlandia zdradziła jego dziedzictwo, dołączając do NATO.

new.org.pl


- Czy będzie w Polsce wojna? Kiedy? 

Kiedy NATO przestanie być wiarygodne w odstraszaniu Rosji. Czyli kiedy spójność Sojuszu znacząco spadnie. Na przykład poprzez wycofanie się militarnie USA z Europy, czy w ogóle z NATO. Do tego, kiedy kraje z zachodu Europy przestaną angażować się we wspieranie nas, a skupią się bardziej na swoich wewnętrznych lub lokalnych problemach. 

- Czyli kluczowe nie jest to, ile Rosjanie czołgów czy dronów naprodukują i co Władimir Putin sobie postanowi?

Ocena możliwości wybuchu przyszłej wojny tak naprawdę nie dotyczy zdolności Rosjan, ale tego, co się będzie działo w świecie zachodnim. I to jest skrócona odpowiedź na to podstawowe pytanie: "Czy i kiedy będzie wojna?". Oczywiście trzeba dodać, że wcześniejszym wymogiem jest zakończenie w ten czy inny sposób wojny w Ukrainie. Rosji na pewno nie stać na prowadzenie dwóch kampanii wojennych równolegle na dwóch różnych teatrach. Może, gdyby państwa bałtyckie nie byłyby w NATO, to Kreml mógłby się porwać na nie, nawet bez zakończenia wojny z Ukrainą. Jednak to i tak byłoby dla nich bardzo ryzykowne, bo nie mogliby wykluczyć zaangażowania się Finlandii, Szwecji czy choćby Polski. Tylko to są scenariusze tak mało prawdopodobne, że nikt realnie nie bierze ich pod uwagę. Tak długo, jak będzie trwała wojna w Ukrainie i choćby kraje Europy Zachodniej będą zaangażowane w obronę naszego podwórka, tak długo moim zdaniem możemy liczyć na pokój. 

- A ile może jeszcze potrwać ta wojna w Ukrainie?

Naprawdę trudno coś konkretnego powiedzieć. My w Rochan Consulting staramy się przewidywać wydarzenia na od 4 do 8 tygodni w przód, a i tak jest z tym problem. To, co można powiedzieć, to że mamy do czynienia z wojną na wyniszczenie. W trakcie takiego konfliktu wszystko toczy się powoli, aż do momentu, kiedy przestaje. Kiedy wyczerpanie jednej strony osiąga punkt krytyczny. Wówczas wszystko zaczyna się dziać błyskawicznie i sprawa może się rozstrzygnąć nawet w perspektywie tygodni. Ukraina nie jest jednak bliska takiego momentu. Rosjanie tym bardziej. Jest jednak nowy czynnik, który niedawno pojawił się w tych kalkulacjach. Mianowicie ukraińskie ataki na rosyjskie rafinerie.

- Doprawdy? Można przeczytać wiele komentarzy, że to tak naprawdę nic dotkliwego, bo uszkodzenia zadawane przez ukraińskie drony są powierzchowne. 

Nie. To tak nie jest. Nie mogą być powierzchowne, bo nie widać, żeby Rosjanie jakoś szybko je naprawiali. Co ciekawe te ataki są bardzo precyzyjne. Ukraińcy wiedzą, w które elementy rafinerie drony mają trafiać i one faktycznie w nie trafiają. Dla mnie ta sytuacja jest wręcz kuriozalna, biorąc pod uwagę to, jak silną obronę przeciwlotniczą i przeciwrakietową miała przed wojną Federacja Rosyjska, która była słynna już od dekad, jeszcze od czasów ZSRR. Tymczasem w praktyce widzimy, że oni nie są w stanie bronić strategicznych obiektów przed prostymi i powolnymi ukraińskimi dronami oraz samolotami przerobionymi na drony. Efekty tych ataków są poważne i odczuwalne dla Rosjan. Już w 20 regionach kraju występują problemy z dostępnością benzyny, a Ukraińcy naciskają też na produkcję diesla. To na nim stoi rosyjska gospodarka i to z jego eksportu Rosjanie mieli znacznie więcej pieniędzy niż z eksportu benzyny. 

(...)

- No ale załóżmy czarny scenariusz, że pomimo wszystko Rosjanom jakoś jednak udaje się zakończyć wojnę po swojej myśli. Mają spokój i mogą lizać rany. Ile czasu minie, zanim się pozbierają i będą mogli realnie myśleć o państwach bałtyckich? 

Podczas jednej z naszych rozmów jeszcze w 2022 roku mówiłem, że moim zdaniem odbudowa sił zbrojnych do stanu sprzed inwazji na Ukrainę zajmie im około dekady. Podtrzymuję to i dzisiaj. Temat jest oczywiście złożony. Na przykład pewne części sił zbrojnych odbudują szybciej, czy wręcz rozbudują względem stanu sprzed 24 lutego 2022 roku. Na przykład systemy bezzałogowe, rakiety manewrujące czy balistyczne. Jednak w innych będą mieli problemy, zwłaszcza w ciężkim sprzęcie. Na przykład produkcja czołgów to rejon 250-300 rocznie, z czego naprawdę nowych jest około 90. Stracili ich do tej pory już ponad 4 tysiące. W tym tempie to i 10 lat nie wystarczy. 

- Tylko czy oni muszą odbudować dokładnie takie same siły zbrojne, jakie mieli przed inwazją na Ukrainę? Nie wystarczą inne, bogatsze o doświadczenia z wojny? 

Gdyby Rosjanie założyli, że dokonują inwazji na państwa bałtyckie i walczą tylko z nimi, to oczywiście nie potrzebują tych przykładowych 4 tysięcy czołgów. Jednak myślę, że Rosjanie z obecnej wojny wyciągnęli jeden podstawowy wniosek: trzeba być gotowym na to, że nie wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dlatego trzeba mieć dużą rezerwę sił na nieprzewidziane scenariusze. Czyli muszą nie tylko odbudować swoje jednostki pancerne i zmechanizowane na zachodnim kierunku operacyjnym, ale też przygotować dość dużą rezerwę. Na przykład na taką sytuację, że jednak do obrony Bałtów przyłącza się Finlandia, Szwecja, Norwegia czy my. Dlatego uważam, że przed ewentualną decyzją o inwazji na państwa bałtyckie, bo moim zdaniem to jest właśnie potencjalny następny cel Rosjan, muszą oni odbudować siły Leningradzkiego Okręgu Wojskowego i Moskiewskiego Okręgu Wojskowego. Do tego wspomniana rezerwa. 

- Nie mogliby zacząć wcześniej, w stylu tego, co zrobili w Ukrainie w latach 2014/15? Zielone ludziki, "spontaniczne" ruchy separatystyczne? 

To, co zrobili wówczas, wynikało ze specyficznej sytuacji. W tym ze słabości Rosji. To był odosobniony przypadek nie do powtórzenia teraz w krajach bałtyckich. Narracja o dużej, piątej kolumnie wśród rosyjskojęzycznej mniejszości w tych państwach, jest moim zdaniem przesadzona. Realne wsparcie z tego kierunku podczas interwencji zbrojnej byłoby nikłe. Oczywiście Rosja może próbować podsycać nastroje wśród rosyjskiej mniejszości, ale to nie byłoby nic nowego. To się tam już dzieje od dawna. To sprawa pierwsza. Po drugie wydaje mi się, że Rosjanie nie mogą sobie pozwolić na jakieś małe i ograniczone zbrojne wejście na terytorium państw bałtyckich. Takie do testu oporu i reakcji NATO. No bo co jak ona będzie silna? Będą musieli działać zdecydowanie albo wcale. 

(...)

- Co moglibyśmy robić lepiej, żeby tą bardzo spekulacyjną wojenną perspektywę jeszcze bardziej oddalić? Jako Polska? 

Jeśli chodzi o nasze wojsko, to kupujemy oczywiście dużo nowoczesnej i wartościowej broni. I to dobrze. Nasze zdolności do prowadzenia klasycznej wojny konwencjonalnej rosną. Moim zdaniem jest jednak jeden poważny punkt do poprawy: nie przywiązujemy należytej wagi do tego, jak zmieniają się zdolności Rosjan. My klasycznie skupiamy się na tym ile czołgów, Iskanderów czy Kalibrów mają, podczas gdy nie bierzemy pod uwagę tego, że oni w następnej wojnie będą na dużą skalę używali prostych i masowo produkowanych systemów bezzałogowych.

Czyli skupiamy się na stosunkowo nielicznych, zaawansowanych i drogich systemach, takich jak choćby F-35 czy Patriot, jednocześnie zaniedbujemy bezzałogowce i systemy do ich zwalczania. Rosjanie produkują drony masowo i nie przestaną tego robić. Na pewno użyją ich w następnej wojnie. Na każdym szczeblu w rosyjskich wojskach lądowych i nie tylko. Problem z tego wynikający wyraziście pokazało ubiegłotygodniowe wtargnięcie dronów nad nasz kraj. Do ich zwalczania używaliśmy drogich myśliwców i rakiet powietrze-powietrze. Strzelaliśmy z armaty do wróbli. Dlatego moim zdaniem to, co powinno poprawić nasze wojsko, to głównie inwestycje w zwalczanie prostych systemów bezzałogowych. Do tego szerzej na poziomie państwa zaniedbujemy przygotowanie społeczeństwa i struktur państwowych do potencjalnej wojny. Tego moglibyśmy się uczyć właśnie od Bałtów. Tam to jest na zupełnie innym poziomie niż u nas. Uświadamianie ludzi, stworzenie sprawnych systemów ostrzegania oraz informowania i tak dalej.  

gazeta.pl