czwartek, 30 kwietnia 2026



Prezydent USA Donald Trump poinformował w środę, że Amerykanie analizują możliwość zmniejszenia liczby żołnierzy w Niemczech, a decyzja w tej sprawie ma zapaść wkrótce. Dzień wcześniej skrytykował niemieckiego kanclerza za jego wypowiedź na temat wojny USA z Iranem.

"Stany Zjednoczone analizują i rozważają możliwe ograniczenie (liczebności) żołnierzy w Niemczech, a decyzja będzie podjęta w najbliższym czasie. Dziękuję za uwagę! Prezydent DONALD J. TRUMP" - napisał prezydent w serwisie Truth Social.

Dzień wcześniej Trump zarzucił niemieckiemu kanclerzowi Friedrichowi Merzowi, że w kontekście wojny Stanów Zjednoczonych i Izraela z Iranem "nie ma pojęcia, o czym mówi".

"Gdyby Iran posiadał broń nuklearną, cały świat byłby zakładnikiem. Robię teraz wobec Iranu coś, co inne kraje albo prezydenci powinni byli zrobić już dawno temu. Nic dziwnego, że Niemcom idzie tak źle - zarówno gospodarczo, jak i pod innymi względami!" - brzmi treść wpisu.

Merz ostrzegł w poniedziałek, że konflikt między USA a Iranem prawdopodobnie nie zakończy się szybko. Ocenił, że Irańczycy są "silniejsi niż sądzono", a Amerykanie "nie mają przekonującej strategii negocjacyjnej". Wskazując na Irak i Afganistan, kanclerz ostrzegł, że w przypadku wojen na Bliskim Wschodzie "nie wystarczy tylko w nie wejść, lecz trzeba jeszcze umieć z nich wyjść".

Trump krytykuje postawę sojuszników z NATO w obliczu wojny z Iranem, zarówno jeśli chodzi o użycie baz w niektórych państwach Europy, za cokierował pretensje zwłaszcza do Hiszpanii, Włoch, Wielkiej Brytanii i Niemiec, jak i brak pomocy w sprawie odblokowania cieśniny Ormuz. Amerykański prezydent wielokrotnie mówił, że choć USA pomagały sojusznikom, to sojusznicy im nie pomagają i zawiedliby także w ważnej sytuacji.

Na początku kwietnia dziennik "Wall Street Journal" podał, że USA rozważają opcję "ukarania" sojuszników takich jak Hiszpania czy Niemcy za brak wystarczającej pomocy w wojnie z Iranem poprzez przesunięcie wojsk z baz w tych krajach do państw takich jak Polska, Rumunia, Litwa, czy Grecja. Później Reuters napisał, że Trump rozmawia z doradcami na temat wycofania części wojsk USA z Europy z powrotem do kraju. Z kolei według ubiegłotygodniowych doniesień serwisu Politico w Białym Domu powstała lista "grzecznych i niegrzecznych" krajów NATO.

Jednocześnie kilka dni temu wiceszef Pentagonu Elbridge Colby oświadczył, że amerykańskie ministerstwo wojny (obrony) blisko współpracuje z Europejczykami, zwłaszcza z Niemcami, nad przekształceniem Sojuszu Północnoatlantyckiego w NATO 3.0.

Obecnie w Niemczech stacjonuje między 35-37 tys. amerykańskich żołnierzy. W 2020 r. Trump zapowiedział wycofanie 9,5 tys. z nich, zarzucając Berlinowi niewypełnianie zobowiązań wobec NATO. Część wojsk miała trafić do Polski, ale te plany nie zostały wówczas zrealizowane.

PAP


W 2021 r. w Mali władzę przejęła junta wojskowa, aresztując poprzedniego prezydenta, który stanął na czele kraju w 2020 r. po zamachu stanu. W tym samym czasie była kolonia francuska obrała kurs na zbliżenie z Rosją. W 2021 r. do Mali przybyli żołnierze prywatnej firmy wojskowej Grupa Wagnera. Pomogli oni na przykład odzyskać z rąk rebeliantów miasto Kidal, uważane za jedno z politycznie ważnych dla rebeliantów miejsc, ponieważ mieszkają tam głównie Tuaregowie.

W czerwcu 2025 r. pojawiła się informacja, że Grupa Wagnera opuściła kraj, a zastąpił ją Korpus Afrykański — oddział rosyjskiego ministerstwa obrony. Ilja Barabanow, obserwator wojskowy rosyjskiej sekcji BBC, zauważa, że początkowo byli najemnicy podpisywali umowy z ministerstwem obrony. Później formację uzupełniali żołnierze rosyjskich sił zbrojnych.

W Republice Środkowoafrykańskiej struktura Grupy Wagnera została zachowana, a w Syrii, Libii, Mali, Czadzie i Burkina Faso prywatne firmy wojskowe zostały całkowicie zastąpione bojownikami Korpusu Afrykańskiego. Ponadto, jak zauważa ekspert, wiceminister obrony Rosji Junus-Bek Jewkurow zorganizował wówczas wielką podróż po państwach afrykańskich, tworząc blok wojskowy składający się z Mali, Nigru i Burkina Faso.

W Mali Korpus Afrykański wspierał juntę wojskową pod przewodnictwem generała Assimiego Goity, która doszła do władzy w wyniku wojskowego zamachu stanu w 2021 r.

Barabanow podkreśla, że Rosjanie aktywnie uczestniczyli w walkach z Tuaregami i islamistami na północy kraju. — Teraz dowiedzieliśmy się, że Rosjanie i wojska rządowe opuściły miejscowość Kidal, pozostawiając ją nacierającym Tuaregom. Można powiedzieć, że po tym wydarzeniu władze Mali straciły kontrolę nad terytorium w północno-wschodniej części kraju. Potwierdzono już śmierć ministra obrony i szefa sztabu generalnego junty — wyjaśnia rozmówca Nowej Gaziety.

Przypomina również, że po upadku reżimu Baszszara al-Asada w Syrii w 2024 r. rosyjski sprzęt wojskowy został przetransportowany drogą morską do libijskiego Tobruku, znajdującego się pod kontrolą marszałka Chalify Haftara, a stamtąd samodzielnie skierował się w kierunku Mali.

Jednocześnie ekspert Centrum Dossier, Denis Korotkow, podkreśla, że nie ma dokładnych danych dotyczących liczebności Korpusu Afrykańskiego w Mali. — Mogę przypuszczać, że w całym kraju może przebywać 1,5 tys. do 2,5 tys. bojowników tej formacji — szacuje.

Jak donosi "The Washington Post", 25 kwietnia separatyści i dżihadyści zaatakowali stolicę Mali, Bamako, bazy wojskowe oraz lotnisko Bamako-Senou. Ponadto napastnicy oświadczyli, że udało im się ponownie przejąć miasto Kidal. Rebelianci potwierdzili to następnego dnia, 26 kwietnia. Rosyjski Korpus Afrykański opuścił miasto.

W ataku wzięły udział dżihadystyczna Grupa Wsparcia Islamu i Muzułmanów (JNIM) oraz rebelianci z Frontu Wyzwolenia Azawadu (FLA). Głównym żądaniem dżihadystów jest wprowadzenie w kraju szariatu, a separatystów — niepodległości północnego Mali (Azawad).

Obecnie w Bamako, jak pisze BBC, powołując się na naocznych świadków, na lotnisku odwołano wszystkie loty, na drogach stoją blokady, a w niektórych częściach miasta słychać strzały.

Według gazety "Figaro" w niedzielę w swojej rezydencji niedaleko stolicy Mali został zabity minister obrony Sadio Kamara, a także członkowie jego rodziny.

Prawdopodobnie to właśnie on był jednym z głównych architektów reżimu i budował relacje z rosyjskimi wojskowymi. "Le Monde" nazywa go "drugą osobą w juncie i kluczową postacią w sojuszu z Rosją".

(...)

— Wcześniej buntownicy stosowali metody presji gospodarczej, zakłócając logistykę w kraju. Nawet do stolicy Bamako nie dostarczano paliwa i niektórych ważnych towarów. A bez paliwa sprzęt wojskowy jest bezużyteczny — wyjaśnia rozmówca Nowej Gaziety.

Według niego "jasne jest również, że obecnie wszystkie zasoby armii Kremla są przeznaczane na wojnę w Ukrainie". Jednocześnie, nawet gdyby władze rosyjskie chciały udzielić pomocy juncie w Mali i przetransportować rezerwy z Rosji, nie byłoby to łatwe ze względu na maksymalnie utrudnioną logistykę.

Barabanow twierdzi, że ponieważ rosyjskie bazy wojskowe w Syrii praktycznie nie funkcjonują, transport wojskowych ładunków i oddziałów do Afryki stał się maksymalnie skomplikowany.

Korotkow zauważa również, że ogłoszono atak rebeliantów na co najmniej pięć obiektów wojskowych, w których mogli przebywać Rosjanie, a także o zdobyciu Kidalu. Jednocześnie na innych odcinkach, jak się wydaje, "napotkali opór ze strony Korpusu Afrykańskiego i oddziałów rządowych".

— Trzeciego dnia walk rebeliantom nie udało się zdobyć szturmem stolicy i dużych obiektów wojskowych. Miasto Kidal od bardzo dawna jest centrum oporu Tuaregów. Od lat 90. miasto to kilkakrotnie przechodziło z rąk do rąk. Chociaż ta licząca 15 tys. mieszkańców miejscowość nie ma wprawdzie poważnego znaczenia logistycznego, ma ona istotne znaczenie symboliczne jako centrum oporu Tuaregów — podkreśla ekspert.

Po serii wojskowych przewrotów w krajach Sahelu — regionu na południe od Sahary, w skład którego wchodzą m.in. Mali, Burkina Faso, Niger, Czad i Mauretania — Rosja gwałtownie wzmocniła swoje wpływy w Afryce, oferując lokalnym juntom pomoc wojskową bez stawiania wymagań dotyczących demokracji i praw człowieka.

Początkowo głównym narzędziem Moskwy stała się prywatna firma Grupa Wagnera, która działała w tzw. szarej strefie: chroniła reżimy, szkoliła wojskowych, brała udział w operacjach bojowych, a jednocześnie uzyskiwała dostęp do wydobycia złota, diamentów i innych zasobów.

Po śmierci Jewgienija Prigożyna Kreml faktycznie zalegalizował tę obecność i przekazał operacje afrykańskiej strukturze ministerstwa obrony — Korpusowi Afrykańskiemu.

W 2024 r. w Mali przebywało ok. 1 tys. rosyjskich żołnierzy, a kolejne 2 tys. — w Republice Środkowoafrykańskiej, a także w Burkina Faso, Nigrze i Sudanie. Równolegle Moskwa wzmocniła swoje wpływy polityczne poprzez szczyty "Rosja-Afryka", antyzachodnią retorykę o neokolonializmie i kampanie dezinformacyjne.

onet.pl\Nowa Gazieta


Powołując się na wysokiego rangą urzędnika administracji oraz wieloletniego powiernika prezydenta, autorzy tekstu piszą, że Trump mówi ostatnio o sobie w kategoriach „najpotężniejszej osoby, jaka kiedykolwiek żyła". Chce być zapamiętany jako ktoś, kto dokonał rzeczy niemożliwych dla innych przywódców „dzięki samej sile woli” – relacjonuje powiernik.

Jak zaznacza pismo, triada Aleksander–Cezar–Napoleon pochodzi z pism Georga Wilhelma Friedricha Hegla, który określał ich mianem bohaterów epoki, potępianych za łamanie norm, a jednocześnie zmieniających bieg dziejów.

Cytowani urzędnicy Białego Domu przyznali z rozbawieniem, że Trump nie czytał Hegla, lecz zapoznał się z tą koncepcją za pośrednictwem krótkiego fragmentu tekstu, który ktoś mu wręczył, lub przemówienia wygłoszonego na imprezie w jego klubie golfowym, gdzie mówca zestawił go z Aleksandrem Wielkim i Czyngis-chanem.

Zdaniem „The Atlantic” ta skłonność do postrzegania siebie w kategoriach wielkości historycznej stała się kluczową motywacją stojącą za działaniami Trumpa w jego drugiej kadencji. Ponieważ nie musi już zabiegać o głosy wyborców, prezydent czuje się wolny od kalkulacji politycznych.

- Jest odciążony od trosk politycznych i może robić to, co naprawdę słuszne, a nie to, co leży w jego interesie politycznym. Stąd decyzja o uderzeniu na Iran – powiedział dziennikarzom urzędnik administracji.

Artykuł opisuje działania Trumpa, które składają się na obraz „prezydentury YOLO” (od internetowego akronimu „You Only Live Once" – „żyje się tylko raz”). Rezultatem są bombardowania siedmiu krajów, obalenie dwóch przywódców w ciągu dwóch miesięcy, groźby przejęcia Grenlandii i podważanie sojuszu NATO. Na arenie krajowej tendencje Trumpa przejawiają się w serii monumentalnych projektów budowlanych w Waszyngtonie: sali balowej przy Białym Domu za 400 mln dolarów z kolumnami korynckimi, planowany łuk triumfalny o wysokości 76 m, a także przemianowanie Kennedy Center na Trump-Kennedy Center.

Jak pisze „The Atlantic”, Trump osobiście przyozdabia Gabinet Owalny – pozłacane drzwi i sufit, złote urny, portrety prezydentów - a nawet przykleił do drzwi gabinetu zaprojektowaną przez siebie monetę okolicznościową (challenge coin), po czym zaczął ozdabiać w ten sposób drzwi gabinetów swoich współpracowników.

Drugi z powierników prezydenta podsumował jego nastawienie dosadnie: „Jest wyraźnie w nastroju +mam wszystko w d...+”.

radiozet.pl

środa, 29 kwietnia 2026



Ograniczenia w komunikacji mobilnej w Moskwie przed defiladą 9 maja staną się "bardziej dotkliwe" - poinformowała rosyjskojęzyczna BBC, powołując się na źródła w firmach telekomunikacyjnych.

Według źródła BBC, wszelka komunikacja mobilna, prawdopodobnie wiadomości SMS, a nawet dostęp do "białych list", czyli zaaprobowanych przez władze stron internetowych, które Kreml może dowolnie kształtować, zostaną ograniczone 5, 7 i 9 maja.

Oczekuje się, że ograniczenia obejmą nie tylko centrum Moskwy, ale także odleglejsze dzielnice stołeczne.

Na początku marca w centrum Moskwy zaczęto regularnie wyłączać internet mobilny, co spowodowało, że przestały działać systemy nawigacyjne, terminale płatnicze, a nawet płatne toalety. Internet był niedostępny przez trzy tygodnie, ale został przywrócony 24 marca bez żadnego ostrzeżenia ani wyjaśnienia.

We wtorek rosyjskie Ministerstwo Obrony ogłosiło, że w paradzie na Placu Czerwonym 9 maja nie weźmie udziału kolumna pojazdów wojskowych - po raz pierwszy od 2007 roku. W rozmowie z dziennikarzami rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przekazał, że "ze względu na zagrożenie terrorystyczne podejmowane są środki mające na celu zminimalizowanie niebezpieczeństwa". Dodał, że defilada odbędzie się, ale w ograniczonym formacie, innym niż w ubiegłym roku. "W minionym roku była to jubileuszowa defilada (z okazji 80. rocznicy zakończenia II wojny światowej - PAP), jaka powinna odbyć się w okrągłą rocznicę" - zaznaczył rzecznik Kremla, dodając, że uprzednio Władimir Putin ostrzegał przed "aktywnością terrorystyczną" ze strony "reżimu kijowskiego".

Doroczna defilada na Placu Czerwonym z okazji rocznicy zwycięstwa w II wojnie światowej odbywała się dotychczas z udziałem żołnierzy rosyjskiej armii i była połączona z prezentacją sprzętu wojskowego - pojazdów i samolotów. W tym roku, jak poinformowało rosyjskie ministerstwo obrony, planowany jest jedynie przelot samolotów zespołów akrobacyjnych oraz samolotów szturmowych Su-25.

Ukraińskie siły zbrojnie regularnie atakują cele w głębi Rosji, przede wszystkim obiekty energetyczne, przemysłowe i wojskowe. Władze w Kijowie zapowiadają intensyfikację takich operacji w nadchodzących miesiącach. 

PAP


Jeśli wiceprezydent USA J.D. Vance jest dumny z tego, że nie pomaga Ukrainie, to znaczy, że pomaga Rosji - powiedział prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski w opublikowanej w środę rozmowie z amerykańską telewizją Newsmax.

W połowie kwietnia wiceprezydent USA J.D. Vance oświadczył, że jednym z działań obecnej administracji, z których jest najbardziej dumny, jest to, że USA przestały płacić za broń dla Ukrainy i powiedziały Europie, że jeśli chce, to może kupować uzbrojenie dla Kijowa.

- To jedna z rzeczy, które zrobiliśmy za czasów tej administracji, z których jestem najbardziej dumny, że powiedzieliśmy Europie, że jeśli chce kupować broń, to może, ale USA już nie kupują broni i nie wysyłają jej na Ukrainę - oznajmił Vance.

Newsmax zapytała Zełenskiego o tę wypowiedź Vance'a. - Nie zgadzam się z wiceprezydentem. Jesteśmy otwarci. Nie jesteśmy wrogami. Rosja to wróg (...) i zawsze będzie wrogiem USA. (...) Nie są sojusznikami. I jeśli wiceprezydent jest dumny z tego, że nam nie pomaga, to znaczy, że pomaga Rosjanom. I nie sądzę, że to wzmacnia USA - powiedział Zełenski.

- Może wiceprezydent chciał powiedzieć, że to przyspieszy pokój, jeśli USA nie będą nam pomagać bronią. Ale z Rosją to tak nie działa, Rosja nie akceptuje słabości - dodał.

Administracja Donalda Trumpa po dojściu do władzy wstrzymała nowe wsparcie militarne dla Ukrainy. Amerykanie wciąż jednak pomagają Ukraińcom wywiadowczo. W ramach programu PURL sojusznicy finansują zakup broni i amunicji dla Ukrainy z amerykańskich składów.

Zełenski został też zapytany, czy Waszyngton zwracał się do Kijowa z prośbą o to, by Ukraińcy przestali atakować rafinerie i infrastrukturę energetyczną w Rosji w związku z wojną z Iranem.

- Otrzymaliśmy wiadomości od partnerów, żebyśmy może ze względu na to wyzwanie na Bliskim Wschodzie nie atakowali pewnej infrastruktury, infrastruktury energetycznej w Rosji. Oczywiście powiedziałem: nie, będziemy odpowiadać (na rosyjskie ataki). Zaprowadźmy rozejm energetyczny. Ale nikt tego nie zaproponował. (...) My jesteśmy na to otwarci. Ale jeśli Rosja nas atakuje, będziemy odpowiadać w każdy sposób - odparł ukraiński prezydent.

Potwierdził, że Ukraina wysłała wsparcie do pewnych krajów na Bliski Wschód i przekazał, że o takie wsparcie wystąpiły też "niektóre instytucje w USA". - Oczywiście jesteśmy partnerami i zdecydowaliśmy, że to zrobimy, w tym (dotyczyło to) amerykańskich baz - dodał.

- Więc myślę, że pomogliśmy USA. Jeśli USA sądzą, że nas nie prosili, to OK - powiedział Zełenski.

Przyznał też, że skoncentrowanie się Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie osłabia presję na Moskwę. - Problem polega na tym, że priorytet USA przesunął się teraz na Bliski Wschód. Obawiam się, że jeśli będziemy mieć tylko rozmowy, Rosja nie będzie odczuwać najważniejszej rzeczy, jaką może nam dać Ameryka: presji - podkreślił prezydent.

PAP


Doradca przywódcy Rosji Jurij Uszakow poinformował, że prezydenci USA i Rosji, Donald Trump i Władimir Putin, odbyli w środę ponad półtoragodzinną rozmowę telefoniczną. Dodał, że poruszono tematy Iranu, ewentualnego rozejmu w wojnie z Ukrainą i możliwych projektów ekonomicznych i energetycznych.

Putin zaproponował zawieszenie broni w walkach w Ukrainie podczas Dnia Zwycięstwa, do czego Trump odniósł się przychylnie - przekazał Uszakow, cytowany przez agencję Reutera.

W Rosji Dzień Zwycięstwa jest obchodzony 9 maja. Święto upamiętnia zwycięstwo stalinowskiego ZSRR nad hitlerowskimi Niemcami w Wielkiej Wojnie Ojczyźnianej, jak w Moskwie określa się tę część II wojny światowej, w której ZSRR walczył po stronie koalicji antyhitlerowskiej (1941-45).

Doradca Putina ds. polityki zagranicznej dodał, że Trump uważa, iż osiągnięcie porozumienia kończącego wojnę w Ukrainie jest bliskie.

Putin wyraził poparcie dla decyzji Trumpa o przedłużeniu rozejmu w wojnie z Iranem - poinformował Uszakow. Zaznaczył, że w rozmowie zwrócono szczególną uwagę na sytuację w Iranie i Zatoce Perskiej.

Podczas rozmowy Putin potępił też próbę zamachu na Trumpa - uzupełnił Uszakow. 

PAP


Dostęp do baz w Europie jest kluczowy dla operacji przeciwko Iranowi - oświadczył w środę w Izbie Reprezentantów przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Dan Caine. Odniósł się w ten sposób do pytania dotyczącego krytyki prezydenta Donalda Trumpa pod adresem sojuszników z NATO.

Caine odpowiedział na pytanie republikańskiego kongresmena Mike'a Turnera, który chciał, by generał w obliczu krytyki pod adresem sojuszników z NATO podkreślił wagę dostępu do baz w Europie podczas wojny z Iranem.

- Z czysto wojskowego punktu widzenia, sojusznicy i sojusze są bardzo ważne, a pan lepiej niż ja wyartykułował wagę dostępu, baz i praw do przelotu - powiedział najwyższy rangą dowódca i doradca wojskowy prezydenta. - Co do tego kim są ci sojusznicy i jaka jest ich jakość, zostawię to cywilnym przywódcom, ale z pewnością doceniamy tych sojuszników, którzy nam pomogli - dodał. Dopytywany, czy wsparcie to było niezbędne, odpowiedział twierdząco.

Krytykę sojuszników ze strony prezydenta Trumpa potępiło też podczas wysłuchania kilku Demokratów, w tym wiceprzewodniczący komisji ds. sił zbrojnych Adam Smith. Podkreślił, że NATO jest sojuszem obronnym i że nielogicznym jest żądanie od sojuszników dołączenia do lekkomyślnej wojny rozpoczętej bez konsultacji z nimi.

Generał Caine mówił też o obecnym wsparciu USA dla Ukrainy. Zaznaczył, że jest ono kontynuowane w formie dzielenia się informacjami wywiadowczymi. 

PAP


Koszt operacji Epicka Furia, czyli wojny z Iranem, trwającej od 28 lutego, to dotychczas 25 mld dolarów - powiedział w środę Izbie Reprezentantów Jules Hurst, urzędnik odpowiedzialny za finanse Pentagonu. Większość z tych kosztów to koszt zużytej amunicji.

Hurst podał te szacunkowe koszty wojny z Iranem podczas wysłuchania przed komisją ds. sił zbrojnych Izby Reprezentantów. Wysłuchanie dotyczyło projektu budżetu obronnego, opiewającego na rekordowe 1,5 bln dolarów.

- W tej chwili wydajemy około 25 mld dolarów na operację Epicka Furia. Większość z tego to amunicja, ale część to koszt naprawy i zastąpienia uszkodzonego sprzętu - powiedział Hurst, dyrektor finansowy ministerstwa.

Były to pierwsze oficjalne liczby podane przez Pentagon i dotyczące wojny z Iranem. Hurst zapowiedział też, że resort obrony wkrótce zwróci się do Kongresu z prośbą o uchwalenie dodatkowych środków w związku z wojną. Szef Pentagonu Pete Hegseth sugerował wcześniej, że pakiet ten może wynieść 200 mld dolarów.

Jest to osobny pakiet od budżetu Pentagonu, o który wnioskuje Biały Dom. Budżet ten miałby wynieść 1,5 bln dolarów, czyli o 50 proc. więcej niż w tym roku. Hegseth zapowiedział, że pieniądze zostaną przeznaczone m.in. na zwiększenie produkcji kluczowych typów amunicji, m.in. rakiet PAC-3 do systemów Patriot, pocisków SM-3 i SM-6 do tarczy przeciwrakietowej Aegis i THAAD, pocisków Tomahawk, czy Precision Strike Missile (PrSM). Według analizy think tanku CSIS, podczas wojny z Iranem USA zużyły około 30-50 proc. całego arsenału tych pocisków.

Hegseth krytykował też administrację poprzedniego prezydenta Joe Bidena za przekazanie Ukrainie "setek miliardów dolarów w sprzęcie" bez odpowiedniego nadzoru.

PAP


Apple zazwyczaj kojarzy nam się z firmą produktową, jednak w praktyce jest to także ogromna firma logistyczna. Sprawne zarządzanie łańcuchem dostaw jest obecnie jedną z największych przewag Apple nad konkurencją — zwłaszcza obecnie, gdy dostęp do podstawowych komponentów, takich jak pamięć komputerowa, dzieli świat technologii na zwycięzców i przegranych. W znacznej mierze jest to zasługa właśnie Tima Cooka, który zaczął budować to logistyczne imperium jeszcze w czasach, gdy był podwładnym Steve'a Jobsa.

To przewaga mało widowiskowa, ale fundamentalna. Apple przez lata potrafiło utrzymywać wysokie marże, kontrolować premiery, sprawnie skalować produkcję i jednocześnie pilnować jakości. Ta precyzja niczym ze szwajcarskiego zegarka przełożyła się bezpośrednio na wyniki firmy — jej skala i stabilność są zbudowane właśnie na logistycznym fundamencie Tima Cooka.

businessinsider.com.pl

wtorek, 28 kwietnia 2026



25 kwietnia Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak powietrzny na Ukrainę. Najbardziej poszkodowany został Dniepr, na który uderzenia ponawiano przez ponad 20 godzin. Łącznie zginęło tam pięć osób, a rannych zostało przeszło 50. Uszkodzono budynki mieszkalne, obiekty przemysłowe i składy paliwa. Wskutek zmasowanego ataku do zniszczeń infrastruktury energetycznej, przemysłowej i transportowej doszło także w Białej Cerkwi, Charkowie, Chersoniu oraz mniejszych miejscowościach w obwodach czerkaskim, czernihowskim i zaporoskim. W obwodzie odeskim uszkodzono infrastrukturę portową w delcie Dunaju oraz statek. Zgodnie z komunikatami ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) agresor wykorzystał łącznie 619 dronów, w tym 400 uderzeniowych „szahedów”, oraz 47 rakiet. Obrońcy zgłosili unieszkodliwienie 580 bezzałogowców i 30 pocisków manewrujących. Nie udało im się natomiast zestrzelić żadnej rakiety balistycznej, co według DSP ma być najbardziej odczuwalną konsekwencją niedoboru pocisków przechwytujących do systemów Patriot.

Jednym z głównych celów uderzeń pozostawała infrastruktura portowa w rejonie Odessy. Uszkodzone zostały kolejne elementy wyposażenia nabrzeży oraz statki pod banderami Saint Kitts i Nevis (24 kwietnia), Panamy (25 kwietnia), Palau (26 kwietnia) i Nauru (27 kwietnia). 26 kwietnia w Czarnomorsku trafiony został zbiornik z 6 tys. ton ropy, w następstwie czego nastąpił jej wyciek do morza. Zniszczenia objęły także obiekty przemysłowe i zabudowę mieszkalną Odessy. 24 kwietnia zginęły dwie osoby, a rannych zostało 17, zaś trzy dni później ucierpiało 14 osób, w tym dwoje dzieci.

Rosjanie kontynuowali niszczenie infrastruktury kolejowej i energetycznej – ze szczególną intensywnością w rejonach przyfrontowych. Kolejne uszkodzenia obiektów i taboru odnotowano w Zaporożu (22 i 24 kwietnia), Krzywym Rogu (23 i 24 kwietnia), Korosteniu (23 i 26 kwietnia) oraz mniejszych miejscowościach w obwodach sumskim (24 i 26 kwietnia) i połtawskim (27 kwietnia). Do zniszczeń obiektów energetycznych, głównie podstacji i linii przesyłowych, dochodziło codziennie we wszystkich obwodach przyfrontowych i przygranicznych. W rezultacie powtarzających się ataków ustabilizowanie dostaw energii na ich terenie nie jest możliwe. 22, 23 i 26 celem wrogich dronów był Dniepr. W drugim z wymienionych uderzeń na to miasto zginęły trzy osoby, a 13, w tym dwoje dzieci, zostało rannych. Według danych ukraińskich od wieczora 21 kwietnia do rana 28 kwietnia najeźdźcy wykorzystali łącznie – wliczając zmasowany atak z 25 kwietnia – 1457 dronów (w tym 950 „szahedów”) i 52 rakiety. Obrońcy zadeklarowali unieszkodliwienie 1297 bezzałogowców oraz 30 wspomnianych wyżej pocisków manewrujących.

28 kwietnia ukraińskie drony po raz kolejny uderzyły w rafinerię w Tuapse w Kraju Krasnodarskim, gdzie doszło do pożaru. Rosjanie wciąż borykają się ze skutkami poprzednich ataków na ten obiekt (ostatnio 20 kwietnia), m.in. z wyciekiem do morza produktów ropopochodnych. 26 kwietnia zaatakowana została rafineria w Jarosławiu, gdzie według ukraińskiego Sztabu Generalnego doszło do uszkodzenia instalacji do destylacji ropy, a 23 kwietnia pompownia Gorkij koło Kstowa w obwodzie niżnonowogrodzkim (zdjęcia satelitarne potwierdziły pożar dwóch zbiorników) oraz obiekt przemysłowy w Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim. 25 kwietnia ukraińskie bezzałogowce zaatakowały odległe o 1750 km Czelabińsk i Jekaterynburg na Uralu. Nie osiągnęły wprawdzie celów (szczątki jednego z dronów uszkodziły blok mieszkalny w Jekaterynburgu, raniąc dziewięć osób), niemniej potwierdziły, że obrońcy systematycznie zwiększają swoje zdolności atakowania zaplecza wroga. Do pierwszego ukraińskiego uderzenia na cel odległy o 1750 km doszło w lutym br. Celem tym była wówczas Uchta w Republice Komi.

26 kwietnia Ukraińcy przeprowadzili jeden z największych od 2022 r. nalotów na Sewastopol. Według lokalnej administracji uszkodzonych zostało ponad 200 różnego rodzaju obiektów, w tym energetycznych i kolejowych (na trasie do Inkermanu wstrzymano ruch pociągów elektrycznych), zginęła jedna osoba, a cztery zostały ranne. Rosyjska obrona powietrzna zgłosiła unieszkodliwienie 71 atakujących miasto dronów. Zgodnie z przekazem SBU podległe jej Centrum Operacji Specjalnych „Alfa” trafiło okręty desantowe „Jamał” i „Filczenkow” (właściwa nazwa jednostki to „Nikołaj Filczenkow”), rozpoznawczy „Iwan Churs”, stację radiolokacyjną oraz myśliwiec MiG-31 na lotnisku Belbek k. Sewastopola. Informacji tych jak dotąd nie potwierdzono, podobnie jak doniesień ukraińskiego Sztabu Generalnego o skutkach ataków na Krym 22 i 23 kwietnia.

osw.waw.pl


— Coś zaczęło się dziać wczoraj po południu. A rano okazało się, że Donalda nie będzie na posiedzeniu rządu. To był znak. Doszły też do nas sygnały, że dziś po południu ogłosi coś bardzo ważnego — słyszymy od naszego informatora z rządu.

Posiedzenie gabinetu w zastępstwie Donalda Tuska prowadził dziś wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz. Miał on być jednym z nielicznych członków rządu, którzy byli wtajemniczeni w całą sprawę. Niektórzy ministrowie o uwolnieniu Andrzeja Poczobuta dowiedzieli się chwilę przed oficjalnym ujawnieniem tej informacji. A inni dopiero z mediów społecznościowych. Jak słyszymy, w trakcie dzisiejszego posiedzenia rządu ten temat nie pojawił się nawet na sekundę.

— Myślę, że oprócz Donalda wiedzieli wicepremierzy, Tomek Siemoniak, czyli koordynator służb specjalnych, oczywiście Radek Sikorski, szef MSWiA Marcin Kierwiński, Żurek jako szef prokuratury, bo ta też miała tu swoją rolę — słyszymy od jednego z ministrów.

Doszło też do cichej współpracy komunikacyjnej pomiędzy rządem i Pałacem Prezydenckim. Obydwa ośrodki władzy kilkanaście godzin milczały na temat wizyty w Warszawie specjalnego wysłannika prezydenta USA ds. kontaktów z Białorusią Johna P. Coale’a. Dopiero dziś rano MSZ ogłosił, że Radosław Sikorski spotkał się z Amerykaninem. Chwilę później swój komunikat wypuściła Kancelaria Prezydenta, publikując zdjęcie Coale’a z Karolem Nawrockim.

Embargo miało jeden podstawowy cel. — To na wielu etapach w ostatnich kilkudziesięciu godzinach mogło się wykoleić. Dopóki nie mieliśmy Poczobuta dowiezionego do granicy w Białowieży, nie można było mówić o sukcesie. Poza tym naprawdę nie było pewne, czy on sam ostatecznie zdecyduje się wyjechać z Białorusi — mówi nam ważny urzędnik.

Przed laty Andrzej Poczobut był namawiany przez białoruskie władze do ukorzenia się i napisania prośby o zwolnienie oraz ułaskawienie do Aleksandra Łukaszenki. Nigdy tego nie zrobił, bo był niewinny. A później Białorusini kilka razy zwodzili polskie służby. Jak ujawnił dziś premier Donald Tusk, niedawno Mińsk w ostatniej chwili wycofał się z wymiany.

onet.pl


Prezydent USA Donald Trump we wtorek oświadczył, że Iran poinformował Amerykanów o tym, że jest "w stanie upadku" i chce, by USA jak najszybciej otworzyły cieśninę Ormuz.

"Iran właśnie nas poinformował, że jest "w stanie upadku". Chcą, żebyśmy "otworzyli cieśninę Ormuz" jak najszybciej, a oni próbują rozwiązać sytuację ze swoimi władzami (Wierzę, że będą w stanie to zrobić!). Dziękuję za uwagę! Prezydent DONALD J. TRUMP" - napisał Trump w swoim serwisie Truth Social.

Prezydent nie ujawnił, kto dokładnie przekazał Amerykanom taką wiadomość, ani co konkretnie było jej treścią. Iran nie potwierdził, że chce otworzyć Ormuz - zaznaczył Axios.

Jak podały w poniedziałek amerykańskie media, Iran przedstawił USA nową propozycję pokojową, która koncentruje się na rozwiązaniu na początek kryzysu wokół cieśniny Ormuz i amerykańskiej blokady morskiej. Zgodnie z tą propozycją negocjacje nuklearne rozpoczęłyby się dopiero na późniejszym etapie. Według doniesień medialnych Trump i jego zespół ds. bezpieczeństwa narodowego są sceptyczni wobec irańskiej propozycji.

PAP


Wiceprezydent USA J.D. Vance obawia się, że Amerykanom zaczyna brakować uzbrojenia - napisał w poniedziałek magazyn "Atlantic". Vance kwestionuje też za zamkniętymi drzwiami sposób przedstawiania przez Pentagon przebiegu wojny z Iranem.

"Podczas zamkniętych spotkań J. D. Vance wielokrotnie kwestionował sposób, w jaki ministerstwo obrony (wojny) przedstawia wojnę w Iranie i podawał w wątpliwość, czy Pentagon nie bagatelizuje tego, co wygląda na drastyczne uszczuplenie zapasów amerykańskich rakiet" - czytamy.

Dwóch wysokich rangą urzędników administracji poinformowało "Atlantic", że wiceprezydent kwestionuje dokładność informacji na temat wojny przekazywanych przez Pentagon.

W rozmowach z prezydentem USA Donaldem Trumpem wyraził również obawy dotyczące dostępności niektórych systemów rakietowych - przekazały źródła.
Pismo zaznaczyło, że konsekwencje znaczącego zmniejszenia rezerw mogą być katastrofalne. Te same zapasy byłyby wykorzystywane przez amerykańskie siły, gdyby miały bronić Tajwanu przed Chinami, Korei Południowej przed Koreą Północną i Europy przed Rosją.

Jak podał waszyngtoński think tank CSIS, Stany Zjednoczone mogły już wykorzystać ponad połowę przedwojennych zapasów czterech kluczowych rodzajów uzbrojenia.

Zarówno szef Pentagonu Pete Hegseth, jak i przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów gen. Dan Caine, zapewniają, że zapasy uzbrojenia są solidne.

Doradcy Vance'a przekazali, że wiceprezydent przedstawił swoje obawy, nie oskarżając Hegsetha lub Caine’a o wprowadzanie prezydenta w błąd.
Vance nie chce, by ta sprawa nabrała charakteru osobistego i nie chce tworzyć podziałów w gabinecie. Niektórzy jednak twierdzą, że wizja przedstawiana przez Hegsetha jest tak pozytywna, że wprowadza w błąd.

Magazyn zauważył, że Trump powtarza wiele pozytywnych wypowiedzi Hegsetha i Caine'a na temat wojny. Kilka tygodni temu ogłosił, że szkody wyrządzone Iranowi przez siły amerykańskie już stanowią zwycięstwo w wojnie i zapewniał, że amerykańskie zapasy kluczowej broni są "praktycznie nieograniczone".

Według niektórych rozmówców optymistyczne nastawienie Hegsetha i chwilami wojowniczy stosunek do prasy zdają się mieć na celu przekazanie prezydentowi tego, co chce usłyszeć. Zaznaczono, że briefingi prasowe Pentagonu odbywają się o godz. 8 rano, gdy wiadomo, że Trump ogląda telewizję Fox News.

Pozytywne wypowiedzi przywódców Pentagonu w najlepszym razie przedstawiają obraz, który jest niepełny - uważają osoby zaznajomione z ocenami wywiadowczymi. Według tych wewnętrznych szacunków Iran posiada nadal dwie trzecie swoich sił powietrznych, większość potencjału wyrzutni rakietowych oraz większość małych, szybkich łodzi, które mogą stawiać miny i utrudniać ruch w cieśninie Ormuz.

PAP


Ekspert zwraca uwagę na natychmiastową reakcję giełd towarowych. – W perspektywie ultrakrótkiej (intraday) na rynku ropy Brent doszło do korekty o 2 dolary na baryłkę. Rynki wyceniły informację o wyjściu ZEA z OPEC jako pozytywny sygnał, potencjalnie oddziałujący w stronę zwiększenia podaży i obniżki cen – dodaje analityk.

W dłuższym horyzoncie czasowym sytuacja może przynieść rynkom nowe wyzwania. – W perspektywie średniookresowej decyzja ZEA może oznaczać większą zmienność cen na rynku, gdyż OPEC straci część zdolności do łagodzenia szoków rynkowych. Obecnie Arabia Saudyjska będzie jedynym członkiem OPEC z istotniejszymi wolnymi mocami produkcyjnymi – tłumaczy ekspert.

Pytany o rynek walutowy i szerszy kontekst geopolityczny, specjalista tonuje nastroje. – Reakcja rynków FX (rynki całodobowej wymiany walut przez instytucje - przyp. red.) pozostaje umiarkowana. Pamiętajmy, że – nawet poza OPEC – ZEA pozostaną eksporterem ropy. Warto też odnotować, że napięcia między ZEA a Arabią Saudyjską dotyczące polityki wydobywczej trwają już dłuższy czas – podsumowuje Sebastian A. Roy. /Ekspert z Departamentu Analiz Makroekonomicznych. - red./

Zdaniem Daniela Kosteckiego, głównego analityka rynkowego w polskim oddziale CMC Markets, wyjście Zjednoczonych Emiratów Arabskich z OPEC i OPEC+ wygląda przede wszystkim na próbę odzyskania swobody wydobycia po latach napięć wokół limitów produkcji. – W tle widać też szerszy spór o wpływy w Zatoce, rosnące ambicje Abu Zabi po rozbudowie mocy wydobywczych oraz zmęczenie modelem, w którym państwo inwestuje miliardy dolarów w nowe moce, a potem nie może ich w pełni wykorzystać – stwierdza w komentarzu dla money.pl.

Najważniejszy powód wydaje się czysto ekonomiczny. ZEA od lat zwiększają moce wydobywcze poprzez Abu Dhabi National Oil Company i chcą dojść do poziomu 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. Problem polega na tym, że porozumienie OPEC+ przez długi czas zmuszało kraj do utrzymywania wydobycia wyraźnie poniżej możliwości technicznych. Reuters i S&P Global już wcześniej wskazywały, że właśnie ZEA należą do tych producentów, którym najbardziej ciąży przymus trzymania dużej rezerwy mocy poza rynkiem – wskazuje ekspert.

Jednocześnie zauważa, że ZEA od lat naciskały na wyższy limit wydobycia, argumentując, że ich realne możliwości są większe niż to, co uznaje grupa. W czerwcu 2024 r. udało się wywalczyć podwyższenie limitu, ale najwyraźniej nie rozwiązało to problemu na trwałe. Trzeci element, na który wskazuje ekspert CMC Markets, to polityka regionalna. – Dzisiejsze doniesienia Reutersa, AP i The National pokazują, że decyzja zapadła bez konsultacji z Arabią Saudyjską. To może wskazywać, że sprawa nie dotyczy już wyłącznie technicznych limitów wydobycia, ale także rosnącej samodzielności Emiratów wobec Rijadu – podkreśla.

W krótkim terminie wpływ na realną podaż może być ograniczony, bo wojna z Iranem i napięcia w Cieśninie Ormuz nadal utrudniają logistykę eksportu z regionu. ZEA same podkreślają, że ewentualne dodatkowe baryłki będą trafiały na rynek stopniowo i w sposób wyważony. To może oznaczać, że sam komunikat ma dziś większe znaczenie polityczne niż podażowe. W średnim terminie konsekwencje mogą być już znacznie większe. Jeśli ZEA odzyskają pełną swobodę wydobycia, mogą próbować szybciej monetyzować rozbudowane moce produkcyjne. To zwiększa ryzyko presji na spadek cen ropy, zwłaszcza jeśli napięcia wojenne osłabną i wróci większa przepustowość eksportowa przez Ormuz – wskazuje Daniel Kostecki.

(...)

Po blisko 60 latach członkostwa, Abu Zabi oficjalnie stawia na pełną suwerenność energetyczną, co de facto kończy erę bezwzględnej dominacji kartelu nad podażą ropy naftowej. Oficjalne stanowisko Ministerstwa Energii ZEA nie pozostawia złudzeń: priorytetem stał się interes narodowy oraz konieczność uelastycznienia polityki produkcyjnej, która do tej pory była ograniczana przez sztywne i często nieadekwatne do potencjału Emiratów kwoty wydobywcze - zwraca z kolei uwagę Dominik Baldowski, analityk rynkowy Finax.

Co z cenami ropy? "Plany zwiększenia wydobycia z obecnych 4 mln do 5 mln baryłek dziennie do 2027 r. oznaczają, że na rynek trafi znacząca, dodatkowa podaż. W perspektywie długoterminowej, jak słusznie już zauważają analitycy rynkowi, m.in. z UBS, odejście tak kluczowego gracza drastycznie osłabia zdolność OPEC do obrony wysokich cen ropy w okresach globalnego spowolnienia gospodarczego. "Parasol ochronny" kartelu staje się dziurawy, a mechanizm "OPEC Put" – czyli interwencyjne cięcia produkcji w celu ratowania cen – traci swoją dotychczasową skuteczność" - pisze Baldowski dla money.pl.

Arabia Saudyjska pełni rolę nieformalnego lidera kartelu. Rijad dysponuje ogromnymi rezerwami mocy produkcyjnych. Taka sytuacja pozwala Saudyjczykom stabilizować lub stymulować globalne ceny surowca. Decyzje tego państwa o cięciach lub zwiększaniu produkcji nadają ton całej polityce energetycznej grupy. Wpływają one bezpośrednio na nastroje inwestorów na giełdach od Nowego Jorku po Tokio.

Zjednoczone Emiraty Arabskie stanowiły dotychczas drugi kluczowy filar organizacji. Władze tego kraju od dawna pompują kapitał w rozbudowę własnej infrastruktury naftowej. Dodatkowo twardo negocjowały zwiększenie swoich limitów wydobycia. Agencja Reutera podkreśla, że wśród głównych powodów rozłamu znajdują się plany ZEA. Kraj ten chce wdrożyć nowe moce produkcyjne i dostosować swój system do obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie.

Sytuacja wewnątrz kartelu stawała się zresztą coraz bardziej napięta na przestrzeni ostatnich miesięcy, głównie za sprawą eskalacji zbrojnej. Kiedy rynki zaczęły realnie wyceniać ryzyko zablokowania strategicznej cieśniny Ormuz, stało się jasne, że dotychczasowa, sztywna polityka wydobywcza będzie musiała ulec weryfikacji. Znaczna część surowca z powodu obaw logistycznych i nakładanych sankcji zaczęła po prostu zalegać w tankowcach na morzu.

Ten zator uderzył rykoszetem w gospodarki państw regionu. Dobitnie pokazały to wydarzenia z marca, gdy okazało się, że z powodu blokady korytarzy eksportowych Kuwejtowi oraz częściowo samym Emiratom zaczyna brakować miejsca w magazynach. W takich uwarunkowaniach geopolitycznych dla decydentów w Abu Zabi fundamentalne stało się pytanie o to, jak długofalowo zachowają się ceny paliw i ropy po ataku na Iran. Wyjście ze struktur OPEC to w tym kontekście pragmatyczna próba odzyskania całkowitej niezależności w zarządzaniu własnym przemysłem naftowym w czasach potężnej niepewności.

money.pl


Rosnące wyzwania stojące przed Iranem w zakresie przechowywania i eksportu ropy naftowej mogą być jednym z mechanizmów zmiany irańskich obliczeń w negocjacjach. Analityk amerykańskich sankcji w Fundacji Obrony Demokracji ocenił 12 kwietnia, że Iranowi pozostało około 13 dni nadających się do wykorzystania przechowywania ropy, które obliczył na podstawie 50-55 milionów baryłek całkowitego składowania na lądzie, które 12 kwietnia było pełne w 60%. Iran prawdopodobnie przedłużył liczbę dni przed pełnym składowaniem ropy, korzystając ze starych zbiornikowców na ropę w złym stanie. Iran reaktywował w kwietniu 30-letni bardzo duży nośnik ropy (VLCC), na przykład do przechowywania ropy. VLCC był nieużywany przez trzy lata. Firma Kpler zajmująca się badaniem rynku oceniła 27 kwietnia, że Iranowi pozostało od 12 do 22 dni do wyczerpania zapasów ropy /miejsca na ropę - red./. Szacunki Kplera z 12 dniami zakładają, że nie wszystkie zbiorniki magazynowe mogą zostać wykorzystane, ale podstawa tego założenia nie jest jasna. Iran uruchomił niedawno obiekty magazynowe, które nie są optymalne, ale prawdopodobnie te obiekty magazynowe wiążą się z innymi kosztami związanymi z irańskimi mocami produkcyjnymi i eksportem ropy. Prezydent USA Donald Trump opublikował 28 kwietnia w Truth Social, że Iran powiedział Stanom Zjednoczonym, że znajduje się w stanie upadku i że Iran chce jak najszybszego zakończenia amerykańskiej blokady.

Iran stoi w obliczu znacznej presji na inne części swojej gospodarki. Połączone ataki sił podczas wojny, a także trudności Iranu w przechowywaniu i eksporcie ropy naftowej miały negatywny wpływ na inne sektory irańskiej gospodarki. 27 kwietnia agencja Reuters podała, że połączone ataki sił, w tym ataki na głównych irańskich producentów stali, takich jak Mobarakeh Steel Company i Khuzestan Steel Company, podobno zniszczyły około 25-30 procent całkowitej produkcji stali w Iranie. (...) Syn irańskiego producenta dywanów powiedział AP, że około 80% producentów dywanów i dywanów zaprzestało działalności w strefie przemysłowej Kashan w prowincji Esfahan ze względu na gwałtowny spadek irańskiego eksportu podczas wojny. Analityk ds. sankcji USA ocenił 27 kwietnia, że blokada USA zaostrzyła irański kryzys benzynowy poprzez uniemożliwienie Iranowi importu benzyny w celu wystarczającego zaspokojenia potrzeb Iranu w zakresie paliwa. Niedobory benzyny były wcześniej przyczyną masowych protestów w 2019 r.

(...)

Według antyreżimowych mediów najwyższy organ decyzyjny Iranu ds. bezpieczeństwa narodowego przygotowuje się na potencjalną falę protestów w miarę nasilania się pogorszenia sytuacji gospodarczej i presji społecznej. Media antyreżimowe poinformowały 28 kwietnia, że Najwyższa Rada Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC) zwołała posiedzenie, któremu przewodniczył sekretarz SNSC Mohammad Bagher Zolghadr—a, bliski sojusznik Vahidi—, po tym, jak oceny wywiadu ostrzegły o możliwym wznowieniu protestów w nadchodzących dniach. Nieokreślone źródła poinformowały antyreżimowe media, że irańskie instytucje bezpieczeństwa wyraziły zaniepokojenie potencjalnymi wezwaniami do protestu i oceniły, że pogarszające się warunki gospodarcze, takie jak inflacja, bezrobocie i rosnące ceny, mogą wywołać ponowne niepokoje. W raporcie stwierdzono, że agencje bezpieczeństwa przedstawiły bardzo krytyczny obraz gospodarki Iranu, powołując się na przestoje w sektorach naftowym, petrochemicznym i stalowym, powszechne bezrobocie częściowo spowodowane zakłóceniami w Internecie oraz szersze wstrzymanie działalności gospodarczej w związku z zamknięciem rynków finansowych rynki. Oceny te ostrzegały, że Iran’gospodarka nie jest w stanie wytrzymać więcej niż sześciu do ośmiu tygodni blokady morskiej, a odbudowa uszkodzonych sektorów przemysłu może zająć lata. SNSC koordynuje i zezwala na reakcję reżimu na protesty, podczas gdy wewnętrzne siły bezpieczeństwa przeprowadzają represje. Były Najwyższy Przywódca Ali Chamenei nakazał SNSC w styczniu 2026 r. stłumienie protestów “wszelkimi niezbędnymi środkami.”

(...)

NetBlocks poinformował 28 kwietnia, że ogólnokrajowa przerwa w dostępie do Internetu w Iranie, trwająca obecnie ponad 60 dni, poważnie zakłóciła transakcje finansowe, działalność handlową i działalność gospodarczą. NetBlocks szacuje, że ogólnokrajowe zamknięcie Internetu kosztuje irańską gospodarkę ponad 37 milionów dolarów dziennie.

Wydaje się, że przewodniczący irańskiego parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf stara się zachować poparcie polityczne i pozostać kluczowym aktorem w negocjacjach pomimo wcześniejszych oznak sprzeciwu ze strony Vahidiego i jego najbliższego otoczenia. 27 kwietnia dwustu sześćdziesięciu jeden członków irańskiego parlamentu wydało oświadczenie, w którym zadeklarowało wsparcie dla irańskiego zespołu negocjacyjnego i Ghalibafa. Parlamentarzyści dodali, że ufają delegacji negocjacyjnej, zwłaszcza Ghalibafowi, i wyrazili poparcie dla jej obrony interesów narodowych. Oświadczenie to jest następstwem ostatnich raportów wskazujących, że Ghalibaf poczuł się sfrustrowany wewnętrznymi podziałami i rozważał rezygnację z delegacji negocjacyjnej. Niektóre opinie twierdziły, że złożył on już rezygnację ze stanowiska ze względu na nieporozumienia dotyczące koncesji nuklearnych. Ghalibaf publicznie bronił negocjacji w irańskiej telewizji państwowej 18 kwietnia, argumentując, że dyplomacja ze Stanami Zjednoczonymi, obok siły militarnej, jest konieczna do zabezpieczenia celów Iranu. Ghalibaf skrytykował także twardogłowych urzędników, w tym członka SNSC Saeeda Jalili i twardogłowego parlamentarzystę Amirhosseina Sabetiego, obaj powiązani z ultrakonserwatywnym Frontem Paydari (Stabilności) za przeciwstawienie się negocjacjom. Członkowie parlamentu stowarzyszeni z Paydari Front– również nie podpisali niedawnego oświadczenia parlamentu.

understandingwar.org


Siły ukraińskie uderzyły w rafinerię ropy naftowej Tuapse w nocy z 27 na 28 kwietnia, co było jak dotąd trzecim atakiem na rafinerię w kwietniu. Ukraiński Sztab Generalny poinformował, że siły ukraińskie przeprowadziły w nocy atak dronów na rafinerię ropy naftowej Tuapse w Kraju Krasnodarskim, powodując pożar. (...) Zlokalizowany materiał satelitarny opublikowany 28 kwietnia pokazuje liczne pożary i smugi dymu w składzie ropy naftowej i rafinerii Tuapse. W ramach ukraińskiego projektu wywiadu open source (OSINT) oceniono, że ukraińskie ataki z 27-28 kwietnia uszkodziły co najmniej cztery zbiorniki do przechowywania ropy w rafinerii Tuapse. Dane NASA Fire Information for Resource Management System (FIRMS) za 28 kwietnia pokazują anomalie cieplne w północnej części rafinerii ropy naftowej Tuapse, a serwis rosyjski BBC poinformował, że poprzednie ukraińskie strajki nie miały wpływu na tę część rafinerii. Władze Kraju Krasnodarskiego twierdziły, że pożar w rafinerii spowodowały upadłe szczątki dronów. Siły ukraińskie uderzyły w rafinerię ropy naftowej Tuapse w nocy z 15 na 16 kwietnia i z 19 na 20 kwietnia, a ukraińskie Siły Systemów Bezzałogowych (USF) poinformowały, że te dwa ukraińskie ataki zniszczyły 24 zbiorniki do przechowywania ropy i uszkodziły cztery dodatkowe zbiorniki. Rosyjski opozycyjny serwis Astra zauważył, że rafineria ropy naftowej Tuapse zawiesiła działalność w swojej jedynej jednostce rafineryjnej, która po strajkach z 19-20 kwietnia ma roczną zdolność rafinacyjną na poziomie 12 milionów ton rocznie. Siły ukraińskie prowadzą w kwietniu 2026 r. większą kampanię strajkową przeciwko rosyjskiej infrastrukturze wojskowej, naftowej i portowej w Kraju Krasnodarskim, w tym: przeciwko terminalowi naftowemu Szeskharis i fregacie klasy Admirał Grigorowicz w pobliżu portu Noworosyjsk w dniach 5-6 kwietnia, przepompowni ropy w Krymsku w dniach 8-9 kwietnia, 10-11 kwietnia portowi Naftoexport, składowi ropy w Tuapse w dniach 15-16 kwietnia, przepompowni ropy w Tichoretsku w dniach 17-18 kwietnia, a portowi morskiemu w Jejsku w dniach 18-19 kwietnia.

Strajki z 27 na 28 kwietnia zmusiły Kreml do uznania skutków ukraińskich ataków na rafinerię ropy naftowej Tuapse. Władze Kraju Krasnodarskiego ogłosiły stan wyjątkowy w Okręgu Miejskim Tuapse w wyniku ukraińskich strajków w dniach 27-28 kwietnia i odnotowały, że strajk spowodował także wyciek ropy. Prezydent Rosji Władimir Putin spotkał się 28 kwietnia z ministrem rosyjskiej obrony cywilnej, sytuacji nadzwyczajnych i pomocy w przypadku katastrof Aleksandrem Kurenkowem w odpowiedzi na ataki i poinstruował Kurenkowa, aby udał się do Tuapse w celu nadzorowania reakcji Rosji. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow przyznał się do strajku Tuapse, ale stwierdził, że wszystkie szczegóły dotyczące uderzonych obiektów są tajne. Pieskow skrytykował ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę naftową jako dalszą destabilizację światowych rynków energii. Kreml zwykle nie reaguje na ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę naftową, ale wpływ ataków Ukrainy był najwyraźniej tak znaczący, że 28 kwietnia wywołał osobistą reakcję Putina i Pieskowa. Ukraina eskaluje kampanię strajkową przeciwko rosyjskiej infrastrukturze naftowej, ponieważ Rosja starała się wykorzystać światowy kryzys energetyczny do zwiększenia zysków z eksportu energii w celu sfinansowania wojny na Ukrainie. Siły ukraińskie będą prawdopodobnie w dalszym ciągu wykorzystywać dużą powierzchnię ataku głębokich tyłów Rosji i nadmiernie rozciągniętą rosyjską obronę powietrzną, aby przeprowadzać częstsze i większe ataki na rosyjską infrastrukturę naftową i zasoby wojskowe, wspierane przez zwiększoną ukraińską krajową produkcję dronów.

(...)

Siły rosyjskie wyposażają drony dalekiego zasięgu w modemy siatkowe do koordynowania uderzeń na nieosiągalne wcześniej cele na ukraińskich tyłach. Doradca ukraińskiego Ministerstwa Obrony (MON) ds. technologii obronnej oraz ekspert ds. dronów i wojny elektronicznej (EW) Serhij “Flash” Beskrestnow poinformował 28 kwietnia, że siły ukraińskie obserwują rosyjskie drony wyposażone w modemy siatkowe lecące głębiej w ukraińskie tyły. Sieć siatkowa to sieć bezprzewodowa, która umożliwia grupie dronów wyposażonych w modemy radiowe utrzymywanie sygnału między sobą. Beskrestnow stwierdził, że sieci kratowe rozciągają zasięg rosyjskich dronów do 220 kilometrów, umożliwiając loty dronami z przewodnikiem do Kijowa od północy, Połtawy od zachodu oraz miast Dniepr, Krzywy Róg, Odesa i Mikołajów od południa. Beskrestnov poinformował, że środki zaradcze EW tłumiące systemy nawigacji satelitarnej nie są skuteczne przeciwko sieciom siatkowym, jeśli piloci ręcznie sterują dronami za pomocą urządzeń nawigacyjnych. Beskrestnow stwierdził również, że siły rosyjskie mają około 40 doświadczonych pilotów i specjalistów ze Specjalnej Strefy Ekonomicznej Alabuga (SSE) które wykorzystują sieci kratowe przeciwko Ukrainie.

understandingwar.org

poniedziałek, 27 kwietnia 2026



20 kwietnia estońskie władze skrytykowały politykę informacyjną Kijowa, w tym publiczne spekulacje na temat możliwego ataku Rosji na państwa bałtyckie. Była to reakcja na sugestię prezydenta Wołodymyra Zełenskiego, jakoby Moskwa przygotowywała taką ofensywę, jednak nie wszystkie państwa NATO byłyby „chętne ich bronić”. Wypowiedź lidera Ukrainy skomentował minister spraw zagranicznych Estonii Margus Tsahkna, stwierdzając, że w ocenie estońskich służb sytuacja jest inna, a wypowiedzi Zełenskiego nie ułatwiają współpracy Tallinna z Kijowem. Hanno Pevkur, szef estońskiego MON, uznał działania informacyjne Ukrainy za próbę uzyskania większej pomocy od Zachodu. Szef komisji spraw zagranicznych parlamentu Marko Mihkelson oznajmił z kolei, że ukraińskie insynuacje osłabiają spójność Sojuszu, a prezydent Ukrainy powiela narracje rosyjskiej propagandy. Pod koniec marca również szefowa MSZ Łotwy Baiba Braže udzieliła wywiadu TVP World, w którym określiła, że polityka informacyjna Kijowa szkodzi ukraińskim planom dołączenia do NATO. Najbardziej koncyliacyjne stanowisko przedstawiła litewska premier Inga Ruginienė, która w kontekście słów prezydenta Ukrainy stwierdziła jedynie, że należy unikać retoryki obliczonej na zastraszenie, gdyż nie ma ku temu żadnych przesłanek. 

Służby wywiadowcze oraz przywódcy państw bałtyckich uważają, że obecna mobilizacja w Rosji nie jest skierowana przeciwko państwom wschodniej flanki NATO. Spekulacje medialne dotyczące rosyjskiej agresji spotykają się z coraz większą irytacją szczególnie w Estonii oraz na Łotwie, gdyż budują atmosferę strachu niewspółmierną do ich oceny ryzyka.

Komentarz

Ostra krytyka płynąca ze strony estońskich polityków wynika z rozgoryczenia taktyką Ukrainy. Kijów bagatelizuje naruszenia przestrzeni powietrznej państw bałtyckich przez ukraińskie drony, podczas gdy w przypadku analogicznego zdarzenia na terytorium Finlandii wystosowuje natychmiastowe przeprosiny. Estonia nie uzyskała satysfakcjonujących wyjaśnień nawet po rozbiciu się ukraińskiego bezzałogowca na kominie elektrociepłowni w Auvere (zob. Państwa bałtyckie wobec incydentów z ukraińskimi dronami). Spekulacje dotyczące rosyjskiej inwazji są problematyczne zwłaszcza dla Tallinna, który od dłuższego czasu zmaga się z kryzysem wizerunkowym wokół Narwy – obszaru postrzeganego przez europejskie media jako szczególnie zagrożony atakiem. Odstrasza to potencjalnych zagranicznych inwestorów i turystów. Jednocześnie Kijów ignoruje artykułowane w rozmowach dyplomatycznych prośby Tallinna o zaprzestanie szkodliwych spekulacji.

Pomimo krytyki ze strony Estonii Kijów uznaje rosyjski atak na państwa bałtyckie za scenariusz mniej prawdopodobny niż kontynuacja agresji na Ukrainę. Według ukraińskiej Rady Bezpieczeństwa Narodowego i Obrony (RBNiO) rozwój sytuacji zależy od odbudowy zdolności militarnych przez Rosję, a głównym celem takiego ataku byłoby przetestowanie wiarygodności art. 5 Traktatu Północnoatlantyckiego oraz podważenie jedności sojuszników, również w zakresie wspierania Kijowa. Ocena RBNiO stanowi reakcję na ograniczenia w dostępie do internetu w Rosji (zob. Rosja: blokada komunikatora Telegram i walka z VPN-ami), zinterpretowane przez Zełenskiego jako element przygotowań do masowej mobilizacji, przyjęcie przez Dumę Państwową regulacji umożliwiających użycie wojska za granicą pod pretekstem „ochrony praw obywateli”, a także na rosyjskie oskarżenia o wykorzystywanie przestrzeni powietrznej Polski i państw bałtyckich do ataków ukraińskich dronów na północną Rosję. Taka narracja Kijowa ma uzasadniać konieczność zwiększenia wsparcia dla Ukrainy. Jednocześnie ignorowanie estońskich obiekcji wpisuje się w praktykę komunikacji strategicznej Kijowa, która cechuje się relatywnie niską wrażliwością na odbiór własnych działań przez partnerów niezaliczanych do grona priorytetowych.

Nieporozumienia w relacjach między Tallinnem a Kijowem nie wpłyną na wsparcie Estonii dla walczącej Ukrainy. 25 kwietnia podpisano list intencyjny mający nadać ramy współpracy przemysłów obronnych obu państw. Od początku rosyjskiej inwazji Tallinn prowadzi politykę pełnego poparcia dla Kijowa, dostarczając pomoc wojskową, materiałową i humanitarną oraz deklarując zdecydowane wsparcie polityczne. Szczególnie w okresie rządów premier Kai Kallas (2021–2024) Estonia aktywnie lobbowała na forum unijnym na rzecz kluczowych inicjatyw wspomagających Ukrainę – m.in. wykorzystania zamrożonych aktywów rosyjskich czy przeznaczenia równowartości 0,25% rocznego PKB przez państwa UE na pomoc wojskową dla Kijowa.

osw.waw.pl


Coraz więcej źródeł potwierdza pierwsze bojowe użycie przez Ukraińców szwedzkich rakiet przeciwokrętowych RBS-15. Pierwsze, nieoficjalne jeszcze informacje na ten temat pojawiły się już 6 kwietnia 2026 roku. Tego dnia ukraińskie siły zbrojne opublikowały bowiem film z ataku dronów i rakiet wystrzelonych z wyrzutni nadbrzeżnych na samopodnośną pływającą platformę wiertniczą Siwasz na Morzu Czarnym.

Zgodnie z ukraińskimi danymi rozpoznawczymi, Rosjanie wykorzystywali ten obiekt jako bazę do rozmieszczenia „sprzętu do obserwacji, łączności, walki radioelektronicznej i obrony powietrznej krótkiego zasięgu”. W ten sposób platforma Siwasz stała się ważnym elementem systemu wczesnego wykrywania działań ukraińskich sił zbrojnych w kierunku Krymu. Według Ukraińców, Rosjanie mieli tam również rozmieścić żołnierzy „elitarnych sił specjalnych” wraz z uzbrojeniem, pozwalającym na zwalczanie zbliżających się ukraińskich dronów i jednostek pływających.

W opisie filmu z całej akcji przeprowadzonej 6 kwietnia nie potwierdzono wprost użycia pocisków typu RBS-15. Komentatorzy zwrócili jednak uwagę, że kształt kontenerów startowych rakietowych wyrzutni lądowych pokazanych na nagraniu rzeczywiście przypomina pojemnik transportowo-startowy szwedzkich pocisków. Teraz w ukraińskich mediach można już znaleźć kolejne potwierdzenia, że w ataku na platformę Siwasz rzeczywiście użyto rakiet typu RBS-15.

Nie wiadomo, kiedy i ile tych pocisków Szwedzi przekazali Ukraińcom. Nie wiadomo też, jaki typ rakiety RBS-15 zastosowano do zaatakowania rosyjskiej platformy. Przypuszcza się, że skorzystano ze szwedzkich zapasów magazynowych starych wersji rakiet, czyli Mk2. Tym bardziej że to one mają kontenery startowe o kształcie, jaki widać na wyrzutniach lądowych, zaprezentowanych na ukraińskim filmie z 6 kwietnia.

Co więcej, to właśnie te pociski zostały wykorzystane przez Szwedów, gdy w 2024 roku rozpoczęli faktycznie odbudowę swojego rakietowego systemu nadbrzeżnego. Wprowadzono wtedy nieujawnioną ilość pojazdów samochodowych Volvo przenoszących po cztery rakiety przeciwokrętowe typu Mk2, prawdopodobnie przynajmniej w części zaadoptowane z zapasów okrętowych. Jednak zgodnie z zamówieniem ze strony Szwedzkiej Agencji Zamówień Obronnych FMV (Försvarets materielverk) wiadomo było, że docelową rakietą dla szwedzkich wyrzutni nadbrzeżnych miały być pociski przeciwokrętowe RBS-15 Mk3. Zgodnie z planem ich dostawa miała się rozpocząć właśnie w tym roku.

Szwedzi mogli więc przekazać Ukraińcom swoje starsze pociski, już wcześniej przygotowane do wyrzutni lądowych. Jest bardzo prawdopodobne, że wśród nich były również pociski RBS-15 Mk2, które wcześniej wykorzystywano na polskich kutrach rakietowych typu Orkan. Zostały one jednak zdemontowane i przekazane z powrotem do Szwecji, gdy koncern Saab dostarczył na nasze okręty docelowe rakiety RBS-15 Mk3. Zamiast trzymać je w magazynie, Szwedzi mogli je więc przekazać Ukraińcom, którzy – jak widać – potrafili je w odpowiedni sposób wykorzystać.

Zaletą tych rakiet jest bowiem m.in. duża głowica bojowa, ważąca 200 kg, a więc prawie dwa razy więcej niż stosowane w polskich bateriach nadbrzeżnych rakiety przeciwokrętowe NSM. Tak duży ładunek wybuchowy musiał doprowadzić do dużych zniszczeń na platformie, która dodatkowo była atakowana dronami FPV z powietrza, dronami nawodnymi kamikadze oraz karabinami maszynowymi, zamontowanymi na tych systemach bezzałogowych.

W tym wszystkim są jednak nadal dwie niewiadome. Po pierwsze, według oficjalnych danych koncernu Saab, pocisk RBS-15 Mk2 może razić cele nawodne w odległości nieco większej niż 70 km. Platforma Siwasz jest położona nieco dalej, bo około 100 km od zajętego przez Ukraińców terytorium. Ukraiński atak potwierdziłby wcześniejsze przypuszczenia specjalistów morskich, że rzeczywiste osiągi szwedzkich rakiet są większe od tych, jakie są oficjalnie deklarowane.

Po drugie, rakieta przeciwokrętowa RBS-15 Mk2 (również ta zastosowana na polskich okrętach typu Orkan) nie miała możliwości atakowania celów lądowych. Zdolność do faktycznego rażenia obiektów na lądzie (z wykorzystaniem odbiornika GPS) wprowadzono dopiero w wersji Mk3. Przypuszcza się jednak, że Ukraińcy wykorzystali szwedzkie pociski w standardowym trybie działania, a więc z wykorzystaniem radiolokacyjnej głowicy naprowadzającej.

Platforma wydobywcza Siwasz, wykonana z metalu, daje bowiem taki sam sygnał odbicia jak duży okręt, a dodatkowo się nie rusza. Rakieta RBS-15 na pewno nie miała więc problemu z wykryciem celu i z naprowadzeniem się na niego w końcowej fazie lotu. Ukraińcy skorzystali przy tym z innych zalet tych szwedzkich pocisków, jakimi jest ich mała skuteczna powierzchnia odbicia radiolokacyjnego oraz bardzo niski lot nad wodą. W ten sposób rakiety te są bardzo trudne do wykrycia przez przeciwnika, który najczęściej nie ma czasu, by uruchomić system samoobrony.

defence24.pl


Poniedziałkowe ceny obowiązywały od ostatnich dwóch dni. Jeszcze w piątek kierowcy za litr dziewięćdziesiątki piątki płacili maksymalnie 6,03 zł, za benzynę 98 - 6,62 zł, a za litr diesla - 6,79 zł.

Analitycy portalu e-petrol.pl pod koniec ubiegłego tygodnia prognozowali, że od połowy tego tygodnia benzyna i olej napędowy będą drożeć, a przed majówką koszty tankowania mogą być wyraźnie wyższe.

31 marca, pierwszego dnia wprowadzenia maksymalnych cen, litr benzyny 95 kosztował maksymalnie 6,16 zł, benzyny 98 - 6,76 zł, zaś oleju napędowego - 7,60 zł.

Zgodnie z przepisami, resort energii codziennie w dni robocze publikuje obwieszczenie ws. maksymalnych cen paliw. Cena maksymalna obowiązuje od dnia następującego po jej publikacji w Monitorze Polskim. W przypadku ogłoszenia jej przed dniami wolnymi od pracy i świętami stawka obowiązuje do najbliższego dnia roboczego włącznie. Sprzedaż powyżej ceny maksymalnej jest zagrożona karą do 1 mln zł, a kontrole prowadzi Krajowa Administracja Skarbowa.

Cena maksymalna jest ustalana według określonej formuły, obejmującej średnią cenę hurtową paliw na rynku krajowym, powiększoną o akcyzę, opłatę paliwową, marżę sprzedażową w wysokości 0,30 zł za litr oraz podatek VAT.

Do 30 kwietnia obowiązuje rozporządzenie obniżające VAT na paliwo z 23 do 8 proc. oraz rozporządzenie obniżające akcyzę. Akcyza jest obniżona o 29 gr za litr benzyny i 28 gr za litr oleju napędowego, czyli do najniższego poziomu dopuszczonego przez Unię Europejską. 

PAP


Portal podkreślił, że proces dyplomatyczny utknął w martwym punkcie, a irańskie kierownictwo jest podzielone w sprawie ewentualnych ustępstw dotyczących programu atomowego. „Irańska propozycja ominęłaby tę kwestię, umożliwiając szybsze zawarcie porozumienia” – czytamy w artykule.

Jedno ze źródeł portalu poinformowało, że Aragczi jasno powiedział w ostatni weekend mediatorom z Pakistanu, Egiptu, Turcji i Kataru, że w irańskim kierownictwie nie ma zgody co do tego, jak się odnieść do żądań USA. Stany Zjednoczone chcą, by Iran zawiesił co najmniej na 10 lat program wzbogacania uranu, a już wzbogacony uran został wywieziony z kraju.

Nowa propozycja koncentruje się na rozwiązaniu w pierwszej kolejności kryzysu wokół cieśniny Ormuz i amerykańskiej blokady morskiej. Polegałoby ono na uzgodnieniu długoterminowego zawieszenia broni lub trwałym zakończeniu wojny.

Zgodnie z tą propozycją negocjacje nuklearne rozpoczęłyby się dopiero na późniejszym etapie, po otwarciu Ormuzu i zniesieniu blokady morskiej.

Stany Zjednoczone otrzymały tę propozycję, nie wiadomo jednak, czy chcą ją rozważyć – pisze Axios.

Przedstawicielka Białego Domu Olivia Wales powiedziała portalowi: - To są poufne rozmowy dyplomatyczne, a Stany Zjednoczone nie prowadzą negocjacji za pośrednictwem prasy. Jak powiedział prezydent (Donald Trump), USA trzymają karty w ręku i zawrą tylko takie porozumienie, które przede wszystkim uwzględnia dobro Amerykanów; nigdy nie zgodzą się, by Iran miał broń nuklearną.

Axios zauważa, że zdjęcie blokady cieśniny i zakończenie wojny pozbawiłoby Trumpa narzędzi wpływu podczas przyszłych rozmów na temat usunięcia z Iranu zapasów wzbogaconego uranu oraz zawieszenia przez Teheran jego dalszego wzbogacania, a są to dla niego dwa podstawowe cele wojny.

W wojnie USA i Izraela z Iranem obowiązuje od 8 kwietnia zawieszenie broni. 

PAP


W przypadku złota roczna produkcja kopalń stanowi zaledwie ułamek (ok. 1,6 proc.) całego dotychczas wydobytego i zgromadzonego kruszcu. W 2025 r. produkcja złota było nieco wyższa (+1% rdr) i osiągając poziom 3672 ton złota była rekordowa od czasu zbierania danych przez Światową Radę Złota (WGC). Tymczasem według jej najlepszych dostępnych szacunków (stan na koniec 2025 r.), w całej historii wydobyto około 219 890 ton złota, z czego dwie trzecie miało miejsce po 1950 r.

(...)

Złoto jest cenne nie dlatego, że jest go mało, ale dlatego, że jego podaż na rynku jest tak przewidywalna i mała w stosunku do tego, co już posiadamy. O wyjątkowości kruszcu decyduje jego względna stałość: fakt, że nowa produkcja stanowi zaledwie ułamek historycznego wydobycia. Tej stabilności, wykuwanej przez stulecia, nie da się zmanipulować ani zmienić – i to właśnie w niej ludzkość odnajdują rzadko spotykane dziś zaufanie i zastosowanie, w jubilerstwie, inwestycjach, polityce monetarnej czy przemyśle.

Jak pokazują dane WGC, największą część światowego wydobycia wykorzystuje obecnie branża jubilerska, pochłaniająca ponad 44% (ponad 97,65 tys. ton). Na drugim miejscu pod tym względem są inwestorzy prywatni (złote monety i sztabki), posiadający 23,2% wydobytego metalu (ok. 51 tys. ton).

Trzecimi zasobami złota będącego w obiegu mogą pochwalić się banki centralne, przechowujące około 17,6% (ok. 38,6 tys. ton) dotychczas wydobytego złota jako gwarancję stabilności rezerw walutowych. Czwarta i ostatnia kategoria to popyt ze strony zaawansowanego przemysłu oraz nowych technologii (ok. 15%), gdzie doskonałe właściwości fizykochemiczne złota wykorzystywane są np. do masowej produkcji elektroniki.

(...)

Zasobach, które oznaczają całkowity potencjał geologiczny, wymagający dalszych badań lub wyższych cen do rentownej eksploatacji, według danych Metals Focus wynosiły na koniec poprzedniego roku 132,11 tys. ton. Ponadto według badaczy istnieje potężny naukowy potencjał na pozyskanie kruszcu ukrytego chociażby na dnie oceanicznym lub pod najgrubszymi lodowcami Antarktydy, a może nawet na Księżycu.

Biorąc to wszystko pod uwagę, eksperci Światowej Rady Złota odpowiadają, że mało prawdopodobne, aby ludzkości zabrakło kiedykolwiek złota. Po pierwsze złoto nigdy nie zniknie w sensie fizycznym. Ten wyjątkowy pierwiastek naturalnie się nie rozkłada i poddaje się nieskończonemu procesowi bezpiecznego odzysku. Olbrzymią rolę zaczyna tym samym odgrywać potężny rynek zaawansowanego recyklingu (obejmujący m.in. skomplikowane elektrośmieci oraz używaną biżuterię), który bez problemu buforuje niedobory rynkowe.

Po drugie wraz z dalszymi wzrostami ceny metali, dynamiczną rozbudową robotyki w kopalniach, zmianami w prawie, jak np. te w Argentynie, które umożliwiają eksplorowanie lodowców, czy wdrażaniem analiz potężnych zbiorów danych dzięki sztucznej inteligencji (lepsze modelowanie geologiczne), dotychczas zupełnie nieopłacalne pokłady naturalnie uzyskają pełnoprawną rangę zyskownych rezerw operacyjnych.

bankier.pl


Trwa 59. dzień wojny USA i Izraela z Iranem, w której od 8 kwietnia obowiązuje zawieszenie broni. W weekend w Islamabadzie miała się odbyć kolejna runda rozmów pokojowych Iranu z USA. Minister spraw zagranicznych Iranu Abbas Aragczi przyleciał w niedzielę z Omanu do Pakistanu, ale - jak poinformowały władze pakistańskie - do spodziewanych negocjacji pokojowych z delegacją amerykańską nie doszło, a spotkanie zostało odwołane. To doprowadziło do kolejnego wzrostu cen ropy naftowej. 

Amerykańska ropa naftowa WTI kosztuje 95,3 dol. za baryłkę. To wzrost o 0,97 proc. względem poziomu sprzed weekendu. Z kolei ropa Brent przez weekend wyraźnie rosła. Kontakty terminowe poszły w górę o 2 proc., a baryłka kosztowała prawie 108 dol. Poniedziałkowe otwarcie przynosi jednak sporą przecenę. Baryłka kosztuje 100,4 dol. Względem piątkowego zamknięcia to o 4,7 proc. mniej. Eksperci oraz inwestorzy zakładają jednak dalszy wzrost cen ropy.

Analitycy Goldman Sachs znacznie podnieśli prognozy cen ropy Brent na koniec tego roku z 80 do 90 dolarów za baryłkę, a nawet to zależy od normalizacji eksportu z Zatoki Perskiej do końca czerwca. "Jeśli zapasy spadną do krytycznie niskiego poziomu, czego nie widzieliśmy przez ostatnie kilka dekad, prawdopodobne są nieliniowe wzrosty cen" - ostrzegają w analizie.

Z kolei Maciej Przygórzewski, główny dealer walutowy InternetowyKantor.pl zauważa, że "rynek coraz mniej wierzy w koniec wojny". "Teoretycznie wszystko jest w porządku. Mamy zawieszenie broni. Mamy rozmowy pokojowe. Mamy jednak również dwustronną blokadę Cieśniny Ormuz i upływający czas. Kontynuacja tego konfliktu tylko pogłębia problemy z dostępem do surowców energetycznych. W tym tygodniu przedłużono zawieszenie broni, ale rynki nie traktują tego jako dobrej wiadomości. W rezultacie mamy kolejne wzrosty cen ropy" - wylicza w komentarzu. 

"Inwestorzy zaczynają rozgrywać scenariusz wydłużającego się konfliktu. Analitycy sądzili, że skoro przesunięto z powodu tego konfliktu wizytę w Chinach na połowę maja, to do tego czasu konflikt ulegnie rozwiązaniu. Na to się jednak nie zanosi" - dodaje. 

gazeta.pl


Trwająca blisko dwa miesiące wojna w Zatoce Perskiej, wywołana atakami USA i Izraela na Iran, spowodowała nie tylko olbrzymie zakłócenia w dostawach nośników energetycznych, lecz także poważną destabilizację międzynarodowych korytarzy transportowych. Ujawniła przy tym wielowymiarowy charakter zależności gospodarki światowej od regionu Zatoki Perskiej, co może stać się nowym, powracającym czynnikiem ryzyka wobec rosnącej niestabilności politycznej na Bliskim Wschodzie. Znacząco wzrosły stawki za transport, zdestabilizowany został globalny rynek pasażerskich i towarowych przewozów lotniczych oraz ograniczone zostały możliwości importu z regionu, również ważnych półproduktów, takich jak nawozy, hel czy aluminium. Ze względu na rozregulowanie międzynarodowych siatek serwisów żeglugowych dostawy wielu towarów już dziś ulegają niejednokrotnie kilkutygodniowym opóźnieniom. Jeżeli niestabilna sytuacja w Zatoce Perskiej się utrzyma, rosnąć będzie ryzyko nie tylko kryzysu energetycznego i silnej presji inflacyjnej, lecz także wzmożenia zakłóceń w łańcuchach dostaw.

Konflikt w Zatoce Perskiej doprowadził do podważenia kilku istotnych fundamentów, na których przez kilka dekad opierało się ścisłe powiązanie krajów regionu z gospodarką globalną. 28 lutego, w pierwszym dniu wojny, Iran ogłosił zamknięcie cieśniny Ormuz. Odgrywa ona kluczową rolę dla gospodarki światowej. Dziennie przepływało tym szlakiem nawet ok. 25% światowych dostaw ropy i produktów naftowych oraz 20% LNG. Kryzys spowodował natychmiastowy i gwałtowny wzrost cen tych surowców i ich pochodnych, co wzbudza obawy dotyczące powrotu fali wysokiej inflacji i osłabienia koniunktury globalnej. Co więcej, w niektórych częściach świata występują już problemy z niedoborem paliw. Iran dostrzegł więc w cieśninie Ormuz wygodne narzędzie, którym może niskim kosztem oddziaływać na gospodarkę światową, a pośrednio uderzać także w USA. Możliwość używania przez różnych graczy, w tym Stany Zjednoczone, blokad Ormuzu (całościowych bądź selektywnych) może stać się stałym instrumentem polityki międzynarodowej. Pojawiają się próby porozumienia z Iranem w sprawie bezpiecznej żeglugi, np. ze strony Chin, Indii i Rosji, lecz skuteczność tego typu działań pozostaje jak dotąd ograniczona. Stanowisko Teheranu w sprawie Ormuzu jest niespójne. Wcześniej deklarował on, że cieśnina jest otwarta dla „niewrogich” statków (tj. niezwiązanych z USA i Izraelem), jednak każdorazowe przejście przez nią wymaga uzyskania zgody i – wszystko na to wskazuje – uiszczenia wysokich opłat (w wysokości nawet 2 mln dolarów za jeden kurs). W związku z ogłoszeniem przez USA blokady obecnie Iran ostrzega, że jeśli nie będzie mógł eksportować ropy przez Ormuz, to inni też nie będą mogli korzystać z tej trasy.

Drugim istotnym dla globalnego transportu czynnikiem ryzyka stały się przestoje w pracy rozwiniętych hubów biznesowo-transportowych w krajach arabskich Zatoki Perskiej, spowodowane aktywnością wojenną. W związku z odwetowymi atakami ze strony Iranu na sojuszników USA w regionie – Arabię Saudyjską, Bahrajn, Jordanię, Katar, Kuwejt, Oman i Zjednoczone Emiraty Arabskie (ZEA) – a także na Irak część portów morskich w tych państwach, w tym terminale naftowe, początkowo wstrzymała swoje operacje. Ze względu na rosnące ryzyko dla bezpieczeństwa żeglugi przez Ormuz i groźby ze strony Teheranu większość armatorów zrezygnowała z zawijania do portów w regionie, a niemal tysiąc statków utknęło w Zatoce Perskiej. W konsekwencji doszło do przetasowań w serwisach żeglugowych między Azją a krajami regionu oraz znacznego wzrostu stawek za fracht morski. I choć obecnie zdecydowana większość portów w Zatoce Perskiej działa, to ruch w nich jest ograniczony. Linie kontenerowe wprowadziły alternatywne opcje dostaw towarów do państw Zatoki, bazując na portach w Arabii Saudyjskiej, ZEA i Omanie, skąd drogą lądową ładunki mogą trafić do innych krajów.

Konflikt pokazał też po raz kolejny powiązanie konfliktu w Zatoce Perskiej z innym istotnym dla globalnego handlu akwenem – Morzem Czerwonym. W wojnę w Zatoce Perskiej włączyli się regionalni sojusznicy Iranu – jemeńscy bojownicy Huti. Już wcześniej – od końca 2023 do września 2025 r. – atakowali statki w rejonie Morza Czerwonego i cieśniny Bab al-Mandab, kluczowego wąskiego gardła na drodze do Kanału Sueskiego, motywując to sprzeciwem wobec ataków Izraela na Palestynę. Trwające przez prawie dwa lata regularne ataki doprowadziły do rezygnacji większości armatorów (głównie kontenerowych) z tego szlaku i przekierowania ich jednostek na trasę wokół Afryki, wydłużającą transport między Europą a Azją średnio o 10–14 dni.

W ostatniej odsłonie wojny nie odnotowano wprawdzie żadnego ataku na statek przechodzący przez Bab al-Mandab, niemniej Huti grożą, że mogą wznowić te działania. O ich determinacji może świadczyć fakt, że od końca marca rozpoczęli ostrzeliwanie terytorium Izraela. Sytuacja w cieśninie pozostaje niepewna, a akcje bojowników skutecznie studzą zapał przewoźników kontenerowych do powrotu do żeglugi przez Kanał Sueski. Mimo to ruch tranzytowy tym szlakiem utrzymuje się na poziomie sprzed konfliktu, lecz przepływają nim głównie tankowce i masowce, zaś kontenerowce na ogół go unikają. W miesiącach przed atakiem na Iran globalni armatorzy rozważali powrót na tę trasę (niektórzy wysłali nawet pierwsze jednostki, po czym wycofali się; jedynie francuski CMA CGM przywrócił niektóre swoje serwisy), co generowało presję na obniżenie i tak niskich stawek za transport morski (przed wybuchem kryzysu średnia stawka za przewóz 40-stopowego kontenera na głównych trasach żeglugowych wynosiła ok. 1900 dolarów).

Trwająca ponad miesiąc wojna wywołała trudności z wykorzystywaniem hubów lotniczych w państwach Zatoki Perskiej, a w efekcie duże zakłócenia w ruchu lotniczym między Europą a Azją. Początkowe zamknięcie przestrzeni powietrznej nad większością państw regionu spowodowało kilkudniowy paraliż, jako że głównymi portami przesiadkowymi między Europą a Azją są lotniska w Dubaju, Dosze i Abu Zabi. Ataki rakietowe i dronowe w regionie wymuszają częściowe zamykanie przestrzeni powietrznej lub ograniczanie operacji lotniczych, co destabilizuje ruch. Stwarzają też ogromne zagrożenie dla bezpieczeństwa lotów cywilnych. Odwołanie połączeń z lotnisk na Bliskim Wschodzie doprowadziło do spadku globalnej dostępności transportu cargo lotniczego o ok. 20%, co przełożyło się na wzrost kosztów frachtu i zakłócenia w dostawach towarów. Kryzys wpłynął także na ceny paliwa lotniczego, które w Europie znacząco wzrosły.

W pierwszych dwóch tygodniach konfliktu ruch przez Ormuz niemal ustał. Stopniowo zaczął się odbudowywać dopiero po tym, jak Iran dopuścił żeglugę części „niewrogich” statków. Od końca marca do połowy kwietnia cieśniną przepływało średnio ok. 10 statków dziennie, podczas gdy przed wojną ok. 130. Na przejście tym szlakiem decydują się głównie tankowce i masowce ze względu na ograniczone możliwości korzystania z innych tras. Nie ustały jednak dostawy ropy z Iranu. Według ośrodka analitycznego Kpler od początku marca kraj ten eksportuje średnio ok. 1,8 mln baryłek ropy dziennie – niemal wyłącznie do Chin przez Ormuz – co odpowiada poziomowi sprzed rozpoczęcia operacji wojskowej Izraela i USA. Kryzys doprowadził natomiast do spadku – aż o 66% – wolumenów kontenerów wychodzących z państw Zatoki Perskiej, co przekłada się na problemy z dostawami towarów do regionu, silnie zależnego od importu żywności.

(...)

Konsekwencje konfliktu nie ograniczają się jedynie do regionu Zatoki Perskiej i transportu surowców energetycznych. Według szacunków platformy VIZION, monitorującej ruch kontenerowy, w pierwszych tygodniach wojna oddziaływała na ok. 2 mln TEU ładunków, tj. ok. 6% światowej floty kontenerowców. W związku z blokadą cieśniny Ormuz wiele jednostek przekierowano do innych portów. W efekcie kongestia dotknęła również część portów azjatyckich i afrykańskich – głównie w Omanie i Singapurze, który jest głównym hubem tranzytu morskiego na świecie (20% przeładunków), ale także w Indiach, na Sri Lance oraz, choć w mniejszym stopniu, w Kenii czy Tanzanii. Wpływało to na destabilizację całej globalnej siatki serwisów żeglugowych. Opóźnienia w transporcie ładunków między Azją a Europą wzrosły do co najmniej 20–30 dni. Dobitnym przykładem jest przypadek kontenera płynącego z Polski do Gambii, który wyszedł z portu w Gdańsku 2 marca i miał dotrzeć do portu docelowego 30 marca, a obecnie przewidywany termin to początek czerwca.

(...)

Dynamika konfliktu ujawniła, że nie istnieje zbyt wiele alternatywnych korytarzy transportu nośników energetycznych z Zatoki Perskiej możliwych do uruchomienia w krótkim okresie. Jedynie Arabia Saudyjska dysponuje znacznymi możliwościami dywersyfikacji, a do pewnego stopnia także ZEA. Wiąże się to jednak ze skomplikowaną logistyką i o wiele wyższymi kosztami transportu. Istotny problem z wykorzystywaniem rurociągów w kierunku Morza Czerwonego zrodziłby się wówczas, gdyby bojownicy Huti rzeczywiście rozpoczęli ostrzały jednostek przepływających przez Bab al-Mandab. Kanał Sueski teoretycznie jest alternatywą dla wyjścia z Morza Czerwonego, ale bardzo kosztowną i mniej efektywną, gdyż nie mogą nim przepłynąć największe tankowce i masowce (np. przewożące nawozy) ze względu na ograniczenia dotyczące maksymalnego dopuszczalnego zanurzenia.

Wskutek konfliktu gwałtownie zdrożały także paliwa do bunkrowania. Według globalnego indeksu cen paliw okrętowych MABUX skala wzrostów waha się między 300% a 650% w zależności od rodzaju paliwa. Największe zwyżki dotyczą stawek za bunkrowanie statków w Singapurze (jednym z dwóch obok Rotterdamu największych portów na świecie pod tym względem) i Fudżajrze. W razie przedłużenia konfliktu łączne koszty dla armatorów mogłyby wzrosnąć nawet o ok. 30 mld dolarów w porównaniu z 2025 r. Linie żeglugowe doświadczają problemów z niedoborem paliwa w niektórych portach na świecie, szczególnie w Azji. Niektóre z nich próbują rozbudowywać własną flotę tankowców w celu zabezpieczenia dostaw paliwa. 19 marca czołowy światowy armator MSC ogłosił przejęcie 50% udziałów w koreańskiej firmie Sinokor, największym operatorze dysponującym flotą supertankowców.

Konflikt doprowadził również do najpoważniejszych od czasu pandemii COVID-19 zakłóceń w sektorze lotniczym. W pierwszych dniach kryzysu zamknięta została przestrzeń powietrzna nad większością państw regionu. Obecnie zakaz dotyczy głównie Iranu, Iraku, Kuwejtu i Syrii. W Bahrajnie, Izraelu, Katarze i ZEA niebo pozostaje otwarte, ale pod ścisłymi restrykcjami. Sytuacja w krajach Zatoki zmienia się jednak w czasie w zależności od skali i zakresu ataków ze strony Iranu. Okresowo wyłączano z operacji lotniska w Dubaju (drugie największe na świecie), Dosze i Abu Zabi – główne huby przesiadkowe na Bliskim Wschodzie. Straty dla branży lotniczej z tytułu utraconych zysków są bardzo duże i sięgnęły ponad 50 mld dolarów. Tylko w pierwszym tygodniu konfliktu największe linie lotnicze operujące w regionie, w tym Emirates, Qatar Airways, Etihad, oraz niskokosztowe – flydubai i Air Arabia – poniosły przeszło 20 mld dolarów strat z powodu odwołanych lotów. Przewoźnicy spoza Bliskiego Wschodu w większości zawiesili swoje połączenia do państw Zatoki. Skutki wojny nie ograniczyły się do regionu. Według danych WorldACD globalny ruch lotniczy skurczył się o 12% w porównaniu z 2025 r.

(...)

Na skutek kryzysu linie lotnicze operujące w regionie musiały ograniczyć liczbę swoich połączeń (jak dotąd najwięcej przywróciły ich Emirates i Etihad – ponad 70% stanu sprzed kryzysu), a także zmienić trasy lotów, co podnosi koszty usługi za sprawą większego zużycia paliwa oraz wydłuża czas podróży. Loty między Europą a Azją przekierowywane są na ogół na trasę nad Kaukazem i Afganistanem bądź nad Egiptem, Arabią Saudyjską i Omanem.

Sytuacja w Zatoce mocno rzutuje na funkcjonowanie europejskich przewoźników. Z obawy przed utratą pasażerów linie z Zatoki Perskiej oferują znacznie bardziej konkurencyjne ceny na trasach między Europą a Azją (niższe nawet o 50%). Przewoźnicy z Europy wykorzystali wprawdzie tę sytuację, wprowadzając większą niż przed kryzysem liczbę bezpośrednich połączeń do Azji i zyskali za sprawą braku konieczności postoju w hubach w Zatoce, co zniechęca pasażerów do wyboru linii lotniczych z regionu. Ponadto podnieśli liczbę lotów do innych państw na kontynencie ze względu na większe zainteresowanie ze strony turystów. Zarazem jednak – z uwagi na wyższe ceny paliwa – będą prawdopodobnie dokonywać zmian w siatkach swoich połączeń pasażerskich, rezygnując z części mniej rentownych kierunków. Potencjalnie na kryzysie zyskują także przewoźnicy chińscy, w dużym stopniu transportujący cargo lotnicze, którzy mogą korzystać z rosyjskiej przestrzeni powietrznej, dzięki czemu oszczędzają czas i redukują koszty.

(...)

Głęboka destabilizacja w Zatoce Perskiej niesie olbrzymi potencjał wygenerowania w ciągu kilku kolejnych tygodni szoku podażowego, który może długookresowo osłabić koniunkturę globalną. Na obecnym etapie branża transportowa i sektor energetyczny były w stanie zamortyzować dużą część negatywnych konsekwencji, niemniej trwający dłużej niż kilka tygodni kryzys bądź wznawianie konfliktu będą silnie oddziaływać na łańcuchy dostaw.

(...)

Co gorsza, państwa Zatoki są nie tylko istotnym dostawcą nośników energetycznych. W ostatnich dekadach, dzięki taniej energii i znacznym zasobom finansowym, dużo zainwestowały w dywersyfikację produkcji i pięcie się w górę łańcuchów dostaw sektora energetycznego. Przedsięwzięcia te obejmowały budowę przemysłu petrochemicznego, zdolności rafinacyjnych i innych produktów wysokomarżowych. Dlatego konflikt istotnie ograniczył globalny eksport nośników energetycznych, amoniaku (22%), siarki (45%), surowego aluminium (24%), polietylenu czy helu (ok. 33%). W efekcie ceny tych produktów wzrosły o kilkadziesiąt procent. (...)

Destabilizacja regionu sprawiła, że znaczącemu ograniczeniu uległy możliwości sprzedaży dóbr na Bliski Wschód. Dotyka to potencjalnie ok. 3% unijnego zbytu do krajów Zatoki (niespełna 100 mld euro) i 0,5% polskiego (prawie 2 mld euro). Eksport do krajów regionu nie został wprawdzie zupełnie wstrzymany, ale odbywa się innymi, mniej efektywnymi korytarzami, co podnosi koszty i wydłuża czas dostaw.

osw.waw.pl

niedziela, 26 kwietnia 2026



Zrobił to "rękami" chińskiego ministerstwa handlu, które ostrzega Brukselę, że w "podejmie niezbędne kroki, aby zdecydowanie chronić" interesy chińskich przedsiębiorstw i osób fizycznych objętych 20. pakietem sankcji, które — po wielu nieudanych próbach — Unia Europejska przyjęła w czwartek 23 kwietnia.

Pekin ostrzegł Brukselę, że "UE poniesie wszelkie konsekwencje" po tym, jak wspólnota włączyła chińskie firmy do najnowszego pakietu sankcji wobec Rosji, co doprowadziło do eskalacji napięć w i tak już napiętych stosunkach handlowych między Chinami a Europą.

W oświadczeniu wydanym późnym wieczorem w sobotę chińskie ministerstwo handlu stwierdziło, że jest "głęboko niezadowolone" i "zdecydowanie sprzeciwia się" włączeniu chińskich przedsiębiorstw do sankcji wobec Rosji, zarzucając UE "bezczelne" postępowanie pomimo "wielokrotnych sprzeciwów".

"Chiny wzywają UE do natychmiastowego usunięcia chińskich firm i osób z listy sankcji" — stwierdziło ministerstwo w oświadczeniu, ostrzegając, że Pekin "podejmie niezbędne środki w celu zdecydowanej ochrony" ich interesów.

Dwudziesty pakiet sankcji UE, zatwierdzony w zeszłym tygodniu po wycofaniu weta przez Węgry i Słowację, obejmuje kolejnych 20 rosyjskich banków, odcinając je od transakcji w euro i działalności gospodarczej w Unii Europejskiej. Przełom w sprawie sankcji nastąpił po rozwiązaniu sporu dotyczącego rurociągu naftowego Przyjaźń, który transportuje rosyjską ropę przez Ukrainę do Europy Środkowej (we wtorek 22 kwietnia ukraiński prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że uszkodzony przez Rosję w trakcie działań wojennych na terenie Ukrainy rurociąg został naprawiony i może wznowić działalność).

Unijny pakiet obejmuje również banki i przedsiębiorstwa w krajach trzecich, w tym w Chinach, w ramach szerszej inicjatywy mającej na celu zamknięcie nieoficjalnych kanałów wykorzystywanych do wspierania rosyjskiej gospodarki wojennej, ze szczególnym naciskiem na środki przeciwdziałające obchodzeniu sankcji w sieciach handlowych, energetycznych i finansowych.

Prezydent Francji Emmanuel Macron ostrzegł w piątek 24 kwietnia, że Europa znajduje się obecnie pod presją ze strony Stanów Zjednoczonych, Chin i Rosji jednocześnie.

Nie powinniśmy lekceważyć faktu, że jest to wyjątkowy moment, w którym prezydent USA, prezydent Rosji i prezydent Chin są zdecydowanie przeciwni Europejczykom — powiedział Macron, przemawiając wraz z premierem Grecji Kyriakosem Mitsotakisem podczas spotkania w Atenach. Francuski przywódca wezwał w swoim przemówieniu UE do "przebudzenia się" i obrony własnych interesów.

onet.pl\Politico


"Poleciłem Marynarce Wojennej Stanów Zjednoczonych, aby strzelała i zniszczyła każdą łódź — nawet niewielką — która stawia miny na wodach cieśniny Ormuz. Nie może być żadnego wahania. Dodatkowo nasze jednostki do rozminowywania już teraz oczyszczają cieśninę. Niniejszym nakazuję kontynuowanie tych działań, ale z potrójną intensywnością" — przekazał Donald Trump we wpisie na platformie Truth Social.

Szlak jest de facto zamknięty od 2 marca. 17 kwietnia Teheran ogłosił ponowne otwarcie cieśniny. Wówczas dziesiątki jednostek ruszyły w kierunku Ormuzu, próbując się wydostać. Jednak już dzień później Korpus Strażników Rewolucji Islamskiej zmienił stanowisko i poinformował o jej zamknięciu. Spowodowało to, że większość statków szybko zawróciła i nadal pozostaje uwięziona w Zatoce Perskiej.

Stany Zjednoczone zaczęły od tego czasu egzekwować własną obecność w regionie, m.in. poprzez przejęcie 19 kwietnia statku towarowego pływającego pod irańską banderą.

Iran dolał oliwy do ognia, minując cieśninę, destabilizując globalny handel i zmuszając USA do reakcji siłowej. 18 marca Pentagon potwierdził zniszczenie 16 irańskich jednostek stawiających miny.

Skala zaminowania cieśniny do dziś nie jest dokładnie znana. Amerykański wywiad już na początku marca sygnalizował, że Iran rozpoczął proces rozmieszczania min, a prezydent Donald Trump reagował ostrzeżeniem, że jeśli to się potwierdzi, "konsekwencje militarne będą na poziomie dotąd niespotykanym".

(...)

Cieśnina Ormuz, przez którą w 2025 r. przepływało średnio około 20 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie, jest jednym z najważniejszych "wąskich gardeł" (w najwęższym miejscu ma zaledwie 54 km szerokości) światowego transportu ropy. Około 25 proc. globalnego morskiego handlu tym surowcem przechodzi właśnie tędy, a możliwości ominięcia tego szlaku są ograniczone.

Choć Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie dysponują częściowo alternatywnymi trasami eksportu ropy, które omijają cieśninę Ormuz, inne kraje — w tym Iran, Irak, Kuwejt, Katar i Bahrajn — są w zdecydowanej większości uzależnione od tego szlaku.

W 2025 r. przez ten szlak przepływało niemal 15 mln baryłek dziennie ropy naftowej, co stanowiło około 34 proc. światowego handlu tym surowcem. Większość tego wolumenu była kierowana do Azji — same Chiny i Indie odbierały łącznie 44 proc. eksportu. Do Europy trafiało jedynie około 600 tys. baryłek dziennie, czyli zaledwie 4 proc. dostaw z regionu.

Praktycznie cały eksport skroplonego gazu ziemnego (LNG) z Kataru i Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) przechodzi przez cieśninę Ormuz. Katar w 2025 r. był drugim największym eksporterem LNG na świecie — wysłał ponad 112 mld m sześc. gazu, podczas gdy eksport ZEA wyniósł ok. 7 mld m sześc. Łączny wolumen LNG przepływający przez Ormuz przekroczył 112 mld m sześc., co odpowiada niemal 20 proc. światowego handlu LNG.

Nie istnieją realne alternatywne trasy eksportu gazu z Kataru i ZEA na globalny rynek poza transportem LNG drogą morską.

Głównym odbiorcą LNG z regionu pozostaje Azja. W 2025 r. około 90 proc. gazu transportowanego przez tę cieśninę trafiało na rynki azjatyckie, podczas gdy do Europy kierowano nieco ponad 10 proc. Jednocześnie dostawy LNG przechodzące przez Ormuz stanowiły około 27 proc. całkowitego importu LNG w Azji oraz około 7 proc. importu LNG w Europie.

(...)

Nawet jeśli uda się osiągnąć porozumienie w sprawie wznowienia eksportu przez cieśninę, skutki kryzysu mogą być odczuwalne jeszcze przez długi czas. Analitycy rynku energii podkreślają, że powrót do normalności nie nastąpi automatycznie. Według analityków amerykańskiej firmy inwestycyjnej Loomis Sayles nawet po stabilizacji sytuacji potrzeba "tygodni lub miesięcy", by odbudować przepływy surowców, a ceny ropy pozostaną powyżej poziomów sprzed konfliktu. Według S&P Global i GasBuddy powrót cen do poziomów sprzed kryzysu w 2026 r. jest mało prawdopodobny, nawet przy szybkim odblokowaniu cieśniny.

Sytuacja w cieśninie wywołała niepokój wśród azjatyckich sojuszników USA. Japonia sprowadza aż 93 proc. zużywanej ropy właśnie przez ten szlak, a Korea Południowa — 70 proc. ropy oraz około 20 proc. gazu ziemnego.

— Szlaki morskie są absolutnie kluczowe dla Japonii i Korei Południowej, ponieważ opierają one swój handel na transporcie morskim — zarówno w eksporcie, jak i w imporcie kluczowych surowców, takich jak energia, materiały i żywność — powiedział Joseph Kristanto, analityk ds. bezpieczeństwa morskiego w singapurskiej Szkole Studiów Międzynarodowych im. S. Rajaratnama.

(...)

Według kanadyjskiej agencji Agence Science-Presse, przez Ormuz przechodzi niemal połowa światowych dostaw mocznika nawozowego, ponad 30 proc. amoniaku oraz około 20 proc. fosforanu dwuamonowego — kluczowych składników nawozów.

Europejski sektor lotniczy stoi w obliczu ryzyka niedoboru paliwa lotniczego w ciągu najbliższych tygodni, jeśli blokada cieśniny Ormuz się utrzyma. Pierwsze ruchy już widać. Lufthansa ogłosiła redukcję aż 20 tys. lotów krótkodystansowych do października, a inne linie idą w tym samym kierunku — SAS odwołał około tysiąca połączeń, KLM ponad 150.

Europejskie kraje zareagowały na rosnące ceny ropy. Słowenia jako pierwsza w UE wprowadziła ograniczenia sprzedaży paliwa — maksymalnie 50 litrów na jedno tankowanie dla kierowców prywatnych. Inne państwa albo obniżają podatki i ograniczają marże na paliwach, albo wprowadzają dopłaty dla kierowców i firm transportowych.

W Polsce najważniejszym ruchem był pakiet CPN ("Ceny Paliwa Niżej"), ogłoszony przez rząd 26 marca i przyjęty w trybie ekspresowym przez parlament. Wprowadził obniżkę VAT na paliwa z 23 do 8 proc., redukcję akcyzy oraz maksymalne ceny detaliczne na stacjach. Przepisy weszły w życie pod koniec marca, a od 31 marca zaczęły obowiązywać na rynku.

onet.pl

sobota, 25 kwietnia 2026



— Dostałam to od dwóch, niezwiązanych ze sobą osób pracujących dla Białego Domu — napisała w środę w mediach społecznościowych Dasha Burns, reporterka amerykańskiej odsłony portalu POLITICO zajmująca się polityką i administracją prezydencką.

Tak brzmiący podpis dotyczył popularnego w internecie obrazka, na którym pies z wybałuszonymi oczami siedzi na krześle w płonącym pokoju, mówiąc jednocześnie, że wszystko jest w porządku.

(...)

Tu eufemizmy są już zbędne. Trump odnosi porażkę za porażką, pędząc ku politycznej katastrofie. Już w pierwszych miesiącach tej kadencji można było zaobserwować, że niektóre jego sztandarowe decyzje, jak nieprzemyślane wprowadzanie ceł, brutalna polityka antyimigracyjna uderzająca w te sektory gospodarki, które są ważne dla jego wyborców, podnoszenie kosztów ubezpieczeń zdrowotnych — to wszystko mu zaszkodzi, ponieważ obniży poziom życia tych klas społecznych, w których był najpopularniejszy.

Prof. Adam Przeworski, politolog z New York University, nazwał to nawet "polityką elektoralnie samobójczą". W konwencjonalnej demokracji, w której przetrwanie polityka zależy od jego popularności wśród wyborców, Trump i jego partia byliby skończeni już w czerwcu ubiegłego roku — ale nie byli. Odsetek Amerykanów pozytywnie oceniających jego prezydenturę wbrew pozorom pozostawał stały, wynosił ok. 42 proc. przez cały ubiegły rok. Przeworski tłumaczył, że jego zdaniem istnieje więc jakaś grupa wyborców, dla których tak zwane "zwycięstwa symboliczne" były ważniejsze od realnych korzyści płynących z faktu sprawowania władzy przez Trumpa i MAGA.

Ataki na uniwersytety, upokarzanie liberałów, wymuszanie ogromnych pseudo-odszkodowań od firm prawniczych i koncernów mediowych w zamian za możliwość dalszego świadczenia usług — to nakręcało wyborców prawicy w USA na tyle, że byli w stanie zignorować rosnące ceny energii, świadczeń zdrowotnych czy podstawowych produktów żywnościowych. 

(...)

— Nie próbuj znaleźć sensu w deklarowanych przez tę administrację celach politycznych — mówi Asha Rangappa, prawniczka, była agentka FBI, dzisiaj wykładowczyni Yale University, prowadząca też na portalu Substack platformę edukacyjną The Freedom Academy.

Rozmowę o Stephenie Millerze, nominalnie wiceszefie personelu w Białym Domu, a praktycznie — człowieku nazywanym "sekretarzem do spraw amerykańskiego imperializmu", zaczyna od przypomnienia, że Miller marzy o deportowaniu z USA każdego, kto nie ma białego koloru skóry i mówi z obcym akcentem. Kiedy odpowiadam jej, że w praktyce oznaczałoby to usunięcie z kraju około 40 proc. całej populacji Stanów Zjednoczonych, Rangappa mówi właśnie o braku sensu. Co jednak nie przeszkadza urzędnikom z bieżącej administracji dążyć do realizacji tych absurdalnych celów.

Podobnie jest z polityką zagraniczną, gdzie ludzie mający jeszcze wpływ na Trumpa — a Miller należy do tego wąskiego grona — w niczym go nie ograniczają, amplifikując wręcz jego najgorsze instynkty. Zarówno wspomniany reportaż z "New York Timesa", jak i opublikowany niedawno przekrojowy tekst w "The Wall Street Journal" opisujący trudne do opanowania wahania nastrojów Trumpa i jego lęki przed katastrofalnym końcem wojny w Iranie, co może zmieść z powierzchni ziemi Partię Republikańską w tegorocznych wyborach połówkowych pokazują, że wpłynąć na decyzje prezydenta jest coraz trudniej.

A nawet jeśli komuś uda się to w ogóle zrobić, trwałość takiego efektu jest bardzo ograniczona — ponieważ za kilka godzin pozycja USA może zmienić się całkowicie. Miller według doniesień amerykańskiej prasy miał, razem z Marco Rubio, odgrywać kluczową rolę w utwierdzaniu Trumpa w przekonaniu, że Amerykanie mogą dzisiaj wszystko i w taki sposób powinni zachowywać się na arenie międzynarodowej. Tyle tylko, że przekonanie to wzięło się z gigantycznego sukcesu wizerunkowego, jakim była operacja z 3 stycznia w Caracas. Wtedy Stephen Miller w rozmowie z Jakiem Tapperem z CNN powiedział nawet, że jeśli Ameryka zdecyduje się przejąć Grenlandię, to osiągnie ten cel za pomocą dostępnych środków. Czyli, jeśli będzie to konieczne — także inwazji militarnej.

Asha Rangappa twierdzi nawet, że Miller byłby gotów ignorować wyroki sądów niższych instancji, by pchać Trumpa do kolejnych działań imperialistycznych. Głównie dlatego, że uznaje jedynie Sąd Najwyższy jako organ odpowiedniej rangi do wchodzenia w spór kompetencyjny z prezydentem. Dlatego, gdyby Trump zdecydował się wydać wojskowym rozkaz potencjalnie uchodzący za nielegalny czy prowadzący do zbrodni wojennej — a takich gróźb pojawia się z jego strony coraz więcej — Miller prawdopodobnie sugerowałby prezydentowi ignorowanie sprzeciwów aż do momentu, w którym sprawa trafi do Sądu Najwyższego. Co zawsze zajmuje dużo czasu — i o to właśnie chodzi.

(...)

Wygląda na to, że Trump autentycznie uwierzył we własną nieomylność.

(...)

"Pomarańczowy Jezus jest przekonany o swojej boskości — więc wierzy, że konsekwencje jego działań po prostu go nie dotyczą" — pisze Glasser.

Ale nawet mimo takiej fasady nie jest to prawda. "Wall Street Journal" idealnie to podsumował, wskazując, że kiedy w Wielki Piątek Trump zaczął bez konsultacji z nikim wypisywać na Truth Social, że urządzi irańskiemu narodowi Apokalipsę, wielu jego doradców zaczęło zastanawiać się nad komunikacją kryzysową, żeby jednak deeskalować konflikt. I pojawił się motyw doskonale znany z pierwszej kadencji, kiedy pracownicy Białego Domu ukrywali przed nim fakty, a nawet — podmieniali dokumenty do podpisania, żeby uniknąć prawnej lub gospodarczej katastrofy.

Według ustaleń "WSJ" tak samo było w ostatnich tygodniach. Trump został wręcz wyproszony z pokoju konferencyjnego, a doradcy dawali mu informacje co kilkanaście minut, pozwalając mu w tym czasie zajmować się tematami znacznie mniej poważnymi — jak budowa Sali Balowej w Białym Domu albo regulacje platform technologicznych. To z kolei, jak pisze portal POLITICO, a także David A. Graham w "The Atlantic", osobny problem — bo Trump nie chce i być może nie potrafi skupić się dłuższą chwilę na jednym temacie. W ciągu kilku godzin podejmuje kilkanaście wątków, żadnego nie kończy, czeka jedynie na raporty o efektach.

A te są coraz gorsze na wszystkich płaszczyznach uprawiania polityki. Zaczynają się więc kłamstwa, przemilczenia, manipulacje — a naturalną progresją w tym łańcuchu są zawsze intrygi pałacowe.

onet.pl