poniedziałek, 16 listopada 2020


Od lat Górski Karabach jest dla Amerykanów kwestią trzeciorzędną. Kluczowe znaczenie ma przy tym pat polityczny, który skutecznie gasi większą aktywność. W 1992 r., gdy rozgorzała wojna w Górskim Karabachu, w USA zderzyły się dwa wielkie środowiska wpływu. Lobby zbrojeniowe i surowcowe popierały pomysł zacieśnienia kontaktów z Azerbejdżanem. Liczono na ogromne profity z wydobycia azerskiej ropy i sprzedaży uzbrojenia do Baku nieradzącego sobie z ofensywą Erywania. Po drugiej stronie zaktywizowała się diaspora ormiańska, świetnie wykorzystująca swoje kontakty w Kongresie. W efekcie Biały Dom przychylił się do wspierania Azerów, ale Kongres przyjął w 1992 r. 907. poprawkę do Freedom Support Act (kluczowej ustawy dla wspierania ruchów wolnościowych i demokratycznych), która zakazała dozbrajania Azerbejdżanu.

Waszyngton wciąż pozostaje zainteresowany Kaukazem Południowym, lecz w konflikcie karabaskim ma związane ręce. Ponadto prezydent Donald Trump koncentruje się na sprawach, które mogą przynieść mu chwałę i zyski finansowe. Stąd brak nominacji ambasadorskiej dla Andrew Schofera, amerykańskiego chargé d’affaires w Grupie Mińskiej, co symbolizuje, jak nieznaczący dla USA jest to konflikt.

Kłopotliwy jest natomiast dla Izraela. Już w pierwszych dniach walk tamtejszy armeński ambasador Armen Smbatyan został wezwany na konsultacje do kraju. W języku dyplomatycznym to jasny przekaz, tym bardziej znaczący, że ledwie dwa tygodnie wcześniej, w święto Rosz ha-Szana (żydowski nowy rok), inaugurowano otwarcie ambasady Armenii w Tel Awiwie.

Powodem była izraelska broń sprzedawana Baku: tuż przed wybuchem konfliktu i kilka dni po nim azerskie transportowce lądowały w bazie Owda na pustyni Negew po jej odbiór. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Izrael i Azerbejdżan od lat ściśle współpracują według formuły "ropa za broń". Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem w latach 2006–2019 Azerbejdżan zakupił w Izraelu samoloty bezzałogowe, amunicję sterującą i systemy ziemia-powietrze za kwotę 825 mln dolarów. W izraelskich mediach Hikmet Hajiyev, doradca prezydenta Ilhama Alijewa, chwalił się: "Mamy jedną z największych flot bezzałogowców w regionie. Wśród nich także izraelskie maszyny, głównie bojowe, rekonesansu i «kamikadze», które okazały się bardzo skuteczne".

(...)

Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że Azerbejdżan jako państwo szyitów (choć świeckie) utrzymywało dobre relacje z diasporą żydowską. Baku już w XIX wieku, jeszcze w ramach imperium rosyjskiego, stało się centrum aktywności syjonistycznej. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX wieku należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku.

Azerbejdżan korzysta również ze wsparcia żydowskich organizacji w Stanach Zjednoczonych, które są w stanie równoważyć silne lobby ormiańskie w Waszyngtonie. Ma to kapitalne znaczenie dla kraju, który był poddany przez Kongres USA w 1992 r. sankcjom wykluczającym go z pomocy w ramach programu Freedom Support Act. Otwarte wykorzystanie izraelskich samolotów bezzałogowych postawiło więc Jerozolimę w niezręcznej sytuacji. Dlatego rząd Netanyahu przyjął postawę formalnie neutralną i nie udziela komentarzy w sprawie konfliktu w Górskim Karabachu.

new.org.pl

Głównym powodem bardziej zniuansowanego i wstrzemięźliwego podejścia zarówno samego Kremla, jak i – szerzej – rosyjskiego establishmentu politycznego do amerykańskich wyborów było głębokie rozczarowanie prezydenturą Trumpa, z którą w Moskwie początkowo wiązano duże nadzieje. W 2016 r. jawił się on jako kandydat, który może zrewidować amerykańską politykę wobec Rosji i być skłonny do zawarcia strategicznego porozumienia („wielkiego dealu”), ostatecznie regulującego relacje między Waszyngtonem i Moskwą. Na pozytywną ocenę kandydatury Trumpa wpływały zarówno jego deklaracje o potrzebie poprawy stosunków z Rosją, jak i jego krytyka liberalnego interwencjonizmu, a także zapowiedzi rezygnacji z pomyślanych jako środek konsolidujący Zachód gospodarczych integracyjnych projektów administracji Baracka Obamy (TTIP i TPP). Moskwa oceniała Trumpa jako wygodniejszego interlokutora i ewentualnie partnera ze względu na jego transakcyjne podejście do polityki i brak doświadczenia na arenie międzynarodowej. Nie bez znaczenia była też ideologiczna kompatybilność jego poglądów z konserwatywnym światopoglądem dominującym w rosyjskich elitach.

Dowodem na to, jak poważnie Kreml liczył na zmianę amerykańskiej polityki wobec Rosji, była – bezprecedensowa – rezygnacja Moskwy z rutynowego, symetrycznego odwetu na sankcje nałożone pod koniec grudnia 2016 r. przez ustępującą administrację Obamy (w reakcji na rosyjską ingerencję w kampanię prezydencką). Odstąpienie od retorsji było ze strony Kremla wyraźnym gestem dobrej woli pod adresem przychodzącej administracji Trumpa i miało na celu stworzenie atmosfery sprzyjającej rozpoczęciu przez nią polityki nowego otwarcia wobec Rosji.

Już po upływie kilku miesięcy okazało się jednak, że rosyjskie nadzieje były złudne. Pierwszym nieprzyjemnym zaskoczeniem dla Moskwy była decyzja Trumpa o wykonaniu rakietowego ataku na rosyjskiego sojusznika – syryjskiego prezydenta Baszara al-Asada – w reakcji na użycie przez niego broni chemicznej na terytorium kontrolowanym przez syryjskich powstańców (kwiecień 2017 r.). I chociaż Trump konsekwentnie unikał krytykowania Rosji i prezydenta Putina, opóźniał i łagodził wdrażanie uchwalanych przez Kongres sankcji oraz powtarzał swoje deklaracje o chęci poprawy relacji z Rosją, to nie przekładało się to w żaden sposób na konkretne ustępstwa i gotowość do wykonania proponowanych przez Moskwę kroków w kierunku normalizacji wzajemnych stosunków. Wręcz odwrotnie, zarówno Kongres, jak i kierowana przez niego administracja podejmowały działania (m.in. wprowadzając dalsze sankcje), które spowodowały dalsze pogorszenie relacji rosyjsko-amerykańskich.

W konsekwencji w przedwyborczych analizach moskiewskich ekspertów bliskich oficjalnym strukturom (Rosyjska Rada Spraw Międzynarodowych, klub dyskusyjny Wałdaj, komentatorzy państwowych stacji telewizyjnych) dominował pogląd, że ponowna wygrana Trumpa nie pociągnie za sobą pozytywnej – z punktu widzenia interesów Rosji – zmiany w polityce Waszyngtonu wobec Moskwy ani nie doprowadzi do normalizacji we wzajemnych stosunkach. Wskazywali oni przy tym na szereg niekorzystnych dla Rosji elementów polityki Trumpa w trakcie jego pierwszej kadencji w Białym Domu. Największe obawy w Moskwie wywołało zwiększenie wydatków USA na obronę oraz podejście do kontroli zbrojeń – wyjście z traktatu INF i gotowość do nieprzedłużana traktatu START III. Obecna generacja rządzących Rosją przyjmuje za aksjomat, że jedną z głównych przyczyn upadku Związku Sowieckiego były nadmierne wydatki na zbrojenia, i dlatego uniknięcie nieograniczonego wyścigu zbrojeń z silniejszymi ekonomicznie Stanami Zjednoczonymi uważają za polityczny priorytet.

Z punktu widzenia Kremla problemem była też gotowość administracji Trumpa do użycia presji ekonomicznej i wojskowej wobec państw, które dla Rosji są albo ważnymi partnerami strategicznymi (Iran), albo politycznymi klientami (Syria, Wenezuela). Ponadto Moskwa przywykła do tego, że polityka USA wobec niej była przewidywalna i „odpowiedzialna” (tzn. przy wszystkich konfliktach z nią zarówno republikańskie, jak i demokratyczne administracje dbały o to, aby jej „nie prowokować” i unikać eskalacji napięć). Kreml sam posługiwał się wobec Waszyngtonu straszakiem eskalacji i kompensował swoją słabość poprzez zaskakujące działania militarne (Gruzja, Ukraina, Syria). Nieprzewidywalność Trumpa oraz jego gotowość do potęgowania konfliktów i podejmowania działań wykraczających poza standardy „liberalnego establishmentu” (wojskowa presja na Koreę Północną, „wojna” celna z Pekinem, zerwanie porozumienia atomowego z Iranem, rozluźnienie ograniczeń na ofensywne działania w cyberprzestrzeni itd.) stawiały Kreml w niewygodnym położeniu.

osw.waw.pl