Od lat Górski Karabach jest dla Amerykanów kwestią trzeciorzędną. Kluczowe znaczenie ma przy tym pat polityczny, który skutecznie gasi większą aktywność. W 1992 r., gdy rozgorzała wojna w Górskim Karabachu, w USA zderzyły się dwa wielkie środowiska wpływu. Lobby zbrojeniowe i surowcowe popierały pomysł zacieśnienia kontaktów z Azerbejdżanem. Liczono na ogromne profity z wydobycia azerskiej ropy i sprzedaży uzbrojenia do Baku nieradzącego sobie z ofensywą Erywania. Po drugiej stronie zaktywizowała się diaspora ormiańska, świetnie wykorzystująca swoje kontakty w Kongresie. W efekcie Biały Dom przychylił się do wspierania Azerów, ale Kongres przyjął w 1992 r. 907. poprawkę do Freedom Support Act (kluczowej ustawy dla wspierania ruchów wolnościowych i demokratycznych), która zakazała dozbrajania Azerbejdżanu.
Waszyngton wciąż pozostaje zainteresowany Kaukazem Południowym, lecz w konflikcie karabaskim ma związane ręce. Ponadto prezydent Donald Trump koncentruje się na sprawach, które mogą przynieść mu chwałę i zyski finansowe. Stąd brak nominacji ambasadorskiej dla Andrew Schofera, amerykańskiego chargé d’affaires w Grupie Mińskiej, co symbolizuje, jak nieznaczący dla USA jest to konflikt.
Kłopotliwy jest natomiast dla Izraela. Już w pierwszych dniach walk tamtejszy armeński ambasador Armen Smbatyan został wezwany na konsultacje do kraju. W języku dyplomatycznym to jasny przekaz, tym bardziej znaczący, że ledwie dwa tygodnie wcześniej, w święto Rosz ha-Szana (żydowski nowy rok), inaugurowano otwarcie ambasady Armenii w Tel Awiwie.
Powodem była izraelska broń sprzedawana Baku: tuż przed wybuchem konfliktu i kilka dni po nim azerskie transportowce lądowały w bazie Owda na pustyni Negew po jej odbiór. Nie jest dla nikogo tajemnicą, że Izrael i Azerbejdżan od lat ściśle współpracują według formuły "ropa za broń". Według Sztokholmskiego Instytutu Badań nad Pokojem w latach 2006–2019 Azerbejdżan zakupił w Izraelu samoloty bezzałogowe, amunicję sterującą i systemy ziemia-powietrze za kwotę 825 mln dolarów. W izraelskich mediach Hikmet Hajiyev, doradca prezydenta Ilhama Alijewa, chwalił się: "Mamy jedną z największych flot bezzałogowców w regionie. Wśród nich także izraelskie maszyny, głównie bojowe, rekonesansu i «kamikadze», które okazały się bardzo skuteczne".
(...)
Niebagatelne znaczenie ma także fakt, że Azerbejdżan jako państwo szyitów (choć świeckie) utrzymywało dobre relacje z diasporą żydowską. Baku już w XIX wieku, jeszcze w ramach imperium rosyjskiego, stało się centrum aktywności syjonistycznej. Wspierała ją słynna żydowska rodzina Rothschildów, do której pod koniec XIX wieku należała jedna z pierwszych kampanii naftowych w Baku.
Azerbejdżan korzysta również ze wsparcia żydowskich organizacji w Stanach Zjednoczonych, które są w stanie równoważyć silne lobby ormiańskie w Waszyngtonie. Ma to kapitalne znaczenie dla kraju, który był poddany przez Kongres USA w 1992 r. sankcjom wykluczającym go z pomocy w ramach programu Freedom Support Act. Otwarte wykorzystanie izraelskich samolotów bezzałogowych postawiło więc Jerozolimę w niezręcznej sytuacji. Dlatego rząd Netanyahu przyjął postawę formalnie neutralną i nie udziela komentarzy w sprawie konfliktu w Górskim Karabachu.
new.org.pl