Grzegorz Sroczyński: - Czy coś ważnego padło w tej kampanii? Jakieś ważne zdanie, pomysł, cokolwiek?
Edwin Bendyk: Ta kampania była przede wszystkim dziwna. Ona służyła zapomnieniu i znieczuleniu.
- Znieczuleniu?
Bo coś dziwnego dzieje się z nami społecznie. My chcemy zapomnieć pandemię, traumę zamknięcia, lockdownu i w ogóle wszystko, co nam może przypominać, że świat się zmienia i kończy. Ten świat, który znamy. Chcemy wrócić do spokojnego życia. I ta kampania temu służyła.
- Przecież ona nie była spokojna.
Nie o to chodzi. Ona była uspokajająca psychologicznie, bo ominęła wszystkie krwawe problemy, które stoją za naszymi drzwiami. Po raz kolejny zagraliśmy w polaryzację, żeby nie myśleć o dużo bardziej strasznych rzeczach. Z badań wynika, że zdecydowana większość Polaków chciałaby wrócić do normalności, do tego, co "było przed pandemią". I dlatego nie chcemy dopuścić myśli, że nadchodzi tsunami. Nie chodzi mi tylko o możliwą drugą falę pandemii, ale przede wszystkim o kryzys gospodarczy. KRYZYS. Inny niż inne. Taki, który kończy pewną epokę.
- Kończy?
Bo on domyka światowy kryzys finansowy, który wybuchł w 2008 roku i właściwie cały czas się tlił. Czeka nas reorganizacja gospodarki i polityki. Odchodzi nasz świat. Naprawdę. I to wielkie nowe wyzwanie zostało w kampanii całkowicie pominięte. To była kampania prowincjonalna, nie istniało w niej nic poza Polską. Myślę, że my po prostu cholernie boimy się tej zmiany, boimy się końca względnie wygodnego status quo, które mieliśmy przez ostatnie dekady: PKB rośnie, jest dobrze, no, może teraz przez chwilę nie rośnie, ale zaraz wszystko wróci do normy. A że za drzwiami potwór czyha, to lepiej o tym nie rozmawiać. Bo jak się nie rozmawia, to tego nie ma.
Duda postawił na obietnicę stabilizacji, zachowania wszystkich "pisowskich zdobyczy socjalnych". Ale bez słowa wyjaśnienia, co dalej. Były zaklęcia, że Polska ma być wielka, będziemy bogaci, Morawiecki wygłaszał takie formułki, ale bez jakiegokolwiek odniesienia do strukturalnych czynników, które miałyby ten wspaniały rozwój spowodować. Niby dlaczego Polska ma być wielka, jak wszystko dookoła bierze w łeb i się zmienia? Te zaklęcia nijak się mają do tego, o czym się dyskutuje teraz w Unii Europejskiej, czyli jak wykorzystać impuls antykryzysowy do przeprowadzenia zielonej transformacji. Słyszałeś cokolwiek na ten temat w naszej kampanii? No, może u Hołowni w programie o tym było, było też u Biedronia, tuż przed I turą pojawił się program Trzaskowskiego z wątkiem klimatu, ale temat w zasadzie nie istnieje.
- Może wszędzie tak polityka wygląda?
Nie wszędzie. Zobacz, jak ta dyskusja przebiega we Francji, gdzie właśnie odbyły się wybory samorządowe. Sojusz lewicy z zielonymi pokazał niezwykłą siłę, przejęli najważniejsze miasta. I Macron zareagował ucieczką do przodu. Tydzień przed wyborami zakończył się we Francji tzw. panel obywatelski na rzecz klimatu. 150 obywateli, których wylosowano z różnych grup społecznych, przygotowało 149 rekomendacji dla rządu: co zrobić, żeby uzyskać cele polityki klimatycznej i jednocześnie zachować względny spokój społeczny, czyli żeby koszty tej transformacji były sprawiedliwie rozłożone. Macron tuż po wyborach samorządowych zapowiedział, że rząd przyjmie do dalszych prac 146 z tych rekomendacji.
- A jakie to są pomysły?
Na przykład zmiana konstytucji. Pierwszy jej paragraf ma być poszerzony o zdanie, że "Republika gwarantuje ochronę bioróżnorodności, środowiska i walkę przeciwko zmianom klimatycznym". Do prawa karnego ma zostać wprowadzona zbrodnia ekobójstwa. Ale są też rzeczy bardziej konkretne, np. program termomodernizacji rozpisany punkt po punkcie. Wylosowano 150 osób, wyposażono w duży budżet, dano im ekspertów, oni przecież zamawiali tony analiz, i powstała solidna książka z konkretnymi zaleceniami dla rządu. U nas w kampanii wyborczej też dyskutowano o zmianie konstytucji: żeby wpisać do niej zakaz adopcji przez pary LGBT. I ja stawiam tezę, że właśnie po to o takich rzeczach w Polsce się dyskutuje, żeby nie czuć grozy.
- Grozy?
Lęku, że naprawdę wielkie problemy mogą nam zaraz spaść na głowę. I nie będzie to żaden wydumany potwór Gender, tylko potwór realny. A w zasadzie trzy potwory: kryzys, zmiany klimatyczne i depopulacja Polski. Krwawe rzeczy. No to już lepiej się bać LGBT.
gazeta.pl