Wielu niemieckich weteranów wspominało jednak, że mimo wszystkich zagrożeń, jakie na froncie wschodnim niosła ze sobą technika, mimo czołgów T-34, samolotów szturmowych Ił-2, upiornie wyjących katiusz, najgorsze ze wszystkiego było głębokie, gardłowe „Urraa! urraa!”, towarzyszące szarżom sowieckiej piechoty.
Oddziały pancerne, główny cel na wszystkich frontach operacji „Barbarossa”, zostały starte w pył w ciągu kilku tygodni. 15 lipca 1941 roku monumentalne korpusy zmechanizowane rozwiązano. Podstawową jednostką stała się brygada pancerna: początkowo liczyła około dwóch tysięcy żołnierzy i dziewięćdziesiąt trzy czołgi, ale w dwóch trzecich były to lekkie T-60, wyposażone w dwudziestomilimetrowe działka i pancerz tak cienki, że dla niemieckich czołgów stanowiły igraszkę. Jednak nawet tak ograniczone siły były zbyt duże dla niewprawnych dowódców, a ich wyposażenie napotykało trudności. W grudniu stan brygad zmniejszono do ośmiuset żołnierzy i czterdziestu sześciu czołgów, co odpowiadało sile batalionu w armiach zachodnich.
Te niewielkie formacje nie odniosły większych sukcesów w czasie zimowych kontrataków. W marcu 1942 roku utworzone zostały cztery pierwsze korpusy pancerne. Od kwietnia do września 1942 roku w ordre de bataille znalazło się ich jeszcze dwadzieścia pięć. Ostatecznie korpus miał obejmować trzy brygady pancerne i zmotoryzowaną brygadę strzelecką, a więc niespełna dziesięć tysięcy ludzi i sto sześćdziesiąt pięć czołgów. Jedną trzecią z nich stanowiły lekkie T-60. Nowocześniejsze średnie T-34, które stały się znakiem rozpoznawczym formacji pancernych Armii Czerwonej, dopiero wchodziły do masowej produkcji.
Ustalony w 1942 roku ordre de bataille w ogólnych zarysach obowiązywał do końca wojny. Lekkie czołgi zostały zastąpione T-34 w strukturze, która według kształtujących się zachodnich standardów była „nadmiernie pancerna” – pozbawiona zarówno artylerii, która mogłaby walczyć z niemiecką piechotą, jak i dział przeciwpancernych i piechoty, żeby utrzymać zajęty teren. Pierwszemu brakowi ostatecznie zaradzono, zwiększając liczbę bezwieżowych dział szturmowych, a drugiemu, tworząc korpusy zmechanizowane, których trzon stanowiła transportowana ciężarówkami piechota. Jednakże sama struktura korpusu pancernego odpowiadała jego zadaniu, które polegało na wykorzystaniu przełamań dokonanych przez „siły uderzeniowe” złożone głównie z piechoty i artylerii, jak planowano przed wojną.
Zadanie to łatwiej było zdefiniować niż wykonać. Pierwszą poważną próbą dla korpusów tego rodzaju była sowiecka ofensywa na Charków w maju 1942 roku. Skoncentrowano wówczas tysiąc trzysta wozów pancernych. Początkowych sukcesów odniesionych dzięki masie nie udało się jednak wykorzystać ze względu na elastyczną niemiecką obronę, opartą na skoordynowanych natarciach lotnictwa i sił pancernych. Korpusy pancerne były zbyt daleko za linią walki, by podjąć szybką interwencję, a później parły dalej, tymczasem niemiecka kontrofensywa odcięła utworzony przez nie występ.
Podobną porażkę, choć na mniejszą skalę, sowieckie siły pancerne poniosły na Krymie, gdzie jedna niekompletna niemiecka dywizja pancerna pokonała bezładnie rzucane do walki przeważające siły. Gdy niedobitki sowieckich formacji walczyły, żeby zyskać na czasie w trakcie długiego odwrotu w kierunku Donu, ich sztaby podkreślały znaczenie zaskoczenia, wykorzystania przewagi i poprawienia wsparcia logistycznego w przyszłych ofensywach. Wszystkie te elementy udało się zrealizować podczas ofensywy stalingradzkiej. Zmasowanie sił i kontratak przeprowadzone przez Mansteina pokazały, że Niemcy nie przestali być mistrzami wojny pancernej. Pozostali mistrzami, ale już bez miażdżącej przewagi. Na początku nowego roku dowódcy frontowych jednostek niemieckich zaczęli zgłaszać nieprzyjemne taktyczne niespodzianki. Sowieckie oddziały pancerne przestały postępować według przewidywalnego wzorca polegającego na wiązaniu niemieckich przyczółków walką, a następnie wystawianiu się na paraliżującą odpowiedź niemieckich czołgów. Zamiast tego sowieccy czołgiści omijali zasieki i wjeżdżali daleko na tyły wroga. Dowodzący na niższych szczeblach stawali się coraz bardziej elastyczni i coraz lepiej radzili sobie z myśleniem w kategoriach sytuacyjnych.
W czasie wojny Sowieci wyszkolili czterysta tysięcy czołgistów. Ponad trzy czwarte z nich poległo w walce – proporcja ta odpowiada często przywoływanym stratom wśród członków załóg nazistowskich U-Bootów, tyle że liczby są dziesięciokrotnie większe. Plutony egzekucyjne NKWD rzadko towarzyszyły wojskom pancernym. Fatalizm, który towarzyszył Armii Czerwonej przez niemal dekadę, wśród czołgistów przeradzał się w determinację – wprawdzie nie do końca określoną, ale potężną – by zabrać ze sobą jak największą liczbę hitlerowców. Do oddziałów pancernych zgłaszali się doborowi rekruci: chłopcy ze wsi, którzy marzyli o prowadzeniu traktorów w zmechanizowanym kolektywie, robotnicy z fabryk, których przyciągały technika i maszyny, a więc socjalistyczna modernizacja na gąsienicach. Zresztą rosyjska tradycja wojskowa nie opierała się wyłącznie na wykorzystaniu brutalnej siły. Istniała kultura szarży, tradycje niczym nieograniczonej i cenionej mobilności kozaków z Siczy Zaporoskiej, lotnych oddziałów nękających wojska napoleońskie wycofujące się spod Moskwy, konnych zabijaków z Konarmii Siemiona Budionnego w czasie rosyjskiej wojny domowej. Odpowiedni bodziec mógł uczynić z sowieckiego korpusu pancernego śmiercionośne narzędzie.
Armia Czerwona rozwijała też infrastrukturę, przede wszystkim w artylerii. Działa były ważnym elementem rosyjskiej armii od XVII stulecia. Stalin miał z czasem nazwać ten rodzaj wojsk „czerwonym bogiem wojny”. Właśnie tu masa oznaczała dominację. Armie zachodnie kładły nacisk na mobilność ognia. Dla Sowietów liczyły się lufy. Armia Czerwona nie dysponowała ani technologiami, ani technikami, którzy mogliby wdrożyć rozwiązania na modłę zachodnią. Decentralizacja była sprzeczna z sowieckimi zasadami i praktyką. Poza tym armaty było łatwiej wyprodukować niż czołgi, a ciężkie moździerze jeszcze łatwiej niż konwencjonalne działa. W październiku 1943 roku Sowieci mieli ich już tyle, że Stawka zatwierdziła utworzenie dwudziestu sześciu dywizji artylerii, z których każda wyposażona była w ponad dwieście dział i haubic oraz sto osiem ciężkich (kaliber 120 mm) moździerzy. W tym samym czasie utworzono cztery dywizje wyrzutni rakietowych. Z końcem 1943 roku było ich już siedem, a każda mogła podczas jednej salwy wystrzelić ponad trzy tysiące czterysta rakiet.
W rezultacie Sowieci mogli zasypać strefę walki pociskami w takim stopniu, w jakim alianci czynili to na froncie zachodnim w latach 1916–1917. Było to działanie tak samo wyrafinowane jak cios kijem baseballowym w nerki, ale równie skuteczne. Nawet gdy działa wykorzystywano na wysuniętych i nieosłoniętych pozycjach, niemiecki ogień wymierzony przeciw artylerii i uderzenia z powietrza (jeśli była taka możliwość) rozmywały się wobec liczby celów. Dowódcy artylerii byli podporządkowani zwierzchnikom w tak określonym łańcuchu dowodzenia i kontroli, że możliwe było niezależne wykorzystanie dział, bez szczególnego i ulegającego zmianom związku z piechotą i oddziałami pancernymi. W czasie kampanii stalingradzkiej potencjał nowego systemu uwidocznił się tylko w niewielkiej części. W najlepszym wypadku miał on swoje granice. Skutki jego użycia przeciw celom stacjonarnym lub zmasowanym formacjom mogły przypominać efekty detonacji taktycznej bomby nuklearnej. Najlepszym sposobem przeciwdziałania było rozproszenie, zachowanie mobilności i elastyczności. Pod Kurskiem Niemcy zrezygnowali ze wszystkich tych rzeczy, za co musieli zapłacić słoną cenę.
Dennis E. Showalter - Pancerz i krew