czwartek, 25 lipca 2019


Często jest tak, że kiedy ktoś traci, to i ktoś zyskuje. Skoro rosną ceny węgla, to źle dla polskich producentów energii, ale dobrze dla kopalni i polskiego górnictwa.

Najnowsze dane pokazują, że importujemy najwięcej węgla od lat.

Skąd?

W 75 procent z Rosji, ale również między innymi z Kolumbii. I teraz odpowiedzmy sobie na pytanie, dlaczego bardziej opłaca się sprowadzać do Polski węgiel ze wschodniej Syberii czy Kolumbii, niż brać go ze Śląska?

Słucham.

Po pierwsze, w Polsce mamy kopalnie głębinowe, w których opłacalność wydobycia spada, bo trzeba schodzić coraz niżej, a w związku z tym rosną koszty. Jak mamy konkurować z takimi państwami – jak choćby Australia czy Rosja – gdzie działają kopalnie odkrywkowe? Po drugie, państwowe kopalnie wciąż bardzo hojnie rozdają przywileje pracownicze – od deputatów węglowych, po czternastki. Po trzecie, polski węgiel jest kiepskiej jakości. Węgiel rosyjski jest po prostu lepszy. Po czwarte, wiele perspektywicznych, nowych złóż zostało zabudowanych, na przykład autostradami w okolicach Gliwic. Te wszystkie elementy powodują, że wydobycie węgla w Polsce musi spadać. Rząd sam to zresztą zapowiada – do 2050 roku udział węgla w wytwarzaniu energii ma zmaleć z 80 do 50 procent.

To po cholerę nam ta elektrownia węglowa w Ostrołęce?

To jest okręg wyborczy ministra Tchórzewskiego. Można powiedzieć, że budowa elektrowni węglowej w Ostrołęce to najdroższa kampania wyborcza w historii.

Jaki jest jej koszt?

Około 6 miliardów złotych.

Jak się ma wzrost importu węgla do zapewnień rządu o budowie energetycznej suwerenności?

Nijak. Społeczeństwo jest po prostu oszukiwane. Ponieważ świadomość energetyczna jest wciąż niska, opinię publiczną można dowolnie modelować, jak plastelinę.

Akurat tę sprzeczność dość łatwo zrozumieć – mieliśmy uniezależniać się od Rosji, a importujemy stamtąd coraz więcej węgla.

Import, mimo że rośnie, nadal stanowi ułamek tego, co produkujemy w Polsce. Ale to się będzie zmieniać. W perspektywie 15–20 lat to będzie bardzo poważny udział.

A inne źródła energii?

Rząd „zaorał” wiatraki, które rozwijały się najszybciej. Wprowadzono przepisy mówiące, że nowe wiatraki można budować w odległości co najmniej 2 kilometrów od zabudowań. To utrudnia rozbudowę już istniejących farm wiatrowych i budowę nowych. W związku z tym cały sektor nie tylko wyhamował, ale znajduje się na skraju bankructwa.

Dlaczego to zrobiono?

Ponieważ Polska ma pewne normy do wypełnienia jeśli chodzi o odnawialne źródła energii. Najprostszym sposobem na ich wypełnienie jest doprowadzenie firm prywatnych, które dominowały w branży wiatrowej, do bankructwa, a następnie wykupienie ich za bezcen. To bandycka polityka.

Przez jakiś czas pojawiały się też pomysły na budowę elektrowni atomowej.

Do 2030 roku emisje gazów cieplarnianych w porównaniu z rokiem 1990 muszą spaść o 40 procent. To bardzo dużo. Jeśli tak się nie stanie, spadną na Polskę surowe kary. A ponieważ przespaliśmy wiele lat – bo u nas rzadko myśli się dłużej niż jedną kadencję do przodu – doszliśmy do sytuacji, że właściwie jedynym sposobem na wypełnienie tych norm jest budowa elektrowni jądrowej. Problem polega na tym, że żadne spółki skarbu państwa – poza Orlenem – nie mają odpowiedniego kapitału.

O jakich kosztach mówimy?

Między 40 a 60 miliardów złotych. Moim zdaniem głównym problemem nie jest dziś to, czy budować taką elektrownię, ale za co.

Niektóre kraje – przede wszystkim Niemcy – z takich elektrowni rezygnują.

Ale to nie jest ogólnoświatowy trend. W Indiach i Chinach uznaje się, że przy obecnym tempie wzrostu liczby ludności i zapotrzebowania na energię, jedynym rozwiązaniem jest właśnie energetyka jądrowa.

kulturaliberalna.pl