wtorek, 16 stycznia 2018


Ludzie nie obawiają się inflacji także z tego względu, że przestała straszyć na świecie. Jeszcze kilka lat temu, kiedy banki centralne rozpoczęły ogromne akcje zwiększania podaży pieniądza, wielu ekonomistów było zdania, że może się to skończyć katastrofą. Jeden z nich, Tim Lee, pisał nawet z przekąsem o „keczupowej teorii inflacji”: banki potrząsają energicznie butelką (drukują pieniądze), żeby wyleciał keczup (pojawiła się inflacja). Ale jak wiedzą amatorzy co gęstszych odmian tego dodatku, czasami przyprawa nie chce wypłynąć z opakowania, w związku z czym potrząsamy butelką jeszcze mocniej (drukujemy jeszcze więcej pieniędzy), jednak wtedy keczup najczęściej zalewa potrawę (gwałtowny skok inflacji).

Wbrew tej niepozbawionej solidnych podstaw ekonomicznych obawie, pomimo wpompowania bilionów dolarów/euro/jenów w gospodarki, widmo inflacji nie zajrzało nam jednak w oczy. Odchodząca z urzędu szefowa amerykańskiego banku centralnego Janet Yellen pozwoliła sobie nawet ostatnio na chwilę szczerości i stwierdziła na jednej z konferencji, że Fed nie ma zielonego pojęcia, co właściwie odpowiada za niską inflację w USA A.D. 2017. Owszem, zaznaczyła, dotychczas można było ją tłumaczyć złą sytuacją na rynku pracy, stagnacją wynagrodzeń lub niskimi cenami nośników energii. Ale teraz, kiedy gospodarka się kręci?

(...)

Dlaczego sytuacja na rynku pracy jest tak ważna? Wzrost płac, za którym nie idzie większa wydajność pracy, zwykle prowadzi do wzrostu cen. A to dlatego, że pracodawcy nie są w stanie skompensować rosnących kosztów pracy zwiększoną produkcją. I muszą je przerzucić na odbiorcę.

W czarnym scenariuszu wzrost cen może prowadzić do dalszej eskalacji żądań wzrostu płac – co przekłada się na ceny. Zaczyna się kręcić spirala płacowo-cenowa. Gdy wymyka się spod kontroli, przybiera postać hiperinflacji. Stopniowy wzrost inflacji można porównać do tlącego się poszycia lasu: sytuacja jest jeszcze pod kontrolą, ale jeśli sobie odpuścimy, może dojść do tragedii. Czyli gwałtownej pożogi. O ile inflacja powoduje, że pieniądz traci na wartości, o tyle hiperinflacja pieniądz po prostu nieodwracalnie niszczy.

(...)

Z przygotowanego kilka lat temu przez Steve’a Hankego i Nicholasa Krusa opracowania wynika, że najwyższa hiperinflacja w historii dotknęła powojenne Węgry. W szczytowym okresie wskaźnik przyjął wartość 41,9 biliardów (liczba z piętnastoma zerami) proc. miesięcznie. To oznacza, że dziennie ceny rosły o 207 proc. Sytuacja była tak zła, że za bochenek chleba wieczorem płaciło się dwa razy więcej niż rano, bo ceny podwajały się średnio co 15 godzin.

Hiperinflacja w tym wypadku była związana z chroniczną niemożnością pokrycia zobowiązań przez powojenny węgierski rząd. Nie tylko kraj był kompletnie zrujnowany, ale też Sowieci nałożyli na Budapeszt kontrybucje wojenne. Aby pokryć należności, Węgrzy postanowili drukować pieniądze. Kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli, banknot o najwyższym nominale w obiegu opiewał na 100 trylionów (trylion ma 18 zer) pengő (tak się nazywała używana wówczas nad Balatonem waluta). Nominały rosły tak szybko, że dla oszczędności rząd przedrukowywał stare nominały na nowe, zmieniając nazwę waluty na milpengő (milion pengő) oraz na b.-pengő (bilion), a do poboru podatków wprowadzono osobną walutę, pengő podatkowe (adópengő).

forsal.pl