poniedziałek, 1 lutego 2021


W młodych latach Mao Zedong poszukiwał własnej drogi najpierw jako student, potem publicysta, wreszcie jako działacz związkowy. Odkrył w końcu swoje powołanie na wsi, pięć lat po wstąpieniu w 1921 roku do Komunistycznej Partii Chin. Był wówczas wciąż młodym, trzydziestotrzyletnim człowiekiem, wysokim, szczupłym i przystojnym, a porwał go bunt chłopski, który wybuchł, gdy narodowcy ruszyli z bazy w Kantonie z ofensywą mającą na celu odebranie władzy lokalnym watażkom i zjednoczenie kraju. Armii narodowców towarzyszyli rosyjscy doradcy, ponieważ w tym okresie Czang Kaj-szek wciąż blisko współpracował ze Stalinem. W rodzinnej prowincji Mao, Hunanie, władze narodowców zgodnie z rosyjskimi zaleceniami finansowały stowarzyszenia chłopskie i podburzały do rewolucji w stylu radzieckim. Porządek społeczny się załamał. W Changsha, stolicy prowincji, ofiary – by wszyscy mogli je wyszydzać – oprowadzano po ulicach w upokarzających, wysokich stożkowatych kapeluszach. Dzieci biegały po mieście, śpiewając: „Precz z [imperialistycznymi] mocarstwami i militarystami”. Robotnicy uzbrojeni w bambusowe kije pikietowali biura zagranicznych kompanii. Służby komunalne niemal przestały funkcjonować.

Na wsi to najbiedniejsi chłopi opanowali stowarzyszenia chłopskie i postawili świat na głowie. To oni stali się teraz panami, w przypadkowy sposób wybierając cele, obalając bogatych i możnych, wprowadzając panowanie terroru. Niektóre ofiary zadźgano nożami, kilku obcięto głowy. Chińskich pastorów prowadzano po ulicach jako „psy łańcuchowe imperializmu”, ze związanymi na plecach rękoma i sznurem na szyi. Kościoły plądrowano. Mao podziwiał zuchwałość i brutalność rebeliantów. Podobały mu się tworzone przez nich hasła: „Każdy, kto ma ziemię, jest tyranem, wszyscy didżu są źli”. Pojechał na wieś, by przyjrzeć się buntom z bliska. „Do domów tuhao i lieszenów, którzy występują przeciwko związkom chłopskim – napisał w raporcie na temat ruchów na wsi – wdzierają się tłumy ludzi: zarzynają świnie, zabierają zboże. Czasami chłopi przychodzą do tuhao i lieszenów i rozwalają się na starannie złożonej pościeli ich córek i synowych. Często chwytają tuhao i lieszenów, ubierają ich w wysokie czapy i wiodą po wsiach”. Mao tak się zachwycił tą przemocą, że czuł się „podekscytowany jak nigdy dotąd”.

Przepowiadał, że huragan zmiecie istniejący porządek:

Przejdzie bardzo niewiele czasu – a we wszystkich prowincjach Chin środkowych, południowych i północnych staną do walki setki milionów chłopów: będą oni gwałtowni i niezwyciężeni jak huragan i żadna siła nie zdoła ich powstrzymać. Rozerwą wszystkie krępujące ich więzy i podążą do wyzwolenia. Pogrzebią wszystkich i wszelkich imperialistów, militarystów, urzędników – złodziei mienia państwowego i łapowników, tuhao i lieszenów.

Frank Dikotter - Tragedia wyzwolenia

Widoczne zaostrzenie retoryki wobec Tajwanu ze strony przywódców KPCh, którzy w 2020 r. przestali używać przymiotnika „pokojowe”, kiedy mówią o zjednoczeniu wyspy z kontynentem, jest nie tylko przejawem zdobycia przez Pekin pewnej przewagi militarnej nad Tajpej, lecz przede wszystkim rezultatem postępującej dezintegracji relacji Chin z USA. Wywiera się presję ekonomiczną i polityczną na państwa pozostające w stosunkach dyplomatycznych z Tajpej, aby przeniosły uznanie na Pekin. ChRL ogłosiła również, że nie uznaje tzw. mediany, czyli umownej granicy między przestrzenią powietrzną Chin i Tajwanu w Cieśninie Tajwańskiej. Reelekcja prezydent Tsai Ing-wen, uznawanej za sympatyczkę ruchu niepodległościowego, w styczniowych wyborach na Tajwanie potwierdziła przekonanie KPCh, że społeczeństwo tajwańskie nie jest zainteresowane chińskim modelem społeczno-politycznym. Partia jest zakładniczką nacjonalistycznej narracji, legitymizującej autorytarne rządy, dlatego w obliczu poważnych wyzwań gospodarczych aneksja Tajwanu wzmocniłaby reżim politycznie, a chińskiej marynarce dałaby bezpośrednie wyjście na zachodni Pacyfik. Równocześnie Pekin zdaje sobie sprawę, że relacje z Waszyngtonem nie ulegną gruntownej poprawie bez względu na wynik wyborów prezydenckich, a reforma armii tajwańskiej i dostawy nowoczesnych rodzajów broni zniwelują względną przewagę militarną ChRL.

Pogłębiający się autorytaryzm Chin, pacyfikacja ruchów protestu walczących o utrzymanie autonomii Hongkongu w okresie 2019–2020 i wynikająca z tego kompromitacja zasady „jeden kraj, dwa systemy” jako wiarygodnej formuły zjednoczeniowej powodują rosnącą determinację Tajwańczyków do obrony de facto suwerenności. Od styczniowej reelekcji prezydent Tsai Ing-wen oraz odnowienia mandatu rządzącej na Tajwanie Demokratycznej Partii Postępu na wyspie przyspieszyły działania mające wzmocnić jej zdolności obronne. Cieszą się one poparciem społecznym, mimo że wiążą się z możliwym przywróceniem obowiązkowej służby wojskowej czy znacznym wzrostem wydatków wojskowych. Towarzyszy temu intensyfikacja nieformalnych stosunków z USA. Prowadzone są rozmowy m.in. o zawarciu umowy o wolnym handlu czy wspólnych przedsięwzięciach infrastrukturalnych w regionie Azji i Pacyfiku. Także Kuomintang (KMT) – główna partia opozycyjna, która opowiadała się za zacieśnianiem relacji gospodarczych z ChRL i formalnie akceptowała perspektywę zjednoczenia – prowadzi rewizję programu politycznego oraz szuka możliwości nawiązania dialogu z amerykańskim establishmentem. Jest to podyktowane nie tylko zmianami społeczno-kulturowymi na Tajwanie, lecz także uświadomieniem sobie przez elitę KMT, że w zjednoczonym przez KPCh państwie chińskim nie byłoby przestrzeni politycznej dla ich aktywności.

Chociaż USA formalnie nie gwarantują Tajwanowi bezpieczeństwa, to jednak wielokrotnie wyrażały niezgodę na zbrojną aneksję wyspy przez ChRL oraz definiowały się jako patron tajwańskiej demokracji. Upadek demokratycznego, nowoczesnego Tajwanu, odgrywającego ważną rolę w światowej gospodarce, podważyłby nie tylko wiarygodność amerykańskiej pozycji jako globalnego mocarstwa, lecz także rolę USA jako przywódcy wolnego świata. Ponadto przejęcie wyspy i jej wysoko zaawansowanej technologicznie gospodarki (szczególnie w obszarze półprzewodników, gdzie ChRL zmaga się z zapóźnieniem technologicznym) stanowiłoby poważne wzmocnienie dla Chin w rywalizacji ze Stanami Zjednoczonymi. W konsekwencji w tym roku doszło do pierwszych bezpośrednich rozmów przedstawicieli amerykańskiej administracji z władzami tajwańskimi. We wrześniu Tajwan odwiedził podsekretarz stanu Keith Krach (wcześniej Tajwańczycy pozostawali w bezpośrednim kontakcie tylko z Kongresem). Waszyngton potwierdził także tzw. sześć gwarancji udzielonych przez prezydenta Ronalda Reagana w 1982 r., które m.in. dają Tajwanowi pewność, że USA nie będą nakłaniać Tajpej do negocjacji z Pekinem ani nie zaakceptują formalnej zwierzchności ChRL nad wyspą, jeżeli kwestia tajwańska nie zostanie rozwiązana w sposób pokojowy. Do mediów przeciekły również zdjęcia z prowadzonych na wyspie wspólnych ćwiczeń tajwańskich i amerykańskich sił specjalnych. USA zdają sobie jednak sprawę, że mimo wdrażanego programu modernizacji i zmiany doktryny obronnej Tajwan nie byłby dzisiaj zdolny do samodzielnej defensywy. Dlatego prowadzone są doraźnie działania zniechęcające Pekin do inwazji, takie jak wspólne manewry z Japonią w okresie wyborów prezydenckich w Stanach Zjednoczonych.

osw.waw.pl

W latach poprzedzających pierwszą kampanię prezydencką Obamy w gabinetach zarządów firm Doliny Krzemowej narodziła się nowa logika akumulacji: przedsiębiorstwa branży nowoczesnych technologii postanowiły zacząć zarabiać na umiejętności przetwarzania i porządkowania informacji. U źródła tego modelu biznesowego leży zasadnicza asymetria wiedzy – maszyny wiedzą o naszych zachowaniach znacznie więcej niż my o zachowaniach maszyn. Firmy zaoferowały nam swoje usługi informacyjne w zamian za dostęp do innych informacji – naszych danych. Wartość danych rośnie; przykładowo, Facebook zarabia średnio 30 dolarów na każdym ze swoich 170 milionów amerykańskich użytkowników. Daliśmy sobie wmówić, że usługi oferowane przez te firmy są darmowe, podczas gdy w rzeczywistości płacimy za nie naszymi danymi. Firmy z sektora technologicznego wiedziały, że im więcej danych znajdzie się w ich posiadaniu, tym większy będzie zysk, dlatego projektowały swoje produkty i usługi tak, aby zachęcać użytkowników do dzielenia się coraz większą ilością informacji na własny temat. Projektanci platform internetowych sięgali po rozwiązania stosowane w kasynach, na przykład po mechanizm nieskończonego przewijania; wprowadzano też wiele innych innowacyjnych funkcji, obliczonych na pobudzanie układu nagrody w ludzkim mózgu i dzięki temu skutecznie uzależniających użytkownika. Serwisy takie jak Gmail zaczęły przeglądać nasze emaile, dopuszczając się naruszenia tajemnicy korespondencji, za które pracownik tradycyjnej poczty powędrowałby do więzienia. Do naszych telefonów trafił system lokalizacji w czasie rzeczywistym, który wcześniej znajdował zastosowanie w elektronicznych bransoletach na kostkach skazańców; coś, co jeszcze kilka lat temu uznalibyśmy za formę nielegalnego podsłuchu, stało się standardową funkcją niezliczonych aplikacji.

Zanim się obejrzeliśmy, zaczęliśmy udostępniać innym nasze dane bez najmniejszego zawahania czy refleksji. Sprzyjała temu nowa terminologia. Należące do prywatnych firm platformy, będące de facto rozbudowanymi sieciami inwigilacji, określono mianem „społeczności”; ludzi wykorzystywanych dla zysku przez właścicieli tych sieci nazwano „użytkownikami”; o uzależniających funkcjach aplikacji czy serwisów zaczęto mówić jako o „podnoszeniu komfortu użytkowania” albo „angażowaniu użytkownika”. Coraz powszechniejsze stało się profilowanie osób na podstawie pozostawianych przez nie „cyfrowych śladów” czy „okruszków danych”. Przez tysiące lat na świecie dominował model gospodarczy oparty na pozyskiwaniu surowców z zasobów naturalnych, które następnie przetwarzano w produkty. Z bawełny tkano tkaniny. Z rudy żelaza wytapiano stal. Lasy wycinano na drewno. Lecz wraz z nastaniem ery internetu możliwe stało się wytwarzanie produktów z naszego życia – naszych zachowań, zainteresowań, tożsamości. Rozpoczął się proces przetwarzania ludzkiej egzystencji na dane. Człowiek miał być surowcem dla nowego przemysłu obróbki informacji.

Steve Bannon, mało znany redaktor naczelny prawicowego portalu Breitbart News, jako jeden z pierwszych dostrzegł możliwość wykorzystania tej nowej rzeczywistości do realizacji swoich politycznych celów. Misja portalu Breitbart News polegała na przeobrażeniu współczesnej amerykańskiej kultury i dostosowaniu jej do nacjonalistycznej wizji publicysty Andrew Breitbarta. Bannon uważał, że jedyną drogą do realizacji tego celu jest ni mniej, ni więcej, tylko wojna kulturowa. Kiedy spotkałem go po raz pierwszy, zdawał sobie sprawę, że nie posiada odpowiedniej broni do wygrania takiej wojny. O ile szykujący się do bitwy generał musi przede wszystkim zapewnić sobie artyleryjską siłę rażenia i dominację powietrzną, o tyle Bannon potrzebował kulturowej siły rażenia i dominacji informacyjnej – zasilanego danymi arsenału, za pomocą którego mógłby podbić serca i umysły Amerykanów. I takiego właśnie arsenału dostarczyła mu nowo powstała firma Cambridge Analytica. Stosując udoskonalone techniki rodem z wojskowych operacji psychologicznych (tak zwane PSYOPS), Cambridge Analytica zapewniła strategiczną przewagę wznieconej przez Steve’a Bannona altprawicowej rewolucji. W tej nowej wojnie amerykański wyborca stał się obiektem manipulacji, oszustw i dezinformacji. Prawda została wyparta przez alternatywne narracje i wirtualną rzeczywistość.

Cambridge Analytica (CA) zaczęła od przetestowania nowych metod walki w Afryce i w tropikalnych państewkach wyspiarskich. Eksperymentowała tam z szerzoną za pośrednictwem internetu dezinformacją, fake newsami i profilowaniem na masową skalę. Współpracowała z agentami rosyjskich tajnych służb i zlecała hakerom włamania do skrzynek e-mailowych polityków opozycji. W ten sposób mogła dopracować swoje metody, nie ściągając na siebie uwagi zachodnich mediów. A kiedy już nabrała wprawy w rozpalaniu plemiennych konfliktów w Afryce, przystąpiła do rozpalania plemiennego konfliktu w Stanach Zjednoczonych. Krajem wstrząsnęły nagle histeryczne nawoływania Make America Great Again! i żądania budowy muru na granicy z Meksykiem. Debaty prezydenckie przestały mieć cokolwiek wspólnego z polityczną dyskusją i zamieniły się w dziwaczne spory o to, co jest prawdziwą informacją, a co fake newsem. Dzisiejsza Ameryka to przykład tego, jak wygląda polityczny i społeczny krajobraz po skorzystaniu z psychologicznej broni masowego rażenia. 

Wylie Christopher - Mindfuck

Mamy dwie kategorie aktorów: „lud” (jeden) oraz „elity” (których może być wiele). Elity rywalizują o władzę, a więc także o zasoby, takie jak pieniądze i prestiż, które ta władza daje. Do zdobycia władzy potrzebują jednak ludowego poparcia. Może ono przyjmować różne formy: od głosowania w wyborach po masowy udział w powstaniu, wojnie czy rewolucji.

Osią podziału na elity i lud jest miejsce w podziale społecznie wypracowanych dóbr. Lud je wytwarza, elity w części konsumują, a w części zużywają na budowę rozmaitych instytucji społecznych (np. państwowych, ale nie tylko). Elity są więc elitami nie dlatego, że są światlejsze, mądrzejsze czy moralnie lepsze, ale dlatego, że to do nich płyną zasoby wypracowane przez lud i one nimi zarządzają.

(...)

Wróćmy do modelu: żeby zdobyć ludowe poparcie, elity składają ludowi polityczną propozycję. Ta propozycja ma dwa wymiary: wspólnotowy i emancypacyjny. W uproszczeniu – elita aspirująca do zdobycia władzy mówi warstwom ludowym: „zbudujemy nową wspólnotę, w której wasze życie będzie lepsze”.

„Złożenie propozycji” brzmi jak coś prostego, ale to oczywiście trudny, pracochłonny i skomplikowany proces. Może też przybierać różne formy. Kiedy socjaliści prowadzili agitację wśród robotników w Królestwie Polskim przed rewolucją 1905 roku, składali im taką propozycję. Kiedy „Solidarność” w 1980 roku obiecywała Polakom lepszy PRL (obalenie systemu nie wchodziło w grę), była to polityczna propozycja. Kiedy PiS wygrał wybory w 2015 roku, również złożył taką propozycję.

W ramach tego modelu można zinterpretować kluczowe momenty w polskiej polityce ostatnich dwóch stuleci z okładem.

W powstaniu kościuszkowskim 1794 roku powstańcy obiecywali ludowi – wówczas głównie byli to chłopi pańszczyźniani – wolność osobistą, wzięcie pod prawną opiekę państwa, niższe ciężary pańszczyźniane, oraz wspólnotę polityczną, w której nie tylko szlachta będzie miała głos.

W 1905 roku socjaliści obiecywali demokratyczną republikę polską, samorząd robotniczy, lepsze warunki pracy i płacy (w tym krótszy dzień roboczy). Konkurujący z nimi narodowi demokraci – sprzymierzeni wówczas z rosyjskimi elitami imperialnymi – obiecywali wspólnotę narodową, wykluczającą Żydów, nowoczesną technicznie, ale też opartą na tradycji, a w wymiarze materialnym – solidaryzm społeczny, czyli wspólny dobrobyt budowany razem rękami fabrykantów, ziemian i robotników.

W 1989 roku opozycja obiecywała demokratyczną republikę i lepsze życie, które miał przynieść kapitalizm.

W podobny sposób można opisać inne przełomowe momenty w polskiej przeszłości: te z lat 1830, 1846, 1848, 1863, 1918-1920, 1944, 1956, 1968, 1970, 1980 – a także 2015.

(...)

Dobrej ilustracji dostarcza tutaj historia II RP. Elity odrodzonego państwa składały się w dużej części z byłych socjalistów, rewolucjonistów z 1905 roku. Należał do nich także Józef Piłsudski.

Kiedy młode państwo walczyło o przetrwanie (w latach 1918-1920), obiecało m.in. robotnikom ośmiogodzinny dzień pracy, płatne urlopy, ubezpieczenia chorobowe i szereg innych zdobyczy socjalnych; chłopom zaś – reformę rolną, czyli oddanie im części ziemi obszarników (słowo „obszarnik” nie wywodzi się z języka komunistycznego, używali go już socjaliści w 1905 roku). Reformę rolną uchwalono w momencie, w którym Armia Czerwona podchodziła pod Warszawę i stawką było ocalenie niepodległości.

Kiedy jednak II RP okrzepła, wycofała się – otwarcie lub po kryjomu – z większości tych obietnic. Ośmiogodzinny dzień pracy w większej części gospodarki nie był przestrzegany (...). Płatne urlopy były fikcją dla większości pracowników. Reforma rolna najpierw okazała się niezgodna z uchwaloną w marcu 1921 roku konstytucją, potem ją przez kilka lat poprawiano (sprawiając, że stała się mniej korzystna), a jej wykonanie ślimaczyło się.

oko.press

Mateusz Zimmerman: - O co jeszcze zatem idzie?

Rafał Matyja: O bunt przeciw próbie wtłaczania Polaków w pewien wzorzec światopoglądowy czy ideologiczny. W tym wtłaczaniu brały udział dwie siły: partia rządząca i Kościół. One są adresatem protestów i solidnie sobie na to zapracowały.

Politycy PiS mogli ulec własnemu złudzeniu, że rośnie młode konserwatywne pokolenie, które uwierzyło, że największym szczęściem człowieka jest zginąć za ojczyznę czy cierpieć za przekonania i wiarę. Jeśli ktoś miał taką iluzję, to nie ma już dla niej podstaw. Mało tego: Strajk Kobiet włączył do głównego nurtu hasła, które kojarzyły się raczej z lewicowym radykalizmem.

Sam jestem rówieśnikiem premiera Morawieckiego, ale nawet dla mnie język, którym mówi on i władza, jest kompletnie anachroniczny. Tak jakbym włączył sobie program „Tu Jedynka” z czasów mojej młodości, w którym psioczono na okropny Zachód i wychwalano sojusz narodu z partią. Nie mówię już o monologach prezesa Kaczyńskiego, bo to jest głos z jeszcze dawniejszej epoki. Nie dziwię się, że dużo młodsi ode mnie ludzie reagują na to mniej więcej tak: odwalcie się, to jest wasz sen, nie chcemy w nim żyć.

(...)

- Wiem, że pan ma doświadczenie przeprowadzki ze stolicy do mniejszego miasta – ta perspektywa sporo zmienia. Czego nie widać z Warszawy, jeśli idzie o protest i jego możliwe skutki?

Wizja monolitycznej „pisowskiej prowincji” jest nieprawdziwa i media muszą tę lekcję wreszcie odrobić. Nawet jeśli PiS wygrywa np. na Podkarpaciu, to nie znaczy, że wszyscy tam tę partię popierają. Ci, którzy są przeciw, są nawet bardziej zdeterminowani niż mieszkańcy wielkich miast, bo są mniejszością.

Szkodliwym mitem jest też ten, że prowincja jest zacofana. Już kiedy przeprowadzałem się z Warszawy do Nowego Sącza – a to było 20 lat temu – dostępność internetu, telewizji informacyjnych itd. sprawiała, że mieszkanie poza stolicą nie wyłączało z obiegu. Tym bardziej dzisiaj mieszkańcy prowincji mają dostęp do tych samych mediów społecznościowych, tych samych portali i mogą oglądać te same seriale na tych samych platformach.

Trzecia sprawa: prowincja w sensie kulturowym czy tożsamościowym nie jest „pisowska” – jeśli taki związek zachodzi, to dotyczy raczej interesu ekonomicznego, choć są regiony, gdzie istotnym czynnikiem jest także religia. Ale to część Polski, nie cała. PiS wysłał wielu Polakom mieszkającym poza wielkimi miastami sygnał, że rozumie, że hasła typu: „weź kredyt, zmień pracę” to dla nich czysta abstrakcja. Nie oznacza to jednak, że mówimy o świecie ludzi wypatrujących socjalu, jak lubi się o tym myśleć np. w Warszawie.

Prowincja będzie natomiast przeżywać procesy modernizacyjne, które się dotychczas z kilku powodów opóźniały. Sądzę – także na podstawie własnych doświadczeń – że najważniejszym będzie zrywanie z kulturą paternalizmu.

onet.pl

Celem ataków stali się wszyscy cudzoziemcy, którzy nie wyrażali absolutnej lojalności, ale nikt nie skupiał na sobie tyle uwagi co Brytyjczycy. Przyczyna leżała około dwóch tysięcy kilometrów na południe od stolicy, w kolonii korony brytyjskiej Hongkongu. Po opadnięciu bambusowej kurtyny w 1949 roku miasto stało się punktem obserwacyjnym dla zewnętrznego świata, ale w maju 1967 roku przez granicę przelała się idąca z głębi lądu fala rozruchów. Silny wstrząs sprawił, że Hongkong nie mógł dłużej zachowywać statusu obserwatora. Strajk w wytwórni plastikowych kwiatów w Koulunie szybko rozwinął się w zamieszki, w których wzięły udział tysiące pikietujących robotników. Wielu z nich mieszkało w tym regionie, złożonym z plątaniny ulic z wysokimi, zaniedbanymi, przeludnionymi budynkami, w dzielonych z innymi klitkach. Ogarnięta rewolucyjnym zapałem młodzież, wymachująca Czerwonymi Książeczkami i skandująca bojowe hasła, wyległa na ulice, by demonstrować przeciwko władzom kolonialnym. Napięcie rosło, protestujący zaczęli rzucać w policjantów kamieniami i butelkami, ci zaś odpowiedzieli pałkami i gazem łzawiącym. Wkrótce tłumy wznosiły na ulicach barykady, przewracały samochody i podpaliły piętrowy autobus.

Początkowo zamieszki organizowała miejscowa partia komunistyczna, ale wkrótce na pomoc ruszył Pekin z twierdzeniem, że Brytyjczycy popełniają w Hongkongu „faszystowskie okropieństwa”. Brytyjskiego chargé d’affaires w Pekinie, spokojnego, wielokrotnie odznaczanego oficera z czasów II wojny światowej Donalda Hopsona, wezwano do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, gdzie przedstawiono mu ultimatum: wszystkich aresztowanych należy zwolnić i wypłacić im rekompensaty za czas spędzony w więzieniu. Londyn odmówił odpowiedzi.

W Kantonie i Pekinie zwołano więc masowe wiece poparcia dla protestujących. W Hongkongu pojawiły się plakaty: „Krew za krew” i „Ugotować białoskóre świnie”. Strajk podjęły dziesiątki tysięcy studentów i robotników. Głośniki zamontowane na gmachu Bank of China wywrzaskiwały propagandowe hasła, kilkanaście lojalnych wobec Pekinu gazet publikowało podżegające teksty. Mimo to kampania nie zyskała powszechnego poparcia. Hongkong był miastem zbudowanym przez kolejne fale uchodźców z Chin kontynentalnych i mało kto wśród półtoramilionowej ludności żywił jakiekolwiek złudzenia co do komunizmu. Pod koniec czerwca strajk zaczął wygasać.

Wówczas jednak, 8 lipca, około setki uzbrojonych protestujących przekroczyło białą linię demarkacyjną dzielącą małą rybacką wioskę Sha Tau Kok na sektory chiński i brytyjski i napadło na posterunek policji. Najpierw policjantów obrzucono kamieniami i butelkami, po chwili jednak przez granicę zaczął strzelać karabin maszynowy i zabił pięciu policjantów po stronie brytyjskiej. Ten incydent znów rozniecił walki, a po niedługim czasie rebelia sparaliżowała znaczną część Hongkongu.

Wprowadzono godzinę policyjną, a policja przeprowadziła naloty na ośrodki podejrzewane o działalność komunistów. Protestujący odpowiedzieli ostrzałem posterunków policji i budynków rządowych. Do końca lipca bomby, prawdziwe i pozorne, znajdowano w teatrach, parkach, na targach i w innych miejscach publicznych, co poważnie zaburzało zwyczajne życie. Wiele z nich wyprodukowano domowymi sposobami; były to prymitywne urządzenia wypełnione prochem pochodzącym z petard. Kilka jednak spowodowało ofiary. Jedna bomba, zapakowana jak prezent, zabiła siedmioletnią Wong Yee-man i jej dwuletniego braciszka. Saperzy rozbroili około ośmiu tysięcy ładunków wybuchowych. 24 sierpnia jadącego samochodem Lam Buna, popularnego prezentera radiowego krytycznie wypowiadającego się o komunistach, zatrzymał pluton egzekucyjny udający ekipę robotników naprawiających drogę. Buna i jadącego z nim kuzyna oblano benzyną i spalono żywcem. Wielu innym znanym postaciom, które wypowiedziały się przeciwko demonstrantom, grożono śmiercią.

Cały czas w Hongkongu krążyły plotki, że Pekin gromadzi na granicy wojsko i gotuje się do zbrojnego przejęcia kolonii. Przewodniczący jednak nie do końca panował nad rozpętanymi przez siebie kampaniami, poza tym komuniści potrzebowali miasta jako platformy bankowej i okna na świat. Choć brytyjska kolonia była całkowicie uzależniona od dostaw wody z Chin kontynentalnych – przesyłano czterdzieści pięć miliardów litrów rocznie – tego kurka nigdy nie zakręcono.

Frank Dikotter - Rewolucja kulturalna