poniedziałek, 1 lipca 2019


W białej legendzie, forsowanej przez liberalną lewicę, najbardziej irytuje obłuda. Lewica na sztandarach głosi hasła walki z wykluczeniem, a cała jej aktywność wokół Okrągłego Stołu polegała na maksymalnym wykluczeniu konkurentów politycznych.

Z „lotu ptaka” Okrągły Stół może wyglądać jak pojednanie ponad podziałami. Tak naprawdę było to jednak pojednanie części elit poprzez wykluczenie wielu innych grup społecznych i środowisk opozycyjnych. Lista jest rzeczywiście imponująca. W tym procesie nie znalazło się miejsce dla: Konfederacji Polski Niepodległej, Solidarności Walczącej, Unii Polityki Realnej, Grupy Roboczej Komisji Krajowej, łódzkiej grupy Grzegorza Pałki, środowiska czasopisma „Głos”, środowiska Jana Olszewskiego, grupy Anny Walentynowicz, Klubu Politycznego ’88…

Na jesieni 1981 roku odbyły się pierwsze demokratyczne wybory na szefa „S”. Przeciwko Wałęsie wystartowali wówczas Jan Rulewski, Marian Jurczyk i Andrzej Gwiazda. Łącznie uzyskali wówczas 45 procent głosów delegatów. Osiem lat później dla nikogo z nich nie znalazło się miejsce przy Okrągłym Stole.

Zmarginalizowany został również potencjał rewolucyjny pokolenia Niezależnego Zrzeszenia Studentów oraz Federacji Młodzieży Walczącej, które dopiero wchodziło na scenę polityczną. Grupa Kuronia odrzuciła zatem liczne i bardzo zasłużone w latach 80. środowiska. Zręcznie rozegrano podział na dążących do dialogu „pragmatyków” i pałających rządzą rozlewu krwi „fundamentalistów”. Dzięki hegemonii „Gazety Wyborczej” taki sposób „etykietowania” stanie się zresztą metodą tego środowiska również w kolejnych latach.

(...)

Wiele obłudy jest również w czarnej legendzie forsowanej przez prawicę. Choć na sztandarach głosi ona hasło „tylko prawda jest ciekawa”, to i jej pamięć o Okrągłym Stole jest szalenie wybiórcza. Prawda w tym wypadku jest bowiem niewygodna: jeśli miałaby to być „zdrada elit”, to dokonała się ona również rękami ikon prawicy. Kaczyńscy byli ważną częścią elit, gdy ta miała dokonać rzekomej „zdrady”. I nie jest prawdą, że zrobili to tylko taktycznie, by zaraz zerwać z „logiką Okrągłego Stołu”.

Startując na senatorów z Elbląga i Gdańska, tworząc gabinet prezydenta Wałęsy, zostając wiceprzewodniczącym „S” (Lech) czy stając na czele reaktywowanego „Tygodnika Solidarność” (Jarosław), bracia Kaczyńscy byli w centrum ówczesnego establishmentu. Nawet po obaleniu rządu Jana Olszewskiego, po sławetnej „nocy teczek”, Jarosław Kaczyński był gotów do rozmów z Unią Demokratyczną na temat nowej koalicji rządowej. Późniejszy prezes PiS-u nie kontestował Okrągłego Stołu, tylko starał się na nim ugrać tyle, ile zdołał.

Również przetrwanie środowiska PC w trudnej drugiej połowie lat 90., gdy zostali zupełnie zepchnięci na margines, było możliwe tylko dlatego, że wcześniej zdecydowali się uwłaszczyć na państwowym majątku.

Robotnicza Spółdzielnia Wydawnicza „Prasa-Książka-Ruch” była zapleczem wydawniczym partii komunistycznej od 1947 roku. Pod koniec PRL-u była największym koncernem wydawniczo-kolportażowym w Europie Środkowo-Wschodniej. Imperium obejmowało nie tylko wiele tytułów prasowych, ale również ogromną bazę poligraficzną oraz ogólnopolską sieć kiosków. W Porozumieniach Okrągłego Stołu znajdziemy konstatację, że droga do „nowego ładu informacyjnego” wiedzie przez ograniczenie dominacji tego koncernu.

Dlatego Sejm w marcu 1990 roku przyjął ustawę o likwidacji RSW. Na jej mocy, co dziś wydaje się niewyobrażalne, część tytułów prasowych miała zostać zakupiona przez ówczesne partie polityczne jako „forma dopuszczenia opozycji do prasy”. Porozumieniu Centrum przypadł w udziale „Express Wieczorny”, a oficjalne poparcie dla takiej decyzji Komisji Likwidacyjnej wyraził nie kto inny jak sam Wałęsa, ówczesny przewodniczący „S”.

„Express Wieczorny” długo nie przetrwał, ale dla środowiska Kaczyńskich kluczowe okazały się nieruchomości, które posiadła ich fundacja wraz z tym tytułem. Tak powstał majątek głośnej dziś spółki Srebrna. Tam znajdowali zatrudnienie kluczowi politycy tego środowiska, gdy nagle znaleźli się na politycznym aucie. To jeden z wielu paradoksów III RP. Środowisko będące największym krytykiem postkomunizmu mogło przetrwać chude lata tylko dlatego, że samo zabezpieczyło swój byt, uwłaszczając się na zapleczu wydawniczym partii komunistycznej. I jak tu wiarygodnie krytykować uwłaszczenie nomenklatury?

„Jarosław i Lech Kaczyńscy – pisze Jacek Sokołowski – akceptowali Okrągły Stół i w latach 1989-1992 aktywnie współkreowali nowe instytucje polityczne. Odrzucenie przez nich III Rzeczypospolitej na gruncie moralnym – ale również filozoficzno-prawnym – nastąpiło dopiero wtedy, gdy ta właśnie Rzeczpospolita «wyjęła ich spod prawa». Formalnym narzędziem – i zarazem symbolem – tej delegitymizacji Kaczyńskich i ich ugrupowania stała się słynna instrukcja 0015, w oparciu o którą działał zespół płk. Lesiaka”. To wtedy zaczną o sobie myśleć jako o „obywatelach drugiej kategorii” i to poczucie zostanie z nimi na zawsze.

Kaczyńscy na bazie tych osobistych doświadczeń przechodzą „do podziemia”. Gdzieś w połowie lat 90. przestają definiować się jako mainstreamowi liderzy polityczni i stają się liderami „drugiego obiegu”. To wtedy, jak plastycznie opisał to Jan Rokita, pod polskim życiem publicznym zaczyna płynąć podziemna rzeka, która podmywa realne instytucje.

kulturaliberalna.pl

Można powiedzieć, że Michalkiewicz jest postacią paradygmatyczną dla całej skrajnej prawicy. Jako sprawny geszefciarz spina w swojej publicystyce i wystąpieniach praktycznie wszystkie tematy, jakimi nurt ten się interesuje. Dzielnie łączy zatem sfery w których krulem jest Korwin – fetyszyzację wolnego rynku, ultrakonserwatyzm w sprawach obyczajowych i obelgi poręczne jak cepy – z motywami typowymi dla endeckich matuzalemów – ukrainofobią, „judeosceptycyzmem”, antyniemieckością i atakami na lewicę i ruch LGBT+.

Ukraina to dla niego państwo specjalnej troski, wejście do Unii Europejskiej nazywa Anschlussem, a samą Brukselę eurokołchozem, dzięki któremu Niemcy mogą kolonizować Polskę. Jednocześnie nad Odrą i Wisłą z niemieckim imperializmem realizującym idee Mittleuropy walczy obóz amerykańsko-żydowski. Platformersi w tym układzie to namiestnicy germańskiego kolonizatora, a więc tzw. „Stronnictwo Pruskie”, zaś PiS reprezentuje opcję amerykańsko-judejską. Lewica z kolei to pól na pół – cyniczni oszuści i durnie.

Donald Trump jest, co prawda, OK, ale ciągle go zwalcza „amerykańska żydokomuna” i „tamtejsi bezpieczniacy, czyli FBI”, a także „masoneria”. Nie ma więc lekko i w związku z tym nie może od razu otworzyć serca dla Polaków i znieść dla nich wiz. W Kościele katolickim karty rozdaje sodomicka mafia, zaś aborcja jest w interesie Żydów, którzy również w Polsce dzielą i rządzą. Jak bowiem twierdzi Michalkiewicz „żydowska okupacja Polski doszła do skutku”. Adam Michnik, co za niespodzianka, pełni w tym wszystkim, z nadania CIA, rolę Stalina.

Żydowska obsesja naszego bohatera jest niezwykle rozbuchana. Fantazjom na ten temat poświęcił książki takie jak Studia nad żydofilią, Herrenvolk po żydowsku oraz Niemcy, Żydzi i folksdojcze, w których Żydzi knują, spiskują, kontrolują i wymuszają, zza pleców sterując imperiami amerykańskim i radzieckim tak, by w końcu opanować łacińską, cywilizowaną Europę. Michalkiewicz należy jednak do unikalnej grupy antysemickich filosemitów. Szuka bowiem żydowskich spisków, tajnych kręgów i agentów Syjonu, ale zarazem chwali te fantastyczne byty jako wzór działania dla Polski i Polaków.

krytykapolityczna.pl

Konsolidacja mediów pod kierownictwem osób związanych z premierem Viktorem Orbánem jest wyrazem jego dominującej pozycji nad węgierskimi oligarchami, którzy oficjalnie dobrowolnie przekazują także swoje dochodowe spółki medialne. Stworzenie holdingu zabezpiecza obóz rządowy na wypadek sporów w elicie władzy i wyklucza ryzyko, że któraś z gazet zmieni front. Sytuacja taka miała miejsce w 2015 roku, gdy po konflikcie z Orbánem oligarcha Lajos Simicska rozpoczął kampanię medialną wymierzoną w Fidesz, co przyczyniło się do utraty przez partię większości konstytucyjnej. Gdy Fidesz ją odzyskał w kwietniu br., Simicska wycofał się z rynku medialnego. Można przypuszczać, że nieczytelne biznesowo posunięcia następują pod presją rządu, a straty zostaną węgierskim oligarchom zrekompensowane, np. poprzez korzystne kontrakty w innych obszarach (jeden z nich ma np. dużą spółkę budowlaną).

Operacja konsolidacyjna wzmocni przewagę konserwatywnego obozu na węgierskim rynku mediów. Holding będzie miał możliwość proponowania lepszych warunków finansowych reklamodawcom, łatwiejsza będzie też koordynacja kampanii marketingowych. Węgierski rynek reklamy zostanie zdominowany przez dwa powiązane ze sobą podmioty: fundację (głównego beneficjenta przychodów z reklamy) oraz rząd, który w ub.r. był zdecydowanie największym reklamodawcą w kraju (32 mln euro). Przekaz proponowany przez media, które ma zrzeszać fundacja, był do tej pory stosunkowo jednolity i zgodny ze stanowiskiem rządowym, konsolidacja nie doprowadzi więc do dużej zmiany w tym względzie. Możliwa jest natomiast lepsza koordynacja, ułatwiająca dotarcie do odbiorców.

Jednym z ostatnich medialnych bastionów antyrządowych pozostaje Internet, gdzie do głównych mediów opozycyjnych należy popularny serwis informacyjny Index.hu (własność kapitału węgierskiego). W ostatnich latach sektor medialny opuściła część zagranicznych koncernów (te, które zostały, są zwykle neutralne wobec rządu), kilka opiniotwórczych tytułów zostało zamkniętych, a większość została przejęta przez biznesmenów związanych z Fideszem. Malejącą różnorodność przekazu medialnego odzwierciedlają międzynarodowe zestawienia: w indeksie wolności prasy Freedom House media na Węgrzech zajęły ostatnie miejsce spośród państw UE (ex aequo z Grecją). Głębokie zaniepokojenie zmianami na rynku mediów na Węgrzech wyrazili w ostatnich dniach Reporterzy bez Granic i inne międzynarodowe organizacje zrzeszające dziennikarzy.

osw.waw.pl

Wracając jednak do istoty problemu, zgodnie z założeniami pierwszych radzieckich kodyfikatorów działających w drugiej połowie lat 20. XX wieku, fufajka miała być rodzajem ciepłej, uniwersalnej koszuli, zakładanej przez mężczyzn wprost na ciało, a przez kobiety – na stanik. Miałaby więc w Związku Radzieckim służyć zakryciu brzydkiej bielizny czy też być antidotum na jej permanentne braki.  A o tym, że problem bieliźniany był faktem, świadczy chociażby apel sowieckiej wieloletniej minister kultury, Jekateriny Furcewej, która w 1954 roku zakrzyknęła „Każda sowiecka kobieta ma prawo do wysokiej jakości biustonosza!”. Na niewiele zdały się te odezwy, gdyż przez długi czas w oficjalnym obiegu funkcjonowały jedynie trzy dostępne rozmiary stanika, a wszelkie odstępstwa były możliwe albo na czarnym rynku, albo – dla najzamożniejszych żon kacyków – na zgniłym Zachodzie. O tym, jak ubogo, by nie powiedzieć wręcz karykaturalnie prezentowała się ta gałąź przemysłu tekstylnego, niech świadczy anegdota przywołana przez wielką baletnicę radziecką i jedną z większych osobistości tańca XX wieku, Ałłę Osipienko. W książce Beauty and Resistance in Soviet Ballet (‘Piękno i ruch oporu w radzieckim balecie’) opisała, jak w 1957 roku Moskwę i Leningrad odwiedziła słynna francuska para: aktor i piosenkarz Yves Montand oraz aktorka Simone Signoret. Gwiazdy światowego formatu wprost nie mogły uwierzyć, że nawet szykowne moskwiczanki nosiły tak niewyobrażalnie brzydkie desusy. Nie wiadomo czy bardziej rozbawiony, czy przerażony Montand zebrał owe „majtki do kolan, brązowe, bawełniane rajstopy, staniki jak spadochrony” i zawiózł do Paryża, gdzie zorganizował wystawę. Podczas prezentacji – zapewnia w książce Osipienko – niektóre z pań mdlały.

new.org.pl

Ideologiczna ofensywa objęła w pierwszym rzędzie szkoły. Zmieniła się nawet ich nazwa: szkoły podstawowe stały się szkołami narodowymi. Począwszy od grudnia 1937 r. główny – lewicujący – związek zawodowy nauczycieli został rozwiązany, a w listopadzie 1940 r. wprowadzono korporacjonizm oparty, jak wszędzie, na modelu włosko-niemieckim. Przysposobienie wojskowe (dla chłopców) rozpoczęte od 1917 r., a powszechne od 1925 r., obejmowało szkolenie czteroletnie, w sumie 400 godzin. Prowadzili je zawodowi oficerowie. W ostatnim roku szkolenia uczniowie otrzymywali prawdziwą broń. Stopniowo znikała wolność pedagogiczna. Nauczycieli zmuszano (często czynili to ich uczniowie, którzy stawali się w coraz większym stopniu nacjonalistami) do porzucenia kalendarza zachodniego i pisania dat wyłącznie w systemie japońskim, a począwszy od 1943 r. gimnazja utraciły możliwość wyboru między różnymi podręcznikami. Nieliczni nauczyciele, którzy odmawiali posługiwania się dziełami przesiąkniętymi propagandą, byli nierzadko aresztowani albo odwoływani. Podczas wojny na Pacyfiku programy nauczania były coraz bardziej upraszczane, aby zrobić miejsce dla szkoleń wojskowych i zajęć praktyczno-technicznych (zwłaszcza dla dziewcząt), a sama nauka – ograniczana. Począwszy od października 1943 r. studenci i licealiści powyżej siedemnastego roku życia byli wcielani do wojska i zmuszani do porzucania przynajmniej na jakiś czas swoich studiów.

Presja ideologiczna była niezwykle silna. Chrześcijan (ok. 1% ludności) uznano za rodzaj piątej kolumny i zwolenników zachodniego imperializmu, często ich prześladowano i zachęcano do wyrzeczenia się wiary. Począwszy od 1941 r. pytania stawiane podczas egzaminów zmuszały kandydatów do jednoznacznego opowiedzenia się po określonej stronie, np. pytanie: „Proszę się wypowiedzieć na temat ekspansji zamorskiej”. Konkursy na hasła propagandowe mnożyły się w szkołach, najlepsze hasła słano na front, aby dodały ducha walczącym. Począwszy od 1933 r. podręcznik czytania dla klasy pierwszej szkoły podstawowej rozpoczynał się zdaniem: „Żołnierze idą naprzód”. Kurs szkoły podstawowej obejmował lekturę listu matki do syna: wyrzuca ona synowi, że nie dość udziela się w walce. Podręcznik historii z 1944 r. zaczynał się od rozdziału o stworzeniu Japonii przez bogów i o boskim pochodzeniu panującej dynastii, jak gdyby chodziło o potwierdzone fakty historyczne. Nie było mowy, by przedstawione przekazy traktować jako alegorie; groziło to posądzeniem o obrazę majestatu. Podczas przerw bawiono się w „trzy żywe bomby z Szanghaju”. Była też pouczająca historyjka o trębaczu z wojny rosyjskojapońskiej, którego znaleziono martwego po bitwie, z kulą w sercu, ale nadal na baczność, z instrumentem przy ustach. Siedmiolatki maszerowały do szkoły z następującą pieśnią na ustach:

Ramię w ramię z moim starszym bratem,
idę dzisiaj do szkoły, dzięki żołnierzom, dzięki żołnierzom
którzy walczyli za nasz kraj, za nasz kraj.

Dni świąteczne, które dla większości były pochodną zorientowanego politycznie kalendarza (rocznica wstąpienia na tron pierwszego cesarza Jimmu; dzień wojska; dzień marynarki wojennej; a przede wszystkim urodziny panującego cesarza), stanowiły okazję do śpiewania patriotycznych pieśni i czytania patriotycznych lektur. Pojęcie narodu utożsamiano z pojęciem armii. Podczas lekcji w młodszych klasach omawiano takie tematy, jak „klasyfikacja okrętów wojennych”, „chorągiewki sygnalizacyjne”, „zabawa w żołnierzy” albo „mój brat wyrusza na front”. Przez ostatnie dwa lata szkoły podstawowej treści czysto propagandowe stanowiły połowę lektur. Wymieniano wyłącznie Japonię, jej kolonie, Mandżukuo i kraje okupowane, a reszta świata dla małych Japończyków po prostu nie istniała.

Margolin Jean-Louis - Japonia 1937-1945

Wielu ekonomistów uważa, że dług publiczny jest dobry, jeśli wykorzystuje się go produktywnie.

Tyle, że większość rządów tego warunku produktywności nie spełnia. Włoski PKB jest o 3,5 proc. poniżej poziomu sprzed dekady, produkcja przemysłowa o 17 proc. Realnie ich gospodarka się cofa. A dług rośnie. Ale to problemy wielu rządów w realiach pieniądza papierowego. Stąd przypuszczenie, że kolejny kryzys może oznaczać rewolucję w systemie pieniężnym. Przecież „fiat money” („Niech się stanie pieniądz” przyp. red.) to system działający zaledwie od 1971 r., gdy Richard Nixon zerwał pokrycie dolara w złocie. Od tamtej pory pusty pieniądz udowodnił jedno: jest bardzo niestabilny. Lata 70. XX w. cechowała galopująca inflacja konsumencka. Lata 90. i początek tego tysiąclecia to z kolei inflacja ujawniająca się na giełdach i w cenach aktywów takich, jak domy. Już teraz mamy miejsca na świecie, gdzie ludzie tracą wiarę w pieniądze państwowe. W Turcji np. porzucają lirę i rozliczają się w złocie, albo w dolarach, w które jeszcze wierzą.

Jeszcze?

Tak, bo dzięki stanowczym działaniom rządu i banku centralnego USA dolara raz po raz udaje się ratować. Np. po ostatnim kryzysie zadziałano tam szybciej niż w Europie i bardziej zdecydowanie: zamknięto niemal tysiąc banków, doprowadzono do ich konsolidacji, podniesiono wymogi kapitałowe. To zapobiegło całkowitemu upadkowi. I jeszcze jedno – Amerykanie zdążyli wyeksportować swoje problemy do Europy, „opychając” zwłaszcza bankom niemieckim swoje instrumenty oparte na toksycznych aktywach. Wytwarzane przez pieniądz typu „fiat”, w tym dolara, problemy nie znalazły jednak trwałego rozwiązania. Wiadomo, że w obliczu kolejnego kryzysu ludzie zwrócą się, jak zawsze to bywało, w stronę złota czy nieruchomości, czyli aktywów namacalnych, ale teraz mamy jeszcze tę alternatywę w postaci kryptowalut…

Chciał pan powiedzieć: w postaci bańki spekulacyjnej, jaką są kryptowaluty?

Możliwe, że bańki, ale to nie znaczy, że nie są one przyszłością. Każdy kryzys ma swoje spektakularne innowacje. Wielki Kryzys lat 30 XX w. zaowocował przełomowymi teoriami ekonomicznymi Keyensa. Kryzys 2008 r. przyniósł kryptowaluty i blockchain. Ich twórcy od początku podkreślali, że powstały właśnie w odpowiedzi na niedoskonałości oficjalnego systemu pieniężnego. Kryptowaluty przechodzą obecnie fazę prób. Nie wiadomo, która z nich będzie się nadawać do powszechnego użycia. Bitcoin jest raczej zbyt energochłonny i niewydajny. W ciągu sekundy można zarejestrować co najwyżej 7-10 transakcji bitcoinowych, gdy tradycyjny system pozwala na 4-5 tys. transakcji. Są jednak nieustannie opracowywane alternatywy dla bitcoina. Spekulacja na tym obszarze wynika właśnie z tego, że ludzie próbują zgadnąć, która  z nich okaże się tą właściwą. Przypomina to zakłady na wyścigach konnych, przy czym możesz nieustannie zmieniać typowanego zwycięzcę nawet po starcie. Dzisiaj mówi się np. „cena bitcoina spadła o tyle a tyle dolarów”. Nie wykluczam, że w przyszłości będzie się mówić, że cena dolara spadła czy wzrosła o tyle a tyle jednostek jakiejś być może nieistniejącej jeszcze dzisiaj kryptowaluty. Że to kryptowaluty będą punktem odniesienia.

obserwatorfinansowy.pl

Zanim jednak przyjrzymy się polskiej inflacji, wypada zrobić krok wstecz, do I wojny światowej, w której tkwiły najpoważniejsze przyczyny gospodarczych trudności młodego państwa. Po pierwsze, niszczycielskie działania wojenne doprowadziły zarówno przemysł, jak i rolnictwo do katastrofalnego stanu. Wiele miasteczek i wsi zrujnowały one niemal doszczętnie, wystarczy powiedzieć, że fabryki ogołocone były z maszyn, 30 procent ziemi leżało odłogiem, a 40 procent zabudowy miast powiatowych i mniejszych została zniszczona. Po drugie, źródłem kłopotów finansowych była polityka monetarna państw centralnych, które, aby pokryć koszty wojny, zaczęły na potęgę drukować pieniądze, doprowadzając tym samym do spadku ich wartości i wzrostu kosztów życia. W czasie wojny ceny towarów były zablokowane.

Polityka inflacyjna została również utrzymana przez młode państwo polskie, które toczyło walki z sąsiadami i prowadziło wojnę z Rosją sowiecką. W 1920 roku wydatki Ministerstwa Spraw Wojskowych stanowiły 60 procent budżetu! Duże sumy pochłaniały również dopłaty do kolei, a wobec słabości inwestorów prywatnych państwo aktywnie uczestniczyło w odbudowie przemysłu. Oczywiście środki, którymi dysponowano, były niezwykle ograniczone, a ściąganie podatków nastręczało młodej administracji nie lada trudności. Dlatego wydatki pokrywano, zaciągając kredyty w Polskiej Państwowej Kasie Pożyczkowej, która na ten cel emitowała marki polskie (walutę odziedziczoną po okupantach). To napędzało dalej inflację, a ceny pięły się w górę. W kwietniu 1920 roku endek Juliusz Zdanowski pisał w dzienniku: „Z drożyzną dzieją się niesłychane rzeczy. […] Towar, który się ma w ręku i ogląda, za parę dni drożeje o 50-70%. […] Wskutek spadku [wartości] waluty każdy jest kupcem na wszystko i każdy towar [przez] Bóg wie ile rąk przechodzi. To tłumaczy, że taka masa ludzi się utrzymuje. Powstaje co dzień kilka nowych interesów handlowo-komisowych i każdy tylko o handlowaniu myśli, sprowadzając tym stan coraz gorszy”. Znamienne, że do czerwca 1921 roku właściwie utrzymany został system reglamentacyjny wprowadzony przez okupantów. Po zakończeniu działań wojennych inflacja stała się jednak sposobem nakręcania koniunktury gospodarczej, drukowane w nadmiarze pieniądze przeznaczano między innymi na kredyty gospodarcze i skup złota, a tania marka umożliwiała korzystny eksport polskich produktów.

W połowie 1923 roku inflacja przekształciła się w złowieszczą hiperinflację. W ciągu półrocza ceny wzrosły 286-krotnie. Każdy, jakkolwiek by nie był wykształcony, musiał się zmierzyć z wielomilionowymi transakcjami. Planowanie codziennych wydatków nastręczało wielu trudności. Jeden z publicystów pisał: „Te cyfry imponowały nam przed wojną. Dzisiaj inflacja, i jej siostra przyrodnia, drożyzna, spopularyzowały te cyfry. Używamy je z łatwością i nie mamy bynajmniej potrzeby wyszukiwania nowych sposobów porównania. […] Jeżeli odległość ziemi od słońca, 149 miljonów kilometrów, mogła nam imponować przed wojną, to co znaczy ta liczba dzisiaj? Wartość jednej akcji [zakładów tekstylnych] Żyrardowa!”. Zaczął się także załamywać – dotychczas dobrze funkcjonujący – system dostosowania płac do wzrostu cen. Doprowadziło to do licznych strajków, a w listopadzie 1923 roku do głośnych wystąpień w Krakowie, do których stłumienia użyto wojska, co pociągnęło za sobą 32 ofiary śmiertelne. Upadł rząd Chjeno-Piasta, czyli koalicja centrowo-prawicowa, na której czele stał Wincenty Witos. Wówczas na scenę wkroczył Władysław Grabski ze swoim programem naprawy, opracowanym znacznie wcześniej – u progu 1923 roku próbował zmierzyć się z reformą finansów publicznych. 20 grudnia 1923 roku Grabski wygłosił w Sejmie słynne exposé, w którym zażądał pełnomocnictw pozwalających wydawać dekrety w sprawie ustawodawstwa podatkowego, nowego systemu monetarnego i banku emisyjnego, a także ostrych oszczędności budżetowych.

W styczniu 1924 roku po utrzymaniu uprawnień przystąpił do realizowania kolejnych kroków potrzebnych do przeprowadzenia reformy walutowej i skarbowej. Terapia była szokowa, bo program, który minister pierwotnie planował na okres trzech lat, musiał ostatecznie przeprowadzić w kilka miesięcy. Rząd dokonał interwencji giełdowej i wprowadził program oszczędności. Udało się też Grabskiemu pozyskać zaufanie społeczne dla swoich działań, o czym najdobitniej świadczą wyniki subskrypcji akcji Banku Polskiego. W marcu 1924 roku sprzedano milion stuzłotowych akcji, które znalazły się w rękach 176 tysięcy akcjonariuszy. Wkłady były bardzo rozproszone – 150 tysięcy akcjonariuszy miało tylko po jednej akcji lub po dwie. Obywatele polscy odkupili swoje państwo. Bank Polski rozpoczął działalność 28 kwietnia 1924 roku i szybko podjął emisję nowej waluty – złotego polskiego, którego kurs został oparty na mierniku złota. W dość krótkim czasie wymieniono też wszystkie znajdujące się w obiegu marki polskie, symbol rozpasanej spekulacji walutowej.

kulturaliberalna.pl