środa, 25 grudnia 2024



Nie wiemy dokładnie, jak Kreml interpretuje tendencje i zmiany zachodzące w Azji Środkowej, lecz pewne podstawowe kwestie wydają się dość jasne.

Po pierwsze, jako że nacjonaliści rzadko dogadują się z innymi nacjonalistami, jest mało prawdopodobne, aby Putin i jego poplecznicy wysoko oceniali przywódców Kazachstanu; uważają ich zapewne za niewdzięcznych prowincjonalnych karierowiczów, którzy wykorzystali postsowiecką nędzę Rosji. Po drugie, Putin wraz z otoczeniem są neoimperialistami z silną nutą prawicowego "euroazjatyzmu" i nie ulega wątpliwości, że lokują Kazachstan w tak zwanej bliskiej zagranicy – rzekomej strefie wpływów Rosji poza jej granicami, w której nikt nie powinien się wtrącać w jej interesy (Kazachstanowi nie przysługuje prawo do własnej bliskiej zagranicy). Ponadto obecni władcy Kremla odziedziczyli hierarchiczną wizję narodów, kultur i ras, w której Kazachów, Kirgizów, Turkmenów czy Uzbeków uznaje się za automatycznie gorszych od Rosjan. Po trzecie, wywodzący się z petersburskiej mafii i KGB krąg Putina jest z definicji bardzo podejrzliwy wobec konkurencyjnych organizacji o podobnych korzeniach. Ci ludzie nie dbają o konwenanse, prawo międzynarodowe, normy demokratyczne ani zwykłą przyzwoitość. Obchodzi ich tylko to, co Chruszczow podsumował kiedyś dwoma słowami: kto kawo, czyli kto [kontroluje] kogo.

Jakiś czas temu Władimir Putin mógłby umieścić Kazachstan wysoko na liście tych, którzy coś przeskrobali i należy ich za to ukarać. Bajkonur jest dla niego być może nie mniej cenny niż Sewastopol; napomykał też już o dyskryminacji etnicznych Rosjan w tym kraju. Jednak czas na takie mrzonki już minął. Prężąc muskuły na Ukrainie, na dodatek robiąc to tak niekompetentnie, Putin postawił wszystkie byłe republiki sowieckie na baczność. Jeżeli Moskwa ruszyłaby na Kazachów, szybko odkryłaby nie tylko, że mają oni potężnych przyjaciół, ale też, że inne państwo – znacznie silniejsze od Rosji – może teraz uznać Azję Środkową za chińską, nie zaś rosyjską "bliską zagranicę".

Norman Davies - Plus ultra. Sięgaj dalej. Wyprawa na horyzonty historii


Ujgurzy to ludność turkijska, zamieszkująca przede wszystkim zachodnie Chiny (Sinciang), ale też wschodni Kazachstan, Kirgistan i Uzbekistan. Szacuje się ich liczebność na 15 milionów ludzi. Posiadają własny język, występujący przynajmniej w trzech dialektach, pisany w Chinach alfabetem arabskim, a w krajach byłego ZSRR cyrylicą.

Słowo "Ujgur" oznacza zjednoczony, sprzymierzony. Islam w Ujgurii zaczął dominować za rządów Timura, najprawdopodobniej nastąpiło to około 1420 r. Władca ten uważał religię za ważne spoiwo nowego państwa. Po jego upadku Ujgurzy podlegali zmianom politycznym tego regionu, wchodzili w skład państwa Chodżów, od 1635 r. – chanatu dżungarskiego i państwa Ojratów. Wreszcie po rozbiciu chanatu dżungarskiego zostali częścią Chin. Podbój zakończył się w 1760 r., przyłączono cały tak zwany Turkiestan Wschodni, czyli: Dżungarię, Kaszgarię, Kotlinę Tarimską i Hami. W 1882 r. obszar ten nazwano Sinciang (Xinjang), co znaczy "teren nowo zdobyty". Ta nazwa świetnie oddaje rzeczywistość – Chiny miały olbrzymi problem, by narzucić tam swoją władzę, a islam szybko stał się fundamentem budowania tożsamości i podwójnym problemem dla komunistycznych Chin. Po pierwsze, religia miała zostać wyrzucona na śmietnik historii, a i naród niechcący budować wspólnego komunistycznego kraju był problematyczny. Rozwiązaniem miała być rewolucja kulturalna, ale i ona nie dała rady pokonać islamu i tożsamości. Po fali odwilży rządów Xiaopinga Ujgurzy chcieli odzyskać wolność wyznawania islamu. Okazało się, że władze nie były aż tak nowatorskie, doszło do serii protestów, między innymi w Aksu (1980) oraz Kaszgarze (1981). Ważnym ewenementem wzmacniającym ruch ujgurski były nowe, młode elity, często kształcone na wschodnim wybrzeżu Chin, konfrontujące swoją tożsamość z większością Chińczyków. Kolejnym istotnym elementem był wzrost znaczenia islamu w regionie, przede wszystkim wojna w Afganistanie oraz jej konsekwencje, czyli pojawienie się ruchu dżihadu globalnego czy talibów, i wreszcie odrodzenie narodowe w Azji Centralnej po upadku ZSRR. Jednym z pretekstów okazała się polityka samego Pekinu, jak na przykład w 1985 r., gdy w Urumczi doszło do masowych protestów studentów ujgurskich przeciwko prowadzonym w tym regionie próbom nuklearnym oraz polityce regulacji dzietności.

Władze do zaostrzenia swojej polityki wykorzystały narrację tak zwanej wojny z terroryzmem. W styczniu 2007 r. zlikwidowano bazę szkoleniową Al-Kaidy w Sinciangu, zginęło osiemnaście osób, do planowania zamachów przyznało się trzydziestu pięciu Ujgurów. Do szeregu niepokojów doszło w okresie olimpiady w 2008 r. – podczas starć z milicją zginęło sto pięćdziesiąt sześć osób, dwanaście skazano na karę śmierci. Władze oskarżały Ujgurów oraz ich organizacje, Światowy Kongres Ujgurów oraz Muzułmański Ruch Wschodniego Turkiestanu (ETIM), o przygotowywanie zamachów terrorystycznych. W 2009 r. doszło do bardzo groźnych starć z milicją, a także do ataków na etnicznych Chińczyków (Han), postrzeganych jako agentów Pekinu, sprowadzanych w tej rejon w celu kontrolowania Ujgurów i zmiany struktury etnicznej. Szef regionalnego Stałego Komitetu Kongresu Ludowego w Sinciangu o wywołanie zamieszek obwinił "trzy siły": ekstremizm, separatyzm i terroryzm, zarówno domowego, jak i zagranicznego chowu. Polityka zaczęła być zaostrzana zwłaszcza za czasów Xi Jinpinga, który miał własny projekt i dla którego Ujgurzy stanowili potencjalny problem. Po pierwsze, planował uzyskanie większej równowagi rozwojowej poprzez industrializację zachodnich regionów. Przede wszystkim jednak Sinciang był bramą na Zachód i do Pakistanu, bramą dla osobistego projektu Xi, jakim był Nowy Jedwabny Szlak (One Belt, One Road; Belt and Road Initiative – BRI).

Od 2012 r. trwa proces deekstremizacji. Akcję tę rząd chiński nazwał Mocnym Uderzeniem (Strike Hard). Jedno z narzędzi stanowi reedukacja, prowadzona głównie w obozach, które tak naprawdę okazują się obozami pracy i prześladowań. Władze przekonywały, że mniejszości etniczne są w nich nauczane języka mandaryńskiego, żeby lepiej odnaleźć się na rynku pracy.

Szacuje się, że w obozach może przebywać ponad milion ludzi (cały Sinciang liczy dwadzieścia sześć milionów mieszkańców, z których ponad osiem milionów to Ujgurzy, a milion dwieście tysięcy to Kazachowie; Chińczyków Han jest tu około siedem i pół miliona). Według oficjalnych statystyk z 2017 r. aresztowania w Sinciangu stanowiły prawie 21 procent wszystkich aresztowań w kraju, choć mieszkańcy tego regionu to tylko 1,5 procent populacji Chin. W marcu 2017 r. władze autonomiczne uchwaliły ustawę "antyekstremistyczną", która zabraniała ludziom zapuszczania długich bród i noszenia zasłon twarzy w miejscach publicznych. Oficjalnie uznano również wykorzystanie ośrodków szkoleniowych do "eliminacji ekstremizmu". Było to oczywiście odpowiedzią na opinię prezydenta Xi Jinpinga, który ostrzegał przed "toksycznością religijnego ekstremizmu" i opowiadał się za wykorzystaniem narzędzi dyktatury do wyeliminowania islamistycznego ekstremizmu. Rząd prowadzi politykę sinicyzacji religii w Chinach, w wyniku czego "socjalistyczne podstawowe wartości" mają odgrywać wiodącą rolę we wspólnocie religijnej. Zgodnie z tym władze chińskie zintensyfikowały kampanię mającą na celu zmuszenie islamu do przystosowania się do "społeczeństwa socjalistycznego".

Innym pomysłem na reedukację, a tak naprawdę kontrolę, był projekt "Stawanie się rodziną". Około sto dziesięć tysięcy urzędników odwiedzało co dwa miesiące muzułmańskich mieszkańców Sinciangu w celu "wspierania harmonii etnicznej". W grudniu 2017 r. władze zmobilizowały ponad milion działaczy partyjnych do spędzenia tygodnia w domach, głównie Ujgurów. Tak zwane fanghuiju (odwiedzanie ludzi) polega na promowaniu myśli Xi Jinpinga i wyjaśnianiu troski i bezinteresowności Komunistycznej Partii Chin w jej polityce wobec Sinciangu. Ostrzegają także ludzi przed niebezpieczeństwami panislamizmu, panturkizmu i pankazachizmu – ideologii lub tożsamości, które rząd uważa za groźne. Władze oczekują, że wszystko to będzie odbywało się przez ruch "od serca do serca", czyli w wyniku rozmowy o życiu codziennym.

W rzeczywistości działania władz chińskich w imię walki z terroryzmem mają znamiona ludobójstwa kulturowego (cultural genocide).

W kwietniu 1990 r. doszło do starć zbrojnych w mieście Barin pomiędzy Ujgurami i służbami chińskimi. W rezultacie aresztowano kilka tysięcy Ujgurów, w tym przywódców Islamskiego Ruchu Wschodniego Turkiestanu (Al-Hizb al-Islami al-Turkistani, East Turkestan Islamic Movement – ETIM). Przywództwo przejęli Hasan Mahsum (Hassan Makhdum), znany też jako Abu-Muhammad al-Turkistani lub Ashan Sumut, oraz Abudukadir Yapuquan (Abdul Kader Yafuquan). Mahsum szukał poparcia w Arabii Saudyjskiej i Pakistanie, partia reaktywowała się w 1997 r., lecz szybko musiała przenieść się do Afganistanu, gdzie korzystała z gościnności talibów przynajmniej od 1998 r. O tej organizacji opinia publiczna na świecie dowiedziała się w wyniku wojny w Afganistanie, po stronie talibów, jak się okazało walczyli też Ujgurzy. Współpracowali oni przede wszystkim z Uzbekami z Islamskiego Ruchu Uzbekistanu i Al-Kaidą. W operacji antyterrorystycznej sił pakistańskich w 2003 r. zabito przywódcę ETIM Mahsuma, formacja właściwie została zdziesiątkowana w Afganistanie, musiała opuścić ten kraj, głównym kierunkiem okazał się północny Pakistan, Turcja i Indonezja.

Członkowie organizacji, ale też zwykli Ujgurzy pragnący wolności religijnej zaczęli osiedlać się głównie w pobliżu Gilgit w północnym Pakistanie. Pierwsze migracje w tym rejonie datuje się jeszcze na czasy brytyjskiej administracji, ale zaczęły się intensyfikować na początku XXI wieku. Niestety Ujgurzy i tu okazali się problemem dla Chin. Region Gilgit-Baltistan graniczy z Sinciangiem i stanowi część spornego regionu Kaszmiru, ale jest bramą do wartego 62 miliardy dolarów korytarza gospodarczego Chiny – Pakistan (CPEC), największej zagranicznej inwestycji Pekinu i ważnej części Nowego Jedwabnego Szlaki (BRI). Pakistan uznał projekt CPEC za koło ratunkowe swojej gospodarki, tym samym musiał teren ten zabezpieczyć. W 2015 r. Pakistan rozpoczął zakrojoną na szeroką skalę operację militarną przeciwko Ujgurom. Na żądanie Chin doszło też do szeregu ekstradycji, nawet żon pochodzących z Chin, które wyszły za Pakistańczyków.

Podczas wizyty w Chinach w 2015 r. pakistański minister obrony ogłosił, że członkowie "grupy powiązanej z Al-Kaidą" albo zostali zabici, albo "jakoś opuścili" Pakistan i Afganistan. Państwo to nadal posłusznie wobec Chin represjonuje Ujgurów mimo więzi religijnej. Premier Pakistanu Imran Khan w wywiadzie dla Al-Dżaziry w 2019 r. stwierdził, że "nie jest świadomy" tego, co dzieje się z ujgurskimi muzułmanami. W kwestii ujgurskiej Khan regularnie mówi, że Chiny wiele zrobiły dla Pakistanu, dając do zrozumienia, że kraj ten nie może zabrać głosu, nawet gdyby chciał, ze względu na koszty gospodarcze. Ujgurzy znaleźli pomoc w Turcji, a ta pomogła im znaleźć się w Syrii.

Recep Tayyip Erdoğan stworzył ideologię wyraźnie bazującą na islamizmie, prawdopodobnie wzorując się na koncepcji Bractwa Muzułmańskiego. Jego przedstawiciele, zwłaszcza syryjskiej filii na emigracji, prawdopodobnie nauczyli go, jak stworzyć mieszankę konserwatyzmu i nacjonalizmu z zachowaniem pozorów demokracji. Fundamentem jest odwołanie się do epoki "złotego wieku" i religii, jednocześnie stając się swoistą plombą wypełniającą dziurę w społeczeństwach islamskich, powstałą w wyniku sekularyzacji, i zabezpieczając się przed zapełnieniem tejże przestrzeni bardziej radykalnym islamizmem spod znaku Al-Kaidy czy Państwa Islamskiego. Plan Erdoğana jest całościowy, ponoć to on dobierał aktorów i stroje do popularnego także w Polsce serialu Wspaniałe stulecie. Islam, historia i wspólna etniczność ma się stać fundamentem odbudowywanego imperium tureckiego. A Ujgurzy jako lud turkijski nadają się do tego znakomicie.

W 1995 r. w stambulskiej dzielnicy Sultanahmet (Błękitny Meczet) powstał park imienia Isa Yusufa Alptekina, postawiono też pomnik męczenników Turkiestanu Wschodniego. Mający wówczas dziewięćdziesiąt pięć lat Isa Yusuf Alptekin, jak stwierdzono: spędził życie, pracując nie tylko na rzecz Turkiestanu Wschodniego, ale całego świata tureckiego. Recep Tayyip Erdoğan, wówczas burmistrz Stambułu, powiedział: "Wschodni Turkiestan jest nie tylko ojczyzną ludów tureckich, ale to także kolebka tureckiej historii, cywilizacji i kultury. Zapomnienie o tym prowadziłoby do ignorancji naszej własnej historii, cywilizacji i kultury. Dziś kultura mieszkańców Turkiestanu Wschodniego jest systematycznie sinocyzowana". Azja Centralna, w tym Ujguria, mają ważne miejsce w neoimperialnej retoryce Erdoğana. Wykorzystuje on resentyment i stara się podkreślać wspólne pochodzenie etniczne, dzięki temu nobilituje swoich rodaków, ale dostaje też legitymację dla zwiększania

swojej aktywności w tej części świata. Przykładowo po zamieszkach w Ujgurii w 2009 r., w których zginęło sto pięćdziesiąt sześć osób, a ponad tysiąc zostało rannych, Erdoğan powiedział: "Incydenty w Chinach to po prostu ludobójstwo. Nie ma sensu interpretować tego inaczej". Antychińskie protesty wybuchły w Turcji w lipcu 2015 r., po tym jak Tajlandia deportowała stu Ujgurów, na co rząd turecki odpowiedział oświadczeniem wyrażającym "głębokie zaniepokojenie" nowymi ograniczeniami wolności religijnej w Sinciangu. Ujgurzy mogą się okazać użyteczni dla realizacji koncepcji tureckiego świata od Adriatyku do Wielkiego Muru Chińskiego.

Historia z 2015 r. jest anegdotyczna. W Dżakarcie skazano czterech Ujgurów za terroryzm. Podczas rozprawy sędzia kazał jednemu z nich odśpiewać hymn Turcji, a kiedy ten nie potrafił, uznano to za dowód na to, że nie byli obywatelami Turcji, jak podawali i o czym miały świadczyć ich dokumenty. Turcja chętnie wykorzystywała Ujgurów do swojej polityki, tak też prawdopodobnie trafili do Syrii.

W lutym 2013 r. TIP opublikowało swoje pierwsze wideo oferujące "rajdy" bojownikom w Syrii i porównujące sytuację "uciskanych muzułmanów" w Sinciangu i Syrii. Kilka miesięcy później TIP zamieściło wideo, które rzekomo miało pokazać ich bojowników w Syrii, ale trudno zweryfikować, czy faktycznie występowali w nim Ujgurzy z Syrii. Pierwsze materiały promocyjne pokazujące bojowników TIP pochodziły z 2015 r. Była to seria filmów i wiadomości tekstowych organu prasowego organizacji – przedstawiały nagranie pierwszego ataku samobójczego Ujgura, ale informowały też o posiadaniu własnego obozu szkoleniowego w północnej Syrii. Ujgurzy z TIP byli wyróżniającą się grupą podczas operacji "Bitwa o zwycięstwo", czyli odbicia miasta Dżisr asz-Szughur (Jisr al-Shughur). Oddział ten walczył w ścisłej współpracy z czeczeńskim Dżunud asz-Szam oraz uzbeckim Katibat ad-Tauhid wal Dżihad (KTJ). Po zdobyciu miasta stało się ono główną bazą TIP, tutaj osiadały nawet całe rodziny bojowników. TIP działało w ścisłej koordynacji z przywódcami Dżabhat an-Nusra. Kolejną ważną wspólną ofensywą były walki w regionie Aleppo w maju 2016 r.

Problem Ujgurów w Syrii został zauważony przez Chiny. W marcu 2016 r. Xi Jinping ustanowił nowe stanowisko – specjalnego wysłannika do Syrii. Objął je doświadczony dyplomata, były ambasador Chin w Iranie, Etiopii i Unii Afrykańskiej, Xie Xiaoyan. W dniach 14 – 16 sierpnia 2016 r. chińska delegacja wojskowa odwiedziła Damaszek i poza współpracą dwustronną omawiała kwestię eliminacji bojowników TIP. Ocenia się, że w szeregach TIP było około dwóch tysięcy bojowników. Dokładna liczba obywateli chińskich, którzy przyłączyli się do wojny syryjskiej, jest przedmiotem spekulacji, należy zauważyć, że w Syrii są obywatele tego państwa też o innym pochodzeniu etnicznym, na przykład Uzbecy, Kazachowie, ale też Han. Specjalny wysłannik Chin do spraw syryjskich, ambasador Xie Xiaoyan, powiedział w lipcu 2018 r.: "Widziałem różne liczby – niektórzy mówią o tysiącu lub dwóch tysiącach, dwóch lub trzech tysiącach, czterech lub pięciu tysiącach, a niektórzy podają nawet więcej". W 2017 r. ambasador Syrii w Chinach Imad Moustapha zasugerował, że nawet pięć tysięcy Ujgurów walczyło w różnych grupach bojowników w Syrii, dodając, że Chiny powinny być "niezwykle zaniepokojone". Większość przybyła z całymi rodzinami, osiedlili się w różnych regionach Idlib, w tym w strategicznym mieście Dżisr asz-Szughur, Ariha i na wyżynie Dżabal al-Zawijja. Na ogół przejmowali domostwa alawitów, którzy wyemigrowali w obawie przed prześladowaniami. Od października 2015 r. notowano ich udział w walkach na równinie Al-Ghab oraz prowincji Latakia. Według kanału telewizyjnego Al-Mayadden, w Dżabal al-Turkman w prowincji Latakia oraz w wiosce Zunbaki niedaleko Dżisr asz-Szughur mieszkało między cztery a pięć tysięcy Ujgurów (mężczyzn i kobiet). Rodziny te zostały tam osiedlone pod nadzorem "tureckiego wywiadu, próbując zmienić demograficzny charakter tego obszaru".

Ujgurzy do dzisiaj zamieszkują tereny będące pod kontrolą formacji islamistycznych, głównie związanych z Haj’at Tahrir asz-Szam (HTS) wywodzącym się wprost z Dżabhat an-Nusra. Z tym, że Ujgurzy zachowują albo deklarują neutralność w stosunku do różnych formacji rebelianckich kontrolujących Idlib. Dotyczy to zarówno Al-Kaidy (np. Hurras ad-Din), protureckiej Syryjskiej Armii Narodowej i HTS wraz z jego Rządem Ocalenia (Hukumat al-Inqadh al-Surijja). Pozycja Ujgurów była mocna, HTS nie odważyło się na konfrontację, tak jak z innymi ugrupowaniami. Dalsza współpraca trwała. W lutym 2020 r. al-Dżulani, przywódca HTS, w wywiadzie dla zachodnich mediów o Ujgurach powiedział tak: "Jeśli chodzi o Islamską Partię Turkiestanu, sytuacja wygląda trochę inaczej [niż z innymi, konkurencyjnymi formacjami dżihadystycznymi]. Ci goście są w Syrii od siedmiu lat i nigdy nie stanowili zagrożenia dla świata zewnętrznego. Są zaangażowani wyłącznie w obronę Idlibu przed agresją reżimu. Jako Ujgurzy stają w obliczu prześladowań w Chinach – które stanowczo potępiamy – i nie mają dokąd pójść. Oczywiście współczuję im. Ale ich walka w Chinach nie należy do nas, więc mówimy im, że są tu mile widziani, o ile przestrzegają naszych zasad – co robią".

Co ciekawe, grupa mająca w swojej historii powiązania z talibami czy Al-Kaidą 9 listopada 2020 r. została przez Stany Zjednoczone wykreślona z listy formacji terrorystycznych. Nie było to zapewne przypadkiem, trudno jednak jednoznacznie to zinterpretować. Być może jest to forma nacisku na Chiny i usunięcia wszelkiej legitymacji dla chińskiego ucisku przeciwko mniejszości ujgurskiej. Taki ruch byłby preludium do poparcia opozycji Turkiestanu przeciwko chińskiemu rządowi, a to na pewno jeszcze bardziej zaostrzy relacje USA i Chin. Inną możliwością jest zakończenie problemu zagranicznych bojowników w północno-zachodniej Syrii poprzez ich "odterroryzowanie" i utorowanie drogi do amerykańsko-tureckiej koordynacji bezpieczeństwa na tym obszarze. Do tego oczywiście brakuje uznania HTS. Co zresztą w taki sposób było odczytywane przez przywódców tej grupy. Trzecia hipoteza zakładała, że to część umowy negocjacyjnej między talibami a USA. Ta wydaje się mało prawdopodobna, bo komplikowałaby relacje talibów z Chinami.

Abu Omar al-Turkistani, lider Islamskiego Ruchu Turkiestanu Wschodniego, który mieszkał w Idlib, w 2023 roku powiedział serwisowi Al-Monitor: "Nie jesteśmy wrogo nastawieni ani do USA, ani do Zachodu. Jesteśmy wrogo nastawieni do Chin, które odmówiły nam przyznania praw politycznych. Przybyliśmy do Syrii, aby wesprzeć naszych syryjskich braci, którzy zostali przesiedleni i zabici przez reżim Assada, który sprowadził szyickie milicje z Afganistanu, Iraku i Libanu, by zabić syryjskich [ludzi]. W przypadku, gdyby Syryjczycy poprosili nas o odejście, z pewnością to zrobimy. To, co jest dla nas ważne, to spełnienie żądania naszych syryjskich braci, aby reżim Assada odszedł".

onet.pl/Nowa Europa Wschodnia


"Newsweek": Napisany przez panią raport "Made in China" pokazuje, że na niewolniczej pracy więźniów w Korei Północnej zarabia nie tylko komunistyczny reżim, ale też wielkie światowe firmy. Hasło, że to najbardziej zamknięte państwo świata jest już chyba nieaktualne?

Dr Joanna Hosaniak: – Ogólnie rzecz biorąc, wszyscy wiedzieli, że w więzieniach i obozach obowiązuje praca przymusowa. Natomiast nikt wcześniej nie zadawał sobie pytań: co jest tam produkowane i gdzie trafiają te przedmioty? My jako pierwsi pokazujemy, że cały system opresji w Korei Północnej jest nastawiony na pozyskanie niewolniczej siły roboczej, na której reżim zarabia twardą walutę. Poza tym zarabia, wysyłając żołnierzy na Ukrainę, pracowników na Bliski Wschód, zajmując się hakerstwem, handlem kryptowalutą. Kontrolowane przez państwo firmy mają, jak w gospodarce kapitalistycznej, określone roczne cele i muszą dostarczyć reżimowi określoną kwotę pieniędzy. Temu służy też praca, która jest wykonywana w obozach i w więzieniach, a cały aparat opresji w tym pomaga.

Z kim Korea Północna robi największe interesy?

– Dyktatura otworzyła granice dla firm z Chin i Rosji. Można nawet powiedzieć, że te państwa rywalizują o względy Kim Dzong Una, bo wiedzą, że poprzez kontakty gospodarcze można wpływać na niego politycznie. A Korea Północna skorzysta z tych furtek na świat, bo dzięki temu ma otwarte rynki dla swoich produktów. Do Rosji eksportuje głównie surowce mineralne, w tym węgiel, a do Chin przede wszystkim peruki, sztuczne rzęsy, ubrania, które są potem sprzedawane na całym świecie jako "made in China".

Jak to się odbywa?

– To zacznijmy od początku. Prawo jest tak skonstruowane, że daje organom bezpieczeństwa możliwość aresztowania prawie każdego za różnego rodzaju wykroczenia. Bez sądu można trafić do tzw. obozów politycznych. To ogromne gułagi, które przypominają system połączonych wsi, skoncentrowanych wokół konkretnego zakładu: kopalni złota, węgla. Z tych miejsc węgiel trafia właśnie do Rosji. Tam są więzione pojedyncze osoby, jak i całe rodziny z dziećmi. W jednym może przebywać 10-15 tys. więźniów. Znanych jest pięć takich obozów.

Z kolei do więzień pracy, o których piszę w raporcie "Made in China", trafiają osoby skazane przez sąd, co zresztą jest czystą formalnością, na co najmniej pięć lat.

Za co są te wyroki?

– Najczęściej są oskarżone o nielegalne przekroczenie granicy, kontakt z osobami z Korei Południowej, oglądanie zagranicznych filmów, słuchanie K-popu, czy używanie południowokoreańskich zwrotów językowych.

Opinia międzynarodowa udokumentowała na razie dziewięć więzień, które są jednocześnie obozami pracy. Więźniów traktuje się tam jak towar jednorazowego użytku. System nie dba o komfort życia i pracy. Gdy osoby umierają, są zastępowane nowymi, które są dostarczane przez służby bezpieczeństwa, żeby kontynuować produkcję.

W raporcie opisuje pani szczegółowo obóz Chongori Kyohwaso nr 12, który jest najbliżej granicy z Chinami. Na stałe przebywa tam 1,2-1,5 tys. osób.

– Jego umiejscowienie nie jest przypadkowe. Chinom zależało, żeby ich prowincje, które graniczą z Koreą Północną, miały dostęp do Morza Wschodniego. Na bardzo wysokim szczeblu politycznym między dwoma państwami rozwinięto w 2009 r. specjalną strefę ekonomiczną Rason. Elementem umowy było wydzierżawianie od Korei portu na 99 lat. W tej strefie działają przedsiębiorstwa chińskie, które zostały zaproszone przez reżim północnokoreański. Biznes polega na przywożeniu tam z Chin półproduktów, które są transportowane do więzień, a tam osadzeni zmieniają je w gotowe produkty, które wracają do strefy ekonomicznej i stamtąd do Chin.

(...)

Jak działa taki obóz? Co produkuje się w Chongori?

– Byli więźniowie, z którymi rozmawialiśmy, opowiadali, że powstają tam sztuczne rzęsy, peruki i są zszywane ubrania, rozpoznali logo Adidasa. Kontrolerami jakości i organizatorami pracy są osoby zatrudnione w tych chińsko-koreańskich firmach. A strażnicy odpowiadają za całą resztę.

Kto tam trafia?

– Najczęściej trafiają tam uciekinierzy, którzy zostają złapani w Chinach. Chińczycy traktują Koreańczyków z Północy jako nielegalnych imigrantów i kiedy służby kogoś namierzą, odsyłają do kraju. W ten sposób służby wspierają de facto chińsko-koreański biznes.

Jakie warunki panują w takiej niewolniczej korporacji?

– Więźniowie stają się tam niewolnikami. Wmawia się im, że dopuścili się tak wielkich przestępstw, np. uciekając z Korei Północnej, że wręcz przestają być obywatelami, nie mają żadnych praw, stają się niewolnikami. Odbiera im się tożsamość, imię, nazwisko, za to nadaje się numery. Jeżeli przeżyją więzienie, muszą ubiegać się o odzyskanie swoich nazwisk.

Kobiety, które są aresztowane w Chinach, wiedzą, że będą deportowane. Jeżeli mają jakieś pieniądze, chowają je w pochwie, odbycie, czasami połykają. Wiemy o tym, bo przeprowadziliśmy kilkaset wywiadów i każda o tym mówiła. Chcą zachować te pieniądze, bo wiedzą, że trafią do więzienia i dzięki nim ich szansa na przeżycie rośnie. Strażnicy też to wiedzą i urządzają intymne przeszukania, wsadzają do pochwy, czy odbytu patyki, dłonie, żeby te pieniądze przejąć.

Strażnicy na tym zarabiają?

– Każdy zarabia. Podejrzewamy, że strażnicy pobierają swoją dolę, ale reszta trafia do państwowej kasy. Reżim zarabia na wszystkim. Przemoc zaczyna się już podczas wstępnych przesłuchań. Strażnikom zależy, żeby osadzony przyznał się do jednego z najpoważniejszych wykroczeń, bo wtedy może zacząć się szybki sąd i taka osoba zostaje skazana na lata więzienia, a to oznacza darmową siłę roboczą. Do tego dochodzi przemoc seksualna. W nocy bezkarni strażnicy wyciągają z cel kobiety, które są gwałcone.

Jak duża jest śmiertelność więźniów?

– Z wywiadów wynika, że sięga 25-30 proc. w skali roku. Ciała nie są grzebane, ale leżą w pomieszczeniach obok celi i hal fabrycznych. Raz w tygodniu są wywożone i spalane, cały obóz wtedy wie, co to za dym.

Porównanie do obozów koncentracyjnych nasuwa się samo.

(...)

Kiedy zagrożone jest wykonanie planu, praca może trwać nawet 20 godzin. Jeśli ktoś pracuje za wolno, obcinane są i tak minimalne racje żywnościowe. Więźniowie śpią na podłodze, czyli uklepanej ziemi, w takim tłoku, że muszą układać swoje głowy w nogach współwięźniów. Służby bezpieczeństwa wybierają spośród więźniów osoby, które nadzorują innych, czyli kapo, to jeszcze jeden element łączący te obozy z tymi, które znamy z II wojny światowej.

Jak ludziom udaje się uciec z takich miejsc?

– Z tych obozów nie da się uciec. Wszyscy więźniowie, z którymi prowadziliśmy rozmowę, mówili o tym, że każda próba kończyła się złapaniem tej osoby i publiczną egzekucją. Osoby, z którymi przeprowadzaliśmy wywiady, przeżyły swoje wyroki, wniosły o odzyskanie tożsamości i zdecydowały się na ponowną ucieczkę przez rzekę Tuman, płynącą na jednej trzeciej długości granicy między Koreą Północą a Chinami. Po przekroczeniu rzeki, uciekinierzy muszą pokonać drogę przez całe Chiny, kierując się na południe aż do Laosu. Ostatni etap wiedzie przez lasy, dżungle, znowu muszą się przeprawić małymi łódkami przez Mekong i przedostać do Tajlandii. Dopiero stamtąd lecą do Korei Południowej. Tam są przesłuchiwani przez służby specjalne przez 12 tygodni. Potem na taki sam czas trafiają do zamkniętego kompleksu, gdzie uczą się nowego życia. I dopiero wtedy są wypuszczani na wolność, a my możemy mieć z nimi kontakt. Cała droga to 8 tys. km.

Ile mija czasu od opuszczenia obozu do przybycia do Korei Południowej?

– Najkrócej dwa, trzy lata. Ale bywa, że dużo dłużej. Najczęściej uciekają kobiety, które chcą zarobić i pomóc rodzinie na Północy. Inne są sprzedawane na żony. Chiny wprowadziły wiele lat temu politykę tylko jednego dziecka, na dodatek był nacisk na to, żeby to potomstwo było płci męskiej. Efektem jest brak kobiet, szczególnie na wsiach. Koreanki z Północy są kupowane jako żony i opiekunki starzejących się rodziców męża. To loteria, na kogo trafią. Czasami są dobrze traktowane, ale częściej są wykorzystywane seksualnie, poniżane, żyją w ukryciu. Nawet jeżeli urodzą dzieci chińskim mężom, to nie mogą podać swojego nazwiska pod groźbą deportacji. Nierzadko są odsprzedawane nawet kilka razy kolejnym mężczyznom. Ucieczka takiej kobiety do Korei Południowej może trwać nawet 10 lat. A zdarza się, że potem ściąga zarówno swoją koreańską, jak i chińską rodzinę (dzieci, mężów). To są tragiczne historie.

(...)

Zdziwiło panią to, że Korea Północna wysłała żołnierzy do walki z Ukrainą?

– Już rok temu uprzedzaliśmy jako Citizens' Alliance for North Korean Human Rights, że jest bardzo duże prawdopodobieństwo realizacji takiego scenariusza. Bo tak naprawdę w Rosji północnokoreańscy żołnierze byli od 2018 r., gdy pojawiły się sankcje ONZ wobec Korei Północnej. Rosja, udając, że współpracuje z ONZ, odesłała wszystkich zatrudnionych pracowników do Korei Północnej i zaczęła wydawać wizy studenckie. A Korea Północna na tych wizach studenckich wysyłała żołnierzy z jednostek specjalnych do Rosji.

W jakim charakterze?

– Cywilnych pracowników najemnych na moskiewskich budowach. Wiemy o tym, bo rozmawialiśmy z częścią z tych żołnierzy, którzy zdezerterowali. Podczas pandemii Korea Północna tak szczelnie zamknęła granice, że nie pozwalała wracać nawet swoim obywatelom. Ci żołnierze to wykorzystali, zniknęli z fabryk, budów i uciekli do Korei Południowej.

Opowiadali, że o ile cywilni pracownicy z Korei, którzy są wysyłani do pracy do Rosji, czy na Bliski Wschód, dostają ok. 10 proc. wynagrodzenia, które jest wynegocjowane między firmami należącymi do rządu, to oni jako żołnierze nie dostawali nic. Po prostu wykonywali rozkaz. Całe 100 proc. trafia do reżimu.

To nie są zwykli żołnierze. Z wywiadów wynika, że to członkowie jednostek specjalnych, które zajmują się rozwojem broni jądrowej. Pracowali głównie w kopalniach tytanu, uranu. Ostrzegaliśmy, że ci mężczyźni mogą zostać w Rosji ponownie zmilitaryzowani i wysłani na wojnę. I tak się stało. Najprawdopodobniej większość z nich została zwerbowana spośród tych wojskowych pracowników, którzy już przebywali na terenie Rosji. Są nieźle wykształceni, mogą znać rosyjski, pochodzą z rodzin, do których reżim ma zaufanie. Tylko takie osoby mogły trafić do specjalnych jednostek.

onet.pl/Newsweek