wtorek, 7 kwietnia 2026



Ostatnia zima była dla Ukrainy najtrudniejszą od wybuchu wojny. Szczególnie dla niektórych dużych miast, w tym Kijowa, gdzie mieszkańcy borykali się nie tylko z długotrwałymi przerwami w dostawach prądu, lecz w części dzielnic także ogrzewania. Rosji po raz kolejny nie udało się doprowadzić do paraliżu ukraińskiego systemu elektroenergetycznego, niemniej został on bardzo poważnie osłabiony. W pozostałych gałęziach energetyki sytuacja wydaje się lepsza. Ukraina zakończyła sezon grzewczy z zapasami gazu większymi niż w poprzednich latach po wybuchu wojny. Dzięki dobrze zdywersyfikowanym pod względem geograficznym źródłom zaopatrzenia w benzynę i olej napędowy rosyjskie ataki nie były w stanie zakłócić dostaw.

Znacząca skala zniszczeń systemu elektrociepłowniczego sprawia, że Ukraina staje do wyścigu z czasem, aby przed zimą 2026/2027 wyremontować bądź odbudować utracone moce. Szereg dodatkowych wyzwań rodzi też wojna w Iranie, zwłaszcza jeśli będzie się przedłużać. Gwałtowny wzrost cen oleju napędowego i gazu ziemnego napędzi inflację oraz przyczyni się do podniesienia wydatków na obronność. Utrudni również zakup wystarczającej ilości błękitnego surowca do wpompowania w podziemne magazyny. Największym problemem może się jednak okazać deficyt pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot, które są jedynym środkiem zdolnym strącać rosyjskie rakiety balistyczne.

(...)

W sezonie grzewczym 2025/2026 Rosjanom po raz pierwszy na większą skalę udało się zdezorganizować system dostaw ciepła w niektórych dużych miastach, takich jak Odessa czy Charków. Wcześniej takie przypadki miały miejsce, ale dotyczyły miejscowości przyfrontowych. Szczególnie ucierpiała stolica, gdzie kilkukrotnie doszło do wielodniowych przerw w dostawach dla ok. 6 tys. budynków wielomieszkaniowych z ok. 11 tys. tego typu obiektów w mieście (czyli szacunkowo dla ok. 2 mln mieszkańców).

Na początku lutego całkowitemu zniszczeniu uległa Elektrociepłownia Darnicka, wskutek czego ok. 1100 budynków wielomieszkaniowych zostało trwale pozbawionych ciepła. Poważnie uszkodzono również dwie pozostałe duże elektrociepłownie w Kijowie – TEC nr 5 i TEC nr 6. Wymusiło to wstrzymanie dostaw ciepłej wody i ograniczenie ogrzewania, skutkujące spadkiem temperatury w wielu lokalach do 12 stopni. Ponadto przerwy w dostawach ciepła powodowały konieczność spuszczania wody z na ogół starych systemów grzewczych budynków. Prowadziło to do sporych utrudnień technicznych – przy ponownym napełnianiu ich gorącą wodą nierzadko zdarzały się przypadki pękania rur i zalewania całych pionów.

Coraz większą bolączką były powtarzające się awarie sieci, czemu sprzyjała też – poza rosyjskimi atakami – wyjątkowo mroźna zima. Awarie obejmowały znaczną część kraju, np. 31 stycznia br. doszło do kaskadowych wyłączeń w siedmiu obwodach, a także w Mołdawii. Regularnie występowały awarie o charakterze lokalnym – na poziomie miasta, dzielnic czy poszczególnych budynków – przy czym dochodziło do nich również po ustąpieniu mrozów. Przykładem mogą być wyłączenia w części Kijowa 22 marca br. Dla systemu elektroenergetycznego nieustanne przerwy w dostawach prądu są bardzo obciążające – powtarzające się włączenia/wyłączenia przyczyniają się do o wiele szybszego zużywania się urządzeń. Można zakładać, że w przyszłości problem ten będzie się tylko nasilał.

Ogółem w trakcie sezonu grzewczego miało dojść do uszkodzenia lub zniszczenia bloków energetycznych o łącznej mocy 9 GW, czyli ponad połowy tej dostępnej przed zimą. W zasadzie każda elektrownia (z wyjątkiem atomowych) została w mniejszym bądź większym stopniu dotknięta atakami. Według ministra energetyki Denysa Szmyhala przed kolejną zimą planowana jest odbudowa lub remont 4 GW generacji oraz budowa 1,5 GW nowych mocy w obiektach zdecentralizowanej produkcji – wiele małych (o mocy od kilku do kilkudziesięciu MW) źródeł energii rozsianych po całym kraju.

(...)

Jesienią, a w szczególności zimą ważną rolę dla Ukrainy odgrywała możliwość importowania energii elektrycznej z unijnych państw sąsiedzkich oraz Mołdawii. Jeszcze we wrześniu 2025 r. kraj eksportował więcej energii elektrycznej, niż kupował za granicą, jednak po rosyjskich atakach z października proporcja ta uległa odwróceniu, a od 11 listopada eksport ustał.

Wraz ze zbliżaniem się sezonu zimowego i obniżaniem temperatur import prądu zaczął rosnąć – z 415 tys. MWh w listopadzie ub.r. do 1,26 mln MWh w lutym br. W niektórych dniach lutego był wręcz zbliżony do maksymalnej przepustowości połączeń transgranicznych. W cieplejszym już marcu zmniejszył się, ale nadal pozostawał na wysokim poziomie ok. 25 tys. MWh na dobę i był znacząco większy niż jesienią 2025 r. Dzięki temu sytuacja poprawiła się na tyle, że 5 marca Ukraina wznowiła eksport elektroenergii do Mołdawii, a 21 marca na Węgry i do Rumunii, choć są to ilości niewielkie.

W miesiącach zimowych najważniejszym dostawcą prądu na Ukrainę były Węgry (w lutym przypadło na nie blisko 50% ukraińskiego importu), a także Rumunia (19%), Słowacja (18%) i Polska (13%). W tym czasie import pokrywał ok. 20% całości ukraińskiej konsumpcji energii elektrycznej.

Władze w Budapeszcie i Bratysławie próbowały wykorzystać tak dużą zależność Ukrainy i groziły wstrzymaniem eksportu energii elektrycznej, domagając się wznowienia dostaw rosyjskiej ropy południową nitką rurociągu Drużba, wstrzymanych pod koniec stycznia po rosyjskim ostrzale stacji pompującej w Brodach. Mimo to żadne realne ograniczenia w sprzedaży ze strony obu krajów nie nastąpiły. Jedynie Słowacja wypowiedziała umowę o udzielaniu pomocy awaryjnej Ukrainie[5], lecz zdaniem koncernu państwowego Ukrenerho będzie to miało ograniczone znaczenie dla stabilności systemu elektroenergetycznego, gdyż takie przypadki miały miejsce rzadko i chodziło wówczas o niewielkie wolumeny.

Obecna przepustowość połączeń importowych prądu na Ukrainę wynosi 2,45 GW, jednak w ciągu następnych dwóch lat Ministerstwo Energetyki planuje zwiększyć ją o 1,5 GW dzięki budowie nowych interkonektorów z Rumunią, Polską i Słowacją. W perspektywie długoterminowej planowane jest rozszerzenie o 5 GW.

(...)

Ogółem import benzyny i oleju napędowego w 2025 r. wyniósł 8,2 mln ton i w porównaniu z poprzednim rokiem wzrósł o 8,3%. Pod względem geograficznym Ukraina ma bardzo zdywersyfikowanych dostawców paliw, jednak główną rolę odgrywają produkty z rafinerii Orlenu w Polsce i na Litwie, na które przypadło w 2025 r. 28,2% całości ukraińskiego importu. W kontekście rynku paliw warto podkreślić, że groźby ze strony Słowacji i Węgier o wstrzymaniu dostaw na Ukrainę nie mają większego praktycznego znaczenia, gdyż nawet jeśli doszłoby do ich spełnienia, chodziłoby o stosunkowo niewielkie wolumeny, które łatwo byłoby zastąpić dostawami z innych kierunków.

Import paliw znacząco wzrósł w okresie zimowym – w grudniu ub.r. i styczniu br. miesięczne dostawy wynosiły blisko 1 mln ton, a w lutym, choć zmniejszyły się do 756 tys. ton, to i tak były wyższe o blisko 50% w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku. Wydaje się, że główną przyczyną tak dużego skoku importu w ostatnim kwartale były wyłączenia energii elektrycznej, które powodowały zwiększoną konsumpcję paliw zużywanych w agregatach prądotwórczych.

Rozpoczęty 28 lutego amerykańsko-izraelski atak na Iran spowodował wzrost cen surowców energetycznych na rynkach światowych. Największe podwyżki dotyczyły oleju napędowego, za który na ukraińskich stacjach benzynowych trzeba było zapłacić 25 marca o 35% więcej niż na początku tegoż miesiąca. Zwyżka nie ominęła także benzyny (14,3%) oraz gazu LPG (18,9%), najbardziej skoczyła jednak cena importowanego gazu ziemnego, bo od 1 marca aż o 49% – z 28 tys. do 42 tys. hrywien za 1 tys. m3.

(...)

Najistotniejszym negatywnym dla Ukrainy skutkiem wojny w Iranie będzie prawdopodobny deficyt rakiet PAC-3 do systemów obrony powietrznej Patriot. Ich produkcja jest bardzo ograniczona, a w ciągu pierwszych dwóch tygodni konfliktu na Bliskim Wschodzie zużyto ich więcej, niż zakłady są w stanie wyprodukować w ciągu roku (620). Ponadto pierwszeństwo w dostawach najprawdopodobniej będą miały amerykańskie siły zbrojne, które będą chciały uzupełnić zapasy. Tymczasem PAC-3, których od 2022 r. Ukraina otrzymała ok. 650, są jedynymi środkami zdolnymi strącać rosyjskie pociski balistyczne. W przypadku pozostałych rakiet i bezzałogowców ukraińska armia nauczyła się je (nie zawsze skutecznie) zestrzeliwać rozmaitymi metodami: od mobilnych grup z karabinami maszynowymi, poprzez drony przechwytujące, po lotnictwo myśliwskie.

osw.waw.pl


"Ktoś musiał coś powiedzieć (nie wiem co) i to nie w USA tylko w Iranie, bo ropa zmniejszyła skalę zwyżki, dolar nieco stracił, a u nas WIG20 gwałtownie wzrósł. Tak to teraz będzie wyglądało - byle wypowiedź natychmiast znajdzie przełożenie na rynki" - spekuluje Piotr Kuczyński, analityk Xelion. Z kolei Marek Rogalski główny analityk rynkowy DM BOŚ w rozmowie z Next.gazeta.pl zauważa, że wcale nie musiało dojść do żadnej znaczącej deklaracji. Rynek po prostu mimo słów Trumpa stawia na wygaszanie wojny w Iranie. 

- Część inwestorów czeka na rozwiązanie sprawy Iranu. Mam wrażenie, że rynek nastawia się na pozytywny scenariusz - nie na impas, lecz na to, że coś się wydarzy. Chodzi o to, że sytuacja w temacie Iranu rozstrzygnie się raczej na korzyść rynków niż odwrotnie; że uda się znaleźć kompromis i deeskalować cały konflikt - tłumaczy nam. W nocy z wtorku na środę kończy się kolejne ultimatum, które Donald Trump postawił Irańczykom. I być może wtedy nastąpi jakieś pozytywne przesilenie, jak wydają się prognozować inwestorzy. 

Na taki scenariusz wskazuje też rynek walutowy. Polska waluta zyskuje ok. 0,10 proc. wobec dolara i utrzymuje się w pobliżu poziomu 3,70 zł. - Patrząc na ostatni szczyt z 30 marca, który wynosił 3,75, od początku kwietnia spadliśmy o 6 groszy. 

(...)

Według niego ostatnie słowa Donalda Trumpa o tym, że "cały kraj może być zniszczony w jedną noc" oraz groźby, że "jeśli Iran nie zawrze porozumienia, nie będzie miał elektrowni, mostów i powróci do epoki kamienia" nie wprawiają inwestorów w zdenerwowanie. - Generalnie inwestorzy czekają na to, co się wydarzy. Choć brzmi to może nieco dziwnie, wygląda to na próbę "dogadania się w stylu Trumpa". Patrząc na EUR/USD, widzę, że nie ma nadmiernej paniki. Dominuje wyczekiwanie - nawet na parze EUR/USD widać, że rynek gra raczej pod deeskalację niż eskalację konfliktu - zauważa. Kurs tej pary idzie delikatnie w górę - 0,13 proc. 

Mamy więc niby dużo hałasu, ale rynek nie zachowuje się już w trybie skrajnej paniki - komentuje Marek Rogalski. Sytuacja może się jednak diametralnie zmienić, jeśli okaże się, że Donald Trump nie blefował i rzeczywiście przeprowadzi masowe bombardowania w Iranie.

gazeta.pl


Bloomberg przyznaje, że wojna USA z Iranem przynosi odwrotny skutek, podważając system petrodolara, który daje imperium USA tak wielką władzę.

Reżimy Zatoki Perskiej eksportują znacznie mniej ropy i nie reinwestują petrodolarów w aktywa amerykańskie.

W międzyczasie wiele zagranicznych banków centralnych sprzedawało amerykańskie papiery wartościowe skarbowe (dług rządowy USA), aby zapobiec deprecjacji swoich walut, co doprowadziło do znacznego wzrostu rentowności amerykańskich obligacji, a nie do ich spadku, jak to miało miejsce w przeszłości, gdy inwestorzy uciekali się do „ucieczki w bezpieczne miejsce”. Amerykański sektor finansowy traci swój status „bezpiecznej przystani”.

Oznacza to, że oba kluczowe aspekty systemu petrodolara ulegają załamaniu: zmniejsza się eksport ropy w dolarach (Iran chce, aby ropa była handlowana w juanach chińskich) i zmniejsza się ilość petrodolarów reinwestowanych w amerykańskie aktywa finansowe.

x.com/BenjaminNorton


Obserwujemy jedną najgorszych form zagranicznej ingerencji; brukselscy biurokraci próbowali zniszczyć gospodarkę Węgier, bo nienawidzą premiera Viktora Orbana - powiedział we wtorek wiceprezydent USA J.D. Vance na wspólnej konferencji prasowej w Budapeszcie z szefem węgierskiego rządu.

Wiceprezydent USA przybył we wtorek do Budapesztu z dwudniową wizytą, by spotkać się przed wyborami z węgierskim premierem Viktorem Orbanem. Po zamkniętej dla prasy rozmowie politycy wzięli udział we wspólnej konferencji prasowej.

- Jesteśmy wdzięczni prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi i wiceprezydentowi Vance'owi za to, że stali ramię w ramię z Węgrami w ostatnich latach. USA są najsilniejszym państwem globu i jestem szczęśliwy, mogąc powiedzieć, że Stany Zjednoczone są naszym sojusznikiem i dlatego pokój oraz stabilność Węgier są zagwarantowane - powiedział Orban.

- Rozmawialiśmy też o tym, że Europa zmierza w kierunku jednego z najgorszych kryzysów energetycznych w historii. Dlatego tak ważna jest współpraca energetyczna Węgier z USA - powiedział Orban.

Zaznaczył, że omówił też problem "jawnego i poważnego" ingerowania przez zagraniczne służby w proces wyborczy na Węgrzech. Premier nie wyjaśnił, o służby jakiego kraju chodzi.

- Omówiliśmy także wysiłki USA w osiąganiu pokoju, co zawsze jako Węgry wspieraliśmy. Gdyby Europa nie blokowała starań USA, pokój na Ukrainie zostałby przywrócony już dawno temu - ocenił premier. - Jestem wdzięczny, że mieliśmy też okazję przedyskutować naglące problemy i wyzwania zachodniej cywilizacji. Nie jest tajemnicą, że stale konsultujemy się (z USA) w różnych kwestiach, głównie w czterech: migracji, ideologii gender, polityki rodzinnej i bezpieczeństwa międzynarodowego - oświadczył węgierski premier.

Amerykański wiceprezydent przyznał, że "chce pomóc premierowi Węgier w sezonie wyborczym jak tylko może". - Prezydent Trump i premier Orban dokonali razem wspaniałych rzeczy i jestem tu, by je uczcić - powiedział Vance, podkreślając przyjaźń obu przywódców i poparcie prezydenta USA dla szefa rządu w Budapeszcie przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi.

- Nie liczę na to, by obywatele Węgier słuchali wiceprezydenta USA, nie dlatego tu jestem. Chcę wysłać sygnał wszystkim, a szczególnie biurokratom w Brukseli, którzy robią, co mogą, by kontrolować naród węgierski, bo nie lubią ich lidera - zaznaczył amerykański wiceprezydent.

- To, co dzieję się przed wyborami na Węgrzech, jest jedną z najgorszych form zagranicznej ingerencji, jaką widziałem albo o jakiej czytałem. Brukselscy biurokraci próbowali zniszczyć gospodarkę Węgier, sprawić, by kraj był mniej niezależny energetycznie. Robią to wszystko, bo nienawidzą tego gościa - powiedział Vance, wskazując na stojącego obok Orbana.

- Zachęcam Węgrów, by zapytali siebie samych nie o to, kto jest pro- albo antyeuropejski, pro- czy antyamerykański, ale kto jest prowęgierski - zaznaczył. - Nie będę mówić Węgrom, na kogo głosować, i oczekuję, że brukselscy biurokraci także się od tego powstrzymają - dodał Vance.

Amerykański wiceprezydent ocenił też, że "przywództwo Orbana może być modelem dla całego kontynentu". - Myślę, że premier Orban jest najbardziej wpływowym przywódcą Europy w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego i niezależności. To śmieszne, gdy widzę europejskich liderów mówiących o kryzysie energetycznym, gdy powinni podążyć śladem polityki premiera Orbana i Węgier, przez co nie mieliby takich problemów, jak obecnie - podkreślił Vance.

- Jestem tu głównie z powodu moralnej współpracy naszych państw. To, co reprezentują Węgry i USA pod przywództwem Trumpa i Orbana, to ochrona zachodniej cywilizacji. Ochrona tego, by dzieci chodziły do szkół, by się uczyć, a nie być indoktrynowane. By chronić fundamenty chrześcijańskich wartości, wolności słowa, rządów prawa, szacunku dla mniejszości i ochrony bezbronnych - zadeklarował Vance.

Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się w najbliższą niedzielę, 12 kwietnia. Opozycyjna TISZA wyprzedza Fidesz premiera Orbana w większości niezależnych sondaży. W marcowym badaniu firmy Median uzyskała poparcie na poziomie 58 proc. wśród zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 35 proc. Badanie ośrodka 21 Research Center z 1 kwietnia wykazało, że TISZA cieszy się poparciem 56 proc. zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 37 proc.

(...)

PAP


Według relacji "New York Timesa", mającej stanowić fragment powstającej książki pary dziennikarzy gazety, kluczowa dla decyzji Trumpa była wizyta premiera Izraela Benjamina Netanjahu 11 lutego. Szef izraelskiego rządu, wraz m.in. z szefem Mossadu Davidem Barneą, miał przedstawić wówczas prezentację planu, zakładającego zniszczenie irańskiego programu rakietowego, obalenie reżimu ajatollahów i instalację świeckiego przywództwa. Wśród potencjalnych następców zaprezentowano m.in. Rezę Pahlawiego, syna ostatniego szacha. Plan zakładał również interwencję irańskich Kurdów.

Trump miał zareagować przychylnie, choć już następnego dnia, 12 lutego, amerykańskie służby wywiadowcze przedstawiły własną ocenę planu Netanjahu. Dyrektor CIA John Ratcliffe określił izraelskie scenariusze zmiany reżimu jako oderwane od rzeczywistości. Sekretarz stanu Marco Rubio potwierdził tę ocenę, określając plan jako "bullshit". Analitycy uznali jednak za osiągalne dwa pierwsze cele: wyeliminowanie najwyższego przywództwa Iranu oraz zniszczenie jego zdolności militarnych.

Trump odłożył na bok kwestię zmiany reżimu, stwierdzając, że to "ich problem" (choć nie określił, czy miał na myśli Irańczyków, czy Izrael) i skoncentrował się na celach uznanych przez wywiad za wykonalne.

Gen. Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, ostrzegał w kolejnych dniach, że kampania drastycznie uszczupli amerykańskie zapasy uzbrojenia, w tym rakiet przechwytujących, nadwyrężone już latami wsparcia dla Ukrainy i Izraela. Wskazywał też na ryzyko zablokowania przez Iran cieśniny Ormuz. Trump miał jednak uznać, że reżim w Teheranie będzie zbyt osłabiony i podda się, zanim zdoła zamknąć cieśninę.

Caine miał również sceptycznie odnosić się do izraelskiego planu, uważając go za nazbyt optymistyczny.

- Z mojego doświadczenia wynika, że to standardowa procedura operacyjna Izraelczyków. Obiecują na wyrost, a ich plany nie zawsze są dobrze opracowane. Wiedzą, że nas potrzebują i dlatego tak agresywnie nas namawiają - miał powiedzieć generał.

Mimo ostrzeżeń, Caine nie wydał żadnej rekomendacji, uważając, że nie jest to jego rolą. Według "NYT", ostatecznie poglądy Trumpa były jednak bardzo zbliżone do Netanjahu i od dekad uważał on Iran za groźnego wroga.

Jedynym członkiem gabinetu, który miał jednoznacznie wyrazić opinię przeciwko wojnie był wiceprezydent J.D. Vance.

Według "NYT", Vance ostrzegał przed chaosem regionalnym, ogromnymi kosztami i rozbiciem koalicji politycznej prezydenta. Vance nieobecny był na spotkaniu 11 lutego z powodu wizyty w Azerbejdżanie. Trumpa ostrzegać miał też zaprzyjaźniony z Vancem kontrowersyjny prawicowy publicysta Tucker Carlson.

Szefowa gabinetu Białego Domu Susie Wiles wyrażała prywatnie obawy przed wciągnięciem USA w kolejny bliskowschodni konflikt i jego wpływem na ceny paliw przed wyborami do Kongresu, lecz ostatecznie poparła operację. Szef Pentagonu Pete Hegseth był jej najgorętszym zwolennikiem w gabinecie, twierdząc, że USA i tak kiedyś musiałyby "zająć się" Iranem. Rubio był bardziej ambiwalentny - preferował kontynuację polityki maksymalnej presji, lecz nie próbował odwieść prezydenta od decyzji.

W ostatnich dniach lutego wywiad dostarczył informację, że najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, ma spotkać się z innymi wysokimi przedstawicielami reżimu na otwartym terenie, co stanowiło okazję do uderzenia. Jednocześnie zięć prezydenta Jared Kushner i wysłannik Steve Witkoff przekazali z Genewy, że negocjacje z Iranem nie rokują szybkiego przełomu. Irańczycy odrzucili m.in. propozycję darmowego paliwa jądrowego. Mieli ocenić, że jakieś porozumienie z Iranem mogłoby być możliwe, lecz wymagałoby dużego i długiego wysiłku ze względu na wybiegi stosowane przez Teheran.

Na ostatniej naradzie w Pokoju Sytuacyjnym 26 lutego Trump poprosił kolejno każdego z obecnych o stanowisko. Vance powiedział, że uważa operację za zły pomysł, ale poprze prezydenta. Wiles stwierdziła, że jeśli Trump uznaje to za konieczne dla bezpieczeństwa narodowego, powinien działać. Rubio zasugerował, że zniszczenie irańskiego programu rakietowego jest celem osiągalnym, ale zmiana reżimu już nie.

Z kręgu planowania wykluczeni zostali m.in. minister finansów Scott Bessent, minister energii Chris Wright oraz dyrektorka wywiadu narodowego Tulsi Gabbard.

PAP