wtorek, 7 kwietnia 2026



We wtorek Donald Trump napisał w mediach społecznościowych: "Dzisiaj w nocy zginie cała cywilizacja i nigdy już nie powróci. Nie chcę, żeby tak się stało, ale najprawdopodobniej tak będzie".

Wcześniej 5 kwietnia prezydent USA zagroził, że w ciągu 48 godzin zbombarduje irańską infrastrukturę energetyczną i mosty, jeśli Iran nie otworzy cieśniny.

"Wtorek będzie Dniem Elektrowni i Dniem Mostów w jednym. Czegoś takiego jeszcze nie było. Otwórzcie tę pier... cieśninę, wy szalone dranie, albo będziecie żyli w piekle. Zobaczycie. Chwała Allahowi" — napisał w niedzielę na platformie Truth Social Donald Trump.

— Pojawiła się frustracja, a w ślad za nią nerwowe, nieprzemyślane wpisy — mówi prof. Małgorzata Zachara-Szymańska.

— Teraz Trump, a przede wszystkim Pete Hegseth uciekają w wątki religijne, co jest skrajnie niebezpieczne. Gloryfikują przemoc amerykańskiego wojska w kategoriach niemal metafizycznych. Jeśli nada się tej wojnie rys religijny, to zamknie to przestrzeń do negocjacji. O wartościach się nie negocjuje — zauważa ekspertka.

(...)

W środę (1 kwietnia) Trump wezwał kraje borykające się z dostawami ropy do pomocy w odblokowaniu cieśniny. Czy może liczyć na pomoc sojuszników?

— To nie będzie tzw. koalicja chętnych ramię w ramię z USA i Izraelem. Są pewne polityczne granice, których przywódcy Francji czy Wielkiej Brytanii nie przekroczą. Możliwa jest współpraca logistyczna czy humanitarna, ale pod bardzo jasnymi warunkami. Nikt dobrowolnie nie przystępuje do przegranej wojny, a na razie Stany Zjednoczone tę wojnę przegrywają. To nie jest rok 1941, kiedy Churchill wzywał USA na ratunek staremu światu. Tutaj przybycie sojuszników nie zmieni obrazu sytuacji — wyjaśnia Małgorzata Zachara-Szymańska.

— W badaniach ogólnokrajowych Trump ma 36 proc. poparcia — to wynik drastycznie niski dla każdego poprzednika na tym etapie. W samym ruchu MAGA pojawia się rozbicie. Trump złożył obietnicę: "będziemy gospodarzyć na własnym podwórku, nie będzie żadnych wojen". I co wyborcy dostają w zamian? Wojnę z ryzykiem eskalacji i mniej dolarów w portfelach. Oni również nie dostają wystarczającej odpowiedzi na pytanie: dlaczego? — pyta analityczka i dodaje: — Pojawiają się głosy, choćby ze strony prawicowej influencerki Laury Loomer, że to wina "złych doradców", którzy wciągnęli prezydenta w tę ofensywę. To próba ratowania kultu Trumpa.

Czy to oznacza, że możemy spodziewać się zmiany nastawienia w samej Partii Republikańskiej?

— Na pewno nie przed wyborami. Trump zdominował struktury, obsadził stanowiska swoimi ludźmi. To relacje czysto transakcyjne — ci ludzie czerpią profity z realizacji jego agendy. Jednak amerykańska opinia publiczna ma coraz większe wątpliwości, które będą rosnąć wraz z drenażem portfeli. Przełożenie jest proste: blokada cieśniny Ormuz to pogrążający się w kryzysie świat, ale też biedniejsza Ameryka — mówi.

Ale też nie przewiduje, że pogrąży Donalda Trumpa: — Trump przypomina wańkę-wstańkę; zabawkę, która kolebie się na boki, lecz nigdy się nie przewraca. To fenomen współczesnej polityki. Wyczuwa medialny rytm jak nikt inny. /Do czasu... - red./

onet.pl


Pełne odejście od importu paliw z Rosji było procesem wieloletnim. Ważnym impulsem do jego przyspieszenia okazała się aneksja Krymu, po której udział Rosji w imporcie paliw stopniowo, ale wyraźnie, zaczął się obniżać. W 2015 r. spadł do 71,3 proc., w 2017 r. – do 61,9 proc., a w 2021 r. – do 55,2 proc.

Wybuch wojny spowodował gwałtowne zmiany w  preferowanych dostawcach paliw, co wpisało się w dalszy plan uniezależniania polskiej gospodarki od importu paliw z Rosji. Dużą rolę odegrał tu działający od 2016 r. terminal LNG (na skroplony gaz ziemny), zaawansowana budowa gazociągu Baltic Pipe (łączącego Norwegię, Danię i Polskę) oraz zawarte już wieloletnie umowy na dostawy gazu i ropy z innych kierunków.

Wkrótce po rozpoczęciu agresji na Ukrainę import paliw stał się polem bitwy. Już w kwietniu 2022 r. Rosja wstrzymała dostawy gazu do Polski, pod pretekstem braku zgody na płatność w rublach za import surowca. W tym samym miesiącu Polska wprowadziła zakaz importu rosyjskiego węgla. Parę miesięcy później (w sierpniu) embargiem objęto także import ropy naftowej dostarczanej drogą morską. Z kolei w lutym 2023 r. Rosja zaprzestała eksportu ropy do Polski rurociągiem Przyjaźń. Formalną przyczyną było nieopłacenie tranzytu północną nitką ropociągu. Prawdziwym powodem wstrzymania eksportu ropy do Polski były europejskie sankcje za agresję na Ukrainę. Równolegle, pod wpływem tych sankcji, zakaz importu objął produkty naftowe, a w końcu 2024 r. embargo zostało rozszerzone na skroplony gaz petrochemiczny, czyli LPG (ang. Liquefied Petroleum Gas). Ostatnie dostawy LPG do Polski, o wartości niespełna 1 mln zł, zostały zarejestrowane w statystyce handlu zagranicznego w marcu 2025 r.

W wyniku tych działań znaczenie Rosji w imporcie paliw skokowo się zmniejszało. W 2022 r. udział Rosji zmalał do 25,3 proc., w 2023 r. – aż do 3,4 proc., w 2024 r. rosyjskie paliwa stanowiły już tylko 1,6 proc. dostaw, a w I połowie 2025 r. osiągnęły symboliczne 0,0 proc. Tym samym Polska całkowicie uniezależniła się od paliw z Rosji (w tym artykule są one definiowane, jako towary kategorii 3 klasyfikacji BEC z wyłączeniem energii elektrycznej), zatem ograniczanie dostaw surowców energetycznych nie może już służyć wywieraniu presji na Polskę przez wschodniego sąsiada, jak miało to miejsce choćby w 2021 r., kiedy Rosja manipulowała dostawami gazu. Innym aspektem było de facto wsparcie Rosji na początku wojny z Ukrainą poprzez wysokie wydatki na import paliw. W całym 2021 r. wartość importowanych paliw z Rosji wyniosła 57,7 mld zł, a rok później niewiele mniej, bo 56,4 mld zł.

Dywersyfikacja importu paliw, jaka dokonała się w czasie wojny prowadzonej na Ukrainie, miała bardzo szeroki wpływ na polską gospodarkę, ponieważ Rosja dominowała w imporcie wszystkich wymienionych produktów. Także tworzona przez dziesięciolecia infrastruktura była ukierunkowana głównie na dostawy z Rosji. Gaz oraz większość importu ropy były dostarczane rurociągami. Z kolei węgiel, produkty naftowe oraz LPG docierały do Polski przede wszystkim koleją. Dywersyfikacja spowodowała też duże zmiany w sposobie dostaw paliw. Obecnie zdecydowana ich większość dociera do Polski drogą morską, co wiązało się z silnym wzrostem pracy ładunkowej polskich portów – zwłaszcza Naftoportu w Gdańsku. W I połowie 2025 r. do Naftoportu przypływało średnio ponad 40 tankowców w miesiącu, podczas gdy w 2022 r. było to 27 statków.

Trzeba także podkreślić, że zmiana struktury importu nastąpiła w okresie globalnego kryzysu energetycznego. Najpierw niedobory energii na świecie były wypadkową silnego globalnego ożywienia gospodarczego w 2021 r., po recesji związanej z pandemią COVID-19, a następnie zostały spotęgowane przez wojnę w Ukrainie. Mimo tych wszystkich okoliczności ciągłość dostaw paliw do Polski została utrzymana.

Obecna struktura importu paliw do Polski jest zdecydowanie bardziej zróżnicowana niż przed rozpoczęciem rosyjskiej agresji przeciwko Ukrainie. Biorąc pod uwagę wartość, najważniejszym dostawcą jest Arabia Saudyjska, na którą przypada 20 proc. importowanych paliw. Arabia Saudyjska jest głównym eksporterem ropy naftowej. Ważne miejsce w strukturze dostaw zajmują także Stany Zjednoczone (15 proc.) i Norwegia (14 proc.). USA są kluczowym dostawcą gazu ziemnego, a ponadto dostarczają do naszego kraju ropę naftową i jej produkty, LPG oraz węgiel. W I połowie 2025 r. paliwa stanowiły 23 proc. importu ogółem ze Stanów Zjednoczonych. Z kolei Norwegia jest strategicznym dostawcą ropy naftowej i gazu ziemnego. Ważną rolę odgrywają także dostawy paliw z Danii oraz Niemiec (po 10 proc. w całości importu paliw). Dania to ważny partner w imporcie gazu ziemnego, a Niemcy są największym dostawcą produktów naftowych.

W I połowie 2021 r. import ropy naftowej z Rosji osiągnął poziom 6,2 mln ton, co stanowiło 60 proc. całości dostaw tego surowca. Był to już okres, kiedy następowało stopniowe zmniejszanie się importu z Rosji. W tym czasie na znaczeniu zyskały dostawy z Arabii Saudyjskiej. Regularnie dostawy ropy z tego kraju pojawiały się w gdańskim Naftoporcie od 2018 r., a we wspomnianym okresie saudyjska ropa zajmowała już 18 proc. wszystkich dostaw. Relatywnie duże znaczenie miał wówczas także import tego surowca z Kazachstanu (9 proc.) oraz Nigerii (7 proc.). W pierwszym okresie dywersyfikacji importu ropy, to właśnie dostawy z Kazachstanu odgrywały istotną rolę. Parametry kazachskiej ropy były zbliżone do rosyjskiej i jej import (była dostarczana do Polski z rosyjskiego terminalu Ust-Ługa, znajdującego się blisko granicy z Estonią) był stosunkowo łatwy. Jednak po wybuchu wojny w Ukrainie import kazachskiej ropy gwałtownie się zmniejszył. Z kolei pierwsza historyczna dostawa wysokiej jakości ropy z Nigerii miała miejsce w sierpniu 2016 r. Jednak dopiero od 2019 r. ładunki z tego kraju zaczęły pojawiać się częściej. W I połowie 2021 r. odnotowano niewielkie dostawy ropy z Norwegii, Iraku oraz Wielkiej Brytanii.

Rosja pozostawała najważniejszym dostawcą ropy do Polski do października 2022 r. Przy czym w sierpniu tegoż roku zakończyły się dostawy drogą morską, a już w lutym 2023 r. został wstrzymany import rurociągiem Przyjaźń. Mimo zmiany kierunków importu, ciągłość dostaw ropy do polskich rafinerii została zachowana.

W okresie styczeń–czerwiec 2025 r. sprowadzono do Polski 12 mln ton ropy (wobec 10,3 mln ton w I połowie 2021 r.). Dostawy te zrealizowano z ośmiu krajów i z czterech kontynentów. Pozycję najważniejszego eksportera ropy do Polski przejęła Arabia Saudyjska, skąd sprowadzono 5,6 mln ton tego surowca, tj. 46 proc. wszystkich dostaw. W końcu 2024 r. udział Arabii Saudyjskiej osiągnął nawet 60 proc. Dostawy saudyjskiej ropy trafiają do Polski za pośrednictwem rurociągu Sumed (który łączy Zatokę Sueską z Morzem Śródziemnym) i terminalu naftowego Sidi Kerir w Egipcie, skąd trafiają do gdańskiego Naftoportu. Dostawy gwarantuje wieloletnia umowa z Saudi Aramco. Drugim kluczowym dostawcą jest obecnie Norwegia. W I połowie 2025 r. z norweskich pól naftowych na Morzu Północnym pochodziło 29 proc. importowanej ropy. Dostawy z pozostałych krajów miały charakter doraźny. Trzecim dostawcą ropy do Polski była Gujana, skąd sprowadzono 700 tys. ton ropy (6,2 proc.). Pierwsza dostawa z tego niewielkiego kraju Ameryki Południowej pojawiła się w Naftoporcie w październiku 2022 r. i od tego czasu tankowce z gujańską ropą pojawiają się coraz częściej. W 2023 r. odebrano dwie dostawy z tego kraju, w 2024 r. – pięć, a od stycznia do czerwca 2025 r. – sześć. Wzrost importu ropy z Gujany jest związany z dużym wzrostem produkcji w tym kraju, który odgrywa coraz większą rolę na rynku ropy naftowej. Nieco mniejsze dostawy przybyły z Wielkiej Brytanii, Nigerii i Stanów Zjednoczonych. Pojedyncze dostawy zrealizowano z Algierii oraz Brazylii. Import z Algierii został wznowiony po piętnastu latach. W czerwcu 2025 r. odebrano pierwszy ładunek brazylijskiej ropy.

W krajach Unii najważniejszym dostawcą ropy po rosyjskiej agresji na Ukrainę stały się Stany Zjednoczone. Dla wielu krajów istotne znaczenie ma także surowiec z Kazachstanu. Z kolei Polska jest największym w UE i piątym na świecie importerem ropy saudyjskiej. Na Polskę przypadało 4,6 proc. eksportu saudyjskiej ropy.

Dominacja Rosji w imporcie gazu ziemnego była jeszcze większa niż w przypadku ropy naftowej. Według danych PGNiG w 2016 r. z kierunku wschodniego, jak określano bezpośredni import z Rosji, pochodziło 89 proc. dostaw tego surowca. We wspomnianym roku rozpoczął jednak działalność terminal LNG w Świnoujściu, za pośrednictwem którego do Polski trafił blisko 1 mld m3 gazu. Tak więc i w tym segmencie rynku paliwowego były już prowadzone działania na rzecz dywersyfikacji dostaw. Dywersyfikacja dostaw gazu była kluczowym elementem polskiej polityki energetycznej, który miał na celu zwiększenie bezpieczeństwa energetycznego państwa i uniezależnienie się od Rosji, jednego dominującego dostawcy. Całkiem niedawna historia pokazała, że Rosja wykorzystywała dostawy gazu jako narzędzie do wywierania nacisków politycznych. Polityka ta opierała się przede wszystkim na dwóch projektach – terminalu LNG w Świnoujściu oraz gazociągu Baltic Pipe.

W I połowie 2021 r. do Polski sprowadzono 8,3 mld m3 gazu, z czego 58 proc. pochodziło z kierunku wschodniego. Z kolei import LNG w tym czasie osiągnął poziom 2,0 mld m3, co stanowiło 25 proc. importu tego paliwa. Gazoport w Świnoujściu odebrał wówczas 18 ładunków skroplonego gazu, w tym dziesięć z Kataru i osiem ze Stanów Zjednoczonych. Pozostałą część stanowił import z kierunku zachodniego i południowego. W tym czasie zaawansowana była już budowa gazociągu Baltic Pipe.

W końcu kwietnia 2022 r. Gazprom zaprzestał dostaw gazu do Polski. Początkowo ich utrzymanie było możliwe dzięki zwiększeniu przesyłu z Niemiec tzw. rewersem gazociągu jamalskiego (jego nitką w odwrotnym kierunku). Jednocześnie realizowano zamówienia na LNG na rynku spotowym, aby zwiększyć dostawy gazu skroplonego ponad wielkości wynikające z umów długoterminowych. Sytuacja w imporcie gazu ustabilizowała się po uruchomieniu gazociągu bałtyckiego pod koniec 2022 r.

Zanim jeszcze rozpoczęły się dostawy gazociągiem Baltic Pipe, dostarczającym gaz ziemny z Danii i Norwegii, zostały uruchomione połączenia infrastrukturalne między Polską i Litwą oraz Słowacją. Interkonektor na granicy z Litwą umożliwia od maja 2022 r. przesył gazu z terminalu LNG w Kłajpedzie. Orlen może do 2032 r. importować stamtąd ponad 500 mln m3 gazu ziemnego rocznie. Po regazyfikacji (zamianie skroplonego gazu ziemnego LNG do postaci lotnej) gaz jest przesyłany rurociągiem do Polski. Od maja 2022 r. do czerwca 2025 r. w ten sposób sprowadzono z Litwy 950 mln m3 gazu. Z kolei analogiczne połączenie z siecią słowacką, uruchomione w październiku 2022 r., pozwala na dostęp do źródeł gazu zlokalizowanych w krajach Europy Południowej, Afryki Północnej oraz Kaukazu.

Według danych Eurostatu w I półroczu 2025 r. do Polski sprowadzono 8,0 mld m3 gazu. Gazociąg Baltic Pipe odpowiadał w tym okresie za import 3,6 mld m3 gazu z Danii i Norwegii. Głównym źródłem zaopatrzenia Polski w gaz był terminal LNG, który przyjął w tym czasie 40 dostaw o łącznej wielkości 4,1 mld m3 (na co złożyły się 33 dostawy z USA i siedem z Kataru). Silny wzrost dostaw gazu skroplonego był możliwy w wyniku rozbudowy gazoportu, zakończonej w grudniu 2024 r. Dzięki budowie trzeciego, większego, zbiornika oraz drugiego stanowiska do cumowania moce regazyfikacyjne terminalu wzrosły z 6,2 do 8,3 mld m3 rocznie. W efekcie od początku 2025 r. możliwy jest już odbiór ośmiu dostaw w miesiącu. Strategiczna rola terminalu LNG w Świnoujściu w dywersyfikacji dostaw paliw i zwiększeniu bezpieczeństwa energetycznego Polski jest więc nie do przecenienia.

Import LNG jest zdominowany przez dostawy z USA i Kataru. Od czasu rozpoczęcia wojny w Ukrainie do połowy 2025 r. trzykrotnie odebrano dostawy z Norwegii oraz Trynidadu i Tobago, dwie z Nigerii i Egiptu oraz jedną z Gwinei Równikowej. Część dostaw gazu pochodząca z USA, po regazyfikacji, poprzez polski system przesyłowy trafia do Ukrainy – w I połowie 2025 r. było to 525 mln m3.

(...)

Z dostaw rosyjskiej ropy nadal korzystają Słowacja i Węgry, natomiast w Czechach jej import zakończył się w kwietniu 2025 r. Komisja Europejska planuje wprowadzić cła, które byłyby dla Słowacji i Węgier jasnym sygnałem do znalezienia alternatywnych źródeł dostaw.

W I połowie 2025 r. Słowacja sprowadziła 2,7 mln ton rosyjskiej ropy, a Węgry blisko 2,6 mln ton. W obu przypadkach Rosja była dominującym dostawcą tego surowca. Jej udział w imporcie Słowacji wyniósł 92 proc. (wobec 97 proc. w I połowie 2021 r.), a w imporcie Węgier – 93 proc. (wobec 54 proc.). Tak więc na Węgrzech po rosyjskiej agresji na Ukrainę nastąpił wyraźny wzrost znaczenia dostaw z Rosji.

obserwatorfinansowy.pl


Ostatnia zima była dla Ukrainy najtrudniejszą od wybuchu wojny. Szczególnie dla niektórych dużych miast, w tym Kijowa, gdzie mieszkańcy borykali się nie tylko z długotrwałymi przerwami w dostawach prądu, lecz w części dzielnic także ogrzewania. Rosji po raz kolejny nie udało się doprowadzić do paraliżu ukraińskiego systemu elektroenergetycznego, niemniej został on bardzo poważnie osłabiony. W pozostałych gałęziach energetyki sytuacja wydaje się lepsza. Ukraina zakończyła sezon grzewczy z zapasami gazu większymi niż w poprzednich latach po wybuchu wojny. Dzięki dobrze zdywersyfikowanym pod względem geograficznym źródłom zaopatrzenia w benzynę i olej napędowy rosyjskie ataki nie były w stanie zakłócić dostaw.

Znacząca skala zniszczeń systemu elektrociepłowniczego sprawia, że Ukraina staje do wyścigu z czasem, aby przed zimą 2026/2027 wyremontować bądź odbudować utracone moce. Szereg dodatkowych wyzwań rodzi też wojna w Iranie, zwłaszcza jeśli będzie się przedłużać. Gwałtowny wzrost cen oleju napędowego i gazu ziemnego napędzi inflację oraz przyczyni się do podniesienia wydatków na obronność. Utrudni również zakup wystarczającej ilości błękitnego surowca do wpompowania w podziemne magazyny. Największym problemem może się jednak okazać deficyt pocisków do systemów obrony powietrznej Patriot, które są jedynym środkiem zdolnym strącać rosyjskie rakiety balistyczne.

(...)

W sezonie grzewczym 2025/2026 Rosjanom po raz pierwszy na większą skalę udało się zdezorganizować system dostaw ciepła w niektórych dużych miastach, takich jak Odessa czy Charków. Wcześniej takie przypadki miały miejsce, ale dotyczyły miejscowości przyfrontowych. Szczególnie ucierpiała stolica, gdzie kilkukrotnie doszło do wielodniowych przerw w dostawach dla ok. 6 tys. budynków wielomieszkaniowych z ok. 11 tys. tego typu obiektów w mieście (czyli szacunkowo dla ok. 2 mln mieszkańców).

Na początku lutego całkowitemu zniszczeniu uległa Elektrociepłownia Darnicka, wskutek czego ok. 1100 budynków wielomieszkaniowych zostało trwale pozbawionych ciepła. Poważnie uszkodzono również dwie pozostałe duże elektrociepłownie w Kijowie – TEC nr 5 i TEC nr 6. Wymusiło to wstrzymanie dostaw ciepłej wody i ograniczenie ogrzewania, skutkujące spadkiem temperatury w wielu lokalach do 12 stopni. Ponadto przerwy w dostawach ciepła powodowały konieczność spuszczania wody z na ogół starych systemów grzewczych budynków. Prowadziło to do sporych utrudnień technicznych – przy ponownym napełnianiu ich gorącą wodą nierzadko zdarzały się przypadki pękania rur i zalewania całych pionów.

Coraz większą bolączką były powtarzające się awarie sieci, czemu sprzyjała też – poza rosyjskimi atakami – wyjątkowo mroźna zima. Awarie obejmowały znaczną część kraju, np. 31 stycznia br. doszło do kaskadowych wyłączeń w siedmiu obwodach, a także w Mołdawii. Regularnie występowały awarie o charakterze lokalnym – na poziomie miasta, dzielnic czy poszczególnych budynków – przy czym dochodziło do nich również po ustąpieniu mrozów. Przykładem mogą być wyłączenia w części Kijowa 22 marca br. Dla systemu elektroenergetycznego nieustanne przerwy w dostawach prądu są bardzo obciążające – powtarzające się włączenia/wyłączenia przyczyniają się do o wiele szybszego zużywania się urządzeń. Można zakładać, że w przyszłości problem ten będzie się tylko nasilał.

Ogółem w trakcie sezonu grzewczego miało dojść do uszkodzenia lub zniszczenia bloków energetycznych o łącznej mocy 9 GW, czyli ponad połowy tej dostępnej przed zimą. W zasadzie każda elektrownia (z wyjątkiem atomowych) została w mniejszym bądź większym stopniu dotknięta atakami. Według ministra energetyki Denysa Szmyhala przed kolejną zimą planowana jest odbudowa lub remont 4 GW generacji oraz budowa 1,5 GW nowych mocy w obiektach zdecentralizowanej produkcji – wiele małych (o mocy od kilku do kilkudziesięciu MW) źródeł energii rozsianych po całym kraju.

(...)

Jesienią, a w szczególności zimą ważną rolę dla Ukrainy odgrywała możliwość importowania energii elektrycznej z unijnych państw sąsiedzkich oraz Mołdawii. Jeszcze we wrześniu 2025 r. kraj eksportował więcej energii elektrycznej, niż kupował za granicą, jednak po rosyjskich atakach z października proporcja ta uległa odwróceniu, a od 11 listopada eksport ustał.

Wraz ze zbliżaniem się sezonu zimowego i obniżaniem temperatur import prądu zaczął rosnąć – z 415 tys. MWh w listopadzie ub.r. do 1,26 mln MWh w lutym br. W niektórych dniach lutego był wręcz zbliżony do maksymalnej przepustowości połączeń transgranicznych. W cieplejszym już marcu zmniejszył się, ale nadal pozostawał na wysokim poziomie ok. 25 tys. MWh na dobę i był znacząco większy niż jesienią 2025 r. Dzięki temu sytuacja poprawiła się na tyle, że 5 marca Ukraina wznowiła eksport elektroenergii do Mołdawii, a 21 marca na Węgry i do Rumunii, choć są to ilości niewielkie.

W miesiącach zimowych najważniejszym dostawcą prądu na Ukrainę były Węgry (w lutym przypadło na nie blisko 50% ukraińskiego importu), a także Rumunia (19%), Słowacja (18%) i Polska (13%). W tym czasie import pokrywał ok. 20% całości ukraińskiej konsumpcji energii elektrycznej.

Władze w Budapeszcie i Bratysławie próbowały wykorzystać tak dużą zależność Ukrainy i groziły wstrzymaniem eksportu energii elektrycznej, domagając się wznowienia dostaw rosyjskiej ropy południową nitką rurociągu Drużba, wstrzymanych pod koniec stycznia po rosyjskim ostrzale stacji pompującej w Brodach. Mimo to żadne realne ograniczenia w sprzedaży ze strony obu krajów nie nastąpiły. Jedynie Słowacja wypowiedziała umowę o udzielaniu pomocy awaryjnej Ukrainie[5], lecz zdaniem koncernu państwowego Ukrenerho będzie to miało ograniczone znaczenie dla stabilności systemu elektroenergetycznego, gdyż takie przypadki miały miejsce rzadko i chodziło wówczas o niewielkie wolumeny.

Obecna przepustowość połączeń importowych prądu na Ukrainę wynosi 2,45 GW, jednak w ciągu następnych dwóch lat Ministerstwo Energetyki planuje zwiększyć ją o 1,5 GW dzięki budowie nowych interkonektorów z Rumunią, Polską i Słowacją. W perspektywie długoterminowej planowane jest rozszerzenie o 5 GW.

(...)

Ogółem import benzyny i oleju napędowego w 2025 r. wyniósł 8,2 mln ton i w porównaniu z poprzednim rokiem wzrósł o 8,3%. Pod względem geograficznym Ukraina ma bardzo zdywersyfikowanych dostawców paliw, jednak główną rolę odgrywają produkty z rafinerii Orlenu w Polsce i na Litwie, na które przypadło w 2025 r. 28,2% całości ukraińskiego importu. W kontekście rynku paliw warto podkreślić, że groźby ze strony Słowacji i Węgier o wstrzymaniu dostaw na Ukrainę nie mają większego praktycznego znaczenia, gdyż nawet jeśli doszłoby do ich spełnienia, chodziłoby o stosunkowo niewielkie wolumeny, które łatwo byłoby zastąpić dostawami z innych kierunków.

Import paliw znacząco wzrósł w okresie zimowym – w grudniu ub.r. i styczniu br. miesięczne dostawy wynosiły blisko 1 mln ton, a w lutym, choć zmniejszyły się do 756 tys. ton, to i tak były wyższe o blisko 50% w porównaniu z analogicznym miesiącem poprzedniego roku. Wydaje się, że główną przyczyną tak dużego skoku importu w ostatnim kwartale były wyłączenia energii elektrycznej, które powodowały zwiększoną konsumpcję paliw zużywanych w agregatach prądotwórczych.

Rozpoczęty 28 lutego amerykańsko-izraelski atak na Iran spowodował wzrost cen surowców energetycznych na rynkach światowych. Największe podwyżki dotyczyły oleju napędowego, za który na ukraińskich stacjach benzynowych trzeba było zapłacić 25 marca o 35% więcej niż na początku tegoż miesiąca. Zwyżka nie ominęła także benzyny (14,3%) oraz gazu LPG (18,9%), najbardziej skoczyła jednak cena importowanego gazu ziemnego, bo od 1 marca aż o 49% – z 28 tys. do 42 tys. hrywien za 1 tys. m3.

(...)

Najistotniejszym negatywnym dla Ukrainy skutkiem wojny w Iranie będzie prawdopodobny deficyt rakiet PAC-3 do systemów obrony powietrznej Patriot. Ich produkcja jest bardzo ograniczona, a w ciągu pierwszych dwóch tygodni konfliktu na Bliskim Wschodzie zużyto ich więcej, niż zakłady są w stanie wyprodukować w ciągu roku (620). Ponadto pierwszeństwo w dostawach najprawdopodobniej będą miały amerykańskie siły zbrojne, które będą chciały uzupełnić zapasy. Tymczasem PAC-3, których od 2022 r. Ukraina otrzymała ok. 650, są jedynymi środkami zdolnymi strącać rosyjskie pociski balistyczne. W przypadku pozostałych rakiet i bezzałogowców ukraińska armia nauczyła się je (nie zawsze skutecznie) zestrzeliwać rozmaitymi metodami: od mobilnych grup z karabinami maszynowymi, poprzez drony przechwytujące, po lotnictwo myśliwskie.

osw.waw.pl


"Ktoś musiał coś powiedzieć (nie wiem co) i to nie w USA tylko w Iranie, bo ropa zmniejszyła skalę zwyżki, dolar nieco stracił, a u nas WIG20 gwałtownie wzrósł. Tak to teraz będzie wyglądało - byle wypowiedź natychmiast znajdzie przełożenie na rynki" - spekuluje Piotr Kuczyński, analityk Xelion. Z kolei Marek Rogalski główny analityk rynkowy DM BOŚ w rozmowie z Next.gazeta.pl zauważa, że wcale nie musiało dojść do żadnej znaczącej deklaracji. Rynek po prostu mimo słów Trumpa stawia na wygaszanie wojny w Iranie. 

- Część inwestorów czeka na rozwiązanie sprawy Iranu. Mam wrażenie, że rynek nastawia się na pozytywny scenariusz - nie na impas, lecz na to, że coś się wydarzy. Chodzi o to, że sytuacja w temacie Iranu rozstrzygnie się raczej na korzyść rynków niż odwrotnie; że uda się znaleźć kompromis i deeskalować cały konflikt - tłumaczy nam. W nocy z wtorku na środę kończy się kolejne ultimatum, które Donald Trump postawił Irańczykom. I być może wtedy nastąpi jakieś pozytywne przesilenie, jak wydają się prognozować inwestorzy. 

Na taki scenariusz wskazuje też rynek walutowy. Polska waluta zyskuje ok. 0,10 proc. wobec dolara i utrzymuje się w pobliżu poziomu 3,70 zł. - Patrząc na ostatni szczyt z 30 marca, który wynosił 3,75, od początku kwietnia spadliśmy o 6 groszy. 

(...)

Według niego ostatnie słowa Donalda Trumpa o tym, że "cały kraj może być zniszczony w jedną noc" oraz groźby, że "jeśli Iran nie zawrze porozumienia, nie będzie miał elektrowni, mostów i powróci do epoki kamienia" nie wprawiają inwestorów w zdenerwowanie. - Generalnie inwestorzy czekają na to, co się wydarzy. Choć brzmi to może nieco dziwnie, wygląda to na próbę "dogadania się w stylu Trumpa". Patrząc na EUR/USD, widzę, że nie ma nadmiernej paniki. Dominuje wyczekiwanie - nawet na parze EUR/USD widać, że rynek gra raczej pod deeskalację niż eskalację konfliktu - zauważa. Kurs tej pary idzie delikatnie w górę - 0,13 proc. 

Mamy więc niby dużo hałasu, ale rynek nie zachowuje się już w trybie skrajnej paniki - komentuje Marek Rogalski. Sytuacja może się jednak diametralnie zmienić, jeśli okaże się, że Donald Trump nie blefował i rzeczywiście przeprowadzi masowe bombardowania w Iranie.

gazeta.pl


Bloomberg przyznaje, że wojna USA z Iranem przynosi odwrotny skutek, podważając system petrodolara, który daje imperium USA tak wielką władzę.

Reżimy Zatoki Perskiej eksportują znacznie mniej ropy i nie reinwestują petrodolarów w aktywa amerykańskie.

W międzyczasie wiele zagranicznych banków centralnych sprzedawało amerykańskie papiery wartościowe skarbowe (dług rządowy USA), aby zapobiec deprecjacji swoich walut, co doprowadziło do znacznego wzrostu rentowności amerykańskich obligacji, a nie do ich spadku, jak to miało miejsce w przeszłości, gdy inwestorzy uciekali się do „ucieczki w bezpieczne miejsce”. Amerykański sektor finansowy traci swój status „bezpiecznej przystani”.

Oznacza to, że oba kluczowe aspekty systemu petrodolara ulegają załamaniu: zmniejsza się eksport ropy w dolarach (Iran chce, aby ropa była handlowana w juanach chińskich) i zmniejsza się ilość petrodolarów reinwestowanych w amerykańskie aktywa finansowe.

x.com/BenjaminNorton


Obserwujemy jedną najgorszych form zagranicznej ingerencji; brukselscy biurokraci próbowali zniszczyć gospodarkę Węgier, bo nienawidzą premiera Viktora Orbana - powiedział we wtorek wiceprezydent USA J.D. Vance na wspólnej konferencji prasowej w Budapeszcie z szefem węgierskiego rządu.

Wiceprezydent USA przybył we wtorek do Budapesztu z dwudniową wizytą, by spotkać się przed wyborami z węgierskim premierem Viktorem Orbanem. Po zamkniętej dla prasy rozmowie politycy wzięli udział we wspólnej konferencji prasowej.

- Jesteśmy wdzięczni prezydentowi USA Donaldowi Trumpowi i wiceprezydentowi Vance'owi za to, że stali ramię w ramię z Węgrami w ostatnich latach. USA są najsilniejszym państwem globu i jestem szczęśliwy, mogąc powiedzieć, że Stany Zjednoczone są naszym sojusznikiem i dlatego pokój oraz stabilność Węgier są zagwarantowane - powiedział Orban.

- Rozmawialiśmy też o tym, że Europa zmierza w kierunku jednego z najgorszych kryzysów energetycznych w historii. Dlatego tak ważna jest współpraca energetyczna Węgier z USA - powiedział Orban.

Zaznaczył, że omówił też problem "jawnego i poważnego" ingerowania przez zagraniczne służby w proces wyborczy na Węgrzech. Premier nie wyjaśnił, o służby jakiego kraju chodzi.

- Omówiliśmy także wysiłki USA w osiąganiu pokoju, co zawsze jako Węgry wspieraliśmy. Gdyby Europa nie blokowała starań USA, pokój na Ukrainie zostałby przywrócony już dawno temu - ocenił premier. - Jestem wdzięczny, że mieliśmy też okazję przedyskutować naglące problemy i wyzwania zachodniej cywilizacji. Nie jest tajemnicą, że stale konsultujemy się (z USA) w różnych kwestiach, głównie w czterech: migracji, ideologii gender, polityki rodzinnej i bezpieczeństwa międzynarodowego - oświadczył węgierski premier.

Amerykański wiceprezydent przyznał, że "chce pomóc premierowi Węgier w sezonie wyborczym jak tylko może". - Prezydent Trump i premier Orban dokonali razem wspaniałych rzeczy i jestem tu, by je uczcić - powiedział Vance, podkreślając przyjaźń obu przywódców i poparcie prezydenta USA dla szefa rządu w Budapeszcie przed nadchodzącymi wyborami parlamentarnymi.

- Nie liczę na to, by obywatele Węgier słuchali wiceprezydenta USA, nie dlatego tu jestem. Chcę wysłać sygnał wszystkim, a szczególnie biurokratom w Brukseli, którzy robią, co mogą, by kontrolować naród węgierski, bo nie lubią ich lidera - zaznaczył amerykański wiceprezydent.

- To, co dzieję się przed wyborami na Węgrzech, jest jedną z najgorszych form zagranicznej ingerencji, jaką widziałem albo o jakiej czytałem. Brukselscy biurokraci próbowali zniszczyć gospodarkę Węgier, sprawić, by kraj był mniej niezależny energetycznie. Robią to wszystko, bo nienawidzą tego gościa - powiedział Vance, wskazując na stojącego obok Orbana.

- Zachęcam Węgrów, by zapytali siebie samych nie o to, kto jest pro- albo antyeuropejski, pro- czy antyamerykański, ale kto jest prowęgierski - zaznaczył. - Nie będę mówić Węgrom, na kogo głosować, i oczekuję, że brukselscy biurokraci także się od tego powstrzymają - dodał Vance.

Amerykański wiceprezydent ocenił też, że "przywództwo Orbana może być modelem dla całego kontynentu". - Myślę, że premier Orban jest najbardziej wpływowym przywódcą Europy w kwestiach bezpieczeństwa energetycznego i niezależności. To śmieszne, gdy widzę europejskich liderów mówiących o kryzysie energetycznym, gdy powinni podążyć śladem polityki premiera Orbana i Węgier, przez co nie mieliby takich problemów, jak obecnie - podkreślił Vance.

- Jestem tu głównie z powodu moralnej współpracy naszych państw. To, co reprezentują Węgry i USA pod przywództwem Trumpa i Orbana, to ochrona zachodniej cywilizacji. Ochrona tego, by dzieci chodziły do szkół, by się uczyć, a nie być indoktrynowane. By chronić fundamenty chrześcijańskich wartości, wolności słowa, rządów prawa, szacunku dla mniejszości i ochrony bezbronnych - zadeklarował Vance.

Wybory parlamentarne na Węgrzech odbędą się w najbliższą niedzielę, 12 kwietnia. Opozycyjna TISZA wyprzedza Fidesz premiera Orbana w większości niezależnych sondaży. W marcowym badaniu firmy Median uzyskała poparcie na poziomie 58 proc. wśród zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 35 proc. Badanie ośrodka 21 Research Center z 1 kwietnia wykazało, że TISZA cieszy się poparciem 56 proc. zdecydowanych wyborców, a Fidesz - 37 proc.

(...)

PAP


Według relacji "New York Timesa", mającej stanowić fragment powstającej książki pary dziennikarzy gazety, kluczowa dla decyzji Trumpa była wizyta premiera Izraela Benjamina Netanjahu 11 lutego. Szef izraelskiego rządu, wraz m.in. z szefem Mossadu Davidem Barneą, miał przedstawić wówczas prezentację planu, zakładającego zniszczenie irańskiego programu rakietowego, obalenie reżimu ajatollahów i instalację świeckiego przywództwa. Wśród potencjalnych następców zaprezentowano m.in. Rezę Pahlawiego, syna ostatniego szacha. Plan zakładał również interwencję irańskich Kurdów.

Trump miał zareagować przychylnie, choć już następnego dnia, 12 lutego, amerykańskie służby wywiadowcze przedstawiły własną ocenę planu Netanjahu. Dyrektor CIA John Ratcliffe określił izraelskie scenariusze zmiany reżimu jako oderwane od rzeczywistości. Sekretarz stanu Marco Rubio potwierdził tę ocenę, określając plan jako "bullshit". Analitycy uznali jednak za osiągalne dwa pierwsze cele: wyeliminowanie najwyższego przywództwa Iranu oraz zniszczenie jego zdolności militarnych.

Trump odłożył na bok kwestię zmiany reżimu, stwierdzając, że to "ich problem" (choć nie określił, czy miał na myśli Irańczyków, czy Izrael) i skoncentrował się na celach uznanych przez wywiad za wykonalne.

Gen. Dan Caine, przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów, ostrzegał w kolejnych dniach, że kampania drastycznie uszczupli amerykańskie zapasy uzbrojenia, w tym rakiet przechwytujących, nadwyrężone już latami wsparcia dla Ukrainy i Izraela. Wskazywał też na ryzyko zablokowania przez Iran cieśniny Ormuz. Trump miał jednak uznać, że reżim w Teheranie będzie zbyt osłabiony i podda się, zanim zdoła zamknąć cieśninę.

Caine miał również sceptycznie odnosić się do izraelskiego planu, uważając go za nazbyt optymistyczny.

- Z mojego doświadczenia wynika, że to standardowa procedura operacyjna Izraelczyków. Obiecują na wyrost, a ich plany nie zawsze są dobrze opracowane. Wiedzą, że nas potrzebują i dlatego tak agresywnie nas namawiają - miał powiedzieć generał.

Mimo ostrzeżeń, Caine nie wydał żadnej rekomendacji, uważając, że nie jest to jego rolą. Według "NYT", ostatecznie poglądy Trumpa były jednak bardzo zbliżone do Netanjahu i od dekad uważał on Iran za groźnego wroga.

Jedynym członkiem gabinetu, który miał jednoznacznie wyrazić opinię przeciwko wojnie był wiceprezydent J.D. Vance.

Według "NYT", Vance ostrzegał przed chaosem regionalnym, ogromnymi kosztami i rozbiciem koalicji politycznej prezydenta. Vance nieobecny był na spotkaniu 11 lutego z powodu wizyty w Azerbejdżanie. Trumpa ostrzegać miał też zaprzyjaźniony z Vancem kontrowersyjny prawicowy publicysta Tucker Carlson.

Szefowa gabinetu Białego Domu Susie Wiles wyrażała prywatnie obawy przed wciągnięciem USA w kolejny bliskowschodni konflikt i jego wpływem na ceny paliw przed wyborami do Kongresu, lecz ostatecznie poparła operację. Szef Pentagonu Pete Hegseth był jej najgorętszym zwolennikiem w gabinecie, twierdząc, że USA i tak kiedyś musiałyby "zająć się" Iranem. Rubio był bardziej ambiwalentny - preferował kontynuację polityki maksymalnej presji, lecz nie próbował odwieść prezydenta od decyzji.

W ostatnich dniach lutego wywiad dostarczył informację, że najwyższy przywódca Iranu, ajatollah Ali Chamenei, ma spotkać się z innymi wysokimi przedstawicielami reżimu na otwartym terenie, co stanowiło okazję do uderzenia. Jednocześnie zięć prezydenta Jared Kushner i wysłannik Steve Witkoff przekazali z Genewy, że negocjacje z Iranem nie rokują szybkiego przełomu. Irańczycy odrzucili m.in. propozycję darmowego paliwa jądrowego. Mieli ocenić, że jakieś porozumienie z Iranem mogłoby być możliwe, lecz wymagałoby dużego i długiego wysiłku ze względu na wybiegi stosowane przez Teheran.

Na ostatniej naradzie w Pokoju Sytuacyjnym 26 lutego Trump poprosił kolejno każdego z obecnych o stanowisko. Vance powiedział, że uważa operację za zły pomysł, ale poprze prezydenta. Wiles stwierdziła, że jeśli Trump uznaje to za konieczne dla bezpieczeństwa narodowego, powinien działać. Rubio zasugerował, że zniszczenie irańskiego programu rakietowego jest celem osiągalnym, ale zmiana reżimu już nie.

Z kręgu planowania wykluczeni zostali m.in. minister finansów Scott Bessent, minister energii Chris Wright oraz dyrektorka wywiadu narodowego Tulsi Gabbard.

PAP