niedziela, 13 sierpnia 2023


Jakub Wiech: Skąd się wziął skok poparcia dla AfD?

Patrycja Tepper, analityczka Instytutu Zachodniego: To nie jest aż taki skok, jak by się mogło wydawać; poparcie faktycznie wzrosło, ale nie skokowo. Przekroczono natomiast granicę psychologiczną - dlatego pojawiło się poruszenie w opinii publicznej w Niemczech, ale też w Polsce. A co do powodów: były rzecznik prasowy AfD podkreślał kiedyś, że kiedy w Niemczech wzrasta liczba niezadowolonych, to AfD notuje skoki poparcia. Tak jest również i tym razem. Pytanie brzmi: czy partia ta osiągnęła już szczyt poparcia czy będzie dalej przebijać kolejne bariery? Trzeba jednak w tych rozważaniach wziąć poprawkę na fakt, że na razie mówimy o sondażach, a jeśli chodzi o sondaże i normalne wybory, to różnica jest taka, że dużo więcej osób oddaje głos w tych sondażach niż faktycznie idzie do wyborów. No ale z drugiej strony AfD potrafi mobilizować niezdecydowanych.

Skąd się zatem bierze to niezadowolenie Niemców?

Tworzą je na pewno informacje o kryzysie gospodarczym, o spowolnieniu gospodarki, o zmniejszeniu się inwestycji i obawie, że te inwestycje odpływają w inne miejsca, np. tam, gdzie są niższe koszty energii. Co więcej, poparcie dla rządzącej koalicji SPD-Zieloni-FDP drastycznie spadło w momencie, kiedy zaczęto pracować nad prawem dotyczącym indywidualnego ogrzewania. Planowane regulacje miały tworzyć nowy obowiązek dla przydomowych źródeł ciepła, by 65% pobieranej przez nie energii pochodziło ze źródeł odnawialnych. Ludzie potraktowali to jako ingerencję w to, jak ogrzewają własne domy; pojawiły się kolejne obawy o wysokość czynszów. To są w miarę świeże kwestie, natomiast Niemcy od początku nie byli jakoś szczególnie zadowoleni z koalicji, która obecnie rządzi.

A jak na to wpłynęła sytuacja na Ukrainie?

Na tym temacie AfD również dużo zyskała, ponieważ pokazuje się jako partia pokoju. Jej politycy mówią, że chcą pokoju z Rosją. Nie interesuje ich, że w ramach tego Ukraina będzie musiała oddać część swojego terytorium czy pójść na jakiś inny zgniły kompromis. To jest dla AfD zupełnie drugorzędna kwestia. Partia ta orientuje się na myślenie pt. „nie chcemy, żeby była wojna", postuluje dążenie do zakończenia tego konfliktu za wszelką cenę. Deklaruje przy tym wejście na drogę głębszej dyplomacji z Rosją.

Czyli kanclerz Scholz jest już dla Niemców za mało wstrzemięźliwy, jeżeli chodzi o pomoc dla Ukrainy i za mało też otwarty względem Rosji?

Choć z naszej perspektywy wygląda to zupełnie inaczej, to trzeba powiedzieć, że w Niemczech jest duża grupa osób, która właśnie tak uważa: twierdzi, że pomoc militarna RFN dla Ukrainy jest zbyt daleko idąca i powoduje eskalację konfliktu. Odsetek osób, które w lipcu 2023 r. nadal uważały, że Niemcy powinny wystąpić z NATO wyniósł 9%, chociaż trwa przecież konflikt z Rosją. NATO gwarantuje w tej sytuacji bezpieczeństwo swoim członkom, Tymczasem niemal co dziesiąty ankietowany Niemiec uważa, że należałoby wystąpić z Sojuszu. Jest też całkiem spory procent Niemców, którzy uważają, że winy za ten konflikt wcale nie ponosi Rosja. Że odpowiedzialne są USA, NATO albo dwie strony.

Co kraj, to obyczaj.

My patrzymy krytycznie na Olafa Scholza, a dla niektórych Niemców, zwłaszcza dla tych, którzy głosują na AfD, działania kanclerza idą i tak zbyt daleko i narażają kraj na niebezpieczeństwo.

Czy zapowiedziany w 2017 roku przez duże partie „polityczny kordon sanitarny" wokół AfD działa? Mainstream współpracuje już z Alternatywą na poziomie lokalnym.

Ta deklaracja wciąż obowiązuje i jest stosowana przez wszystkie partie głównego nurtu. Natomiast burzę w tym temacie wywołała wypowiedź szefa opozycji Friedricha Merza, chociaż – patrząc chłodno – on nic odkrywczego nie powiedział.

O co chodziło?

Od niedawna w Niemczech w dwóch samorządach władzę sprawują starosta i burmistrz z ramienia AfD. To z kolei sprawia, że członkowie innych kolegialnych organów muszą z nimi współpracować. I dochodzi zatem do sytuacji, w której w radzie miejskiej podejmowanie decyzji wymaga współpracy np. polityków CDU z burmistrzem z AfD, bo od tego zależy – dajmy na to – sytuacja przedszkoli. Chodzi o całkowicie praktyczne, przyziemne sprawy, a nie o wielką politykę. Friedrich Merz podsumował to tak: jako że taki układ polityczny to nie był wybór partii głównego nurtu, tylko wyborców, no to trzeba jakoś współdziałać, bo stosowanie kordonu sanitarnego na tym poziomie wymagałoby de facto złożenia dymisji albo przez lokalnych polityków CDU albo AfD, na co  nie można liczyć. Innej opcji nie ma.

Brzmi logicznie.

Ale wywołało to ekstremalnie dużą dyskusję w Niemczech. Stawiano zarzut, że lider opozycji proponuje rozbicie kordonu czy załamanie podziału, w którym funkcjonują partie, które się określają jako demokratyczne i AfD, która jest traktowana jako partia niedemokratyczna. Natomiast wszystkie partie głównego nurtu dalej podtrzymują, że nie będzie takiej współpracy.

I nie będzie?

Widziałam sondaż, w którym aż 70% Niemców odpowiedziało się za tym, żeby jednak współpraca była – na tym najniższym, lokalnym poziomie. Że trzeba przy tym patrzeć na konkretne sytuacje. Że czasami, w konkretnych przypadkach, takich jak budowa basenu czy utrzymanie szkoły, trzeba taką współpracę podjąć.

Co ciekawe, w tym samym sondażu jeden procent wyborców AfD uważał, że nie można współpracować z AfD.

Skrajni ekstremiści (śmiech).

A propos innych partii: komu AfD kradnie elektorat?

To jest śmieszna sytuacja, ponieważ wydawałoby się, że chodzi głównie o CSU i CDU, bo to konserwatywne partie, mają w pewnym stopniu zbieżne programy. A tymczasem ten pierwszy, oryginalny elektorat AfD, to byli ludzie, którzy dotychczas raczej nie głosowali. Alternatywa zapełniła jakąś niszę. Natomiast osoby, które decydują się obecnie głosować na AfD, a wcześniej głosowały na inne partie, to są osoby zmieniające swoje preferencje polityczne w zależności od roku wyborczego. To wyborcy CDU, ale też i FDP oraz Die Linke. To bardzo duży rozstrzał. Najmniej osób przyszło z elektoratów SPD i z Zielonych.

Czyli AfD to partia dotychczasowych niezdecydowanych?

Niezdecydowanych, czy może raczej niezmobilizowanych? Bo jednak chodzi o osoby, które dotychczas nie znajdowały dla siebie żadnej partii, z którą mogłyby się identyfikować wcześniej. To jest właśnie elektorat AfD.

Ile tego niezadowolenia, będącego siłą AfD, wywołała Energiewende?

Na pewno jest to bardzo duży powód frustracji. Niemcy wiedzą, że na Energiewende zostały przeznaczone gigantyczne kwoty, a okazało się, że nie idzie to w takim kierunku, w jakim obiecywano. Obietnice nie zostały spełnione. A w momencie kryzysu energetycznego ukazała się cała słabość Energiewende. Ludzie poczuli się oszukani: energia jest droga, Niemcy nie są niezależne energetycznie, energetyka wciąż jest emisyjna. I w tym momencie na scenę wchodzi AfD i mówi, że Energiewende należy po prostu jak najszybciej przerwać.

To możliwe?

Patrząc tylko na sondaże wyborcze może się wydawać, że jest w Niemczech spora grupa osób, które uważają, że jest. Że można odwołać Energiewende. Ale biorąc pod uwagę inne badania, wydaje mi się, że ludzie w to nie wierzą. Nie sądzą, żeby nawet AfD była w stanie rozwiązać ten problem. W Niemczech bardzo mocno spadło zaufanie do partii politycznych i do tego, że potrafią one rozwiązywać duże problemy. Niemniej, ludzie chcą usłyszeć od kogoś, że Energiewende będzie odwołana, że gaz z Rosji znowu popłynie i energia na powrót będzie tania.

Jak na to reagują politycy innych partii? Kopiują pomysły czy kontrują postulaty AfD? Zdaje się, że Markus Söder ostatnio bronił niemieckiej kiełbasy przed wytycznymi dot. jedzenia mięsa...

Różnie. CDU/CSU i politycy tych partii są krytykowani za poruszanie tematów wyciąganych przez AfD. Dotyczy to np. kwestii uchodźców, czy właśnie jedzenia kiełbasy. Okazało się też, że takie narracje obniżają chadekom poparcie. Ludzie myślą bowiem: dlaczego mam głosować na CDU/CSU, skoro oni kopiują oryginalne pomysły AfD? Już lepiej głosować na oryginał. Inne partie głównego nurtu szukają drogi wyjścia z pewnej kulturowej walki, do której zaciąga ich AfD, która bazuje m. in. na tym, że wyborcy zaczynają mieć dość tego, jak niemieckie państwo ingeruje w pewne sfery życia. Ludzie są zmęczeni takim – powiedzmy – berlińskim tempem zmian. Na prowincji, zwłaszcza na wschodzie, nie jest ono zrozumiałe.

Czy w ramach wychodzenia z tej walki może pojawić się postulat powrotu do relacji energetycznych z Rosją? Wyobrażam sobie na przykład, że wychodzi z nim SPD.

W obecnej konfiguracji, dopóki trwa wojna na Ukrainie, to jest to wykluczone. Niemcy za dużo by straciły, jeżeli chodzi o wizerunek i zobowiązania wobec partnerów. Natomiast możliwe, że po zakończeniu konfliktu i jakichś kosmetycznych zmianach w Rosji takie postulaty się pojawią. Ale na razie to wróżenie z fusów.

Powróżmy z tych fusów jeszcze trochę. Zakładając, że AfD utrzyma swoje poparcie sondażowe do wyborów federalnych, to która partia, mogłaby wyłamać się z kordonu politycznego i wejść we współpracę z tym ugrupowaniem?

Istnieje takie środowisko na skrajnej lewicy, skupione wokół Sahry Wagenknecht, która może utworzyć swoje ugrupowanie. Co ciekawe, sondaże wskazują, że na poziomie federalnym mogłaby liczyć na poparcie w wymiarze 15%. Polityk ta wywodzi się ze skrajnych warstw Die Linke, jest ukierunkowana bardzo prorosyjsko. Wielokrotnie zarzucano jej nawet współpracę z Rosją w takim czy innym kształcie. I ta jej potencjalna partia mogłaby złamać kordon i zacząć współpracować z AfD. To duży problem dla niemieckiej lewicy, która zastanawia się, co z panią Wagenknecht uczynić.

Jeżeli ktoś jest zbyt prorosyjski dla Die Linke, to na nasze standardy jest bardzo źle. Czego zatem my – jako Polska – możemy się obawiać ze strony AfD?

Przede wszystkim: kwestionowania zachodniej granicy. W nieoficjalnych narracjach osób związanych z AfD pojawia się wątek, że żądania reparacji ze strony Polski powinny być kontrowane zainteresowaniem się naszą zachodnią granicą. I być może przy okazji roszczeniami odszkodowawczymi. Oni uważają, że jeszcze powinniśmy Niemcom dopłacić.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

energetyka24.com

Wysokie, strukturalne bezrobocie wśród młodych Chińczyków stanowi poważne wyzwanie dla Pekinu. Oferty pracy nie odpowiadają aspiracjom wykształconego pokolenia, a do pogłębienia problemu przyczynia się ideologicznie motywowana walka władz z prywatnym sektorem. Nie widać jednak, by rządzący mieli pomysł na jego rozwiązanie.

W czerwcu oficjalna stopa bezrobocia wśród Chińczyków w wieku od 16 do 24 lat przekroczyła 21%, a tym samym osiągnęła najwyższy poziom od co najmniej 2018 r. W lipcu zapewne będzie jeszcze większa, ponieważ na rynek pracy wejdą absolwenci szkół wyższych. Nawet te dane nie oddają jednak w pełni skali problemu. Wskaźnik pomija bowiem osoby pozostające nieaktywne zawodowo. Gdyby w obliczeniach uwzględnić ludzi młodych, którzy nie uczą się i nie szukają pracy, odsetek wzrósłby do ok. 50%. Ponadto powyższa statystyka nie uwzględnia migrujących z miast na obszary wiejskie, a także bywa zakłamywana przez fałszywe deklaracje zatrudnienia (zob. Aneks).

Sytuacja negatywnie wpływa na bieżącą kondycję gospodarki oraz jej perspektywy. Pokolenie jedynaków wychowanych w przeświadczeniu, że wykształcenie jest przepustką do sukcesu, a dobrobyt w Chinach nieustannie i szybko rośnie, mierzy się z niedoborem atrakcyjnych posad. Odkłada przez to decyzję o wejściu na rynek pracy, popadając w zniechęcenie i pesymizm dotyczący finansowej przyszłości. Taka postawa podważa jeden z filarów sukcesu gospodarczego ChRL: tłumi energię, ambicje i głód sukcesu materialnego ludności. Pogłębia również negatywne trendy demograficzne: przyczynia się do spadku liczby urodzeń wskutek braku stabilności finansowej czy jasnej ścieżki kariery dla młodych osób. Ponadto liczna grupa niepracujących staje się potencjalnym źródłem niepokoju społecznego. Jednym z głównych priorytetów Xi Jinpinga jest bezpieczeństwo ekonomiczne Chin, dlatego Pekin odchodzi od wielkich programów stymulujących gospodarkę, które w przeszłości pobudzały aktywność w okresach spowolnienia, ale skutkowały przy tym silnym wzrostem zadłużenia i ryzyka destabilizacji sektora finansowego. Wysokie bezrobocie wśród młodych uzasadnia jednak rozważenie powrotu do starych metod, czyli stymulowania wzrostu PKB przez władze.

Do najważniejszych przyczyn pogłębienia problemu wysokiego bezrobocia wśród osób wkraczających w dorosłe życie należą: spowolnienie wzrostu gospodarczego oraz strukturalne niedopasowanie rynku pracy spotęgowane przez rosnące aspiracje młodych Chińczyków i działania władz uderzające w newralgiczne sektory gospodarki.

W warunkach dobrej koniunktury zapotrzebowanie na pracowników systematycznie rosło, więc osoby wchodzące na rynek zasadniczo nie miały trudności ze znalezieniem pracy. Realizowana od 2020 r. strategia „zero COVID” silnie stłumiła i tak zwalniającą po latach dynamicznego wzrostu aktywność gospodarczą (zob. Chiny: konsekwencje strategii „zero COVID”). Było to szczególnie widoczne w sektorze usług, w którym młodzi ludzie są zatrudniani relatywnie często. Wiele prywatnych przedsiębiorstw w Chinach nie przetrwało ciężkiego okresu, np. w Szanghaju w 2022 r. zamknęło się ponad 200 tys. małych i średnich firm (dla porównania: w 2018 r. było to ok. 50 tys.). Ożywienie po zniesieniu restrykcji na przełomie 2022 i 2023 r. okazało się słabsze od oczekiwanego (zob. Rozczarowujące odbicie po COVID-19. Chiny na ścieżce długotrwałego spowolnienia), a utrzymujący się pesymizm zniechęca do inwestycji. W efekcie powstaje stosunkowo niewiele nowych miejsc pracy, a zatrudniający preferują doświadczonych pracowników.

Problem nie jest jednak przejściowy, lecz strukturalny i długofalowy. Na chińskim rynku można bowiem zauważyć niedopasowanie dostępnych miejsc pracy (m.in. dla pracowników fizycznych), do możliwości i oczekiwań młodych ludzi. Z jednej strony awans Chin w globalnych łańcuchach dostaw powoduje, że robotnicy muszą posiadać większe umiejętności niż przed laty, co stanowi barierę dla niedoświadczonych i dopiero wchodzących na rynek pracy osób. Z drugiej strony młodzi ludzie, którzy są dobrze wykształceni i wychowywali się w lepszych warunkach niż ich rodzice i dziadkowie, wyrażają wyższe niż oni aspiracje. Nie chcą podejmować ciężkiej, monotonnej i mało prestiżowej pracy, a dzięki wsparciu finansowemu rodziny nie są zmuszeni do znalezienia jakiegokolwiek zatrudnienia. Ponadto strukturalne niedopasowanie pogłębili rządzący, zacieśniając od 2020 r. regulacje dotyczące sektorów technologii konsumenckich, edukacji, nieruchomości czy finansów, w których powstawały atrakcyjne miejsca pracy dla „białych kołnierzyków”. Tymczasem w ostatnich latach rozrasta się gospodarka nieformalna i sektor pracochłonnych usług, gdzie dominują elastyczne formy zatrudnienia, płace są niskie, a czas pracy – długi.

W efekcie wielu młodych ludzi nie decyduje się na podjęcie pracy. Niektórzy z nich kontynuują edukację – na etapie szkoły średniej kończy ją już tylko 40% osób. Inni rywalizują o nieliczne etaty w sektorze publicznym czy aparacie biurokratycznym. Do rangi symbolu urastają formy kontestacji kultu pracy, tj. tang ping (leżenie do góry brzuchem) czy bailan (gnicie), w ramach których Chińczycy rezygnują z walki o karierę i pieniądze w obliczu potężnych trudności związanych z wejściem na rynek pracy i funkcjonowaniem na nim.

Problemy młodych Chińczyków nie znajdują zrozumienia w Pekinie. Przewodniczący Xi Jinping w licznych przemówieniach apelował, by młodzież twardo znosiła trudy i była wytrwała (chi ku) oraz świadomie wybierała drogę pełną wyzwań (zizhao kuchi) tak jak jej przodkowie. Partyjna propaganda, przywołując postać literackiego bohatera Kong Yiji (niespełnionego uczonego z przełomu XIX i XX w.) czy przykłady rzekomych sukcesów finansowych osób prowadzących kuchnie na ulicach, przekonuje, by rozpoczynający karierę zawodową ograniczyli swoje oczekiwania. W oczach Pekinu bezczynność młodych jest marnotrawstwem zasobów, które są potrzebne do budowy silnego, samowystarczalnego państwa pod przywództwem partii.

Dotychczas władze nie sformułowały skutecznego planu naprawczego. Wśród wdrażanych rozwiązań znalazły się m.in. subwencje na zatrudnianie młodych ludzi, utworzenie miliona miejsc dla stażystów, zwiększenie rekrutacji w firmach państwowych i aparacie biurokratycznym oraz zapewnianie szkoleń oraz poradnictwa zawodowego. Plany władz prowincji Guangdong dotyczące skierowania do 2025 r. 300 tys. studentów na wieś w ramach „ochotniczych” programów mających na celu „ożywienie obszarów wiejskich” wywołały kontrowersje. Budzą one bowiem skojarzenia z rewolucją kulturalną, w czasie której miejską młodzież masowo wysyłano na wieś.

Kluczową rolę w rozwiązaniu problemu ma jednak do odegrania sektor prywatny, tworzący ok. 80% miejsc pracy w chińskich miastach. Tymczasem pod rządami Xi Jinpinga został on mocniej podporządkowany interesom partii i zmuszony do aktywniejszej realizacji wyznaczonych przez nią celów. Odbywa się to kosztem wyhamowania ekspansji gospodarczej, co skutkuje m.in. ograniczeniem rekrutacji. Dlatego w obecnej trudnej sytuacji rynkowej władze powstrzymują się od dalszego zacieśniania regulacji i poszerzania kontroli nad firmami, a nawet podejmują próby stabilizacji branż (nieruchomości czy technologii konsumenckich) i zachęcają przedsiębiorców do zwiększania zatrudnienia.

Pod koniec lata br., wraz ze stopniowym znajdowaniem zatrudnienia przez tegorocznych absolwentów, z postępującą realizacją planu naprawczego władz oraz możliwym ożywieniem sektora usług, bezrobocie wśród młodych Chińczyków powinno spaść z rekordowych poziomów. Nic nie wskazuje jednak na to, by Pekin miał koncepcję, jak rozwiązać fundamentalny problem, czyli niedopasowanie struktury dostępnych miejsc pracy do aspiracji i umiejętności osób szukających zatrudnienia.

W bliskiej perspektywie negatywnie wpływa to na tempo ożywienia gospodarki po porzuceniu strategii „zero COVID”, ponieważ młodzi ludzie, którzy zazwyczaj wydają stosunkowo dużo na towary czy usługi konsumpcyjne, są zmuszeni ograniczyć bieżące wydatki. W dalszym horyzoncie wysokie bezrobocie i słaba pozycja przetargowa pracowników uniemożliwiają zapowiadaną od lat przez władze chińskie transformację modelu gospodarczego państwa, by w mniejszym stopniu bazował on na inwestycjach oraz eksporcie, a w większym – na konsumpcji.

Strukturalne i długofalowe problemy na rynku pracy będą skutkowały upowszechnieniem i utrwaleniem pasywnego stylu życia w społeczeństwie chińskim, postępującym spadkiem dzietności czy „drenażem mózgów” (emigracją osób wykształconych). Może to stanowić istotną przeszkodę dla realizacji globalnych ambicji Pekinu, których podstawę tworzą stabilność wewnętrzna i silna gospodarka.

ANEKS

Według oficjalnych danych liczba bezrobotnych w Chinach w wieku od 16 do 24 lat wynosi ponad 6 mln, podczas gdy osób aktywnych zawodowych w tej grupie jest 33 mln, a uczących się – ok. 48 mln. Cała grupa wiekowa 16–24 lat liczy 96 mln osób. Stopa bezrobocia to wskaźnik ilustrujący odsetek bezrobotnych w grupie aktywnych zawodowo. W efekcie nie uwzględnia osób pozostających poza rynkiem pracy. Profesor Zhang Dandan z Uniwersytetu Pekińskiego zauważa, że bez zatrudnienia pozostaje ponad 22 mln nieuczących się Chińczyków, a gdyby uwzględnić ich w kalkulacji, udział osób niepracujących w tej grupie wiekowej sięgnąłby przed kilkoma miesiącami 46,5%. Wraz z ukończeniem studiów przez blisko 12 mln osób na przełomie czerwca i lipca liczba niepracujących i nieuczących się wzrośnie.

Upowszechnienie edukacji trzeciego stopnia powoduje spadek aktywności zawodowej w grupie wiekowej 16–24 lata. Utrudnia to interpretację danych, gdyż nie jest jasne, jaki odsetek młodych ludzi kontynuuje naukę, ponieważ chce, a jaki – ponieważ musi, np. z powodu niesprzyjającej im sytuacji na rynku pracy. W obu przypadkach takich osób nie klasyfikuje się jednak jako bezrobotnych, nie są one bowiem aktywne zawodowo.

Stopy bezrobocia w ChRL nie można porównać z analogicznymi wskaźnikami w innych państwach, gdyż Narodowe Biuro Statystyczne Chin inaczej definiuje osobę bezrobotną. Po pierwsze, badanie jest przeprowadzane w miastach, nie uwzględnia więc tych migrantów wewnętrznych, którzy zostali zmuszeni do powrotu na wieś, np. przez brak miejsc pracy. Po drugie, w ChRL za bezrobotną uznaje się osobę, która poszukiwała pracy w ostatnich trzech miesiącach i byłaby gotowa ją podjąć w ciągu dwóch tygodni. W przypadku Unii Europejskiej kryteriami tymi są odpowiednio cztery tygodnie i natychmiastowa gotowość. Stosując standardy unijne, naukowcy z Uniwersytetu Pekińskiego oszacowali, że w 2020 r. stopa bezrobocia w grupie wiekowej 16–24 lata wyniosła 6,8%, a nie – jak podawał urząd statystyczny –14,6%. Kalkulacja ta nie uwzględnia jednak osób, które są nieaktywne zawodowo. Po trzecie, media krajowe, zagraniczne oraz sami użytkownicy chińskich serwisów społecznościowych donoszą o praktyce fikcyjnego zatrudnienia – absolwenci niektórych szkół, aby otrzymać dyplom ukończenia szkoły, muszą wykazać, że pracują.

Stopa bezrobocia w grupie wiekowej 16–24 lata nie jest bezpośrednio porównywalna międzynarodowo, ale można ją porównać w czasie. Obecnie faktycznie wynosi najwięcej w historii, jednak sięga ona raptem 2018 r., od kiedy urząd statystyczny zaczął raportować dane na ten temat. Pozostaje również zdecydowanie wyższa niż oficjalna stopa bezrobocia w całej populacji (5,2%).

osw.waw.pl

Biały Dom ogłosił w piątek pomoc wojskową dla Tajwanu w wysokości 345 mln USD. Jest to pierwszy duży pakiet pomocy wojskowej, który opiera się na własnych zapasach Pentagonu. Do tej pory Tajpej kupowało broń od producentów za zgodą kolejnych administracji amerykańskich. Jest to też tylko pierwsza transza z 1 mld USD pomocy wojskowej dla Tajwanu zatwierdzonej przez Kongres.

Zgodnie z oświadczeniem Waszyngton wyśle przenośne systemy obrony powietrznej (MANPADS), amunicję oraz sprzęt poprawiający „zdolności wywiadowcze i obserwacyjne” – mówi się o dronach rozpoznawczych MQ-9, ale Biały Dom odmówił potwierdzenia. Pakiet obejmie również szkolenia dla tajwańskich żołnierzy.

Kongres naciska na Pentagon i Biały Dom, aby przyspieszyć dostawy broni na Tajwan. Celem jest pomoc Tajwanowi i zniechęcenie Chin do ataku poprzez dostarczenie Tajpej wystarczającej ilości broni, aby koszty inwazji były zbyt wysokie. Moim zdaniem samo w sobie to nie powstrzyma Pekinu, jeżeli ten uzna, że Armia Ludowo-Wyzwoleńcza ma zdolności, a Amerykanie i ich sojusznicy nie zaangażują się bezpośrednio.

Reakcje stron też nie są trudne do przewidzenia. De facto tajwańska ambasada, czyli Tajwańskie biuro handlowe w Waszyngtonie stwierdziło, że decyzja o przekazaniu broni i innych materiałów z magazynów zapewniła „ważne narzędzie wspierające samoobronę Tajwanu.” W oświadczeniu zobowiązano się do współpracy ze Stanami Zjednoczonymi w celu utrzymania pokoju, stabilności i status quo w Cieśninie Tajwańskiej.” Liu Pengyu, rzecznik chińskiej ambasady w Waszyngtonie, powiedział dla odmiany, że ChRL jest „zdecydowanie przeciwna” związkom wojskowym Waszyngtonu z Tajpej. Stany Zjednoczone powinny „zaprzestać sprzedaży broni Tajwanowi” i „zaprzestać tworzenia nowych czynników, które mogą prowadzić do napięć w Cieśninie Tajwańskiej.”

Dostawy broni z programu pomocy są tylko częścią dostaw broni na Tajwan ze Stanów Zjednoczonych. Tak naprawdę to tylko bonus – 1 bln USD w porównaniu z prawie 19 mld USD zakupów przez Tajwan, w tym m.in. nowych F-16, które Waszyngton zatwierdził dla Tajpej.

To co decyduje o wyjątkowości tego pakiet to fakt, że pomoc ta jest częścią prezydenckiego upoważnienia zatwierdzonego przez Kongres w zeszłym roku do pobierania broni z amerykańskich zapasów – dzięki czemu Tajwan nie będzie musiał przechodzić procedury sprzedaży i czekać na produkcję. W efekcie broń jest doręczana szybciej niż w przypadku zakupów nowej broni. Administracja korzysta z analogicznych uprawnień, aby dostarczyć Ukrainie brań i amunicję.

W przeciwieństwie do Ukrainy, w razie chińskiej inwazji na Tajwan nie będzie możliwości dowożenia broni na wyspę, przynajmniej w pierwszej fazie ataku. Dlatego Tajwańczycy i Amerykanie dążą do stworzenia zapasów na miejscu, które starczą na tygodnie intensywnych walk.

zawielkimmurem.net


Mimo protestów społecznych skrajnie prawicowa koalicja rządząca przeforsowała w zeszłym tygodniu pierwszą część reformy sądownictwa. Teraz gabinet premiera Binjamina Netanjahu zamierza w ciągu miesiąca wprowadzić kolejne zmiany.

Po usunięciu zasady “racjonalności” – która umożliwiała Sądowi Najwyższemu sprawdzanie legalności działania rządu i odrzucanie ustaw, gdy interes polityczny stawia się nad publicznym – rząd chce zmienić zasady nominowania sędziów. Jeśli zmieniony zostanie skład dziewięcioosobowej Komisji Kwalifikacyjnej Sędziów i połowa miejsc zostanie przyznana politykom (obecnie mają 4 miejsca), a do nominacji sędziego potrzebne będzie nie 7 głosów, jak dotąd, a tylko 5 głosów, to koalicja premiera Netanjahu przejmie całkowitą kontrolę nad procesem nominacji sędziów.

Forsując zmiany w sądownictwie, Netanjahu z jednej strony spełnia żądania koalicjantów, a z drugiej buduje dla siebie tarczę ochronną przed ciążącymi na nim zarzutami. Prokuratura prowadzi przeciwko niemu sprawy karne, w których oskarżony jest o oszustwo, nadużycie zaufania i przyjmowanie łapówek. Usunięcie zasady “racjonalności” i zmiana sędziowskich nominacji mogą pomóc premierowi Netanjahu w uniknięciu kary.

Profesor prawa Mordechai Kremnicer z Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie w rozmowie z serwisem jedennewsdziennie.pl mówi, że "powodem pozbawienia Sądu zasady “rozsądności”, jest próba odwołania z funkcji prokurator generalnej Gali Baharaw-Miary, która jest niezależna, i powołanie nowej osoby w jej miejsce. Premier oczekuje, że nowy prokurator zakończy dochodzenie".

Bez wahania można powiedzieć, że obecny rząd jest najbardziej ultranacjonalistycznym, konserwatywnym i religijnym gabinetem w historii Izraela. Oprócz Likudu premiera Netanjahu tworzą go ultraortodoksyjne partie Szas i Tory oraz Religijny Syjonizm, czyli sojusz partyjny Ocma Jehudit i Noam.

Zdaniem profesora Kremnicera premier nie ma wyjścia i musi tworzyć koalicję z tymi, którzy są chętni. – Jego partnerzy to ekstremalnie fanatyczne elementy, których nie interesuje tworzenie demokracji. W jego partii Likud również są tacy, których demokracja nie obchodzi. Prawicowi ekstremiści chcą przejąć absolutną kontrolę nad terytoriami palestyńskimi i uczynić je najmniej palestyńskie, jak tylko to możliwe.

Religijny Syjonizm, który reprezentuje interesy osadników żydowskich, opowiada się przede wszystkim za aneksją Zachodniego Brzegu i przesiedleniami Palestyńczyków do Europy. Partia Ocma Jehudit (Jewish Power) w swoim programie wzywa do “wojny totalnej” z wrogami Izraela, czyli Arabami. Minister finansów Becalel Smotricz, przywódca Religijnego Syjonizmu, podczas wystąpienia w Knesecie powiedział do arabskich parlamentarzystów, że ich obecność w parlamencie była historycznym błędem pierwszego premiera Dawida Ben Guriona. Kilku członków tych partii uważa przemoc za skuteczną metodę walki. Sam lider partii Ocma Jehudit, minister obrony narodowej Itamar Ben Gewir, ma na koncie wyroki sądu za podżeganie do rasizmu i przynależność do grupy terrorystycznej. Obie partie Religijnego Syjonizmu łączy także chęć ograniczenia władzy Sądu Najwyższego. Według nich prawo religijne ma pierwszeństwo przed prawem stanowionym przez państwo, a aneksji Zachodniego Brzegu nie postrzegają jako zamachu na demokrację.

Partie Szas i Tory są bardziej skoncentrowane na zachowaniu swoich praw, które w ostatnich latach zostały ograniczone przez Sąd Najwyższy, niż na rozwoju osadnictwa żydowskiego na Zachodnim Brzegu. Zależy im na ochronie studentów Tory przed wpływem społeczeństwa liberalnego oraz na zachowaniu dotacji dla szkół, które w programach nauczania prawie nie mają przedmiotów świeckich. Połowa studentów Tory nie pracuje, rzadko także służą w wojsku.

jedennewsdziennie.pl


Punktem wyjścia do rozważań o aktualnej kondycji V4 jest dla dziennikarza "Tagesspiegla" Thomasa Rosera niedawne wystąpienia Viktora Orbana w znajdującej się na terytorium Rumunii miejscowości Băile Tușnad – bastionu węgierskiej mniejszości.

Orban zaatakował przy tej okazji – "jak zwykle złośliwie" – Rumunię, wytykając nowemu rumuńskiemu premierowi Marcelowi Ciolacowi, że jest już 20. szefem rumuńskiego rządu od czasu, gdy on objął tekę premiera.

"Niech Bóg mu pobłogosławi. Nowy premier, nowa szansa. Mamy nadzieję na sukces za 20. razem" – cytuje "Tagesspiegel" węgierskiego polityka. Viktor Orban tym samym zlekceważył prośbę gospodarzy, aby zachował powściągliwość wobec sporów granicznych między obu państwami.

– Nigdy nie twierdziłem, że Siedmiogród i Seklerszczyzna są rumuńskimi obszarami administracyjnymi – oświadczył Orban, co publiczność skwitowała "gromkim śmiechem". Budapeszt wysuwa roszczenia do tych terenów, należących dawniej do Węgier.

Roser zwrócił uwagę na zastrzeżenia Słowacji i Czech wobec wypowiedzi Orbana. Premier Węgier zarzucił rządowi w Pradze, że "zmienił stronę", a Słowacji, że "waha się". Chodzi o spór w UE między "federalistami" zmierzającymi do większej integracji, a "suwerenistami" wysuwającymi na czoło narodowe interesy – tłumaczy autor.

– Jedynie Polacy i Węgrzy trzymają kurs – powiedział Orban. To "absurdalna stygmatyzacja" – ocenił te słowa premier Czech Petr Fiala.

onet.pl


Większość prognoz największych banków inwestycyjnych zakładała pojawienie się recesji w światowej gospodarce właśnie w drugim kwartale bieżącego roku. Prawdopodobieństwo to miały zwiększać problemy sektora bankowego w USA i w Europie, kluczowe dla finansowania gospodarki. Na półmetku roku w miejsce recesji występuje jednak „kontrolowane i powolne” spowolnienie.

Zdaniem Millennium TFI, mimo słabych prognoz wydaje się, że główne gospodarki uniknęły technicznej recesji. Gospodarka ewidentnie jest w fazie spowolnienia, jednak prawdopodobieństwo silnej recesji oddaliło się.

"Silnym sygnałem ostrzegawczym jest model stworzony przez Fed z Nowego Jorku, bazujący na odwróceniu krzywej rentowności (a więc sytuacji, gdy obligacje o krótkim terminie zapadalności są bardziej dochodowe niż te długoterminowe). Tzw. inwersję krzywej można interpretować jako przekonanie, że w przyszłości stopy proc. będą spadać, co jest charakterystyczne dla recesji" - napisano w raporcie poświęconym perspektywom dla rynków w trzecim kwartale 2023 roku.

W ocenie Millennium TFI, rynki rozwinięte dość sprawnie radzą sobie z inflacją. Zejście jej do 4 proc. w USA można uznać za sukces - szczególnie przy stopach proc. w przedziale 5-5,25 proc. Podobna sytuacja ma miejsce w Europie, choć na Starym Kontynencie swoistym dopełnieniem zacieśniania polityki monetarnej są duże banki, które dość mocno ograniczają akcje kredytowe, starając się budować nadwątlone kapitały wynikające z olbrzymiej przeceny ich portfeli obligacyjnych.

"Trend spadku inflacji jest dobrze widoczny i - w naszej ocenie - będzie kontynuowany, co pociągnie za sobą przełom w polityce monetarnej być może jeszcze w tym roku" - napisano w raporcie.

Obecnie rynek, poprzez kontrakty na stopę proc., wycenia jeszcze dwie podwyżki stóp proc. przez amerykański Fed łącznie o 50 pkt. bazowych. Podobną skalę podwyżek przewiduje Europejski Bank Centralny w 2023 roku.

"Zakładamy, że okres obowiązywania tych podwyższonych stóp proc. na rynkach rozwiniętych powinien pozostać do końca 2023 roku, jednak możliwe są potem nieco bardziej dynamiczne obniżki" - napisali zarządzający Millennium TFI.

W Polsce zarządzający spodziewają się poprawy koniunktury w drugiej połowie roku, ale ze zdecydowanie odległą perspektywą powrotu inflacji do celu.

Zdaniem zarządzających Millennium TFI, chociaż drugi kwartał przyniósł spore wzrosty na giełdach, indeksy były wyciągane w górę przez coraz mniejszą liczbę spółek. Przykładowo amerykański S&P 500 ma jeden z lepszych wyników od początku roku w historii swoich notowań, ale odpowiada za to głównie 7 spółek. Nie był to zatem objaw poprawy w gospodarce, a jedynie windowanie wycen giełdowych.

W ocenie autorów raportu, entuzjazm związany ze sztuczną inteligencją nie jest tylko modą, a być może nowym mega trendem. Korzystać na tym będą spółki technologiczne, które w razie spowolnienia i recesji są w stanie relatywnie szybko zmienić swoje modele biznesowe.

PAP Biznes