niedziela, 9 czerwca 2019
Prawo do posiadania broni to kolejna kwestia, która dzieli społeczeństwo na zwolenników na demokratów i republikanów. Republikańska kultura broni odzwierciedla te same siły, które kształtują jej anty-mniejszościowe poglądy. W doskonałej książce Loaded historyczka Roxanne Dunbar-Ortiz przypomina, że „dobrze zorganizowana milicja”, o której mowa w drugiej poprawce do konstytucji USA, gwarantującej prawo do posiadania broni, oznaczała watahy białych mężczyzn, którzy najeżdżali wioski rdzennych Amerykanów i polowali na uciekających niewolników.
Jak napisali Avidit Acharya, Matthew Blackwell i Maya Sen w niedawno wydanej książce Deep Roots: How Slavery Still Shapes Southern Politics, to dziedzictwo niewolnictwa i powojennej segregacji dało początek obecnej kulturze politycznej Południa. „To właśnie na obszarach, gdzie niegdyś mieszkało najwięcej niewolników, znajdziemy najwięcej białych oponentów Partii Demokratycznej, przeciwników programu wyrównywania szans i głosicieli poglądów, które można odbierać jako rasistowskie”.
Zarówno przed wojną domową, jak i po niej, biedni biali z Południa akceptowali swój niski status, ponieważ cenili własną wyższość nad jeszcze bardziej zdesperowanymi Afroamerykanami. W ten sposób polityka rasowa nie dopuściła do głosu polityki klasowej, dzięki której biedni biali i czarnoskórzy mogliby wspólnie domagać się lepszych usług publicznych, opłacanych z wyższych podatków ściąganych od białych elit.
Spośród dwudziestu sześciu senatorów reprezentujących dziś trzynaście stanów byłej Konfederacji, dwudziestu jeden to republikanie, a pięciu to demokraci. Z trzydziestu ośmiu senatorów reprezentujących obecnie dziewiętnaście stanów, które w 1861 roku należały do Północy, dwudziestu siedmiu to demokraci, a dziewięciu to republikanie (dwóch niezależnych senatorów, Bernie Sanders i Angus King, współpracuje z demokratami). Prezydent Donald Trump to geograficzna anomalia: rasista z liberalnego Nowego Jorku. Trump, gorący orędownik kultury białych mężczyzn z Południa, został odrzucony przez swój rodzimy stan (59% dezaprobaty we wrześniu 2018 roku). Więcej w nim Missisipi niż Manhattanu.
(...)
Demokraci i republikanie tworzą partie nie tylko różnych kultur i regionów, ale także różnych gospodarek. Stany Północnego Wschodu i wybrzeża Pacyfiku przewodzą w dziedzinie zaawansowanych technologii, innowacji, szkolnictwa wyższego, dobrze płatnych miejsc pracy i dochodu na głowę mieszkańca. Południe pozostaje daleko w tyle. Biali mężczyźni z klasy robotniczej z Południowego i Środkowego Zachodu bronią swego statusu i przywilejów rasowych, ale także walczą o miejsca pracy w branżach, w których automatyzacja i wolny handel stale zmniejszają zatrudnienie.
Biali reprezentanci klasy robotniczej z Południa mogliby wiele zyskać, gdyby odwrócili się od republikańskiej polityki konfliktów rasowych, a wybrali politykę klasową. To przecież białe korporacyjne elity, a nie biedni Afroamerykanie, Latynosi i inne mniejszości odbierają białym z klasy robotniczej dobre szkoły publiczne, przystępną cenowo opiekę zdrowotną i bezpieczne środowisko. Zasiadający w Senacie biali mężczyźni z Południa rozgrywają wojnę kulturową częściowo po to, by chronić ultrabogatych sponsorów Partii Republikańskiej, którzy pełnymi garściami czerpią zyski z obniżek podatku dochodowego i deregulacji środowiskowych, podczas gdy partia wskazuje palcem kozły ofiarne – Afroamerykanów i Latynosów.
krytykapolityczna.pl
W 2011 r. samoloty MiG-29 i Su-22 trafiły do zakładu w Bydgoszczy, ponieważ w K-36 skończyły się resursy, czyli okresy ważności użytkowania. Aby te fotele mogły dalej latać, technicy w bydgoskich zakładach zrobili przeglądy i wymienili zużyte elementy.
Problem w tym, że nie mieli już wówczas dostępu do oryginalnych części zamiennych.
- Przedłużenie okresu ważności foteli nastąpiło w 2011 r. Został dokonany przegląd i wymiana niektórych części – przyznaje w rozmowie z Onetem prezes Leszek Walczak. Doprecyzowuje, że wymieniono wtedy m.in. pierścienie: – We wszystkich fotelach nastąpiły pewne ulepszenia.
Właśnie w tych „ulepszeniach” ppłk Tomasz Łyżwa, a także kilku innych pilotów, z którymi rozmawialiśmy, dopatruje się bezpośredniej przyczyny śmierci kpt. Sobańskiego: – Z przecieków wiadomo, że główną przyczyną śmierci tego pilota, czyli nieotworzenia spadochronu, było nieodpalenie zagłówka z fotela, w którym znajduje się spadochron – mówi.
- Dlaczego zagłówek miałby nie odpalić?
- Zakład w Bydgoszczy samowolnie dorobił pierścień odpowiedzialny za odpalenie spadochronu w zagłówku. Materiał, z którego ten pierścień był wykonany, był trzy razy bardziej wytrzymały niż przewidywała to technologia producenta – tłumaczy pilot.
Chodzi o wspominany już pierścień ustalający mechanizmu strzałowego. Jedna z kontrolowanych eksplozji podczas katapultowania zrywa go, powodując rozwinięcie się spadochronu. Zbyt duża wytrzymałość pierścienia może spowodować, że spadochron się blokuje i nie odpala, zatrzymując kolejne etapy procesu katapultowania. W konsekwencji pilot spada na ziemię razem z fotelem.
A tak właśnie się stało, gdy kpt. Sobański feralnej nocy próbował ratować życie.
(...)
Oficer, który zajmował się zakupami dla wojska, w rozmowie z Onetem komentuje: – Tak, dokumentację w Polsce wydaje główny inżynier wojsk lotniczych w Inspektoracie Wsparcia Sił Zbrojnych, bez konsultacji z rosyjskimi producentami samolotów Su-22 i MiG-29. W swoich biuletynach rosyjski producent zawiera informacje o każdej najdrobniejszej zmianie, każdej śrubce i rozsyła je do kooperantów, by byli na bieżąco.
– W Polsce kooperantem jest WZL2 w Bydgoszczy, ale po pogorszeniu się stosunków politycznych z Moskwą, biuletynów od producenta już nie dostaje – twierdzi nasz informator. Na jakiej zasadzie główny inżynier sam pisze więc tę dokumentację? - Chyba na takiej, jak sobie mały Kaziu wojnę wyobraża – mówi oficer.
onet.pl
Piotr Gruszka: Dlaczego Dżamal Chaszukdżi był tak groźny dla Arabii Saudyjskiej, że zdecydowano się go zabić?
Dr Mariusz Marszewski: Chaszukdżi od wielu lat był jednym z najważniejszych dziennikarzy publikujących z krajów arabskich po angielsku. W 1982 roku skończył studia w Indianie w USA i czuł się na Zachodzie jak ryba w wodzie. Młodemu księciu Muhammadowi ibn Salmanowi nie podobało się, że Dżamal Chaszukdżi nie mówi z nim jednym głosem.
Jak wyglądała ta krytyka? Chyba do najostrzejszych nie należała…
To była krytyka w stylu: "reformy tak, wypaczenia nie". Chaszukdżi deklarował wielokrotnie, że popiera księcia, popiera jego reformy, popiera jego program "Wizja Arabii Saudyjskiej 2030". Podkreślał tylko, że jest przeciwko brutalnemu jednowładztwu i bezwzględnemu rozprawianiu się z przeciwnikami politycznymi. Mówił, że powinna być obecna w Arabii Saudyjskiej jakaś forma konsultacji społecznych. Dżamal Chaszukdżi krytykował też ślepy sojusz Rijadu z prezydentem Donaldem Trumpem. Mówił, że jest on bezrefleksyjny i nie do końca są brane pod uwagę interesy Arabii Saudyjskiej. Potępiał również wojnę rozpętaną przez władze Arabii Saudyjskiej w Jemenie. I to wystarczyło.
Dla księcia zachowanie Chaszukdżiego to była zdrada. Nie może tak być, że człowiek, którego rodzina, dzięki dynastii panującej, przez pokolenia dorobiła się sporych majątków, który sam jest częścią establishmentu, atakuje (przez brak jednomyślności i podporządkowania) władzę nowego następcy tronu.
Powiązania rodzinne też miał bardzo ciekawe...
Tak. Pochodził z rodziny, która doskonale osadzona i znana jest na Zachodzie. Jego stryj, miliarder Adnan Chaszukdżi, w latach 80. był jednym z najważniejszych handlarzy bronią na świecie, zamieszanym w aferę Iran-Contras, nieformalnym pośrednikiem pomiędzy USA i antyamerykańskim Iranem a popieraną przez Waszyngton antykomunistyczną partyzantką w Ameryce Łacińskiej. Najsłynniejszym kuzynem Dżamala Chaszukdżi był natomiast brytyjski milioner pochodzenia egipskiego Dodi Al-Fayed – kochanek księżnej Diany, który wraz z nią tragicznie zginął. Ciotki Dżamala to wybitne pisarki z rodziny Chaszukdżi tworzące po angielsku i arabsku - Samira i Soheira. Jego kuzynki to pochodzące z Libanu zachodnioeuropejskie milionerki Emad i Nabila Chaszukdżi zajmująca się globalnym handlem nieruchomościami, związane ze światem mody, projektowania wnętrz, finansów, inicjatyw filantropijnych, itd.
Chaszukdżi był więc kimś więcej poza wpływowym dziennikarzem.
Pracował również dla saudyjskiego MSW, jeździł do Osamy bin Ladena, by przeprowadzać z nim wywiady, a jednocześnie go szpiegować. Jako wysłannik saudyjskich służb przedstawiał mu najprawdopodobniej propozycję pokojową, w myśl której bin Laden będzie mógł powrócić do kraju, ale w zamian za to musiałby się pokajać.
Formalnie na czele państwa stoi król Salman, ale de facto rządzi nim następca tronu książę Muhammad ibn Salman. Jak to jest możliwe?
W Arabii Saudyjskiej przez dziesiątki lat władza, zgodnie z zasadami tradycyjnej sukcesji, przechodziła ze starszych na młodszych braci lub na najstarsze osoby w rodzinie. Działo się to po to, by to osoby starsze i bardziej doświadczone przejmowały ster rządów oraz aby różne gałęzie rodziny panującej miały dostęp do władzy. Sytuacja zmieniła się w zeszłym roku, kiedy król jako swojego następcę, wskazał swojego syna. Pierwszy raz dochodzi do sytuacji, że władzę ma objąć osoba o 50 lat młodsza od panującego króla. To jest kolosalna różnica pokoleniowa. Miała ona ułatwić reformy, adresowane przede wszystkim do młodzieży.
Trzeba także pamiętać, że samo Królestwo Arabii Saudyjskiej jako państwo jest zjawiskiem stosunkowo nowym. Jej powstanie zostało ogłoszone w 1932 roku. Dynastia panująca dba, by nie mając legitymizacji historycznej mieć legitymizacje religijną. Stąd w kraju ogromną rolę przykłada się do religii, do miejsc świętych całego islamu, do uczonych muzułmańskich (alimów). Oni to pełnią rolę kleru muzułmańskiego. Są elementem dystrybucji wiedzy religijnej oraz władzy dynastii panującej w społeczeństwo.
onet.pl
Skoro miasta narażone są na ryzyko powodziowe, najłatwiejszym rozwiązaniem podnoszącym poziom bezpieczeństwa jest odgrodzenie ich od rzek. Mieszkańców uspokaja widok wałów przeciwpowodziowych. Profesor Kazimierz Dębski – klasyk polskiej hydrologii – porównał je jednak do aspiryny, która uśmierza ból, ale nie leczy przyczyn dolegliwości. Wały przeciwpowodziowe to prosta konstrukcja ziemna wznoszona w celu ograniczenia zasięgu wezbrań i ochrony terenów zalewowych. Ze względu na niski koszt wykonania i nieskomplikowaną konstrukcję, budowle te znane są od czasów starożytnych.
W Polsce wiele wałów powstało jeszcze w XIX wieku i liczne z nich zbudowano siłami mieszkańców, z materiałów dostępnych w ich miejscach zamieszkania. Przeludnienie wsi i ogromny deficyt ziemi przekonywały w przeszłości mieszkańców do walki o każdy hektar ziemi wydarty rzece, dlatego dawne wały przeciwpowodziowe zbyt mocno zacieśniły drogę przepływu wody o ekstremalnie wysokim stanie (tzw. wód wielkich). Ich wadą jest także kiepski stan techniczny i częste usytuowanie na gruntach, które przepuszczają wodę pod korpusem wału. Wały budowane są przy tym jako odpowiedź na wodę o założonym prawdopodobieństwie wystąpienia (1 proc. oznacza, że możemy mieć z nią do czynienia raz na sto lat). Nie wiemy, kiedy pojawi się ta niebezpieczna sytuacja, możemy tylko oszacować prawdopodobieństwo takiego zdarzenia. Wielkie powodzie na rzece Missisipi w 1993 roku, Odrze w 1997, Łabie w 2001 i Wiśle w 2010 pokazały jednak, że wały przeciwpowodziowe są wysoce zawodną formą ochrony przeciwpowodziowej. Czy warto więc w nie inwestować?
Jednym z najbardziej efektywnych sposobów zmniejszania ryzyka powodziowego jest ograniczanie ekspozycji na niebezpieczeństwo, czyli lokalizacja zabudowy w bezpiecznych miejscach. Tylko gdzie sprawdzić, jaki jest poziom ryzyka powodziowego w miejscu naszego zamieszkania? Odpowiedź na to pytanie możemy znaleźć w opracowaniach wykonanych pod koniec 2015 r. w ramach unijnej Dyrektywy Powodziowej. Należą do nich mapa wstępnej oceny ryzyka powodziowego (WORP), mapy zagrożenia powodziowego (MZP), mapy ryzyka powodziowego (MRP) i plany zarządzania ryzykiem powodziowym (PZRP). Za powstanie tych dokumentów odpowiada Prezes Krajowego Zarządu Gospodarki Wodnej, a wyniki opracowań udostępnianie są w Internecie w ramach projektu „Informatyczny System Osłony Kraju przed nadzwyczajnymi zagrożeniami” (ISOK).
Mapy zagrożenia powodziowego przedstawiają obszary, na których prawdopodobieństwo wystąpienia powodzi jest niskie (raz na 500 lat), średnie (raz na 100 lat) i wysokie (raz na 10 lat). Pokazują także tereny zagrożone powodzią w przypadku zniszczenia lub uszkodzenia wału przeciwpowodziowego. Istotną dostarczaną przez nie informacją (przydatną przy podejmowaniu decyzji lokalizacyjnych) jest głębokość zatopienia terenu, a w kontekście obszarów miejskich także prędkość przepływu wody w przypadku powodzi. Informacje przedstawione na mapach wypracowano przez porównanie rzędnych terenu z wysokością wezbranej wody uzyskaną za pomocą matematycznego modelu rzeki. W procesie modelowania wykorzystane zostały bardzo dokładne dane opisujące ukształtowanie terenu, które pozyskane zostały techniką LIDAR, czyli lotniczego skaningu laserowego. Uzyskane w ten sposób cyfrowe modele terenów prawie całego kraju należą do najlepszych w Europie, a ich dokładność wysokościowa sięga 10–15 cm.
(...)
Analizując ryzyko powodziowe w miastach, trzeba też pamiętać o nowym problemie, czyli występowaniu powodzi miejskich, których przyczyną są intensywne opady w obszarach silnie przekształconych przez gęstą zabudowę miejską i uszczelnienie podłoża. Z badań nad rodzajami zachmurzenia nad Polską w latach 1966–2000 wynika, że w ciągu prawie czterech dekad istotnie zmieniła się częstotliwość pojawiania się konwekcyjnych chmur opadowych. Jest to skutek ewolucji warunków cyrkulacyjnych i wzrostu temperatury. Ze zmianami w składzie rodzajowym chmur wiąże się wzrost częstości pojawiania się opadów burzowych, stanowiący ogromne wyzwanie dla sieci kanalizacji deszczowych w polskich miastach. W przeważającej części była ona projektowana według zaleceń z lat 60. XX wieku, a w przypadku sieci położonych w śródmieściu Warszawy i Łodzi nawet według norm z przełomu XIX i XX stulecia. Przypadki występowania powodzi opadowych w zlewniach miejskich związanych z niedostateczną przepustowością kanalizacji deszczowej są więc wynikiem nie tylko pojawiania się nawałnic, ale także przestarzałych założeń technicznych kanalizacji. Problem ten wyraźnie podnosi ryzyko powodzi w naszych miastach.
magazynmiasta.pl
W ciągu ostatnich dwóch dekad afrykańska narracja przeszła głęboką metamorfozę. Wymęczona i wyświechtana fabuła niemal każdej historii o Czarnym Lądzie – utkana ze stereotypowych wątków biedy, chorób i krwawych wojen domowych – ustąpiła miejsca bezprecedensowym dla tego kontynentu obrazom wzrostu gospodarczego i względnej stabilizacji ustrojowej.
Do nowobogackiej Afryki, która inwestuje w rozwój megamiast, podążając śladem globalnych trendów, zjeżdżają renomowani starchitekci z całego świata. Chcą uczestniczyć w szeroko zakrojonych projektach urbanistycznych mających przebudować zastaną tkankę miejską i stworzyć ją od zera. Nowe miasta zazwyczaj wyrastają spomiędzy gruzów wczorajszych slumsów i dzielnic biedy rozsianych wzdłuż i wszerz całego kontynentu.
Równie szybko na tle afrykańskiego nieba wyrastają lśniące drapacze chmur, przepastne centra handlowe oraz ambitne projekty inteligentnych miast. Jednym z przykładów najnowszych realizacji urbanistycznych jest Eko Atlantic City, megamiasto położone w Nigerii. Rozciąga się ono wzdłuż nadbrzeżnej działki o powierzchni 10 km2 usytuowanej w stanie Lagos w południowo-zachodniej części Nigerii. Teren ten wydzielono z Oceanu Atlantyckiego dzięki osuszeniu nabrzeża i naniesieniu ogromnych ilości piasku oraz kamieni.
Miasto, które po zakończeniu planowanej budowy ma pomieścić 250 tys. mieszkańców, spełnia najwyższe standardy budownictwa XXI wieku pod każdym względem i będzie wyposażone w rozbudowaną sieć transportu, zrównoważony system gospodarki odpadami oraz wszelkie udogodnienia i luksusy charakterystyczne dla futurystycznych wizji miast przyszłości. Eko Atlantic City zostało też okrzyknięte pierwszym centrum finansowym Nigerii, wzorowanym zresztą na nowojorskim Manhattanie – zarówno pod względem skali, jak i stylu.
Podobne miasta znajdują się w całej Afryce – spójrzmy na przykład na Ebene Cyber City na Mauritiusie, Konza Technology City w Kenii, Safari City w Tanzanii, Le Cite du Fleuve w Kongo, Appolonia City w Ghanie i wiele innych ośrodków. W Afryce znajduje się obecnie przynajmniej dwadzieścia nowo wybudowanych megamiast, a około dwa razy tyle jest w trakcie budowy. Gigantyczne projekty urbanistyczne nieodwracalnie zmieniły afrykańską tkankę miejską, zastępując mdłą stylistykę kolonialnej architektury, z której znana była do tej pory. (...)
Co więcej, ta nowa narracja jest niestety tylko niewinną powłoką, za którą kryje się znacznie bardziej niepokojący obraz afrykańskiej urbanistyki. Wszystkie nowoczesne projekty są dostępne wyłącznie wąskiej grupie lokalnej społeczności. W rezultacie euforia, która towarzyszyła początkowo otwarciom nowych miast, stopniowo zaczyna przeradzać się w gniew i strach. Większość Afrykańczyków jest rozczarowana wysokim kosztem społecznym przemian urbanistycznych. Sami są postrzegani jako łup wojenny do zdobycia w walce trwającej między górą i dołem piramidy społecznej.
Warunki mieszkaniowe w ekskluzywnych dzielnicach znacznie różnią się od warunków, w których przychodzi żyć biedniejszym społecznościom, nierzadko pozbawionym podstawowej infrastruktury: dróg, dostępu do bieżącej wody oraz efektywnego systemu zarządzania odpadami. Taka nierówna dystrybucja dóbr publicznych staje się niepokojącym trendem w większości afrykańskich miast. I jakby tego było mało, przez wiele biednych społeczności przetacza się bezwzględna fala eksmisji i konfiskat mająca na celu usunięcie niepożądanych lokatorów i utorowanie drogi pod nowe budownictwo.
Kilka miesięcy temu mieszkańców Otodo-Gbame, rybackiej osady w Lagos, obudził dźwięk wystrzałów z karabinów – przerażeni zobaczyli grupę ponad sześćdziesięciu policjantów w towarzystwie buldożerów oraz robotników, jak się później okazało, przysłanych przez rząd stanowy w Lagos (LASG) do prac rozbiórkowych. Rozpoczęto wyburzanie domów położonych na lądzie, a palafity[i] stojące na palach wbitych w dno podpalono. Spanikowani mieszkańcy w pośpiechu ratowali swój dobytek, dusząc się od dymu i gazu łzawiącego, pospieszani przez policjantów, którzy bezlitośnie do nich strzelali. Zrozpaczeni mogli tylko patrzeć z oddali, jak ogień pożera pozostałości budynków, które jeszcze przed chwilą były ich domami.
magazynmiasta.pl
Załóżmy, że mamy milion dzieci, z których 99 proc. jest szczepionych na ospę a 1 proc. nie. Z tych 990 tys. zaszczepionych 9.900 zareaguje negatywnie a 99 umrze. Z 10 tys. które nie zostanie zaszczepionych 200 zachoruje na ospę a umrze 40. Z tego można by wysnuć wniosek, iż więcej dzieci umiera na powikłania po szczepionce, niż na ospę. I faktycznie wielu rodziców patrzy na podobne dane i alarmuje, że ich zdaniem „szczepionki zabijają”. Jednak prawidłowe rozumowanie wymaga założenia, że nie szczepimy nikogo. Wówczas z miliona dzieci na ospę zachoruje 20 tys. z których umrze 4 tys. Tak więc tym razem może konkludować, iż szczepionki ocaliły życie 3.861 dzieciom (różnica między 4 tys. a 139).
obserwatorfinansowy.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)