wtorek, 24 lipca 2018
Spiker rumuńskiej telewizji oznajmia, że sekretarz generalny partii Nicolae Ceausescu głęboko boleje nad postawą Rumunek, które nie chcą rodzić dzieci. Żeby pomóc im zmienić to egoistyczne nastawienie, towarzysz Ceausescu wprowadza Dekret nr 770, na mocy którego dokonywanie aborcji będzie odtąd karane więzieniem.
- W ten sposób - oświadcza spiker - zapisujemy nową kartę historii w naszej chwalebnej walce przeciwko dekadencji imperializmu.
Od 1 października 1966 roku prawo do antykoncepcji i aborcji mają tylko te kobiety, które wywiązały się z patriotycznego obowiązku i urodziły przynajmniej czworo dzieci. Albo skończyły czterdzieści lat i wzrasta ryzyko, że powiją dziecko ułomne, gdy tymczasem naród potrzebuje „witalności, młodości i wigoru”.
(...)
Nazajutrz dzienniki z niekłamanym uznaniem piszą o dalekowzrocznej polityce sekretarza generalnego, który dokłada wszelkich starań, by uczynić z Rumunii światową potęgę. Partia ukuwa hasło „Dwadzieścia pięć milionów Rumunów w 2000 roku!”. Brakuje jeszcze sześciu milionów, dlatego obywatelki muszą brać się do roboty.
Będzie im łatwiej, bo ze sklepów znikają prezerwatywy. Czasem można jeszcze kupić spod lady globulki z chininą, które pieką tak bardzo, że bardziej przypominają środek żrący niż antykoncepcyjny. Ale i tak wszyscy są przyzwyczajeni, że problem niechcianych ciąż rozwiązuje się aborcją.
Rumuni są zdezorientowani: uchwałę przyjęto z dnia na dzień, a większość kobiet nie ma pojęcia o swojej fizjologii. Edukacja seksualna nie istnieje, mało która matka potrafi rozmawiać z córką o zapobieganiu ciąży. Koleżanki szepczą sobie na ucho: „Wlej do środka wrzącą mamałygę”, „Skacz na jednej nodze”, „Biegaj po schodach”.
W 1967 roku w Rumunii przychodzi na świat dwa razy więcej niemowląt niż jeszcze rok wcześniej. Dzieci z tego rocznika, rekordowego w historii kraju, jak żadne inne poczują na własnej skórze niewydolność państwa: zabraknie dla nich miejsc w żłobkach, przedszko-lach, szkołach, zabraknie dla nich pracy i mieszkań.
(...)
Pani Oana jest pulchną sześćdziesięciolatką o mahoniowych włosach. Mówi szybko i często się śmieje, nawet z rzeczy, które mało kogo by śmieszyły. Kiedyś była inżynierem, teraz jest już na emeryturze.
- Każdy zna te historie. Ktoś doniósł, więc ktoś dostał wyrok. Kobieta, która miała aborcję, szła na sześć miesięcy do więzienia, lekarzowi wlepiali jakieś dwa lata i grzywnę. W szpitalach były specjalne komisje, które badały, jak wyglądało łyżeczkowanie pacjentki z krwotokiem: czy jej ktoś wcześniej nie pomagał poronić. Kobiety wkładały do macicy wszystko, co było ostre. Wiadomo, robiły się rany, ale o to chodziło, żeby wywołać krwotok i żeby to się wreszcie wylało. Na wsi to się używało wrzeciona, drutów, szydełek, ale też korzenia chrzanu, łodyg jakichś roślin, dziurawca, lubczyku. Najlepszy był łopian, bo miał długą, twardą łodygę, stosowało się go do leczenia ran. Łopian działał odkażająco i był jak nóż. Idealny. Nie mogę patrzeć spokojnie, jak kobieta robi na drutach. Mnie się te druty kojarzą z jednym. Może to jakaś obsesja jest, nie wiem. Ja mam prawie sześćdziesiąt jeden lat, to chyba powinnam już o tym zapomnieć, prawda? Wyjechaliśmy z mężem za miasto niedawno, on łowi ryby, ja sobie usiadłam na kocu, patrzę na krzewy, na piołun, pokrzywę, osty, myślę: „Tym by się dało; tym nie”.
Kobiety umierały od tego. Wykrwawiały się albo zabijało je zakażenie.
- A nie wolno było udzielić pomocy krwawiącej kobiecie, póki nie wyda tego, kto przeprowadzał aborcję. To sobie pani może wyobrazić, jaki to był wybór. Trafiali na przykład na trop akuszerki, a ona miała w ciągu ostatniego miesiąca trzy kobiety u siebie. No to trafiali też do tych kobiet. A u nich w domu po dwoje, troje dzieci i nikt się nie zastanawia, co z nimi będzie, jak matka trafi do więzienia. Tyle złamanych ludzkich życiorysów.
(...)
Dan, rocznik 1974, pierwsze dziecko, opowiada:
- Mój dobry kolega z podstawówki wychowywał się bez matki i nigdy o niej nie wspominał. Dopiero gdy mieliśmy już po dwadzieścia parę lat, a znaliśmy się przecież od dziecka, upił się ze mną i powiedział, że jego matka umarła z wykrwawienia, w szpitalu, bo nie chciała wydać człowieka, który przeprowadzał aborcję. Jego ojciec siedział przy jej łóżku i błagał ją, by powiedziała, bo jest z nią bardzo źle, bo umiera, a on nie da sobie rady z dzieckiem. Ale ona się zaparła. Powiedziała, że nie chce żyć w takim kraju. Mój kolega opowiadał mi o tym i płakał.
W filmie dokumentalnym Dzieci z dekretu Florina Iepana pokazano, jak traktowane były „zdrajczynie narodu”. Te, które umarły wskutek nieudanej aborcji, były publicznie potępiane na uniwersytetach i w zakładach, w których pracowały. Zdarzały się sytuacje skrajne: w 1985 roku, po śmierci młodej robotnicy z fabryki tekstyliów w Bukareszcie, władze zażądały, by orszak pogrzebowy zatrzymał się pod oknami fabryki. Każda z pracownic miała zobaczyć na własne oczy, czym może się skończyć nielegalny proceder. Wszystko działo się na oczach trojga dzieci zmarłej, które płakały i krzyczały: „Mamo!”.
(...)
Na początku 1988 roku Ceausescu ogłasza narodziny dwudziestotrzymilionowego obywatela.
- Jesteśmy wolnymi ludźmi i panami własnego losu - uświadamia dyktator swój naród. - Mamy wspaniałą ojczyznę o wysoko rozwiniętej gospodarce objętej procesem modernizacji.
Przekaz dla ludu zajmuje niemal cały czas antenowy tamtego dnia - ze względu na galopujący kryzys sygnał telewizyjny jest nadawany tylko przez dwie godziny dziennie, od dwudziestej do dwudziestej drugiej. Poza tym - czarna plansza.
W latach osiemdziesiątych Ceausescu postanowił, że energia narodu zostanie prze-znaczona na spłatę zadłużeń, by Rumunia mogła stać się w pełni niezawisła. Produkty spożywcze i surowce eksportowano, zostawiając niewielkie ilości na rynek wewnętrzny. Po domach chodziły specjalne komisje, które sprawdzały, czy nikt nie oświetla pokoju więcej niż jedną żarówką i o mocy nie większej niż czterdzieści watów. Zimą temperatura w mieszkaniach rzadko dochodziła do dziesięciu stopni. Oficjalnie nie mogło być więcej niż dwanaście, ale dwanaście to już prawdziwy gorąc. Nawet szpitale nie były ogrzewane, wyjątkiem była sala, do której trafiały noworodki. Jeśli śmiertelność nowo narodzonych dzieci przekroczyła pułap określony w ustawie, lekarze mieli potrącane dwadzieścia procent pensji.
Statystykami śmiertelności kobiet nikt się specjalnie nie interesował. W 1989 roku umieralność matek w Rumunii była najwyższa w Europie.
rekolektyw.pl
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
