niedziela, 31 maja 2026



Analizy dotyczące możliwości wyposażenia marynarki wojennej Korei Południowej w okręty podwodne z napędem jądrowym trwały w tym kraju od ponad dwudziestu lat. W uruchomieniu takiego programu przeszkadzało praktycznie wszystko. Przede wszystkim konieczne było pozyskanie zdolności do projektowania i budowania własnych okrętów podwodnych. To udało się już osiągnąć, czego dowodem było rozpoczęcie programu budowy okrętów podwodnych typu KSS-III i ich ciągłe rozwijanie.

Pozostały jednak przeszkody prawne, polityczne i dyplomatyczne. Najważniejszą barierą do przełamania było tzw. „Porozumienie 1-2-3”, zawarte ze Stanami Zjednoczonymi jeszcze w 1974 roku. Porozumienie to zabraniało Korei Południowej angażowania się we wzbogacanie uranu (lub przetwarzanie zużytego plutonu) oraz wykorzystywania materiałów rozszczepialnych pochodzenia amerykańskiego do celów wojskowych (w tym do napędu okrętów). Umowa ta została przedłużona na kolejne 20 lat w 2015 roku, dając już Koreańczykom możliwość przyszłego wzbogacania uranu do poziomu 20%, po konsultacjach ze Stanami Zjednoczonymi, a także prawo do kontynuowania piroprzetwarzania materiałów rozszczepialnych dla celów cywilnych.

Południowokoreański rząd od kilku lat stara się o jeszcze szersze zniesienie tych obostrzeń, wskazując przede wszystkim na program jądrowy realizowany obecnie przez Koreę Północną oraz na plany budowy przez to państwo własnych okrętów o napędzie jądrowym. Program ten zresztą od kilku lat wyraźnie przyspieszył, prawdopodobnie przez bliższą współpracę z Rosją. Rosjanie nowymi technologiami spłacają bowiem północnokoreańską pomoc w prowadzeniu wojny na Ukrainie.

Przełom w podejściu Amerykanów do południowokoreańskich zabiegów nastąpił po oficjalnej wizycie Donalda Trumpa w Korei Południowej 29 października 2025 roku. Podczas tej wizyty prezydenci obu krajów ogłosili bowiem „nowy rozdział w sojuszu między Stanami Zjednoczonymi a Koreą Południową, będący fundamentem pokoju, bezpieczeństwa i dobrobytu na Półwyspie Koreańskim i w regionie Indo-Pacyfiku”. Miesiąc później Biały Dom wyraził zgodę na dokonanie przeglądu „Porozumienia 1-2-3”, co teoretycznie oznacza zgodę Amerykanów na rozpoczęcie budowy okrętu podwodnego z napędem atomowym przez Koreańczyków.

Jednak Trump nie zrobił tego bezinteresownie. Jego zgoda daje bowiem Koreańczykom możliwość budowania atomowych okrętów podwodnych, ale … tylko w Stanach Zjednoczonych. Donald Trump wskazał przy tym konkretnie na stocznię amerykańskiej marynarki wojennej Philadelphia Naval Shipyard w Filadelfii, wiedząc, że południowokoreańska grupa Hanwha Ocean niedawno przejęła tę firmę za 100 milionów dolarów.

(...)

Donald Trump w tych swoich pomysłach zignorował jednak trzy fakty. Po pierwsze stocznia Philadelphia Naval Shipyard nie jest przygotowana do budowy okrętów podwodnych i w ogóle jednostek pływających wykorzystujących napęd atomowy. Po drugie grupa Hanwha Ocean, owszem, zamierzała inwestować w Filadelfii, ale tylko w celu budowy tam dużych komercyjnych statków nowej generacji oraz statków do transportu skroplonego gazu ziemnego (LNG). Plany zakładały również stworzenie dużego centrum logistycznego wsparcia i konserwacji dla jednostek pływających.

Po trzecie Korea Południowa już udowodniła, że potrafi budować i wykorzystywać okręty podwodne. Jej marynarka wojenna wykorzystuje bowiem aż 21 takich jednostek pływających i to trzech typów, z których tylko pierwszy był wyprodukowany w Niemczech. Reszta była budowana w dwóch południowokoreańskich stoczniach Hyundai Heavy Industries i Hanwha Ocean (wcześniej znanej jako Daewoo Shipbuilding & Marine Engineering).

Wśród nich są:
  •     dziewięć okrętów podwodnych typu KSS-I/Jang Bogo powstałych na bazie niemieckich okrętów typu 209-1200 (wprowadzonych do służby w latach 1993-2001);
  •     dziewięć okrętów podwodnych typu KSS-II/Sohn Won-yil powstałych na bazie niemieckich okrętów typu 214 (oddanych do służby w latach 2007-2020);
  •     trzy okręty podwodne typu KSS-III/Dosan An Changho już w pełni południowokoreańskie (dostarczone w latach 2018–2021).
Co więcej, planowane jest wprowadzenie trzech kolejnych okrętów podwodnych KSS-III drugiej serii, których kadłub będzie już zawierał pionowe wyrzutnie systemu K-VLS, przeznaczone dla rakiet balistycznych rodziny Hyunmoo.

(...)

Koreańczycy są więc pewni, że będą w stanie samodzielnie zbudować dla siebie okręty podwodne z napędem atomowym. Południowokoreańskie ministerstwo obrony pokazało to w opublikowanym niedawno raporcie „Podstawowy plan rozwoju okrętu podwodnego o napędzie atomowym Republiki Korei”.

Zakłada się w nim ambitnie, że pierwszy taki okręt zostanie zwodowany około 2035 roku i wprowadzony do służby przed 2040 rokiem. Jak na razie ujawniono, że reaktory atomowe dla okrętów Jangbogo-N będą zasilane uranem niskowzbogaconym (poniżej 20%), a więc, jak zauważył francuski portal „Zone militaire”, podobnie jak reaktory napędzające nowe francuskie okręty podwodne typu Suffren (zbudowane w ramach programu Barracuda). Zostanie więc zastosowane rozwiązanie różniące się od rozwiązań stosowanych w Wielkiej Brytanii, Stanach Zjednoczonych i Federacji Rosyjskiej.

Tam reaktory atomowe są bowiem zasilane wysokowzbogaconym (do poziomu 90%) paliwem jądrowym HEU (Highly Enriched Uranium). Zastosowanie takiego uranu mogłoby więc zostać uznane za naruszenie umów dotyczących zakazu rozprzestrzeniania broni jądrowej. Bomby atomowe buduje się bowiem z izotopu U-235 – wzbogaconego właśnie powyżej 90%. Takie wątpliwości pojawiły się np. w czasie programu AUKUS (Australia, United Kingdom, United States) zawartego w 2021 roku. Australijczycy zdecydowali się w nim na współpracę przy budowie własnych, atomowych okrętów podwodnych z Amerykanami i Brytyjczykami, a więc na przejęcie stosowanych przez nich technologii jądrowych.

Wybierając inną technologię, Korea Południowa w pewien sposób wymanewrowała administrację Donalda Trumpa. Stosując „francuskie” reaktory oparte na niskowzbogaconym uranie, nie będzie bowiem miała problemów ze spełnieniem zobowiązań wynikających z Układu o nierozprzestrzenianiu broni jądrowej. Dodatkowo Korea Południowa zgadza się na kontrolowanie całego procesu pozyskiwania i zarządzania niskowzbogaconym uranem ze Stanami Zjednoczonymi i Międzynarodową Agencją Energii Atomowej (MAEA). Koreańczycy godzą się nawet, by to agencja MAEA ustanowiła system zabezpieczeń na ich przyszłych okrętach podwodnych o napędzie atomowym.

(...)

W planie podkreślono również znaczenie całego programu dla południowokoreańskiej gospodarki. Koreańczycy nie chcą (...), by za ich pieniądze rozwijał się przemysł amerykański, tak jak próbuje im to narzucić Donald Trump. W swoim planie zaznaczają (...), że program budowy atomowych okrętów podwodnych pozwoli na stworzenie 40 tysięcy wysoko wykwalifikowanych i stabilnych miejsc pracy oraz fundamentalnie wzmocni regionalną konkurencyjność przemysłową i potencjał wzrostu.

Natomiast „technologie pozyskane i infrastruktura powstała dzięki budowie okrętów podwodnych o napędzie atomowym rozprzestrzenią się na pokrewne gałęzie przemysłu i staną się kluczowym motorem rozwoju krajowej struktury przemysłowej”.

defence24.pl

KIERUNEK WSCHODNI — KORYTARZ, KTÓRY ZACZYNA SIĘ DŁAWIĆ

Ukraińskie uderzenia wzdłuż trasy R‑280 „Noworossija” i wokół Mariupola zamieniają rosyjski lądowy korytarz na Krym, z atutu okupacji w rosnące obciążenie militarne i polityczne. Project Meduza na podstawie relacji mieszkańców, nagrań z trasy i źródeł w rosyjskiej administracji opisuje uderzenia dronów i zdalne minowanie głównej drogi zaopatrzenia półwyspu.  

Równolegle First Corps Azov, 412. Brygada „Nemesis” i inne ukraińskie jednostki bezzałogowe pokazują ataki na rosyjską logistykę wokół Mariupola i na odcinku Mariupol–Melitopol–Symferopol.  

Z polskiej perspektywy to nie lokalny epizod, lecz test tego, czy Rosja potrafi jednocześnie prowadzić wojnę, utrzymywać okupację i chronić własne zaplecze na południu.

R‑280 łączy Rostów nad Donem z okupowanym wybrzeżem Azowa i dalej z Symferopolem; to jeden z kluczowych kanałów dostaw paliwa, amunicji i zaplecza dla Krymu oraz południowego zgrupowania rosyjskiego.  

Ukraińskie drony i systemy zdalnego minowania podnoszą koszt każdego przejazdu: kolumny muszą się rozpraszać, ruch ciężkiej techniki jest ograniczany, a Rosja zużywa więcej zasobów na osłonę tras i ochronę logistyki. To jeszcze nie pełny paraliż korytarza, ale trajektoria jest czytelna: Ukraina nie musi go „zdobyć”, wystarczy, że uczyni go stale niepewnym.

Najbardziej namacalny efekt widać już na Krymie. Po serii uderzeń na trasę „Noworossija” na półwyspie narasta deficyt paliwa: na wielu stacjach brakuje A‑92 i A‑95, a tam, gdzie benzyna jest, ustawiają się długie kolejki. Władze okupacyjne od 30 maja wprowadziły limit sprzedaży benzyny A‑95 — do 20 litrów na osobę, raz dziennie — a część stacji pracuje w trybie reglamentacji albo zamyka się z powodu braków. To ważne rozróżnienie: zdolność Ukrainy do duszenia tego korytarza nie oznacza jeszcze jego trwałego odcięcia. O tym zdecyduje tempo uderzeń i zdolność Rosji do adaptacji.

W tej samej logice mieści się aktywność „Azowa” wokół Mariupola. Korpus publikuje nagrania z uderzeń na rosyjskie cele na trasach Mariupol–Taganrog i Mariupol–Wołnowacha, czyli w węźle, który spina Donbas z przyazowskim zapleczem wojny. To nie osobna historia obok Krymu. Mariupol, Berdiańsk, Melitopol i przesmyki krymskie tworzą jedną sieć dostaw, więc uderzenia w węzeł mariupolski i na samą R‑280 składają się na tę samą operację.

Rosyjska narracja pokazuje, że problem jest politycznie odczuwalny. Z jednej strony okupacyjne władze mówią o „iluzji blokady” i „logistycznych trudnościach”; z drugiej sięgają po porównania do blokady Leningradu. W ich rozumieniu to język mobilizacji. W czytaniu analitycznym to próba zamiany zakłóceń zaopatrzenia w opowieść o heroicznej wytrzymałości.

Dla Polski i wschodniej flanki NATO znaczenie tej kampanii jest dość proste. Jak zauważa pan Maciej Korowaj, drony przestały być oddolną improwizacją i stały się rozwiązaniem systemowym, wpisanym w doktrynę oraz szkolenie armii; to dobrze tłumaczy, dlaczego uderzenia w logistykę na południu mają dziś skutki wykraczające daleko poza sam Krym.  

Im więcej zasobów Rosja musi zużyć na ochronę korytarza na Krym, paliwa i zaplecza na południu, tym mniej swobody zostaje jej do budowania rezerw i projekcji siły gdzie indziej. Jeżeli do połowy czerwca Rosja przywróci regularne dostawy paliwa na Krym bez limitów, kolejek i dalszych strat na trasie, ta teza osłabnie.  

Na dziś widać jednak coś innego: korytarz, który miał gwarantować trwałość okupacji, zaczął sam produkować niedobory i nerwowość.

x.com/DenisSalnikovPL


Cały plan Emmanuela Macrona zasadza się na wykorzystaniu ostatnich atutów Francji i odzyskaniu w oparciu o nie dawnej roli Paryża w Unii Europejskiej. Nie przypadkiem więc wspomniał o wielkich, historycznych poprzednikach.

Dzięki konsekwentnej polityce trzech prezydentów: Charlesa de Gaulle, Georgesa Pompidou oraz Valéryego Giscarda d'Estaing V Republika zapewniła sobie własny arsenał atomowy, jak i zdolność do budowy elektrowni zasilanych energią uzyskiwaną z rozszczepienia jąder atomu (przede wszystkim z izotopów uranu).

Dzięki temu w latach 1974-1985 w ramach Planu Messmera zbudowano 56 cywilnych reaktorów jądrowych, które zaspokoiły ok 80 proc. zapotrzebowania Francji na energię elektryczną.

Ta bezcenna spuścizna o mały włos nie została zaprzepaszczona. Z początkiem XXI w. kolejni prezydencji coraz bardziej ulegali idei odchodzenia od energii jądrowej.

Wreszcie wywodzący się z Partii Socjalistycznej prezydent François Hollande zapowiedział w 2015 r. stopniowe wygaszanie reaktorów oraz zastępowanie ich farmami wiatrowymi i elektrowniami słonecznymi.

Macron po zwycięskich wyborach w 2017 r. podtrzymał to zobowiązanie. Przez pierwsze lata rządów dążył, by do 2025 r. zapewniały one Francji już tylko 50 proc. potrzebnej energii elektrycznej, resztę zaś gwarantowało OZE.

Te działania wzbudziły tężejący opór elit V Republiki. Pojawiające się w mediach odpryski wskazywały, że francuskie deep state (głębokie państwo), tworzone przez urzędników i tajne służby, jest wrogie wobec takich pomysłów.

Świadczyły o tym artykuły prasowe, obwiniające Niemców o to, że stoją za próbą likwidacji francuskiej energetyki jądrowej, publikowane m.in. przez "L'Express", jak i specjalistyczne raporty.

Najgłośniejszy, upublicznionym w czerwcu 2023 r. przez École de Guerre Economique (EGE) wprost oskarżał niemiecki rząd o zakulisowe próby niszczenia największych atutów Francji, aby tak redukować jej rolę w UE.

"Aby osłabić przemysł i ogólnie francuską gospodarkę oraz zapewnić sobie własną hegemonię w tych obszarach na szczeblu europejskim, Niemcy destabilizują francuski przemysł jądrowy" - oskarżała EGE Berlin. Wskazując przykłady lobbingu za pośrednictwem: fundacji, niemieckich służb dyplomatycznych oraz instytucji unijnych, zmierzającego do wygaszenia elektrowni jądrowych we Francji.

W tym czasie Macron dokonał wolty o 180 stopni i stał się wielkim entuzjastą wszystkiego, co związane z energią atomową.

Ruszył program remontów i modernizacji elektrowni zbudowanych w ramach Planu Messmera. Tak uratowano je przed zamknięciem a V Republikę przed konicznością importu energii elektrycznej.

Powstały plany budowy reaktorów nowej generacji. (...)

Dzięki reaktorom Francja stała się głównym eksporterem prądu w Unii i do tego jeszcze gwarantem stabilności systemów energetycznych: Niemiec, Włoch, Hiszpanii oraz Holandii. Francja ratowała sąsiadów przed skutkami olbrzymich wahań mocy wywołanych zależnością OZE od zmian pogody. Jednocześnie udawało się sukcesywnie obniżać koszty produkcji prądu.

- Cena hurtowa prądu w przyszłym roku wyniesie 55 euro za MWh we Francji, 93 euro w Niemczech i 107 euro za MWh we Włoszech. To kluczowe - podkreślił w swym przemówieniu Macron.

Zatem Francja jest jednym z nielicznych państw UE, które posiada zdolność produkowania relatywnie taniej energii, w ilościach zdecydowanie powyżej własnych potrzeb, a jednocześnie codzienne zmiany pogodowe nie wywierają na to wpływu. Czyli stała się całkowitym przeciwieństwem Niemiec.

Macron zamierza ten fakt wykorzystać, realizując "Plan d'électrification des usages" (Plan elektryfikacji procesów użytkowych). Opracował go zespół ekspertów, nadzorowany przez ministra gospodarki i finansów Rolanda Lescure. Wyszczególniono w nim 22 obszary, w których wprowadzone zostaną zmiany.

Brzmi skomplikowanie, lecz da się ująć w prosty sposób.

Rząd Francji zamierza wymusić szybką i masową elektryfikację. Tak aby energia elektryczna na stałe zastąpiła inne jej źródła dla: całego transportu drogowego, przemysłu, rolnictwa oraz budynków. Francja chce osiągnąć te cele, oferując dotacje i wsparcie, w połączeniu z administracyjnymi zakazami i nakazami.

(...)

Na realizację tego, co obiecał Macron, francuski rząd planuje przeznaczać rocznie 10 mld euro.

Jednocześnie ruszyły przygotowania do budowy sześciu nowych reaktorów jądrowych typu EPR2 o łącznej mocy 10 MW. Zaś kontrolowany przez państwo koncern energetyczny EDF otrzymał zadanie przygotowania do końca 2026 r. szczegółowych planów zbudowania kolejnych ośmiu reaktorów.

Wszystkie to ma prowadzić do osiągniecia kilku celów jednocześnie. Paryż pragnie zdecydowanie ograniczyć swą zależność od zagranicznych dostawców gazu i ropy naftowej (a już zwłaszcza ze Stanów Zjednoczonych). Jednocześnie chce jeszcze mocniej uzależniać sąsiednie państwa od francuskiego prądu, taniego i przewidywalnego. Dlatego też operator sieci energetycznych Francji RTE przedstawił plan wydania 100 mld euro w ciągu najbliższych 15 lat na ich modernizację i rozbudowę. Tak aby zyskały zdolność przesyłania jak największej ilości energii na coraz większe odległości. Wszystko pod całkowitą kontrolą francuskiego rządu.

I tu plan Macrona zderza się czołowo z "European Grids Package". Czyli przyjętą w grudniu 2025 r. przez Komisję Europejską strategią zakładającą wydanie 1,2 biliona euro na modernizację, rozbudowę i centralizacji sieci energetycznej w Unii.

Dzięki realizacji tego projektu, gdy w wietrzne i słoneczne dni w krajach takich jak Niemczy czy Hiszpania nastąpi nadprodukcja energii elektrycznej, byłaby ona dystrybuowana na obszarze całej UE. Tak unikano by masowych odłączeń OZE, groźby przeciążenia sieci, kosztownych dla koncernów energetycznych i państw "ujemnych cen energii" i przede wszystkim jej marnotrawienia.

Ale "European Grids Package" zakłada, że to unijne instytucje będą decydowały o przebiegu "autostrad energetycznych" i przejmowały kontrolę nad energetyczną infrastrukturą, dystrybucją prądu, a także czerpały przychody z opłat przesyłowych.

Jest to zatem kolejny krok ku zwiększeniu realnej władzy Komisji Europejskiej. Paryż montuje więc koalicję państw, by zablokować plany Brukseli. Co ciekawe, pierwsze zgłosiły się do niej: Szwecja, Finlandia oraz Polska.

interia.pl


Szanowny Aleksandrze Nikołajewiczu!
*(w odpowiedzi na list z 25.05.2026 r.)*
Dziękuję za raport!

Co do rezultatów „Uderzenia odwetu” również trudno mi się zorientować, ale — sądząc po zbieżności szeregu doniesień — one jednak są. Jednakże (i zupełnie słusznie Pan na to wskazał), nawet najpoważniejsze z rzeczywiście osiągniętych rezultatów „nie można uznać” za jakikolwiek naprawdę ciężki cios dla wroga, a — biorąc pod uwagę „pojedynczy, niesystemowy” charakter uderzenia — nie mogą wywrzeć prawie żadnego wpływu na przebieg działań wojennych.

Aby zakończyć tę wojnę, należy zadać tzw. „ukrainie” decydującą klęskę militarną, a nie „mścić się” na niej za jakiekolwiek ataki na ludność cywilną na terytorium FR. Z kolei, by zadać klęskę, potrzebna jest strategia i odpowiadające tej strategii działania, które jak nie były realizowane przez 4 lata („z okładem”), tak i do dziś nie są realizowane.

Pojedyncze uderzenia nie rozwiążą zadania „skłonienia »ukrainy« do pokoju” po prostu dlatego, że są niewystarczające, a także dlatego, że „ukraina” (w osobach jej narodowych zdrajców w kierownictwie) na żaden pokój nie pójdzie, o ile nie zostanie całkowicie rozgromiona.

No i cele wybrane do uderzenia są nie do końca zrozumiałe: ZNÓW nie podjęto nawet próby zniszczenia tego, co najważniejsze — szlaków komunikacyjnych wroga, którymi otrzymuje z państw NATO wszystko, co niezbędne do kontynuowania działań wojennych i dzięki którym manewruje własnymi siłami i środkami. Żaden most podczas ataku znowu nie ucierpiał.

A zniszczenie nawet wszystkich bez wyjątku zakładów zbrojeniowych (czego nie da się osiągnąć pojedynczymi uderzeniami „w ogóle, w żadnym wypadku”) nie wpłynie zbytnio na kontynuację wojny choćby dlatego, że ¾ uzbrojenia i wyposażenia dla Sił Zbrojnych Ukrainy produkuje się poza granicami „ukrainy” i w razie potrzeby — będą tam produkować (i już się do tego przygotowują!) całe 100% niezbędnej produkcji wojskowej.

Oznacza to, że mamy już „do znudzenia” oklepaną sytuację, gdy uderzenia mają na celu usunięcie skutków, a nie przyczyn, a co gorsza — są niewystarczające nawet do zlikwidowania tych pierwszych. Gdyby takie uderzenia miały charakter systemowej i ciągłej „ofensywy powietrznej”, prawdopodobnie dałyby niezłe rezultaty (nie od razu, ale z czasem). A na razie to „kolejne strzelenie z bata, które nie straszy już tygrysa, który zasmakował krwi”.

Przechodzę do tradycyjnego komentarza do nadesłanych wiadomości:

* **„Kazachstan — spadkobiercą Złotej Ordy”**. — Bzdura z każdego punktu widzenia.
1. Kazachstanem nie rządzi chan z rodu Czyngis-chana (czyli z punktu widzenia tamtej dawnej „Ordy” w ogóle nie jest to państwo, a nie wiadomo co, a jeśli państwo, to nienależące do Ordy).

2. We współczesnym Kazachstanie (na jego terytorium) nie ma ani jednego dużego „ordyńskiego” ośrodka miejskiego. — Stolica Wielkiej Ordy / Ułusu Dżocziego / „Złotej Ordy” — Saraj (doszczętnie zniszczony przez Timura) — znajdowała się w obwodzie astrachańskim, a Buchara, Chiwa, Samarkanda — gdzie niegdyś mieściły się stolice/siedziby chanów z rodu Czyngis-chana — znajdują się obecnie znowu w innych państwach.

3. Za czasów chanów „Złotej Ordy” (nazwa nadana jej przez rosyjskich historyków w XIX wieku) kazachskie żuzy (związki plemienne) były wasalami Ordy, dostarczającymi jej konie, bydło i lekką kawalerię dla wojska. I nic więcej. Miały dość niski status i po rozpadzie Wielkiej Ordy (koniec XV wieku) na szereg chanatów, w ogóle pozostały bez „regularnej państwowości”. Ani rosyjska, ani azjatycka historia z XVI-XVIII wieku nie zna w ogóle żadnych „chanatów kazachskich” (i ich chanów), chociaż wodzowie plemienni i wodzowie związków plemiennych oczywiście istnieli. Nie było jednak żadnych atrybutów „klasycznej państwowości” — ani aparatu państwowego, ani kodeksu praw, ani własnej monety itd. (nie wspominając o piśmiennictwie). Koczownicze pasterstwo i najazdy na sąsiadów — żadnej innej działalności gospodarczej (no i jeszcze rzemiosła z tym związane). Ale zgadzam się — do tworzenia „mitologii państwowej” nadaje się to w sam raz.

/Chanat Kazachski (kaz. قازاق حاندىعى, Қазақ хандығы; Qazaq Chandyğy) – państwo kazachskie istniejące w latach 1465–1847; chanat. W wyniku powstania z lat 1456–1465 Kazachowie wyzwolili się spod władzy Chanatu Uzbeckiego, tworząc tym samym własne państwo, pierwotnie na terenach na południe od jeziora Bałchasz. Chanat Kazachski mógł uchodzić za panowania chanów Qasyma Žanibekŭlego, Aqnazara Qasymŭlego i Esıma Šyğajŭlego – także za sprawą podporządkowania kolejnych plemion i ziem – za najsilniejszy organizm państwowy w Azji Centralnej. Następnie został osłabiony w II połowie XVII i I połowie XVIII wieku w wyniku wojen z Dżungarami. (...) Tendencje separatystyczne nie sprzyjały sile państwa Kazachów. Brak jedności politycznej skutkował, szczególnie w XVIII wieku, funkcjonowaniem wielu chanatów kazachskich. Ich byt polityczny został następnie zakończony w pierwszej połowie XIX wieku drugą fazą kolonizacji rosyjskiej, kiedy zdecydowano się na likwidację lennej zależności chanów i wprowadzenie systemu bezpośredniego administrowania obszarami Kazachstanu. Najdłużej zarządzanym przez chanów państwem kazachskim była, podległa administracyjnie władzom rosyjskim w Orenburgu, Orda Bukejska. Uległa ona likwidacji dopiero w 1845 roku, po śmierci chana Žängıra Bökejŭlego. W historiografii kazachskiej koniec istnienia chanatów wiąże się z upadkiem powstania antyrosyjskiego kierowanego przez koronowanego na chana Kenesarego Qasymŭlego (1847). - pl.wikipedia.org/

* **Negocjacje w Pekinie.**
Jeśli dobrze zrozumiałem, nasza delegacja wróciła do domu z mniej więcej takimi samymi rezultatami jak delegacja USA — czyli „odchodząc z kwitkiem” (przynajmniej w tych kwestiach, które są dla nas naprawdę bardzo ważne). Co zaś się tyczy rozważań o „trollingu z »Jeziorem Łabędzim«”, nie jestem skłonny rozpatrywać programu koncertu z „konspirologicznego” punktu widzenia. — Mało prawdopodobne, by Chinom opłacało się teraz w jakikolwiek sposób „poniżać” kierownictwo Rosji. Samo w sobie „Jezioro Łabędzie” to wielkie dzieło rosyjskiej kultury i sztuki — ta właśnie „rosyjska klasyka”, którą ceni cały świat. Zresztą — nie upieram się przy swoim zdaniu — z racji „głębokiej nieznajomości” chińskiej kultury i tradycji.

* **Odnośnie „zawodzeń Olega Cariowa z usprawiedliwianiem tego, czego i tak nie będzie”** (tzn. usprawiedliwiania niekorzystnego dla Rosji „kompromisowego pokoju” z tzw. „ukrainą”). — Jestem prawie pewien, że pan Cariow doskonale zdaje sobie sprawę z niemożliwości jakiegokolwiek „kompromisu”, ale jego przyjaciele-kuratorzy z Administracji Prezydenta („AP-eszeczki”) wymagają tekstów właśnie tego rodzaju. I Oleg, jak zawsze, „ściśle waha się wraz z linią partii”, nawet rozumiejąc, jak bardzo jest ona szalona i absurdalna. Tylko czy pan Cariow jest pewien, że w wyniku swojej „hiperlojalności” zachowa choć trochę z dawnego majątku — na przykład sanatorium w Jałcie czy swój dom w pobliżu? W 2014 roku Oleg zdyscyplinowanie wykonał polecenie Surkowa i „zmył się” z Doniecka akurat w przeddzień wyjścia pospolitego ruszenia ze Słowiańska (do Doniecka, o którego oddaniu pospieszny wyjazd Cariowa jakby „niedwuznacznie przypominał”). Może warto zastanowić się nad możliwością jednak „postawienia na swoim”? Albo „swojego” już w ogóle nie ma (i nie było)? Sądząc po tekście — niestety, tak właśnie jest...

* **W odniesieniu do wystąpienia szefa Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego, Maksima Reszetnikowa** (cytat: „...inne kraje wykazują duże zainteresowanie rosyjskimi opracowaniami...” — dalej w tekście): Wenezuela już dawno powiadomiła FR, że „wasze pieniądze przepadły”, ale najwyraźniej stamtąd do biura Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego „magiczny biały proszek” dociera nadal regularnie...

* **Co do sytuacji na froncie: „stoimy galopem”.** Zmiany w licznych „bitwach o leśniczówki” są tak nieznaczne, że nie chcę po raz kolejny „pluć żółcią” przy okazji stwierdzania faktu: o żadnej „zwycięskiej strategii” w wykonaniu naszego kierownictwa wojskowo-politycznego i wojskowego — nie ma co nawet marzyć.

* **Odnośnie nalotów wroga na trasę Taganrog — Melitopol — Dżankoj** (główna lądowa linia zaopatrzenia zarówno frontu, jak i tyłów w obwodach chersońskim, zaporoskim oraz na Krymie): o rezultatach działań wrogich „Szerszeni” na tej trasie napisało mi już co najmniej dwóch korespondentów. Nie ma wątpliwości — naloty będą tylko przybierać na sile, a przeciwnik dołoży wszelkich starań, by uczynić tę trasę zbyt niebezpieczną dla normalnego ruchu zarówno transportu wojskowego, jak i cywilnego. Środki zaradcze? — Skoro o „stopie naszego piechura w bazach wroga” nie ma już mowy (oddanie Chersonia przez Surowikina „odbija się czkawką” pod tym względem aż nadto odczuwalnie) — to tylko więcej i więcej mobilnych grup obrony przeciwlotniczej, a także stale patrolujących powietrze dronów-myśliwców. A jeśli i tego nie ma (lub jest ich za mało)? — Wtedy... wtedy „trza pocierpieć” (i/lub „odnieść się ze zrozumieniem”) — niczego innego zaproponować nie potrafię.

* **Osobne pozdrowienia ode mnie dla „Filozofodugina”, który zaleca „wydzielać internet w porcjach”.** — Tak i widzę Aleksandra Gielewicza „z brodą, w białym fartuchu i przy wózeczku”, z którego będzie osobiście sprzedawał „porcjowany” internet przy głównym wejściu na WDNCh. Razem z lodami i napojami chłodzącymi. Lody i wodę gazowaną — można dostać „po prostu tak”, ale internet — tylko pełnoletnim po okazaniu paszportu i zaświadczenia od komitetu domowego Szwondera „o dobrym sprawowaniu”. Z pieczątką.

Z wyrazami szacunku i wdzięczności, I.W. Girkin
27.05.26

*(List do współpracownika Aleksandra Getmanowa)*

x.com/AryoSomeGumul


To będzie moja ostatnia uwaga w sprawie „bohaterów UPA”. Otóż po przepytaniu się tu i ówdzie rysuje się pewien obrazek. Niezbyt ciekawy.

Zacznijmy od tego czy Wołodymyr Zełenski podpisując ten akt nadania patronów, myślał o Polsce i chciał Polsce szczególnie dokuczyć? Otóż mogę zaryzykować twierdzenie, że miał w tym momencie Polskę dokładnie w pompie, a chciał zrobić dobrze pewnemu, rosnącemu w siłę środowisku.

Według narracji tego środowiska Ukraina jest prawdziwym Przedmurzem chroniącym Europę przed Rosją. Europa jest bowiem mała, słaba, zinfiltrowana przez Rosjan i jeśli nie upada i nie staje się rosyjską marionetką, to tylko dlatego że broni ją Ukraina. To dotyczy wszystkich krajów Europy nawet Niemców, gdzie w tym środowisku krążą nawet nasze polskie ranty na temat Bundeswehry czy AfD („no przecież wy sami mówicie”).

To Ukraina ma najsilniejszą armię w Europie, ta armia zwycięsko powstrzymuje Rosję, bez niej cała Europa by zginęła. Mało tego – Ukraina ma najlepsze na świecie technologie militarne, których wszyscy obecnie pożądają, nawet Amerykanie i najlepszym dowodem ma być to że Europa i Ameryka daje już głownie pieniądze na Najlepszą Ukraińską produkcję wojskową.

A Polska w tym wszystkim? Ano nie liczy się, rządzą w niej Amerykanie i o Polsce rozmawia się z Amerykanami, bo co Polakom powiedzą to Polacy zrobią.

Wstąpienie do UE i NATO Ukrainie się więc zwyczajnie należy i Europa powinna zaakceptować taką wersję historii jaką Ukraina przedstawia, bo Ukraina broni Europy.

Cóż jeśli to środowisko jeszcze urośnie, a jest w nim sporo polityków i wojskowych, to my Europa, nie tylko my Polska mamy problem. I złość tu niewiele pomoże, takich z zawrotem głowy trzeba załatwiać na zimno, pokazując że kryteria wstąpienia do Unii Europejskiej i NATO są bardzo jasne i nie będzie się ich dla Ukrainy naginać, a w końcowym głosowaniu decyduje jednomyślność, a tego Ukraina przy takiej polityce po prostu nie uzyska.

x.com/MarekMeissner