poniedziałek, 8 czerwca 2026



Amerykanie w tym roku mają ograniczyć około 200 stanowisk w strukturach NATO, przede wszystkim poprzez niewymienianie personelu po zakończeniu rotacji. Dotyczy to nie tylko wybranych dowództw czy struktur koordynacyjnych, ale również części grup eksperckich i właśnie Centrów Doskonalenia. Sama liczba nie musi robić wielkiego wrażenia, jeśli porównać ją z całością obecności USA w Europie. Problem polega na tym, że mówimy o ekspertach (często wojskowych) pracujących w miejscach, gdzie Sojusz myśli, planuje, ćwiczy i przygotowuje się do przyszłych wyzwań.

Pragnę wskazać, że te centra są kluczowe, bo sam brałem udział w ćwiczeniach i symulacjach prowadzonych w podobnych formatach w kilkunastu ośrodkach NATO na świecie. Na przykład uczestniczyłem w ćwiczeniach z Ukrainą, które trwały blisko rok i angażowały ukraińskich wojskowych oraz decydentów, a jednym z ich najważniejszych podsumowań były działania realizowane we wrześniu i październiku 2021 roku w Odessie. Dotyczyły one rosyjskich ataków na infrastrukturę energetyczną Ukrainy, scenariuszy presji hybrydowej, zakłóceń dostaw i reakcji państwa na kryzys.

Po rosyjskiej agresji w lutym 2022 roku okazało się, że scenariusze, które przygotowywaliśmy, sprawdziły się w ponad 80%. To demonstruje, że takie ćwiczenia nie są teorią dla teorii, ale przygotowują państwa (i cały Sojusz i partnerów) na sytuacje, które później naprawdę się wydarzają.

W związku z tym, wyjście Amerykanów z tych struktur to nie jest tylko kwestia pieniędzy i braku przedstawiciela. Oceniam to jako brak amerykańskiego głosu w ćwiczeniach, brak amerykańskiego doświadczenia w opracowaniach, brak wspólnych analiz, brak udziału w symulacjach i brak codziennego budowania współpracy w konkretnych państwach. Amerykanie zabierają swoich specjalistów, a razem z nimi część wiedzy, procedur, pamięci instytucjonalnej i politycznego ciężaru, o których tak wiele mówi się w Europie od miesięcy. Centra NATO będą działały dalej, ale bez USA ich znaczenie, szczególnie dla państw partnerskich, będzie słabsze.

Wiadomo już, że Amerykanie wycofują się m.in. z Centrum Doskonalenia Obrony przed Terroryzmem w Ankarze (Defence Against Terrorism Centre of Excellence, DAT COE) oraz z Centrum Doskonalenia Bezpieczeństwa Energetycznego NATO w Wilnie (NATO Energy Security Centre of Excellence, NATO ENSEC COE). To drugie jest szczególnie ważne dla naszej części Europy. Bezpieczeństwo energetyczne po rosyjskiej agresji na Ukrainę stało się jednym z głównych elementów odporności państwa (a jeśli do tego dodamy kryzys na Bliskim Wschodzie to mamy ogromne wyzwania). Jeżeli NATO ma rozumieć, jak Rosja uderza w energetykę, infrastrukturę krytyczną, sieci przesyłowe i społeczeństwa poprzez presję energetyczną, to takie centrum ma znaczenie fundamentalne.

(...)

Za miesiąc odbędzie się szczyt NATO w Turcji i być może prezydent Trump będzie jeszcze korygował część decyzji. Nie zakładałbym jednak, że cały proces zostanie cofnięty. Decyzje o wycofywaniu Amerykanów z części centrów już zapadły i są realizowane. To wpisuje się w szerszą politykę administracji Trumpa, która chce, aby Europa przejmowała większą odpowiedzialność za własne bezpieczeństwo, a Stany Zjednoczone zachowały swobodę działania wobec Indo-Pacyfiku, Bliskiego Wschodu i własnych priorytetów wewnętrznych.

Nie chodzi już o formalne wyjście USA z NATO. Teraz dotyczy to ograniczania amerykańskiej obecności w miejscach, gdzie Sojusz przygotowuje się do przyszłych kryzysów i wojen. To jest mniej widoczne niż rotacja brygady czy obecność myśliwców, ale wciąż bardzo ważne. Centra eksperckie tworzą analizy, prowadzą ćwiczenia, budują scenariusze i uczą państwa reagowania zanim dojdzie do wojny. Jeżeli Amerykanie wycofują specjalistów z tych struktur, Europa traci część amerykańskiego doświadczenia, wiedzy i politycznego ciężaru.

defence24.pl
 
 
W Międzynarodowym Forum Ekonomicznym w Petersburgu, 3-6 czerwca 2026 r., uczestniczyło czterech ważnych polityków AfD: zastępca przewodniczącej frakcji AfD w Bundestagu Markus Frohnmaier, przewodniczący AfD w Saksonii Jörg Urban, poseł do Bundestagu Steffen Kotré oraz eurodeputowany Petr Bystron. Największe kontrowersje wzbudziło spotkanie Frohnmaiera z prezesem Gazpromu Aleksiejem Millerem, bliskim współpracownikiem Władimira Putina. Sam Frohnmaier przyznał, że rozmowy dotyczyły możliwości ponownego uruchomienia gazociągów Nord Stream i wznowienia dostaw rosyjskiego gazu do Niemiec. 

Powyższy wątek wpisuje się w konsekwentnie prezentowane przez AfD stanowisko, że zerwanie współpracy energetycznej z Rosją i sankcje wobec niej przyniosły Niemcom straty gospodarcze. Dlatego partia ta, odwołując się do interesów niemieckiego przemysłu i znaczenia taniej energii, postuluje naprawę relacji z Moskwą. Warto też przypomnieć, że już w 2019 r. media informowały o przeciekach z otoczenia rosyjskiego prezydenta, z których wynikało, że Frohnmaier jest uważany za polityka pozostającego pod absolutną kontrolą Kremla. 

Podczas Forum Ekonomicznego w Petersburgu politycy AfD mówili przede wszystkim o konieczności odbudowy relacji niemiecko-rosyjskich. W ich wypowiedziach powracał argument o wspólnym europejskim dziedzictwie kulturowym Rosji i Niemiec oraz wybrzmiewało przekonanie, że dialog z Moskwą powinien zostać wznowiony mimo sprzeciwu większości niemieckich polityków. Urban np. przekonywał, że kultura, nauka i edukacja powinny odgrywać kluczową rolę w procesie odbudowy wzajemnego zaufania. Przypominając o historycznych powiązaniach Saksonii z Rosją, pochodzących jeszcze z czasów komunistycznych, dowodził, że wielu mieszkańców tego kraju związkowego nadal opowiada się za utrzymywaniem kontaktów z Rosjanami. Trend ten – mówił Urban – trwa pomimo działań polityków głównego nurtu, zmierzających do ograniczania wspomnianych relacji. 

Kotré z kolei określił siebie mianem „dziecka NRD”, wskazując, że to właśnie doświadczenia z młodości ukształtowały jego zainteresowanie Rosją. Argumentował, że w obliczu sytuacji politycznej w Europie Zachodniej jedynym sposobem na przełamanie impasu jest konsekwentne robienie małych kroków. Za taki uznał samą obecność polityków AfD na organizowanym w Rosji wydarzeniu. Także Bystron ostro krytykował sankcje gospodarcze wobec Rosji oraz wycofanie się z rosyjskiego rynku takich niemieckich firm, jak Siemens czy BMW. Określił to mianem hańby. 

Uczestnikami dyskusji na Forum w Petersburgu byli również inni zwolennicy odbudowy relacji niemiecko-rosyjskich. Wśród nich znalazł się m.in. niemiecki dyrygent i pianista Justus Frantz, w 2025 r. odznaczony przez Putina Orderem Przyjaźni, czy Daniil Bissinger, były rosyjski dyplomata, przedstawiany jako zwolennik walki z dezinformacją. Na Forum Bissinger krytykował niemieckie media za przedstawianie negatywnego obrazu Rosji oraz wskazywał na potencjał współpracy wynikający z połączenia rosyjskich zasobów z niemieckimi technologiami.

W Berlinie krytycznie oceniono udział polityków AfD w Forum, podkreślając, że stanowi ono element rosyjskich działań mających na celu stwarzanie pozorów normalności mimo prowadzonej przez Rosję wojny na Ukrainie. Niemiecki resort spraw zagranicznych miał odradzać przedstawicielom tego ugrupowania uczestnictwo w konferencji, argumentując, że byłoby to sprzeczne z założeniami polityki zagranicznej i bezpieczeństwa Niemiec. Obecność polityków AfD w Petersburgu nie spotkała się natomiast z krytyką ze strony kierownictwa partii; można nawet uznać, że uzyskała milczącą aprobatę. Pokazuje to istotną zmianę w stanowisku władz partyjnych – w listopadzie 2025 r. Alice Weidel otwarcie kwestionowała sens podobnych wizyt i zapowiadała konsekwencje wobec polityków uczestniczących w takich wydarzeniach. Może to oznaczać rosnącą akceptację w kierownictwie AfD dla nurtu opowiadającego się za odbudową bliskich relacji z Rosją. 

iz.poznan.pl


Iran ponownie atakuje rakietami Izrael, który bombarduje terytorium Republiki Islamskiej. Beniamin Netanjahu zignorował Donalda Trumpa, który nakłaniał go do odstąpienia od eskalacji. Do wymiany ciosów włączyli się także Huti w Jemenie, atakując centralny Izrael.

Pytanie o to, kto zaczął i sprowokował eskalację, jest pytaniem o pierwszeństwo jajka czy kury.
  • Cahal zwalcza Hezbollah na południu Libanu, żeby zapewnić bezpieczeństwo północnemu Izraelowi.
  • Hezbollah nie zgodził się na ograniczenie ataków, dopóki Cahal okupuje południe. Stąd powtarzające się ataki rakietowe i dronowe, także na północny Izrael.
  • Premier Netanjahu ogłosił, że Izrael nie będzie atakował Bejrutu, jeżeli Hezbollah nie będzie atakował północnego Izraela. Ponieważ ataki miały miejsce, bomby spadły w stolicy Libanu.
  • Iran zapowiedział atak na Izrael, jeżeli Cahal zbombarduje Bejrut. Stąd nocny atak pociskami balistycznymi na północny Izrael.
  • Izrael odpowiedział pomimo rozmowy telefonicznej, w której Trump przekonywał Netanjahu do zachowania spokoju, skoro w ataku irańskim nikt nie zginął. Izraelczycy zbombardowali kilkanaście celów w zachodnim i centralnym Iranie, w tym zakłady petrochemiczne.
  • Iran odpowiada na ataki Izraela. Do walki włączyli się Huti z Jemenu, wystrzeliwując rakietę balistyczną w kierunku Tel Awiwu.
  • Wymiana może, choć nie musi, potrwać.
Otwierające salwy walk między Izraelem a Iranem ilustrują obecną rzeczywistość na Bliskim Wschodzie, zmienianą przez wojnę z Iranem.

Po pierwsze, sojusz irański w regionie. Iran bardzo poważnie traktuje swoje zobowiązania wobec sojuszników (ang. proxy) w regionie i gotów jest używać siły w ich obronie. Teheran od końca lat 80. ubiegłego wieku wspierał Hezbollah, lecz dopiero teraz otwarcie zaatakował Izrael w jego obronie. Co więcej, aktywizacja Hutich pokazuje, że jest to aktywna sieć zależności. Warto podkreślić, że atak z Jemenu został skoordynowany z równoczesnym atakiem rakietowym z Iranu. Amerykanom i Izraelczykom nie udało się rozbić irańskiego sojuszu podczas negocjacji, a Teheran nie jest gotowy „przehandlować” Hezbollahu czy Hutich, na przykład w zamian za ustępstwa gospodarcze.

Po drugie, asertywność Teheranu. Donald Trump miał rację, mówiąc, że wojna już doprowadziła do zmiany reżimu w Iranie. Rzeczywiście Republiką Islamską rządzą obecnie ludzie bardziej skłonni do użycia siły niż ich poprzednicy z ajatollahem Alim Chamaneim na czele. W przeszłości Teheran działał w sposób bardziej subtelny i zakulisowy, przede wszystkim grając groźbami i dokonując zamachów, od których Republika Islamska przynajmniej nominalnie się odcinała. Teraz Irańczycy, posiadający duże zdolności militarne i jeszcze większe możliwości adaptacji i odbudowy sił, w sposób otwarty opierają swoje argumenty na sile. Nie obejmuje to jedynie siły kinetycznej, rakiet i dronów, ale także zdolności cybernetyczne, wojnę informacyjną i możliwość oddziaływania na gospodarkę globalną.

Po trzecie, kolejny cios został zadany pozycji Stanów Zjednoczonych. Tym razem uderzenie przyszło ze strony bliskiego sojusznika – Izraela. Po nocnym ataku irańskim na Izrael Donald Trump telefonicznie rozmawiał z Beniaminem Netanjahu, nieskutecznie odwodząc go od eskalacji. Z doniesień prasowych wynika, że był przekonany, iż udało mu się zażegnać eskalację, która może pokrzyżować plany zakończenia wojny i wycofania się Stanów Zjednoczonych z konfliktu rozpoczętego w dużej mierze za namową Izraela.

Netanjahu stał przed wyborem pomiędzy sojuszem a władzą. Przytłaczająca większość Izraelczyków popiera wojnę z Iranem i uważa, że należy zniszczyć Hezbollah w Libanie, a każdy atak z Iranu musi spotkać się z miażdżącą odpowiedzią. Sentyment ten popierają politycy od lewa do prawa sceny politycznej. Oznacza to, że powstrzymanie się od zbombardowania Iranu z dużym prawdopodobieństwem oznaczałoby dla Netanjahu utratę władzy jesienią. Dokonał wyboru politycznego, argumentując, że bezpieczeństwo Izraela jest na pierwszym miejscu, a regionalne zakusy Teheranu muszą być kontrowane.

Obecna wymiana ciosów pokazuje, jak niebezpieczny jest brak porozumienia i rozwiązania konfliktu między Stanami Zjednoczonymi a Iranem. Brak regionalnego uregulowania sporu pokazuje, że każdy z graczy może zainicjować serię wydarzeń prowadzącą do eskalacji. Może ona także wyniknąć z niewielkiego, wymykającego się spod kontroli incydentu, w którym jedna ze stron ponosi niemożliwe do zaakceptowania straty.

Iran i Izrael wypracowują obecnie parametry konfliktu z pominięciem Stanów Zjednoczonych. Iran pokazuje, że atak na jednego sojusznika jest atakiem na wszystkich i wymaga zbrojnej odpowiedzi wszystkich razem. Izrael stara się podważyć tę formułę, zachowując zdolność do niezależnego prowadzenia serii małych wojen i atakowania każdego wroga według własnego uznania.

dnbw.substack.com


Uwagę obserwatorów zwracają zmiany w sposobie publikowania danych dotyczących zaufania do władz. Wszechrosyjskie Centrum Badania Opinii Publicznej (WCIOM), największy tego typu państwowy ośrodek w Rosji, zaprzestał publikacji wyników sondaży zaufania do Władimira Putina, obliczanych metodą "otwartej ankiety" — czyli takiej, w której respondenci sami wskazują polityków, którym ufają, bez wcześniejszego wymieniania rosyjskiego prezydenta.

Obliczony w ten sposób wskaźnik poparcia dla Putina na początku kwietnia spadł do 29,5 proc., czyli najniższego poziomu od początku wojny, i okazał się ponad dwukrotnie niższy od wskaźnika w "zamkniętej" ankiecie, w której respondenci są pytani, czy ufają właśnie Putinowi (73,8 proc. na początku kwietnia i 72,3 proc. pod koniec maja).

Od początku roku "otwarty" wskaźnik zaufania do Putina spadł o 5,5 punktu. Z kolei w stosunku do szczytów z marca 2024 r. — o 19,5 (czyli o ponad jedną trzecią), a w porównaniu z rekordowym poziomem z 2014 r. zmniejszył się ponad dwukrotnie: wówczas o zaufaniu do Putina mówiło 68 proc. respondentów.

onet.pl\The Moscow Times


Partia Pracy Starmera z radością obserwowała, jak konserwatyści pogrążają się w chaosie, wystawiając czterech premierów w ciągu ośmiu lat. Jednak te same podziały frakcyjne i rozgoryczenie wyborców, które nękały torysów, pochłaniają teraz Starmera. Te żarty o tym, że premier Liz Truss nie przetrwa [na stanowisku] dłużej niż główka sałaty, nie będą wydawały się tak zabawne, jeśli następny potencjalny lokator przy Downing Street 10, Burnham, przegra w tym miesiącu wybory uzupełniające, a Partia Pracy wróci do punktu wyjścia.

Dziesięć lat po tym, jak Wielka Brytania zagłosowała za opuszczeniem Unii Europejskiej, kraj pozostaje tak samo niezadowolony i podzielony. Każdy długoletni obserwator brytyjskiej polityki może wyrecytować powody, tak jak wielu to robiło, gdy byłem tam w zeszłym miesiącu: brak realnego wzrostu gospodarczego, stagnacja płac oraz zawirowania spowodowane kolejnymi falami covidu, wojnami w Ukrainie, a teraz w Iranie.

Do tego dochodzą bardziej delikatne, ale niezaprzeczalne podziały kulturowe dotyczące imigracji i tożsamości, które podsyciły populistyczną reakcję. Brexit nie tylko nie uczynił Wielkiej Brytanii znów wielką, ale tylko pogłębił cynizm społeczny. Gospodarka nie odżyła. I choć odłączenie się od kontynentu mogło utrudnić migrację polskiemu hydraulikowi, nie powstrzymało to napływu muzułmanów o innym kolorze skóry, których przybycie zradykalizowało środkową Anglię.

Wystarczy spojrzeć na reakcję prawicy w dekadzie brexitu: od Borisa Johnsona przez Nigela Farage'a po, obecnie, Ruperta Lowe'a i jego partię Restore (Przywrócenia), która uważa, że partia Reform Farage'a jest zbyt łagodna w kwestii imigracji. Nie wspominając już o Robinsonie i jego oddziałach szturmowych, którzy machają flagami Union Jack i św. Jerzego równie subtelnie, jak niegdyś amerykańscy segregacjoniści podnosili sztandar Konfederacji. Można wyśmiewać Lowe'a i Robinsona jako reprezentantów skrajnej prawicy, ale najbogatszy człowiek świata, Elon Musk, nie lekceważy tej dwójki — pomaga ją finansować.

Ten gwałtowny zwrot w prawo, od podupadłej elegancji absolwentów Eton do bigoterii chuliganów piłkarskich, wywrócił Partię Konserwatywną do góry nogami, co zostało dobrze udokumentowane. Jednak zeszłomiesięczne wybory lokalne w Wielkiej Brytanii pokazały, jak Partia Pracy również znajduje się w oblężeniu ze strony rozgoryczonego elektoratu: poniosła straty na swoim tradycyjnym zapleczu robotniczym na rzecz partii Reform Farage'a, została podgryziona w centrum przez Liberalnych Demokratów i osłabiona na lewicy przez Zielonych.

Nie ma chyba lepszego dowodu na głębsze problemy strukturalne niż upadek Starmera, niecałe dwa lata po powrocie jego partii do władzy. Brakuje mu charyzmy i wizji, ale jest postacią tak nieszkodliwą i flegmatyczną, jak to tylko możliwe. Stał się jednak uosobieniem nieudolnego rządu, budzącą taką falę drwin i pogardy, że trudno mi było to pojąć, dopóki pewien bystry student politologii nie wyjaśnił mi tego wprost: to algorytmy, głupcze.

Kultura smartfonowa, którą były senator USA Lamar Alexander nazywa "cyfrową demokracją", przyspieszyła i zbrutalizowała politykę, wypaczając kulturę motywacji dla wybranych urzędników i prasy próbującej nadążyć za zmianami, jednocześnie pchając zwykłych wyborców głębiej w izolację.

onet.pl\Politico