poniedziałek, 20 lipca 2026



Borys Nadieżdin zaznaczył, że zderzył się z presją ze strony rosyjskich władz po tym, jak 17 czerwca wystartował w wyborach do Dumy Państwowej.

— Zamykają mi usta, wypychają mnie z polityki, mocno utrudniają mi życie. Zaatakowali mnie wszyscy, którzy tylko mogli — oświadczył polityk.

Sąd Miejski w Dołgoprudnym w obwodzie moskiewskim 17 lipca wymierzył Nadieżdinowi grzywnę administracyjną w wysokości 1 tys. rubli na podstawie artykułu o demonstrowaniu symboliki ekstremistycznej (cz. 1 art. 20.3 Kodeksu wykroczeń administracyjnych FR). Zgodnie z postanowieniem sądu polityk opublikował w 2023 roku link do transmisji Elwiry Wichariewej ze swoim udziałem, a w nagraniu tym na około dziesięć sekund pojawiło się zdjęcie Aleksieja Nawalnego.

Rosyjskie prawo zakazuje udziału w wyborach przez rok obywatelom pociągniętym do odpowiedzialności administracyjnej za demonstrowanie "symboliki ekstremistycznej". Ponadto 10 lipca rosyjskie Ministerstwo Sprawiedliwości uznało Nadieżdina za "zagranicznego agenta". Centralna Komisja Wyborcza nie może rejestrować kandydatów z takim statusem.

Nadieżdin dodał też, że Federalna Służba Komornicza zakazała mu wyjazdu z Rosji, a Agencja Gwarantowania Depozytów i sąd arbitrażowy ogłosiły jego upadłość.

Jak stwierdził, nie może już legalnie zajmować się opozycyjną polityką w Rosji.

onet.pl\centrumeuropy.pl


Facebook przedstawił nowym użytkownikom prostą i całkiem kuszącą ofertę:

Jasne, wiemy, że większość z was już korzysta z serwisu społecznościowego o nazwie MySpace. Ale czy przeszło wam przez myśl, że MySpace należy do złowrogiego, nienażartego starego miliardera z Australii — Ruperta Murdocha — i że ten koleś szpieguje was bez przerwy, dzień w dzień?

Chodźcie na Facebooka, gdzie nigdy nie będziemy was szpiegować.

Wystarczy, że założycie konto i "zbudujecie swoją sieć społeczną", wskazując, z kim chcecie się połączyć. A my stworzymy dla was automatyczny, spersonalizowany feed — złożony tylko z tego, co publikują osoby, które obserwujecie.

Całkiem niezły układ. Nie wymyśliliście sobie tego — Face­book kiedyś naprawdę był fajny, przydatny i coś znaczył.

To był pierwszy etap: Facebook miał nadwyżkę (czyli pieniądze od inwestorów) i wydawał ją na użytkowników, dopracowując feed, który pokazywał ludziom to, co naprawdę chcieli widzieć, a nie to, za co płaciły firmy.

(...)

Facebook zrozumiał, że może zarabiać na dwóch grupach klientów biznesowych: reklamodawcach i wydawcach treści. Problem był tylko jeden: żeby uczynić serwis wartościowym dla tych grup, trzeba odebrać część wartości zwykłym użytkownikom.

Facebook przekierował korzyści z nadwyżek od użytkowników końcowych do reklamodawców i wydawców. Najpierw zwrócił się do tych pierwszych z taką ofertą: "Hej, pamiętacie, jak mówiliśmy tym frajerom, że nigdy nie będziemy ich szpiegować? Kłamaliśmy. Szpiegujemy ich od odbytu po przełyk. Jeśli zapłacicie nam rozsądne pieniądze, wykorzystamy dane z inwigilacji, żeby robić dla was niesamowicie precyzyjnie targetowane reklamy. Co więcej — jesteśmy takimi porządnymi, uczynnymi gośćmi, że zapełniliśmy cały budynek programistami, którzy dzień i noc walczą z oszustwami reklamowymi. Jeśli dacie nam dolara za pokazanie reklamy konkretnej grupie ludzi, możecie mieć pewność, że trafi ona dokładnie tam, gdzie trzeba".

Następnie Facebook zwrócił się do wydawców z inną propozycją: "Hej, pamiętacie, jak mówiliśmy tym frajerom, że będziemy im pokazywać tylko to, o co prosili? No, to była kompletna bzdura. Jeśli będziecie wrzucać na swoje facebookowe konta fragmenty treści ze swoich stron — z linkiem prowadzącym z powrotem do waszego serwisu — to my podetkniemy te treści ludziom pod nos bez pytania ich o zgodę. Dostaniecie darmowy strumień klików, który możecie sobie monetyzować, jak wam się podoba".

Reklamodawcy i wydawcy rzucili się na Facebooka — i też się od niego uzależnili. Bo byli zależni od użytkowników, a ci nie ­chcieli odejść, bo byli uzależnieni od siebie nawzajem, jak zakładnicy trzymający się razem za gardło. A skoro tak, to wydawcy i reklamodawcy też stali się zakładnikami.

I wtedy nadszedł etap trzeci gównowacenia: przykręcanie śruby klientom biznesowym.

Dla reklamodawców oznaczało to rosnące ceny i spadającą jakość reklam, a do tego eksplozję oszustw reklamowych. Facebook stopniowo podnosił ceny za dotarcie z reklamą do użytkowników, a jednocześnie coraz mniej przykładał się do tego, by reklama faktycznie trafiała do grup, które wybrał reklamodawca.

W tym czasie oszustwa reklamowe wymknęły się spod ­kontroli. Reklamodawcy wydawali miliardy na reklamy, których nikt nigdy nie zobaczył. W 2018 roku Procter & Gamble skasowało swój roczny budżet na "reklamy programatyczne" — 200 milionów dolarów — i nie zauważyło żadnego spadku sprzedaży.

(...)

Dla wydawców sprawy również nie toczyły się dobrze. Face­bookowy algorytm rekomendacji zaczął stopniowo wymagać zamieszczania coraz dłuższych fragmentów treści, żeby dany post w ogóle miał szansę trafić na cudze feedy. Algorytm zaniżał też widoczność krótszych fragmentów nawet w feedach subskrybentów, co oznaczało, że aby do nich dotrzeć, wydawcy musieli wrzucać na Facebooka długie urywki artykułów. Im dłuższy post, tym bardziej zastępował cały artykuł.

W końcu wydawcy zostali zmuszeni do publikowania całych tekstów bezpośrednio na platformie. A potem, żeby dopełnić upokorzenia, Facebook zaczął zwalczać posty zawierające linki prowadzące poza platformę, tłumacząc to "potencjalnym zagrożeniem". Co gorsza — nawet posty bez linków, wrzucane w całości na Facebooka, były często ukrywane, nawet przed osobami, które kliknęły "obserwuj". Żeby ludzie mogli je zobaczyć, trzeba było płacić za "promowanie" treści — i to także wtedy, gdy ktoś wyraźnie chciał je widzieć.

Na tym etapie wydawcy zostali sprowadzeni do roli bezimiennych dostawców treści, a ich głównym źródłem przychodów stał się facebookowy rynek reklam — całkowicie ustawiony i kontrolowany przez platformę.

Dla użytkowników sprawy toczyły się jeszcze gorzej. Facebook drastycznie ograniczył ilość treści pochodzących od osób, które sami wybraliśmy i z którymi chcieliśmy mieć kontakt — zostawiając tylko resztki w naszych feedach. Pustkę po tej zawartości zapełniły posty, za które ktoś zapłacił, żebyśmy je zobaczyli — reklamy i promowane treści.

To właśnie etap trzeci g****wacenia: Facebook wyssał z systemu całą możliwą nadwyżkę wartości, pozostawiając reszcie ochłapy — tyle, ile według wyliczeń firmy wystarcza, by użytkownicy nadal trzymali się siebie nawzajem, a wydawcy i reklamodawcy wciąż trzymali się tych użytkowników. Każdy grosz nadwyżki został odzyskany i przekazany akcjonariuszom oraz kierownictwu Facebooka.

Mamy do czynienia z kruchą równowagą. Między użytkownikiem, który mówi: "Cholera, jak ja nienawidzę tego miejsca, ale i tak ciągle tu wracam", a tym, który mówi: "Cholera, jak ja nienawidzę tego miejsca — i nigdy więcej tu nie wrócę", granica jest cienka.

Wystarczy jeden sygnalista, jedna afera dotycząca prywatności w stylu Cambridge Analytica, jedna strzelanina transmitowana na żywo — i ludzie rzucają się do wyjścia.

Za każdym razem, gdy to się dzieje, Facebook przekonuje się, że efekt sieciowy to miecz obosieczny. Użytkownicy, którzy nie mogą odejść, bo nie chcą tracić kontaktu z bliskimi, nie mają już po co zostawać, kiedy ci bliscy odejdą. A kiedy exodus się zaczyna — zazwyczaj nabiera tempa.

Inwestorzy doskonale to rozumieją. Każde zachwianie wzrostu Facebooka — nie mówiąc już o spadku liczby użytkowników — wywołuje panikę na giełdzie. Kiedy w pierwszym kwartale 2022 roku Facebook zanotował gorszy od przewidywań wzrost liczby użytkowników w USA, giełda zareagowała masową wyprzedażą akcji — 250 miliardów dolarów wartości firmy wyparowało w ciągu dwudziestu czterech godzin. Był to wtedy największy spadek wartości rynkowej w historii ludzkości.

Liderzy technologiczni wpadają w panikę, kiedy przyszłość ich firmy staje się niepewna. Mają na to branżowe określenie: "pivoting" — czyli gwałtowny zwrot.

Zwrot Facebooka był szczególnie kuriozalny.

Mark Zuckerberg ogłosił światu: "Wiem, że przez ostatnią dekadę wmawiałem wam, że przyszłość będzie polegała na kłótniach z rasistowskim wujkiem przez prymitywny interfejs tekstowy mojego autorstwa. Ale olśniło mnie. Przyszłość polega tak naprawdę na tym, że zamienię was — i wszystkich, których kochacie — w beznogie, bezpłciowe postaci 3D z nisko budżetowej gry komputerowej i umieszczę w wirtualnym świecie o nazwie Metaverse, który ściągnęliśmy z dystopijnej cyberpunkowej powieści satyrycznej sprzed dwudziestu pięciu lat".

newsweek.pl


W finałowym torcie nie dało się pomieścić więcej cukru. Miało być po amerykańsku, wręcz filmowo. I plan realizowano od początku do końca spotkania. Od przemówienia na środku boiska zaczął Tom Cruise.

- Za nami ponad czterdzieści dni zmagań, wiele emocji, mieszanka kultur i w końcu spotkali się najlepsi z najlepszych - jeden z najpopularniejszych aktorów na świecie wygłosił kilka sztampowych haseł z mikrofonem w dłoni, na specjalnie ustawionym podeście jeszcze przed rozpoczęciem meczu.

Gdy przedstawił skład finału, wrzawa podniosła się, gdy padła nazwa "Argentyna". To właśnie fani tej reprezentacji wypełnili większość sektorów na stadionie.

(...)

W międzyczasie nad stadionem MetLife przeleciały odrzutowce, szczególne środki ostrożności wprowadzono z powodu wizyty na trybunach prezydenta USA Donalda Trumpa, który wylądował na terenie obiektu helikopterem, a następnie postukał w złoty puchar, sprawdzając, czy jest prawdziwy.

W przerwie zaśpiewała Madonna, wjeżdżając na murawę autem z dwoma brazylijskimi legendami na przodzie: Ronaldinho i Ronaldo. Show dali też między innymi Shakira i Justin Bieber. To wszystko działo się na oczach ponad 80 tysięcy widzów, którzy mogli zapomnieć, że przyjechali do New Jersey na mecz piłkarski. Z powodu koncertu przerwa spotkania została bowiem wydłużona o dodatkowe dwanaście minut! (trwała łącznie 27).

Przy samym boisku, tuż za bandami reklamowymi, znalazły się wygodne kanapy. Trzeba było zapłacić milion dolarów, żeby poczuć się z jednej strony jak w salonie w domu, a z drugiej: w samym sercu akcji.

(...)

Nie tylko miejsca na kanapach przy samym boisku dostarczą organizatorom fortunę. Murawa, po której biegali zawodnicy dwóch reprezentacji, ma zostać podzielona i sprzedana - za kawałek od 450 dolarów do 3 tysięcy. Wpływy mają przekroczyć 11 mln dolarów.

Mistrzowie świata otrzymali nie tylko złoty puchar, ale żeby było bardziej po amerykańsku - także złote pierścienie z wygrawerowanym napisem: "zwycięzcy".

Wielkie show zakończyło się jednak małym zgrzytem. Prezydent USA Donald Trump, który wszedł na murawę eskortowany przez kilkudziesięciu ochroniarzy, by wręczyć wygranym Puchar Świata, został wygwizdany.


wp.pl

Irański Korpus Strażników Rewolucji (IRGC) poinformował w poniedziałek rano o atakach na obiekty USA na Bliskim Wschodzie i eksplozjach tankowców w cieśninie Ormuz. IRGC ostrzegł, że akwen pozostanie strefą zagrożenia do czasu zakończenia operacji wojskowych USA. Eskalacja wywołała alarmy w Bahrajnie i Kuwejcie.

W komunikacie IRGC, przekazanym przez irańską agencję Tasnim, podano, że dwa tankowce "eksplodowały", gdy pod presją USA próbowały pokonać "niebezpieczną południową trasę" cieśniny.

"Ten korytarz nie będzie bezpieczny dla tranzytu produktów petrochemicznych ani nawet pojedynczej kropli ropy i gazu" - ostrzegł Korpus.

Niezależnie od tych doniesień brytyjska agencja bezpieczeństwa morskiego (UKMTO) poinformowała o pożarze na statku osiem mil morskich na północny zachód od Kumzar w północnym Omanie.

Szef dyplomacji USA Marco Rubio oskarżył Teheran o celowe traktowanie cieśniny Ormuz jako narzędzia szantażu wobec światowej gospodarki. W reakcji na te zarzuty szef irańskiego MSZ Abbas Aragczi, cytowany przez agencję IRNA, powiedział, że Teheran zakończy wojnę dopiero, gdy zyska "przewagę na polu bitwy", co otworzy drogę do negocjacji.

Działania morskie to tylko jeden z frontów irańskiej odpowiedzi. IRGC poinformował o uderzeniach rakietami balistycznymi w jordańskie lotnisko Akaba, powodując "poważne zniszczenia". Według władz Jordanii część pocisków została przechwycona.

Z kolei Sztab Generalny Armii Kuwejtu poinformował o ataku "wrogich" dronów. Według IRGC uderzenia były wymierzone w amerykańską bazę lotniczą Ali Al-Salem. Zniszczeniu miał ulec radar wczesnego ostrzegania oraz hangar z dronami MQ-9. Kuwejckie władze zaprzeczają, wskazując, że celem Irańczyków padła cywilna stacja odsalania wody.

W Bahrajnie rozległy się syreny, a ambasada USA ostrzegała przed uderzeniami w centrum stołecznej Manamy.

Irańczycy przeprowadzili także atak na bazę dowodzenia sił specjalnych w syryjskim Al-Tanf.

Jak przekazało Centralne Dowództwo USA (CENTCOM), amerykańskie siły dziewiątej nocy ataków na Iran uderzyły w irańskie centra dowodzenia wojskowego, stanowiska obrony przeciwlotniczej i nadzoru wybrzeża, zdolności morskie, miejsca rozmieszczenia i odpalania rakiet oraz dronów, a także sieci łączności.

PAP


Według danych Rosstatu w ciągu roku średni koszt jednego przejazdu komunikacją miejską wzrósł o 12 proc. — z 40,58 do 45,58 rubli (z 1,96 do 2,20 zł), a w przypadku połączeń międzymiastowych — o 20 proc., z 204,56 do 243,89 rubli (z 9,89 do 11,79 zł). Od początku wojny na pełną skalę ceny przewozów międzymiastowych wzrosły o 81 proc., a transportu miejskiego — o 52 proc., podczas gdy skumulowana inflacja w tym samym okresie wyniosła około 50 proc.

W Irkucku miejski przewoźnik od 1 lipca podniósł cenę przejazdu o 20 proc. — z 37 do 45 rubli (z 1,79 do 2,17 zł), a prywatni przewoźnicy — o prawie jedną czwartą. Cena przejazdu między Irkuckiem a Angarskiem (50 km) wzrosła o ponad 30 proc. — z 190 do 250 rubli (z 9,18 do 12,08 zł). W obwodzie ałtajskim prywatna firma Transmagistral podniosła cenę na trasie Barnauł — Nowoałtajsk z 85 do 90 rubli (z 4,11 do 4,35 zł).

"Nasi kierowcy po zakończeniu zmiany spędzają jeszcze godzinę lub więcej na stacjach benzynowych, a to wszystko stanowi czas pracy. Benzyna kosztuje ponad 90 rubli (4,35 zł) za litr, a olej napędowy — 92 ruble (4,45 zł). Wcześniej tankowaliśmy za około 80 rubli (3,87 zł)" — tłumaczy Transmagistral.

W Buriacji przejazd do Ułan-Ude z odległych wsi (250–350 km) podrożał o ponad 10 proc.: podróż ze wsi Isinga kosztuje teraz 1700 rubli (88,15 zł) zamiast 1500 (72,49 zł). W Kedrowie w obwodzie tomskim prywatny przewoźnik odwołał autobusy do działek letniskowych oraz wieczorne kursy z powodu braku paliwa.

Kierowcy potwierdzają, że kryzys już odbija się na ich pracy. — Olej napędowy jest, rezerwuje się go dla autobusów na stacjach benzynowych, ale trzeba o niego walczyć. Trzeba to robić po zakończeniu kursów, poza godzinami pracy. Najtrudniej mają mali przewoźnicy na trasach podmiejskich — tam mogą zdarzyć się zarówno odwołania kursów, jak i podwyżki cen — tłumaczy przewoźnik z Wołgogradu.

onet.pl\The Moscow Times