wtorek, 25 sierpnia 2026



Czy Braun musi martwić się, że przed wyborami wyrośnie mu jakaś konkurencja po skrajnie prawicowej stronie?

— W tej chwili nikt po skrajnie prawicowej stronie nie jest w stanie zagrozić Braunowi — uważa mój kolejny rozmówca, prawicowy polityk. — Jedyne co może zaszkodzić przed wyborami Braunowi to ujawnienie wszystkich agentów i pokemonów na jego listach. Jak dziennikarze zaczną to prześwietlać, to się zacznie — dodaje.

— Żeby było jasne, na sporą część elektoratu Brauna takie rewelacje w żaden sposób nie podziałają. Ale Braun zyskał ostatnio trochę nowego elektoratu, nie tak skrajnie antysystemowego. Ci ludzie są w stanie od niego odejść, jeśli się okaże, że na listach Brauna pojawią się jacyś konkretni wariaci. Tacy wyborcy pójdą albo do Konfederacji, albo do PiS. Dla Brauna to niebezpieczne, bo z 10 proc. poparcia nagle zrobi się sześć — mówi.

Każdy procent się liczy. Braunowi marzy się, by po wyborach być języczkiem u wagi. Chce mieć takie poparcie, by móc szachować i stawiać warunki prawicowej koalicji, której trzonem będą nienawidzący go Jarosław Kaczyński i liderzy Konfederacji, partii, z której został wyrzucony.

Braun jeździ więc po kraju. Organizuje konferencje, udziela wywiadów. Jest aktywny.

Na pierwszy rzut oka aktywna jest też jego partia, Korona. Na jej stronie można przeczytać o przyszłych wydarzeniach: dożynkach, zjazdach kobiet i kolejnych "Kingsach" organizowanych pod hasłem "odzyskajmy niepodległość".

— W Koronie nie ma żadnego planu. Jest tylko jazda od jednego happeningu do drugiego. Tam nie ma żadnych większych przemyśleń, co do kierunku w jakim powinna iść Polska. Są niezłe sondaże i jakoś to leci — słyszę od kolejnego działacza na prawicy.

(...)

— W partii jest tak, że to prezes podsuwa propozycję list wyborczych, ale komitet polityczny Korony musi to zaakceptować. A że w komitecie największe wpływy ma Włodzimierz Skalik, to obaj panowie będą musieli się dogadać. Braun nie ma tu absolutnej władzy — mówi.

Nie pierwszy raz słyszę, że to Skalik (nie Braun) sprawuje rzeczywistą władzę w Koronie. Moi rozmówcy kreślą następujący obraz: Braun jako charyzmatyczny frontman jest potrzebny do generowania zasięgów i wpłat na konta partii — Skalik to człowiek, który trzyma kasę i z tylnego siedzenia decyduje o najważniejszych kwestiach w partii. — Skalik to człowiek kuty na cztery łapy. Bierze pod uwagę różne scenariusze. Braun jest bardzo podejrzliwy — mówi osoba, która doskonale zna obu czołowych polityków Korony.

Włodzimierz Skalik w polityce jest od bardzo dawna - w wyborach 1989 r. jako kandydat Aeroklubu PRL rywalizował i przegrał z kandydatem "Solidarności". Faktem jest, że Skalik później jednak skręcił już w stronę prawicowego świata, zahaczając o Prawo i Sprawiedliwość oraz Ligę Polskich Rodzin.

Ale tak naprawdę polityczną karierę zaczął robić dopiero w Koronie Brauna i zdaniem niektórych jest teraz najważniejszą osobą w otoczeniu lidera "frontu gaśnicowego". Decyduje o partyjnej kasie i ma duże wpływy w Komitecie Politycznym Korony, który ustala najważniejsze sprawy partii.

Na prawicy słyszę też inną narrację: Skalik jest pragmatyczny i jest w stanie dogadać się z każdym. Także z Jarosławem Kaczyńskim może się porozumieć, jeśli po wyborach zajdzie taka potrzeba.

Niektórzy moi rozmówcy twierdzą, że Skalik zrobi to nawet ponad głową Brauna i jeśli mu się to opłaci, to go zdradzi. Inni nie są co do tego przekonani, argumentując, że bez Brauna Skalik politycznie nie istnieje.

Tak czy inaczej, obecnie Skalik i Braun nadają na tych samych falach. Obu politykom współpraca się opłaca, bo Korona cały czas notuje dobre wyniki w sondażach. Kłótnia na najwyższym szczeblu nie jest tu nikomu potrzebna. Zresztą podobnie rzecz ma się u konkurencji Brauna — w Konfederacji, w której do wyborów Bosak i Mentzen, mimo różnic i tarć, będą ze sobą współpracować.

onet.pl


9 kwietnia 1989 roku 35-letni Dmitrij Kisielow zaczął pracować jako korespondent parlamentarny w Telewizji Centralnej ZSRR, dokąd zaprosił go jej redaktor naczelny Eduard Sagałajew. Jednak już w marcu 1991 roku Kisielowa odsunięto od anteny. Powodem było to, że prezenter odmówił odczytania na żywo notatki informacyjnej poświęconej wydarzeniom pod wileńskim ośrodkiem telewizyjnym, gdy radzieckie czołgi i specnaz na rozkaz z Moskwy przystąpiły do szturmu wieży telewizyjnej oraz gmachu litewskiego radia i telewizji, próbując wyprzeć stamtąd zwolenników niepodległości republiki. Wojskowi użyli ostrej amunicji, ładunków wybuchowych i pojazdów opancerzonych przeciwko wielotysięcznemu, bezbronnemu tłumowi. Zginęło 14 obrońców wileńskiego ośrodka telewizyjnego, ponad 700 osób zostało rannych.

Jak później wspominał sam Dmitrij Kisielow, tekst „przygotowany gdzieś na Kremlu" był napisany dość niezdarnie, bez odwołań do źródeł. Twierdzono w nim, że litewscy protestujący, uzbrojeni w metalowe pręty, napadli na funkcjonariuszy organów ścigania.

– Wydało mi się, że to zwyczajna zmyślona historia, bo nie było tam ani jednego nazwiska, brakowało szczegółów, które budują poczucie wiarygodności, nie podano czasu ani tras –  słowem, nie było żadnych dodatkowych informacji – opowiadał.

Eduard Sagałajew mówił dziennikarce Oldze Saburowej, że młody Kisielow był tubą pierestrojki, zwolennikiem demokracji i zagorzałym orędownikiem obiektywizmu w telewizji. W latach 1994–1997 prowadził program „Okno na Europę", na którego stworzenie otrzymał grant Komisji Europejskiej przeznaczony na wspieranie instytucji demokratycznych w Rosji. Program ukazywał się co miesiąc, a jak wspomina korespondent Nowej Gaziety Aleksandr Miniejew, Komisja Europejska płaciła około 30 tys. dolarów za każdy odcinek.

Dziennikarz Dmitrij Gubin, którego z Kisielowem łączyła 25-letnia przyjaźń, twierdził, że we wczesnych latach swojej telewizyjnej kariery Kisielow jednoznacznie występował przeciwko cenzurze i zniekształcaniu informacji na żądanie oficjalnej władzy. Tego samego uczył młodzież w niezależnej Szkole Mistrzostwa Dziennikarskiego „Internews".

– Uważał, że lepiej się powiesić, niż być propagandystą. Uczył, żeby się nie uginać, a sam nie tyle się ugiął – złożył się jak scyzoryk  –  mówił Dmitrij Gubin.

W 2000 roku Dmitrij Kisielow przyjechał na Ukrainę, by pracować jako redaktor naczelny serwisu informacyjnego ICTV. Dziennik Kommiersant pisał wówczas, że prezenter bierze lekcje ukraińskiego, a na jego wizytówce widnieje pisane z ukraińska imię i nazwisko: „Dmytro Kyselow". Co więcej, gazeta odnotowywała, że był zadowolony z „europejskiego wyboru Ukrainy".

– Na Ukrainie nie było i nie ma wojny — w odróżnieniu od Rosji, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi giną w Czeczenii. Zabija się ich bez liku, bo nikt nie potrafi podać dokładnej liczby ofiar wśród ludności cywilnej. W Moskwie to normalne, że przy wejściu do Ostankina stoi dwóch ludzi z kałasznikowami i w kamizelkach kuloodpornych. To tworzy pewną aurę. Tutaj, na Ukrainie, nie ma tego zupełnie. Ludzie spokojnie chodzą po ulicach – opowiadał w 2002 roku.

Mówiąc o Rosji, wspominał również o „chorobie", która tkwi w społeczeństwie. Zdaniem prezentera została ona ukształtowana przez imperialny ustrój państwowy, który zmuszał ludzi do oddawania za niego życia.

– A tam [w Rosji – od red.] to przerośnięte poczucie jest dodatkowo obciążone poczuciem wielkości – mówił Dmitrij Kisielow.

Jednak już dwa lata później, w 2004 roku, pracownicy ICTV wyrazili Kisielowowi wotum nieufności i oskarżyli go o zniekształcanie wiadomości na tle kampanii prezydenckiej Wiktora Janukowycza. Zdaniem samego prezentera to właśnie na Ukrainie doszło do jego „ewolucji" i zmiany poglądów.

Stało się to po tym, jak Kisielow na własne oczy zobaczył „pomarańczową rewolucję". Tak nazwał serię pokojowych protestów, które wybuchły po sfałszowaniu wyników wyborów prezydenckich. Pierwotnie zwycięstwo odniósł wówczas Wiktor Janukowycz, ale w rezultacie Sąd Najwyższy Ukrainy zarządził ponowne głosowanie i prezydentem został opozycjonista Wiktor Juszczenko.

Latem 2008 roku Kisielow został zastępcą dyrektora generalnego WGTRK. Tam we wrześniu 2012 roku zaczął prowadzić program informacyjno-analityczny „Wiesti niedieli" w telewizji Rossija-1.

Już rok później, relacjonując wydarzenia Euromajdanu na Ukrainie, „Wiesti niedieli" dokonały oczywistej manipulacji faktami. W materiale o protestach z 30 listopada i 1 grudnia zamieniono chronologię wydarzeń tak, by rozpędzenie pokojowego Majdanu wyglądało na następstwo późniejszych starć pod administracją prezydenta. Choć było dokładnie na odwrót. 13 lutego 2014 roku rosyjska społeczna komisja ds. skarg na prasę wydała orzeczenie nr 98.

Stwierdzono w nim, że materiał Dmitrija Kisielowa „Ukraińskie wiece" w programie „Wiesti niedieli" z 8 grudnia 2013 roku zniekształca fakty, narusza chronologię protestów na Euromajdanie i było robione dla celów czysto propagandowych.

(...)

Pod kierownictwem Kisielowa w programie zaczęły pojawiać się ewidentne fejki. W wydaniu programu „Wiesti niedieli" z 24 kwietnia 2016 roku pokazano podrobiony dokument hauptsturmführera SS z dywizji „Galizien". Po zdemaskowaniu Kisielow przyznał, że to fałszywka, ale sprostowanie błędu przekuł w kolejne oskarżenie Ukrainy o udział w wojnie po stronie nazistowskich Niemiec.

W tym samym roku francuski Canal+ w programie Le Petit Journal wykrył, że bohaterowie reportażu „Wiesti niedieli" mówią zupełnie co innego, niż przypisano im w rosyjskim tłumaczeniu. Autor programu Yann Barthès zwracał uwagę, że przez mniej więcej połowę czasu w sześciominutowym materiale „Wiesti" pokazuje się protestujących przeciwko reformie prawa pracy, a nie przeciwko UE.

Francuscy dziennikarze odnaleźli też wszystkich bohaterów rosyjskiego reportażu, a ci oświadczyli, że ich słowa zostały zniekształcone lub wręcz zmyślone. Przy czym twierdzenia jednej z uczestniczek protestów potwierdzało nagranie z rejestratora, który miała przy sobie w chwili wywiadu dla rosyjskiego dziennikarza. Dmitrij Kisielow zareagował na oskarżenia powściągliwie. W wywiadzie dla gazety Kommiersant oświadczył: „Rzeczywiście czasem przepuszczamy niedoróbki".

Po rozpoczęciu pełnowymiarowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku retoryka wojenna stała się centralnym elementem „Wiesti niedieli". Już w pierwszym wydaniu po 24 lutego Dmitrij Kisielow twierdził, że Zachód „omamił" Ukrainę, urządził tam „krwawy zamach stanu" i „nakierował ją na wojnę z Rosją", a Rosjan i Ukraińców nazywał „podzielonym narodem" przez analogię do powojennych Niemiec.

W wydaniu z 6 marca wprost usprawiedliwiał już deklarowane przez Kreml cele inwazji, porównując „denazyfikację" Ukrainy z denazyfikacją nazistowskich Niemiec: zdaniem Kisielowa taka procedura jest możliwa „tylko przymusowo i tylko w wyniku klęski militarnej" ukraińskich władz.

W innych wydaniach zajęty przez rosyjskie wojska Mariupol nazywano „wyzwolonym od ukraińskich neonazistów", ukraińskich żołnierzy – „bojownikami" i „nazistami", a doniesienia strony ukraińskiej o działaniach rosyjskiej armii systematycznie opisywano jako prowokacje informacyjne: przykładowo wydanie z 17 kwietnia ukazało się z tytułem „Kijów lepi fejki ze wszystkiego jak leci".

(...)

Prowadzący „Wiesti Niedieli” był znany z agresywnej retoryki. I często wygłaszał treści, których wprost nie mógł powiedzieć Kreml. W 2014 r. w szczytowym momencie „kryzysu ukraińskiego” który skończył się aneksją Krymu i zajęciem części Donbasu czołowy rosyjski propagandysta rzucił widzom hipotezę nt. rzekomego pojawienia się siwizny u ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy. 

Prowadzący jeden z głównych programów informacyjnych w rosyjskiej TV Kiseliow stwierdził wtedy, że amerykański polityk przeraził się tym, co usłyszał od Władimira Putina. 

–  Rosja jest jedynym krajem na świecie zdolnym obrócić Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół! Nie wiem, czy to przypadek, ale Obama zadzwonił do Putina 21 stycznia, a następnego dnia, dosłownie 22 stycznia, w oficjalnym organie prasowym rosyjskiego rządu ukazał się artykuł, który dość jasno wyjaśnia, jak działa nasz system gwarantowanego odwetu nuklearnego Perimietr. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to „Martwą Ręką”. Nawet jeśli wszyscy ludzie na naszych stanowiskach dowodzenia zamilkną po wrogim ataku nuklearnym, niezniszczalny system automatycznie wyśle nasze strategiczne pociski z silosów i okrętów podwodnych we właściwym kierunku – oznajmił Kisielow, pozując na tle grafiki wielkiego grzyba atomowego.

/"Dr Strangelove" Kubricka - red./

centrumeuropy.pl


21 sierpnia Doniecka Obwodowa Administracja Wojskowa nadała Słowiańskowi status terenu aktywnych działań bojowych. Decyzję tę poprzedziło zmasowane bombardowanie tego miasta i Kramatorska 20 sierpnia (zginęła w nim jedna osoba, a 24 zostały ranne), a także osiągnięcie tego samego dnia przez wojska rosyjskie przyległej Mykołajiwki, gdzie zlokalizowana jest Słowiańska Elektrownia Cieplna (od kwietnia br. nieczynna). Rosjanie poczynili też kolejne postępy na szerokim froncie na wschód od obu miast, wciąż nie udaje im się natomiast pogłębić oskrzydlenia aglomeracji od północy, gdzie Ukraińcy skutecznie kontratakują w rejonie Łymanu.


Rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze wkroczyły od wschodu i północnego wschodu do Dobropola w obwodzie donieckim. Według źródeł ukraińskich Rosjanie kierują do Donbasu coraz więcej operatorów bezzałogowców. Liczba dronów FPV atakujących Dobropole i jego okolice osiągnęła 1,2 tys. dziennie, a Drużkiwkę i jej drogi zaopatrzenia – 1,5–2 tys. na dobę.

Siły ukraińskie starają się nie dopuścić do przejęcia przez Rosjan kontroli nad terenami na południe i wschód od Orichiwa w obwodzie zaporoskim, a dzięki prowadzonym kontratakom infiltracja wschodnich rejonów tego miasta zmniejszyła się. Głównymi rejonami walk pozostają sąsiednie Nowodanyliwka i Mała Tokmaczka. Rosjanie poczynili natomiast postępy na północny wschód od Orichiwa, gdzie, jak podają niektóre źródła, przekroczyli rzekę Werchnia Tersa, osiągając leżące na zachód od niej Nowosołoszyne.


(...)

22 i 24 sierpnia agresor przeprowadził zmasowane ataki powietrzne na infrastrukturę energetyczną, przemysłową i transportową obwodu odeskiego. Po pierwszym z nich o znacznych uszkodzeniach kilku obiektów donosił koncern energetyczny DTEK. Odnotowano też zniszczenia infrastruktury portowej w Odessie i Czarnomorsku oraz kolejowej w węzłowej stacji Rozdilna przy granicy z Mołdawią. 24 sierpnia w stolicy obwodu uszkodzone zostały dwa kompleksy handlowe sieci Epicentr, a w Białogrodzie nad Dniestrem zakłady Hemopłastu i składy paliwa. W rozpoczętych wieczorem 23 sierpnia i trwających z przerwami do rana 25 sierpnia atakach na port Piwdennyj doszło do uszkodzenia infrastruktury przeładunkowej, magazynów w terminalu logistycznym, zbiorników z paliwem, tankowca i drobnicowca oraz podstacji zaopatrującej port w energię. 19 sierpnia w dwóch falach ataków na Czarnomorsk trafione zostały zbiorniki z paliwem, infrastruktura portowa oraz drobnicowiec. Ogółem od 18 do 24 sierpnia w rejonie tzw. Wielkiej Odessy uszkodzonych zostało sześć statków. Ponadto rosyjskie bezzałogowce uderzyły w przejścia graniczne z Mołdawią, w rezultacie czego okresowo wstrzymano na nich ruch. 21 sierpnia uszkodzona została infrastruktura przejścia Tabaky–Mirnoe, a 25 sierpnia Wynohradiwka–Vulcănești.

(...)

Ukraińskie drony uderzyły w magazyny firmy Ozon, drugiego pod względem wielkości rosyjskiego sprzedawcy internetowego. W różnym stopniu uszkodzone zostały magazyny i centra logistyczne w Czapajewsku w obwodzie samarskim (22 sierpnia), Orenburgu (23 sierpnia), Drużnym w Adygei, w Niewinnomyssku oraz Tiubie w Dagestanie (24 sierpnia). Ponadto 23 sierpnia doszło do podpalenia magazynu sąsiadującego z obiektem Ozonu w Petersburgu, a dzień później ukraiński dron uderzył w skład materiałów budowlanych w Krasnodarze. Od 17 lipca do 16 sierpnia Ukraińcy atakowali wyłącznie magazyny firmy Wildberries, głównego rosyjskiego sprzedawcy e-commerce, natomiast składy innych właścicieli niszczone były sporadycznie, głównie przez szczątki spadające w rezultacie działań rosyjskiej obrony powietrznej.

Siły ukraińskie kontynuowały ataki na rosyjski sektor paliwowy. Do pożarów doszło na terenie rafinerii: Basznieft-UNPZ w Ufie w Baszkortostanie (19 sierpnia, uderzono w instalację remontowaną po jednym z poprzednich ataków), TANEKO w Niżniekamsku w Tatarstanie (20 sierpnia), Łukoil-Piermnieftieorgsintiez w Permie (21 sierpnia, w rezultacie uszkodzenia jednej z głównych instalacji zakład wstrzymał pracę), w Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim (22 sierpnia) oraz w Afipskim w Kraju Krasnodarskim i Nowoszachtyńsku w obwodzie rostowskim (25 sierpnia, drugi z zakładów ze względu na zniszczenia wstrzymał pracę). Ponadto w Kraju Krasnodarskim wybuchły pożary na terenie terminalu naftowego Tamańnieftiegaz w Wołnie (20 sierpnia) i portu w Jejsku (22 sierpnia, prawdopodobnie trafione zostały zbiorniki z paliwem). Ukraiński Sztab Generalny poinformował także o uszkodzeniu instalacji w Astrachańskich Zakładach Przetwórstwa Gazu oraz ponownym ataku na Kombinat Kamieński w Kamieńsku Szachtyńskim w obwodzie rostowskim, do których doszło 24 sierpnia. Według źródeł agresora Ukraińcy po raz kolejny pobili rekord liczby użytych dronów. 18 sierpnia rosyjski resort obrony (MO FR) zadeklarował unieszkodliwienie w ciągu doby nad Rosją i terenami okupowanymi 1671 bezzałogowców „typu samolotowego”. Równie wysoką liczbę – 1504 – MO FR podało 20 sierpnia, a ponad tysiąc ukraińskich bezzałogowców miało zostać zneutralizowanych także 22 i 23 sierpnia (odpowiednio 1053 i 1120). Ponadto 24 sierpnia Rosjanie mieli zestrzelić – zależnie od źródeł – od 8 do 11 pocisków manewrujących Flamingo (tj. wszystkie użyte).

(...)

24 sierpnia prezydent Zełenski poinformował, że luka w finansowaniu Sił Obrony Ukrainy do końca 2026 r. wynosi 27 mld dolarów. Ministerstwo Obrony miało wykorzystać już środki przewidziane w budżecie do końca roku. Jako możliwe rozwiązania wskazał przyspieszenie wypłaty części europejskiego finansowania kredytowego zaplanowanego na 2027 r. oraz użycie zamrożonych rosyjskich aktywów. Trudno powiedzieć, skąd się wzięła tak wysoka kwota, najprawdopodobniej nie chodzi o realną dziurę w budżecie obronnym. Według opiniotwórczego portalu Ekonomiczna Prawda „bardziej realistycznie” dodatkowe potrzeby finansowania armii są oceniane na 7,2 mld dolarów.

osw.waw.pl