Trump, Rubio oraz sekretarz obrony Pete Hegseth co rusz powtarzają, iż Ameryka prowadzi dzisiaj politykę pod hasłem "Pokój poprzez siłę" ("Peace through strength"). Tak jak niegdyś, w czasach zimnej wojny, hołdował tej zasadzie Ronald Reagan.
Dzisiaj jednak nie widać ani pokoju, ani siły. Wręcz przeciwnie: chyba nigdy jeszcze w historii Stanów Zjednoczonych nie widzieliśmy tak jaskrawej przepaści między wielkomocarstwową retoryką, buńczucznymi groźbami, górnolotnymi hasłami a niekompetencją, ignorancją i infantylnymi zachowaniami obecnej administracji.
Za każdym razem, kiedy Trump zapowiada, iż "zrówna z ziemią Iran", wiadomo, że nic się nie wydarzy. Za każdym razem, kiedy mówi, że "cieśnina Ormuz jest pod całkowitą kontrolą USA", można się spodziewać, że jeszcze tego samego dnia kilka następnych tankowców zostanie trafionych irańskimi rakietami. Za każdym razem, kiedy szef Pentagonu zapewnia, że Ameryka nie ma żadnych problemów z produkcją amunicji, można stawiać dolary przeciwko orzechom, że magazyny są puste.
Wróćmy na moment do "Ulchi Freedom Shield". Otóż Trump ogłosił swoją decyzję w sprawie manewrów dwa dni po tym, jak władze w Pjongjangu ostro przeciwko nim zaprotestowały (jak co roku zresztą), uznając je za "prowokację". Jeśli największa globalna potęga kuli ogon po tupnięciu nogą przez Kim Dzong Una, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko gromko zawołać: "Ratuj się kto może".
Ameryka się zwija - i politycznie, i militarnie. "Peace through strength" jest jedynie na pokaz. W rzeczywistości mamy do czynienia z niebezpieczną mieszanką chaosu, ignorancji i tchórzostwa. Niedawno Elbridge Colby, prawa ręka Pete’a Hegsetha, w trakcie kilkunastominutowego wystąpienia w stolicy Filipin Manili nie wymienił ani razu Chin. Prawdopodobnie po to, by nie drażnić smoka.
(...)
Dodajmy do tego zainicjowany właśnie proces przeglądu obecności amerykańskich sił w Europie, który ma w założeniu doprowadzić do ich redukcji. Pentagon wysłał do stolic państw członkowskich specjalny formularz z pytaniami testującymi polityczną "lojalność" sojuszników (czy np. wspierają oni operację USA przeciwko Iranowi i czy kupują amerykańskie uzbrojenie). Cel jest jasny: Biały Dom chce mieć pretekst, aby cięcia były jak najgłębsze. /To raczej nie Colby, który jest rozsądny choć lekki izolacjonista-realista, a Hegseth - bezreflaksyjne przedłużenie woli Trumpa - red./
Trump może zaoszczędzić na ćwiczeniach w Korei Południowej i na wycofaniu amerykańskich kontyngentów z Europy. Może wybłaga jeszcze jeden szczyt z Kim Dzong Unem ("Zapraszamy do Pjongjangu!") oraz z Władimirem Putinem ("Zapraszamy do Moskwy!"). Może nawet doczeka się jakiegoś komplementu od Xi Jinpinga, czego łaknie jak kania dżdżu. Aczkolwiek jednej rzeczy już nie odzyska: wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako poważnego, odpowiedzialnego sojusznika.
Ta bowiem leży w gruzach.
/Przynajmniej chwilowo - red./
wp.pl