wtorek, 18 sierpnia 2026



Między USA a Rosją trwa "cicha" dyplomacja w sprawie Ukrainy - Financial Times

Według informacji gazety, w czerwcu szef Komisji ds. Sztuk Pięknych w USA, Rodney Mims Cook Jr., uczestniczył w Petersburgskim Forum Gospodarczym, gdzie spotkał się z przedstawicielami Kremla i omawiał możliwość zakończenia wojny.

x.com/WarNewsPL1


„Południowokoreańscy urzędnicy są wciąż w szoku z powodu wypowiedzi Trumpa, powiedziała osoba znająca poglądy Seulu na tę sprawę, której udzielono anonimowości ze względu na drażliwy charakter komentarzy. Coraz powszechniejsze jest jednak przekonanie, że Korea Południowa, podobnie jak Japonia, może potrzebować własnej broni jądrowej, aby zrównoważyć działania Pjongjangu i Pekinu – co niemal na pewno zapoczątkowałoby nowy wyścig zbrojeń w Azji.

„Zmierzamy powoli do nuklearnego potencjału Azji Północno-Wschodniej” – powiedział dziennikowi NatSec Daily JOEL WIT, koordynator Departamentu Stanu ds. porozumienia między USA a Koreą Północną z 1994 roku, mającego na celu zamrożenie programu zbrojeń nuklearnych Pjongjangu. „Koreańczycy z Południa są już zdenerwowani, a to podsyca ich zainteresowanie alternatywnymi rozwiązaniami”.

Seul prawdopodobnie monitoruje, czy Arabia Saudyjska sfinalizuje proponowaną umowę z USA dotyczącą technologii jądrowej, umożliwiającą Rijadowi wzbogacania uranu nadającego się do celów zbrojeniowych.

„Jeśli umowa z Arabią Saudyjską dojdzie do skutku, mogę zagwarantować, że Koreańczycy z Południa będą chcieli takiego samego rozwiązania” – dodał Wit.

„To kolejny gwóźdź do trumny nierozprzestrzeniania broni jądrowej i o wiele trudniej będzie argumentować przeciwko temu, że Korea Południowa nie opracowała własnej broni jądrowej” – powiedział DAVE RANK , były urzędnik ds. Korei w Departamencie Stanu w administracji Clintona.

Osiemdziesiąt procent Koreańczyków z Południa popiera stworzenie „rodzimego potencjału broni jądrowej” – wynika z wyników sondażu opinii publicznej, opublikowanego w kwietniu przez działającą w Seulu organizację non-profit Asan Institute for Policy Studies.

Źródło: Politico NatSec Daily

x.com/MStefan92


Trump, Rubio oraz sekretarz obrony Pete Hegseth co rusz powtarzają, iż Ameryka prowadzi dzisiaj politykę pod hasłem "Pokój poprzez siłę" ("Peace through strength"). Tak jak niegdyś, w czasach zimnej wojny, hołdował tej zasadzie Ronald Reagan.

Dzisiaj jednak nie widać ani pokoju, ani siły. Wręcz przeciwnie: chyba nigdy jeszcze w historii Stanów Zjednoczonych nie widzieliśmy tak jaskrawej przepaści między wielkomocarstwową retoryką, buńczucznymi groźbami, górnolotnymi hasłami a niekompetencją, ignorancją i infantylnymi zachowaniami obecnej administracji.

Za każdym razem, kiedy Trump zapowiada, iż "zrówna z ziemią Iran", wiadomo, że nic się nie wydarzy. Za każdym razem, kiedy mówi, że "cieśnina Ormuz jest pod całkowitą kontrolą USA", można się spodziewać, że jeszcze tego samego dnia kilka następnych tankowców zostanie trafionych irańskimi rakietami. Za każdym razem, kiedy szef Pentagonu zapewnia, że Ameryka nie ma żadnych problemów z produkcją amunicji, można stawiać dolary przeciwko orzechom, że magazyny są puste.

Wróćmy na moment do "Ulchi Freedom Shield". Otóż Trump ogłosił swoją decyzję w sprawie manewrów dwa dni po tym, jak władze w Pjongjangu ostro przeciwko nim zaprotestowały (jak co roku zresztą), uznając je za "prowokację". Jeśli największa globalna potęga kuli ogon po tupnięciu nogą przez Kim Dzong Una, to nie pozostaje nam nic innego, jak tylko gromko zawołać: "Ratuj się kto może".

Ameryka się zwija - i politycznie, i militarnie. "Peace through strength" jest jedynie na pokaz. W rzeczywistości mamy do czynienia z niebezpieczną mieszanką chaosu, ignorancji i tchórzostwa. Niedawno Elbridge Colby, prawa ręka Pete’a Hegsetha, w trakcie kilkunastominutowego wystąpienia w stolicy Filipin Manili nie wymienił ani razu Chin. Prawdopodobnie po to, by nie drażnić smoka.

(...)

Dodajmy do tego zainicjowany właśnie proces przeglądu obecności amerykańskich sił w Europie, który ma w założeniu doprowadzić do ich redukcji. Pentagon wysłał do stolic państw członkowskich specjalny formularz z pytaniami testującymi polityczną "lojalność" sojuszników (czy np. wspierają oni operację USA przeciwko Iranowi i czy kupują amerykańskie uzbrojenie). Cel jest jasny: Biały Dom chce mieć pretekst, aby cięcia były jak najgłębsze. /To raczej nie Colby, który jest rozsądny choć lekki izolacjonista-realista, a Hegseth - bezreflaksyjne przedłużenie woli Trumpa - red./

Trump może zaoszczędzić na ćwiczeniach w Korei Południowej i na wycofaniu amerykańskich kontyngentów z Europy. Może wybłaga jeszcze jeden szczyt z Kim Dzong Unem ("Zapraszamy do Pjongjangu!") oraz z Władimirem Putinem ("Zapraszamy do Moskwy!"). Może nawet doczeka się jakiegoś komplementu od Xi Jinpinga, czego łaknie jak kania dżdżu. Aczkolwiek jednej rzeczy już nie odzyska: wiarygodności Stanów Zjednoczonych jako poważnego, odpowiedzialnego sojusznika.

Ta bowiem leży w gruzach.

/Przynajmniej chwilowo - red./

wp.pl