wtorek, 1 września 2026



Według agencji RBK-Ukraina, która powołuje się na serwis Agentstwo, Władimir Putin w ostatniej chwili odwołał zaplanowane spotkanie z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffe'em, gdy tylko poznał cel jego sierpniowej wizyty w Moskwie. Szef amerykańskiego wywiadu przybył do Rosji z kategorycznym wezwaniem do jak najszybszego zakończenia wojny w Ukrainie.

Podczas pobytu w stolicy Ratcliffe spotkał się z szefami rosyjskich służb, Siergiejem Naryszkinem z wywiadu zagranicznego (SWR) i Aleksandrem Bortnikowem z FSB. Przekazał im surową ocenę obecnej sytuacji: według Amerykanów pozycja militarna i gospodarcza Rosji nieustannie słabnie, dlatego natychmiastowe podjęcie negocjacji pokojowych to dla Kremla najkorzystniejsze wyjście z sytuacji.

Jak informują serwisy Agentstwo oraz "New York Times", otoczenie Putina uznało tę diagnozę za całkowicie nierealistyczną i nieakceptowalną, co ostatecznie przesądziło o anulowaniu rozmów na najwyższym szczeblu. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow potwierdził brak spotkania, zaznaczając przy tym, że rosyjski przywódca był na bieżąco informowany o przebiegu dyskusji.

Zachodnie media, w tym "Wall Street Journal" i Politico, wskazują, że misja Ratcliffe'a miała szerszy wymiar. Amerykanin stanowczo ostrzegał Rosję przed prowokacjami wobec państw NATO, a jednocześnie badał grunt pod ewentualną organizację trójstronnego szczytu z udziałem Donalda Trumpa, Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina. 

gazeta.pl\PAP


Celem ataku była stacja elektroenergetyczna w gminie Turnow-Preilack, położonej niedaleko elektrowni węglowej Jaenschwalde w powiecie Spree-Neisse (Brandenburgia). Według informacji dziennika "Bild" do ataku użyto rakiet domowej roboty.

Policja otrzymała zgłoszenie tuż przed godz. 8 rano. Pracownicy poinformowali funkcjonariuszy o uszkodzeniach kilku linii napowietrznych w stacji transformatorowej. Około 40 min później służby ratownicze na miejscu zdarzenia potwierdziły te uszkodzenia. Ponadto odkryły podejrzane przedmioty i wezwały saperów.

Policja do tej pory nie potwierdziła, że doszło do ataku rakietowego. Rzeczniczka lokalnych służb przekazała, że w pobliżu elektrowni Jaenschwalde znalezione zostało "niekonwencjonalne urządzenie wybuchowo-podpalające", które jednak nie eksplodowało.

Policja traktuje incydent "bardzo poważnie". Funkcjonariusze ustalają, czy zostały wyrządzone jakieś szkody. Śledztwo przejął Urząd Kryminalny Brandenburgii (LKA).

onet.pl\BILD


— W Rosji zbliżają się wybory. Muszą też pokazać swoim wyborcom jakiś imponujący obraz zwycięstwa, ponieważ nie odczuwają zwycięstwa na polu bitwy. Podobnie jak cały świat — powiedział Budanow.

— Dlatego właśnie stosują terror. Nie wiedzą, jak postąpić inaczej. Przynajmniej do czasu wyborów — dodał, odnosząc się do trwających ataków dronów typu Szahid. Polityk zapewnił także, że "wszyscy pracują również nad środkami przeciwdziałania".

onet.pl\Kyiv Post


Wyciekające dokumenty, do których dotarł niezależny rosyjski serwis informacyjny Wierstka, ujawniają majątki niektórych z czołowych rzeczników prezydenta Rosji. Są oni "sprzedawcami" wojny Putina. Grupa obejmuje prezenterów telewizji państwowej, korespondentów wojennych, ultranacjonalistycznych blogerów oraz influencerów.

Serwis przeanalizował zarobki 63 propagandystów.

Ich łączne dochody wyniosły 3 mld rubli rocznie (według aktualnego kursu 129 mln zł).

Zaledwie 6 proc. tych środków trafiło jednak do blogerów popierających wojnę i innych osób z tej kategorii.

Ok. jedna czwarta pieniędzy trafiła do prezenterów telewizyjnych, których średnie roczne dochody były trzykrotnie wyższe od dochodów blogerów, pomimo spadających wyników oglądalności programów informacyjnych.

Jednym z najlepiej zarabiających jest Dimitri Simes, rosyjsko-amerykański komentator i były nieoficjalny doradca Richarda Nixona ds. polityki zagranicznej, który zarabia ok. 97,32 mln rubli (4,2 mln zł) rocznie. Simes współprowadzi geopolityczny talk-show "Bolszaja Igra" (Wielka gra) w państwowej stacji Pierwyj Kanał.

Dmitrij Kisielow, ultrakonserwatywny dyrektor generalny kontrolowanej przez państwo grupy agencji informacyjnych Rossija Segodnia oraz wieloletni prowadzący programu publicystycznego "Wiesti Niedieli" (Wiadomości tygodnia), zarabia 70,58 mln rubli rocznie (3 mln zł).

Wynagrodzenia przewyższają zarobki większości blogerów wojskowych. Serwis Wierstka ustalił, że osoby działające najbliżej linii frontu często mogą liczyć na najniższe wynagrodzenia.

Na czele rankingu znajduje się Borys Rożin, analityk wojskowy prowadzący blog pod pseudonimem Colonelcassad z prawie 750 tys. subskrybentów na Telegramie. Rożin często pojawia się w telewizji państwowej jako ekspert-gość, ale został oskarżony o przedrukowywanie znacznej części swoich treści z innych kanałów.

Stały gość Pierwyj Kanał zarabia 2,6 mln rubli miesięcznie (112 tys. zł), z czego większość pochodziła z wypłat przekazanych przez firmę produkcyjną realizującą programy polityczne dla stacji.

Niższe są dochody Mariany Naumowej, byłej nastoletniej zawodniczki w trójboju siłowym, która w 2016 r. została zdyskwalifikowana za doping, a później, po ukończeniu kursu zorganizowanego przez najemników Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, stała się korespondentką z linii frontu.

Naumowa, objęta przez Kijów sankcjami za częste wizyty na terytoriach okupowanych, pracuje obecnie jako prezenterka w społeczno-politycznym talk-show "Wriemia Pokażet" (Czas pokaże) stacji Pierwyj Kanał, a także prowadzi bloga na Telegramie. Zarabia ok. 9 mln rubli rocznie (389 tys. zł).

Irina Kuksenkowa, kolejna korespondentka Pierwyj Kanał pracująca na linii ognia, zarabia rocznie 6,263 mln rubli (270 tys. zł).

W tym roku popularność trzech głównych rosyjskich kanałów państwowych gwałtownie spadła — wynika z danych organizacji monitorującej media Mediascope. W okresie od stycznia do kwietnia odnotowano 33-procentowy spadek oglądalności.

Było to następstwem 40-procentowego spadku oglądalności telewizji państwowej w latach 2017–2024, co odpowiada ok. 25 mln widzów.

Na początku tego miesiąca rosyjskie media doniosły, że Putin rozważa zwolnienie Kisielowa w związku z gwałtownym spadkiem zainteresowania widzów jego programem.

onet.pl\The Telegraph


W tym miejscu należy wyjaśnić jeden fakt. Gdy w budżecie występuje deficyt, czyli wydatki przewyższają dochody, tę dziurę można załatać na kilka sposobów. Rosyjskie Ministerstwo Finansów stosuje trzy główne sposoby:
  • pożyczka (emisja obligacji OFZ),
  • wykorzystanie środków z Funduszu Narodowego Dobrobytu,
  • wykorzystanie wolnych środków na rachunkach skarbowych.
Dwa ostatnie sposoby są barbarzyńskie. Fundusz Narodowego Dobrobytu został utworzony po pierwszej reformie emerytalnej, aby w z góry znanym okresie deficytu Funduszu Emerytalnego uzupełnić jego niedobór. Początkowo jednak środki te były wykorzystywane do zakupu akcji spółek — tyle że w przeciwieństwie do norweskiego funduszu emerytalnego nie były to akcje zagraniczne i przynoszące zyski, lecz krajowe i znajdujące się w trudnej sytuacji.

Następnie władze zaczęły inwestować środki w projekty infrastrukturalne — ponownie takie, w których wydatki są gigantyczne i to już teraz, a dochody wątpliwe i gdzieś za horyzontem. Później rządzący w ogóle przestali się krępować i w momencie, gdy rosyjski budżet przeszedł z nadwyżki do deficytu, sięgali po środki z Funduszu Narodowego Dobrobytu tak desperacko, jak narkoman sięga do znalezionego przez siebie zapasu pieniędzy swoich bliskich, przestając nieśmiało wyciągać po jednym banknocie z pliku.

Jeśli chodzi o Skarb Państwa, Kodeks Budżetowy zezwala na wykorzystanie dostępnych na nim sald do pokrycia deficytów. Pierwotnym zamysłem było jednak pokrycie śródrocznych luk w przepływach pieniężnych — w przypadkach, gdy pieniądze wpłyną jutro, a płacić trzeba już teraz. I oczywiście finansowanie deficytu jest dozwolone jedynie z dostępnych sald, a nie ze środków przeznaczonych na płatności.

Aukcje Ministerstwa Finansów mające na celu wprowadzenie nowych obligacji (OFZ) szły jednak coraz gorzej — banki, główni nabywcy długu publicznego, domagały się wyższej rentowności, coraz bardziej wątpiąc w wiarygodność tych papierów wartościowych. Skończyło się na tym, że w lipcu Ministerstwo Finansów zawiesiło aukcje — ostatnie trzy zakończyły się fiaskiem.

Jeśli chodzi o Fundusz Narodowego Dobrobytu, w momencie lipcowego załamania na moskiewskiej giełdzie krążyły pogłoski, że akcje wyprzedaje jakiś "gruby gracz" — na sesjach notowano ogromne wolumeny sprzedaży. Kim był ten podmiot? To pozostało tajemnicą. Istniało jednak podejrzenie, że to Fundusz Narodowego Dobrobytu sprzedaje akcje, które kiedyś nabył. Jeśli tak było, można stwierdzić, że w tamtym momencie nawet w "skarbonce" funduszu nie pozostały już żadne wolne środki.

Oprócz trzech głównych metod finansowania deficytu istnieją też inne, mniej przyjemne lub trudne do zrealizowania w rosyjskich warunkach.

Najlepszym rozwiązaniem jest zwiększenie dochodów. Zostało to już zrealizowane poprzez podwyższenie stawki VAT z 20 proc. do 22 proc. oraz rozszerzenie obowiązku jego płacenia na część małych przedsiębiorstw od 1 stycznia tego roku. I przyniosło to efekt — w ciągu pierwszych sześciu miesięcy dochody wzrosły o 426 mld rubli (18,4 mld zł). Blokada cieśniny Ormuz w trakcie konfliktu USA i Izraela z Iranem tylko w lipcu przyniosła wzrost dochodów budżetowych z ropy i gazu o 291 mld rubli (12,5 mld zł). Z powodu załamania cen na początku roku, silnego rubla oraz mechanizmu wyrównawczego w sektorze paliwowym (gdy budżet dopłaca do sprzedaży produktów naftowych na rynku krajowym po cenie niższej od światowej) wynik nadal jest jednak ujemny. Wpływy są niższe od ubiegłorocznych o około 17 proc.

Oczywiście wysokie ceny ropy nadal przynoszą budżetowi dodatkowe środki.

(...)

Deficyt budżetowy już w lipcu sięgnął prawie 6,5 bln rubli (259 mld zł) i nadal szybko rośnie. Oczywiste jest, że nie uda się go już pokryć wyłącznie dzięki wzrostowi dochodów z ropy i gazu, zadłużeniu, podatkom oraz korzyściom wynikającym z dewaluacji rubla. Skarbiec został opróżniony. Oznacza to, że nadszedł czas na bolesne decyzje.

onet.pl\The Moscow Times


Podczas spotkania Szanghajskiej Organizacji Współpracy w stolicy Kirgistanu, Biszkeku, Putin wyglądał niepewnie. Nic dziwnego: cios nadszedł z niespodziewanej strony.

— Każdy dzień, w którym trwa wojna, w rzeczywistości cofa ludzkość o krok wstecz, podczas gdy każdy krok w kierunku pokoju daje całej ludzkości prawdziwą nadzieję na pokój. Musimy przejść od niekończącej się wojny do jej zakończenia, do zaprzestania działań wojennych — mówił stanowczo indyjski premier Narendra Modi, w czasie gdy Putin wbijał wzrok w podłogę i przebierał stopami. Ta sytuacja zwraca uwagę na jeden zasadniczy, lecz często pomijany fakt.

(...)

Wzywając do pokojowego rozwiązania i powołując się na Gandhiego oraz Matkę Teresę, Modi stwierdził, że Indie popierają wszelkie wysiłki na rzecz pokoju i że jest to kierunek, w którym należy podążać.

— Bardzo dziękuję, panie premierze. Podążamy tą drogą — odpowiedział skwapliwie Putin.

(...)

— Głównymi obszarami przyjaźni rosyjsko-indyjskiej pozostają energetyka, innowacje, przestrzeń kosmiczna, nawozy oraz kontakty międzyludzkie — powiedział Modi podczas spotkania.

Oczekuje się, że Putin weźmie udział w szczycie BRICS w Delhi w dniach 12 i 13 września. Modi ma spotkać się z przywódcami UE w grudniu.

onet.pl\Politico


Rosyjski minister finansów Anton Siluanow był obecny w poniedziałek podczas pierwszego dnia rozmów G20, których gospodarzem są Stany Zjednoczone. Sekretarz skarbu USA Scott Bessent odbył również indywidualne spotkanie z Siluanowem przy okazji szczytu.

W poniedziałek w Asheville europejscy urzędnicy sprzeciwili się jednak obecności Siluanowa, a decyzja o włączeniu rosyjskiego urzędnika do spotkania wywołała zamieszanie podczas przygotowań do zrobienia grupowego zdjęcia uczestników.

"Sekretarz Bessent odbył owocne spotkanie z rosyjskim ministrem finansów" — powiedziała w rozmowie z POLITICO Erin Browne, rzeczniczka Departamentu Skarbu. Jak dodała, Bessent "przekazał mu, że wojna musi się zakończyć i że pragniemy pokojowego rozwiązania".

Rzeczniczka poinformowała, że politycy rozmawiali o "planie Trumpa dotyczącym pokoju i wzrostu gospodarczego". Browne stwierdziła, że włączenie Rosji do grona G20 było decyzją podjętą przez Biały Dom. — Postępujemy zgodnie z protokołem Białego Domu — oznajmiła Browne.

Zapytany w poniedziałek przez dziennikarzy o udział Rosji w spotkaniu, Trump bronił tej decyzji. — Lubimy utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi. Jednym z powodów, dla których odnoszę tak wielki sukces, jest to, że dogaduję się ze wszystkimi — powiedział dziennikarzom.

Podczas spotkania z Siluanowem Bessent dał jasno do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie udzielą Rosji pomocy gospodarczej, dopóki nie zakończy się wojna w Ukrainie — twierdzi osoba zaznajomiona z przebiegiem spotkania. Kiedy rosyjski minister finansów "próbował omówić obszary, w których warto podjąć działania, sekretarz Bessent stanowczo mu przerwał i stwierdził, że nic nie jest możliwe, dopóki wojna się nie skończy" — powiedziała ta osoba, której zapewniono anonimowość w związku z omówieniem prywatnego spotkania. /Rosjanie pokażą w TV wielki sukces - red./

(...)

Niemiecki minister finansów Lars Klingbeil powiedział dziennikarzom, że jasno dał do zrozumienia, "iż nie będzie pozował do zdjęcia grupowego z rosyjskim ministrem finansów", zaznaczając, że w ostatnich latach takie zdjęcie nie miało miejsca. Dodał, że uzgodnił swoje stanowisko z innymi europejskimi urzędnikami.

— Jednolite podejście Europejczyków sprawiło ostatecznie, że na zdjęciu grupowym zabrakło rosyjskiego ministra finansów i rosyjskiej delegacji — powiedział niemiecki polityk.

Rzecznik Departamentu Skarbu odmówił komentarza w sprawie zamieszania związanego ze zdjęciem. W poniedziałek wieczorem Departament Skarbu opublikował zdjęcie, na którym nie widniał rosyjski urzędnik.

onet.pl\Politico


Zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu Scott Bessent ogłosił nowy "ekonomiczny D-Day" [nawiązanie do lądowania aliantów w Normandii], mający na celu zdławienie Teheranu, Stany Zjednoczone przeprowadziły pierwszy od lipca atak na Iran, bombardując wyspę Larak.

Prezydent Donald Trump w jednej chwili grozi powolnym zdławieniem irańskiej gospodarki, a w następnej — szybkim zbombardowaniem Irańczyków, by zmusić ich do kapitulacji. Republikanie nie zgadzają się co do tego, która opcja jest właściwa, są jednak zgodni co do jednego: mają już dość miotania się Trumpa.

— Wojna została rozpoczęta bez planu, była prowadzona bez planu i w dużej mierze kieruje nią bieżąca sytuacja polityczna. Negocjacje toczą się za pomocą tweetów, Eisenhower przewracałby się w grobie — mówi w rozmowie z POLITICO były urzędnik z administracji prezydenta George’a W. Busha, który chciał zachować anonimowość. Eksperci zwracają uwagę na jeden kluczowy, często pomijany czynnik — rolę Chin.

Chińska Republika Ludowa, która kupuje większość irańskiej ropy, nie przejmuje się groźbą sankcji amerykańskich. Lin Jian, rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oświadczył, że Pekin "zrobi wszystko, co konieczne, aby stanowczo chronić swoje prawa i interesy".

— Chiny wielokrotnie wyrażały swój zdecydowany sprzeciw wobec bezprawnych, jednostronnych sankcji, które nie mają podstaw w prawie międzynarodowym ani nie zostały zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Wojna gospodarcza i maksymalna presja nie stanowią rozwiązania — powiedział Lin w zeszłym tygodniu.

Najnowszy zwrot akcji miał miejsce w ten weekend, kiedy Stany Zjednoczone przeprowadziły pierwszy znany atak na Iran od końca lipca, uderzając w wyrzutnie rakietowe, które według amerykańskiego wojska były przygotowane do zrzucenia min morskich do cieśniny Ormuz. Następnie Trump zagroził na platformie Truth Social, że zrówna z ziemią wyspę Chark, gdzie znajdują się ważne dla Iranu instalacje paliwowe, "w drobny mak".

Groźba prezydenta USA pojawiła się zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu Scott Bessent ogłosił "gospodarczy dzień D", mający na celu powolne dławienie irańskiej gospodarki. Bessent stwierdził, że celem nowych, zaostrzonych sankcji jest uniknięcie konieczności eskalacji militarnej.

Te pozornie sprzeczne działania podkreślają impas, w jakim znalazła się administracja Trumpa sześć miesięcy po tym, jak prezydent rozpoczął wojnę, która — jak twierdził — miała trwać zaledwie sześć tygodni. Biały Dom tymczasem wielokrotnie ogłaszał sukces w walce z Iranem, mimo że działania wojenne nadal się toczą.

— Negocjujemy, zrywamy rozmowy, bombardujemy i tak w kółko — mówi w rozmowie z POLITICO były urzędnik z administracji prezydenta George’a W. Busha.

Podejście prezydenta do Iranu sprawiło, że niektórzy zmęczeni wojną członkowie Partii Republikańskiej, w tym m.in. wiceprezydent J.D. Vance oraz rzesza politycznych działaczy zaniepokojonych wpływem konfliktu na ceny benzyny i wybory śródokresowe, są rozczarowani tym, że wojna się przedłuża.

Tymczasem jego powtarzające się, niespełnione groźby zbombardowania Iranu rozczarowały bardziej jastrzębie skrzydło, reprezentowane przez takich polityków jak republikański senator Tom Cotton i nieżyjący już senator Lindsey Graham.

— Wielu republikanów, którzy ogólnie popierają pociągnięcie Iranu do odpowiedzialności lub zneutralizowanie zagrożenia, jest sfrustrowanych. Nikt nie jest zadowolony z jego polityki [prezydenta USA] — powiedział były urzędnik kampanii Trumpa.

— Mamy dwa obozy, które są równie wkurzone. To pokazuje, że sprawy nie układają się najlepiej — mówi jeden ze strategów Partii Republikańskiej.

(...)

Trump upiera się, że Iran jest państwem bez przywództwa i ma jedynie ograniczoną zdolność do siania spustoszenia w regionie. W poniedziałek powiedział dziennikarzom w Gabinecie Owalnym, że "to upadłe państwo". — To nie znaczy, że ich nie uderzymy. Zobaczymy, co się stanie — powiedział.

Biały Dom odniósł się do poniedziałkowego oświadczenia Trumpa, gdy poproszono go o komentarz.

Jednak nawet bliski krąg prezydenta jest zbulwersowany tym, że waha się on między groźbami zbombardowania Iranu "z powrotem do epoki kamienia łupanego", wywieraniem na niego presji gospodarczej w celu zmuszenia go do posłuszeństwa a propozycjami negocjacji rozejmu.

— Nie potrafi trzymać się jednego przekazu ani spójnej, zdyscyplinowanej strategii, ponieważ czuje się teraz w pułapce — mówi w rozmowie z POLITICO osoba bliska prezydentowi USA.

— Trump zdaje sobie sprawę z politycznego zagrożenia, ale nie potrafi znaleźć sposobu na zakończenie konfliktu, który pozwoliłby mu zachować twarz. Irańczycy również doskonale znają tę rzeczywistość — dodaje.

I choć Trump upiera się, że polityka /wybory w listopadzie, w cieniu drogiej benzyny - red./ nie ma wpływu na jego kalkulacje, w Białym Domu narasta przekonanie, że "czas iść dalej" — twierdzi dyrektor z branży naftowej zaznajomiony z wewnętrznymi dyskusjami w administracji amerykańskiego prezydenta.

— Motywacja do zakończenia działań wojennych jest ogromna — powiedział dyrektor.

— Jednak nadal istnieje silna koalicja doradców, w Departamencie Stanu i w Białym Domu, którzy utrzymują, tak jak od początku kampanii wojskowej, że reżim irański zasiądzie do stołu negocjacyjnego, by zgodzić się na akceptowalne porozumienie, tylko wtedy, gdy zostanie doprowadzony na skraj zagłady i nie będzie miał innego wyboru. Prezydent pozostawał przekonany, że uda mu się skłonić Irańczyków do zawarcia porozumienia. Niektórzy powiedzieliby, że był zbyt pewny siebie lub naiwnie pewny siebie — stwierdził.

onet.pl\Politico