środa, 30 września 2026



W Rosji wszedł w życie dekret Władimira Putina zabraniający wywozu gotówki przekraczającej 1 mln rubli (ok. 46 tys. zł) do siedmiu państw byłego ZSRR: Armenii, Białorusi, Kazachstanu i Kirgistanu, należących do Eurazjatyckiej Unii Gospodarczej (EUAG), a także Azerbejdżanu, Tadżykistanu i Uzbekistanu.

O obowiązującym od wtorku dekrecie poinformowały rosyjskie media. Dotychczas w państwach EUAG limit ten wynosił 100 tys. dolarów. Większe kwoty nadal można wywozić przez wskazane międzynarodowe lotniska po okazaniu dokumentów bankowych potwierdzających pochodzenie pieniędzy. Firmom i przedsiębiorcom zakazano wywozu rubli w gotówce niezależnie od kwoty, z wyjątkami zapisanymi w dekrecie. Ograniczenie nie dotyczy państw innych niż wymienione w nowo obowiązujących przepisach.

Władze tłumaczą zaostrzenie przepisów nadużyciami przy wywozie gotówki i potrzebą lepszej kontroli przepływów finansowych. Niektórzy eksperci łączą decyzję Putina z pogłoskami o możliwej mobilizacji do wojska. Temat budzi spore zainteresowanie rosyjskiej emigracji, bowiem ogłoszona we wrześniu 2022 r. "częściowa mobilizacja" wywołała jedną z największych fal wyjazdów z kraju.

Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji na Ukrainę z Rosji wyjechało i do połowy 2024 r. nie wróciło ok. 650 tys. osób - informuje The Bell, niezależny rosyjski portal, uznawany przez władze na Kremlu za "zagranicznego agenta". Wyliczenia oparto na danych urzedów migracyjnych niemal 70 państw.

Największe skupiska emigrantów powstały w Armenii, Kazachstanie, Gruzji, Turcji i Serbii, ale migracja szybko stała się globalna. The Bell szacuje, że ok. 80 tys. rosyjskich emigrantów osiadło w Izraelu, ponad 48 tys. w USA, 36 tys. w Niemczech i 16 tys. w Hiszpanii. Rosjanie, którzy mogli sobie na to pozwolić, przenieśli się także do krajów takich jak Tajlandia, Wietnam czy Indonezja. 

PAP


Zakłady produkujące broń dla Ukrainy, znajdujące się w państwach europejskich, są dla Rosji potencjalnymi celami wojskowymi - oświadczyła w środę rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, cytowana przez agencję Interfax.

Zakłady produkujące broń dla Ukrainy, znajdujące się w państwach europejskich, są dla Rosji potencjalnymi celami wojskowymi - oświadczyła w środę rzeczniczka rosyjskiego MSZ Maria Zacharowa, cytowana przez agencję Interfax.

- Chcę ponownie przypomnieć, że zakłady produkujące broń dla Ukrainy w krajach europejskich, są dla Rosji potencjalnymi celami wojskowymi. Nie należy sądzić, że zakłady zbrojeniowe znajdujące się poza terytorium Ukrainy, które produkują broń dla ukraińskich sił zbrojnych, będą bezpieczne - oznajmiła Zacharowa, pytana o plany dotyczące serwisowania w Polsce rakiet do wyrzutni Patriot.

- Państwa europejskie bezpośrednio uczestniczą w konflikcie ukraińskim. Nie tylko udzielają pomocy, otwierając zakłady produkujące uzbrojenie i tworząc wspólne przedsiębiorstwa, angażują się w pełnym zakresie - oceniła rzeczniczka rosyjskiego MSZ.

Komentując sprawę Patriotów, minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow oświadczył we wtorek, że warto przeanalizować doktrynę wojenną Rosji.

Na szczycie NATO w lipcu w Ankarze Polska podpisała porozumienie z USA, Holandią, Niemcami i Szwecją dotyczące serwisowania w Europie pocisków PAC-3 do wyrzutni Patriot. Prowadzone są negocjacje, by centrum serwisowe zlokalizowane zostało w Polsce.

W zeszłym tygodniu wiceszefowa MON Magdalena Sobkowiak-Czarnecka oświadczyła, że rozmowy w tej sprawie są już w fazie końcowej. Wyraziła też nadzieję, że pozytywna decyzja w sprawie ulokowania centrum serwisowego w Polsce będzie stanowiła pierwszy krok do ewentualnej współprodukcji pocisków do Patriotów. 

PAP


Minister gospodarki i środowiska Ukrainy Ołeksandr Krawczenko przedstawił nowe prognozy podczas forum Forbes Ukraine Economic Resilience Forum w Kijowie 23 września.

Jak wyjaśnił, głównymi przyczynami pogorszenia perspektyw gospodarczych są blokady eksportu oraz zakłócenia w logistyce.

„Ukraina rewiduje prognozę wzrostu PKB na 2026 r. z 2,4 proc. do około 0,5-0,6 proc.” – powiedział minister.

Według jego szacunków straty poniesione przez ukraiński biznes mogą do końca 2026 r. osiągnąć 10 mld dol. (ok. 36,5 mld zł).

Łagodniejszy scenariusz przedstawia Narodowy Bank Ukrainy (NBU). Wiceprezes banku Wołodymyr Lepuszynski poinformował 17 września, że NBU może obniżyć prognozę wzrostu gospodarczego na 2026 r. do 1,1—1,2 proc. z 1,8 proc. przewidywanych jeszcze w lipcu.

Jako powody wskazał dodatkowe zniszczenia w przemyśle i handlu spowodowane rosyjskimi atakami oraz pogarszające się nastroje przedsiębiorców.

(...)

Przedstawiciele największych ukraińskich firm podkreślają, że sytuacja w niektórych sektorach pozostaje bardzo trudna. Ołeksandr Wodowiz z grupy Metinvest poinformował, że we wrześniu zdarzył się okres, gdy ukraiński przemysł hutniczy w ogóle nie produkował stali.

Jak dodał, próba ponownego uruchomienia jednego z pieców w zakładzie Zaporiżstal trwała 10 godzin i kosztowała około 50 mln dol. (ok. 182,5 mln zł).

Problemy nie omijają również sektora rolnego.

Prezes Kernelu Jewhen Osypow ocenił, że eksport ukraińskiego zboża wynosi obecnie jedynie około 40 proc. potencjalnych możliwości kraju.

Przyczyną są utrudnienia w funkcjonowaniu portów morskich oraz ograniczona przepustowość tras transportowych biegnących przez Dunaj.

Trudna sytuacja panuje również w handlu detalicznym. Prezes Intertop Ukraine Serhij Badritdinow stwierdził, że dla branży rok 2026 okazał się trudniejszy niż 2022 r., czyli pierwszy rok pełnoskalowej rosyjskiej inwazji.

Firma dostosowuje obecnie poziom zapasów i logistykę do nowych warunków, a także rozwija sprzedaż internetową, aby ograniczyć wpływ wojny na działalność.

businessinsider.com.pl\Kyiv Post

wtorek, 29 września 2026



Inwestycje w infrastrukturę niezbędną do rozwoju sztucznej inteligencji mogą stać się największą inwestycją w historii Stanów Zjednoczonych, znacznie przewyższając nakłady na inne gigantyczne projekty, takie jak budowa kanałów, linii kolejowych, elektryfikacja, budowa autostrad, a także sieci komórkowych i internetowych w okresie od XIX w. do początku XXI w. — pisze "The Wall Street Journal".

Według szacunków ekonomistów z Instytutu Brookingsa łączna wartość inwestycji w centra danych i powiązaną z nimi infrastrukturę sztucznej inteligencji w latach 2025–2032 wyniesie 10,3 bln dol. (39,6 bln zł). To średnio 3,6 proc. amerykańskiego PKB rocznie. Nigdy wcześniej gospodarka Stanów Zjednoczonych nie była tak bardzo uzależniona od rozwoju jednej, pojedynczej branży. Poprzedni rekord ustanowiono podczas budowy linii kolejowych w latach 1870-1890 — pochłonęła ona 2,24 proc. PKB rocznie.

Te niesamowite perspektywy wiążą się jednak z ogromnym ryzykiem — do takiego wniosku prowadzą ostrzeżenia firm zajmujących się sztuczną inteligencją. Od lata zaczęły one zgłaszać coraz więcej przypadków, w których ich modele wymykały się spod kontroli i podejmowały wrogie działania. Najnowszym tego przykładem było nieuprawnione włamanie się agenta AI firmy OpenAI do serwisu, na którym gromadzone są dane statystyczne dotyczące australijskiego systemu opieki zdrowotnej. To pierwszy przypadek, w którym sztuczna inteligencja uzyskała dostęp do strony internetowej służb państwowych.

/Drugie ryzyko to powtórka bańki dotkomów, bańki internetowej z 2001 roku - red./

(...)

Jednocześnie firma OpenAI postanowiła zrezygnować z październikowej premiery modelu sztucznej inteligencji nowej generacji GPT-6.1 Astra. Wszystko to z powodu obaw dotyczących bezpieczeństwa zgłoszonych przez badaczy podczas wewnętrznych testów — poinformował "The Wall Street Journal".

Saachi Jain, szefowa działu bezpieczeństwa w OpenAI, powiedziała tej redakcji, że wyniki kontroli modelu GPT-6.1 Astra pogorszyły się w dwóch obszarach. Model ten osiągnął słabe wyniki w testach oceniających "spójność", czyli zgodność zachowania modelu z oczekiwaniami użytkowników. Częściej próbował wprowadzać programistów w błąd i nie zawsze uczciwie informował o działaniach, które wykonał lub których nie wykonał.

Kolejnym problemem było to, że GPT-6.1 Astra przystępował do wykonywania zadań bez pytania użytkownika o zgodę, a czasami korzystał z zewnętrznych narzędzi i usług, nawet jeśli mogło to stwarzać zagrożenie.

Jednocześnie model wykazał się również pewnymi postępami — m.in. większą zdolnością do wykonywania złożonych zadań od początku do końca bez pomocy człowieka, a także do tworzenia tekstów. Teraz OpenAI zajmie się zwiększeniem bezpieczeństwa przyszłych modeli, które — jak spodziewa się firma — będą miały jeszcze szersze możliwości.

onet.pl\The Moscow Times

poniedziałek, 28 września 2026



W okresie 2023–2025 trzy główne gałęzie wojskowego przemysłu — sektor środków transportu i sprzętu, sektor komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych oraz branża gotowych wyrobów metalowych — zwiększyły produkcję 1,9 do 2,1 raza — wynika z danych Federalnej Służby Statystyki Państwowej (Rosstat).

Jednak w ciągu kolejnych trzech lat będą one rosnąć znacznie wolniej — prognozuje Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego.

Jak wynika z prognozy, produkcja komputerów, wyrobów elektronicznych i optycznych będzie rosła o ok. 5 proc. rocznie po wzroście o 12,9 proc. w 2025 r., a w 2029 r. będzie o 22,5 proc. większa niż w 2025 r. Produkcja gotowych wyrobów metalowych wzrośnie w ciągu czterech lat o 19,6 proc., z czego o 10,6 proc. w bieżącym roku, po czym tempo wzrostu spowolni do 2–3 proc. rocznie. Najszybciej będzie rosła produkcja pozostałych środków transportu, w tym dronów — o 75,3 proc., ale i tutaj tempo wzrostu ulegnie spowolnieniu. W ubiegłym roku wyniósł on 33,9 proc. W 2026 r. Ministerstwo Rozwoju Gospodarczego spodziewa się 22,4 proc., w przyszłym — 14,4 proc., a w 2029 r. — 8,9 proc.

Ekonomista i były wiceminister finansów Siergiej Aleksaszenko zauważa, że podczas sporządzania prognoz eksperci Ministerstwa Rozwoju Gospodarczego dokładnie analizują wszystkie plany produkcyjne. Na tej podstawie dochodzi do wniosku, że "w rosyjskim kompleksie wojskowo-przemysłowym nie ma już wolnych mocy produkcyjnych".

Gwałtowny wzrost wydatków wojskowych był jednym z głównych czynników wzrostu gospodarczego Rosji w ostatnich latach. W ciągu pierwszych czterech lat wojny inwestycje w trzy sektory wojskowe wzrosły ponad dwukrotnie. Kompleks wojskowo-przemysłowy składa się głównie z przedsiębiorstw państwowych, a aby zrealizować zwiększone zamówienia państwowe, rozpoczęły one wyścig płacowy — zauważa badacz ośrodka Davis Center na Uniwersytecie Harvarda, Andriej Jakowlew.

Analitycy banku Intesa Sanpaolo określają kompleks militarno-przemysłowy jako główny czynnik aktywności gospodarczej w Rosji. Ich zdaniem sytuacja ta będzie się utrzymywać: gospodarka będzie w coraz większym stopniu uzależniona od wydatków państwowych i sektora wojskowego, podczas gdy gospodarka cywilna będzie stopniowo się kurczyć. Nawet przy tak spowolnionym tempie wzrostu branże wojskowe są w rządowej prognozie jednymi z najszybciej rozwijających się.

Dorównać im może jedynie przemysł farmaceutyczny: w 2029 r. produkcja w tym sektorze ma być o 39 proc. większa niż w 2025 r. Produkcja leków stanowi rzadki wyjątek — większość branż spoza kompleksu wojskowo-przemysłowego znajduje się w stagnacji lub odnotowuje spadek produkcji. Od połowy 2023 r. pozostają one w stanie bliskim stagnacji, a od drugiej połowy 2024 r. weszły w fazę spadku — zauważa związany z rosyjskimi władzami ośrodek analityczny CMAKP.

W niektórych kategoriach systemów uzbrojenia, przede wszystkim w zakresie dronów, Rosja najprawdopodobniej utrzyma wysokie tempo produkcji — wynika z lipcowego raportu think tanku Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych (CSIS), który przeanalizował pięć dużych przedsiębiorstw zbrojeniowych.

Rosja przebudowuje siły zbrojne na skalę, której Zachód być może nie do końca jest świadomy — zauważa jedna z autorek raportu, Maria Snegowaja. Moskwa łączy potencjał przemysłowy z czasów radzieckich ze zwiększaniem produkcji dronów, kompaktowych systemów walki radioelektronicznej i innych stosunkowo niedrogich technologii, wytwarzanych w ogromnych ilościach.

Pomimo ogromnych nakładów rosyjski kompleks zbrojeniowy podupada — do takiego wniosku doszli rok temu badacze z think tanku Chatham House. Nie udaje się tworzyć prawdziwie nowych, zaawansowanych technologicznie systemów: substytucja importu zakończyła się niepowodzeniem, zależność od zagranicznych dostawców jest wysoka, a władze muszą polegać na radzieckim dziedzictwie — zauważają eksperci. Według nich w najbliższych latach Rosja będzie musiała uprościć i spowolnić produkcję wojskową, a także pogodzić się z pogorszeniem jakości produktów.

onet.pl\The Moscow Times


🇺🇸 Kansas... do 34 razy sztuka?

Najdłuższa passa porażek w amerykańskim Senacie (33 kolejne wybory) może zakończyć się w listopadzie.

Ostatni raz Demokrata wygrał tam wybory do Senatu w 1934 roku.

Kansas to ekspozycja na drogiego diesla (rolnictwo) oraz napięcia z Kanadą (fabryka Bombardier w Wichita) - tu kłania się Trump. 

Ale sam urzędujący senator R. Marshall (R) też sobie "nie pomógł". Marshall przez ponad 25 lat pracował jako ginekolog-położnik. Według New York times (publikacja 8 września) on lub jego praktyka lekarska pozwali ponad 700 pacjentów za niezapłacone rachunki. To oczywiście nie jest kontrowersyjne. To, co nadało rozgłos sprawie po publikacji, to sposób prowadzenia windykacji (wysokie odsetki karne, aresztowanie już za niestawienie się w sądzie, aresztowanie kobiety w 8. miesiącu ciąży i inne). O ile wiele tych decyzji pochodziło od sądu, to ujawnienie samych praktyk stało się niewątpliwie jednym z problemów Marshalla w tegorocznej kampanii o reelekcję, dokładając się ponad "czynniki trumpowe".


x.com/T_Smolarek

niedziela, 27 września 2026



Siły Zbrojne Ukrainy poinformowały, że atak przeprowadzono w nocy z 25 na 26 września. Celem było przedsiębiorstwo znajdujące się w Azowie w obwodzie rostowskim. Według ukraińskiego komunikatu na terenie odlewni wybuchł pożar, a wyposażenie pięciu budynków produkcyjnych zostało uszkodzone. Zakład należy do korporacji Taktyczne Uzbrojenie Rakietowe (KTRV).

AOMZ specjalizuje się w produkcji optomechaniki i optoelektroniki oraz elektroniki wojskowej. Ukraińska baza War & Sanctions wymienia wśród jego wyrobów systemy dla precyzyjnego uzbrojenia artyleryjskiego, rakietowego i przeciwpancernego. Zakład produkuje także radarowe głowice samonaprowadzające, urządzenia termowizyjne oraz inne systemy optoelektroniczne. Informacje o uszkodzeniu konkretnych wydziałów – optycznego i odlewniczego, montażowego, galwanicznego oraz produkcji płytek drukowanych – podała strona ukraińska.

Dokumenty przeanalizowane przez Dallas Analytics wiążą AOMZ z co najmniej siedmioma programami: pociskiem manewrującym Ch-101, rakietą powietrze–powietrze R-37M, systemem Oriesznik, Ch-35U, rodziną Ch-59/Ch-69, pociskiem przeciwradiolokacyjnym Ch-31P oraz jedną z modyfikacji rodziny R-74 przeznaczoną dla Su-57. Analiza opiera się na wewnętrznej korespondencji, dokumentach kontraktowych i harmonogramach współpracy obejmujących lata 2023–2025.

Szczególne znaczenie ma produkcja podzespołów do Ch-101. Według Dallas AOMZ wytwarza dla tego pocisku dwa kluczowe elementy: nawigacyjny lidar „Otbleśk” oraz blok automatyki lotu. Pierwszy umożliwia nawigację m.in. w warunkach zakłócania sygnału nawigacji satelitarnej, drugi odpowiada za działanie systemów pocisku i sterowanie jego powierzchniami sterowymi. Analitycy twierdzą, że w dokumentacji nie znaleźli alternatywnych dostawców tych dwóch zespołów.

Dokument KTRV z 4 marca 2025 roku wskazuje natomiast na planowane od 2026 roku zwiększenie dostaw podzespołów dla R-37M. AOMZ miał dostarczać rocznie 500 bloków przełączania, zasilania i aktywacji baterii, trzy rodzaje wiązek przewodów oraz płytki montażowe, a także 1000 obudów. Na tej podstawie Dallas ocenia, że zapotrzebowanie odpowiadało komponentom dla około 500 pocisków R-37M rocznie.

„To całe okablowanie elektryczne pocisku” – tak znaczenie tych dostaw opisuje Dallas Analytics.

(...)

Wcześniejsze analizy Dallas Analytics pokazują, jak problemy z dostawami pojedynczych elementów mogą wpływać na rosyjską produkcję rakiet. W jednym z materiałów dotyczących łańcucha dostaw dla Ch-101 opisano rolę TRV-Engineering, struktury zakupowej KTRV, która pozyskiwała komponenty dla rosyjskich przedsiębiorstw. Dokumentacja wskazywała m.in. na wielomiesięczne, a w niektórych przypadkach wieloletnie planowanie dostaw oraz problemy z płatnościami i konieczność poszukiwania alternatywnych dostawców.

Znaczenie AOMZ w łańcuchu dostaw pokazuje również dokument opublikowany przez Dallas w lipcu 2025 roku. Pismo dyrektora TRV-Engineering do kierownictwa AOMZ dotyczyło testów 28 laserowych diod RLT1060-100G produkcji austriackiej firmy Roithner Lasertechnik. Według Dallas elementy mogły zostać wykorzystane do udoskonalenia systemów naprowadzania rosyjskich pocisków powietrze–powietrze. Sama austriacka firma zaprzeczyła później, by świadomie współpracowała z rosyjskim przemysłem obronnym, twierdząc, że została wprowadzona w błąd przez pośrednika z Hongkongu.

defence24.pl

 
Choć szwajcarska neutralność jest uznawana na arenie międzynarodowej od zakończenia wojen napoleońskich w 1815 roku, sposób jej realizacji przez rząd nie został szczegółowo określony.

Prawicowa Szwajcarska Partia Ludowa (SVP) twierdzi, że tradycyjne stanowisko kraju uległo osłabieniu, kiedy Szwajcaria nałożyło sankcje na Rosję w następstwie jej inwazji na Ukrainę. W ramach kampanii przed głosowaniem w całym kraju rozwieszono plakaty z hasłem "Nie dla wojny, tak dla neutralności", przedstawiające białe gołębie pokoju. Mimo to sondaże wskazują, że wyborcy odrzucą tę propozycję, jedno z ostatnich badań wykazało, że 68 proc. ankietowanych jest przeciw, a 31 proc. za.

Profesor politologii europejskiej Fabio Wasserfallen zauważył, że obywatele Szwajcarii generalnie popierają również sankcje nałożone na Rosję w związku z wojną przeciwko Ukrainie i nie chcą, aby to się zmieniło.

Inicjatorzy kampanii postulują wpisanie do konstytucji zapisu, zgodnie z którym Szwajcaria nie mogłaby przystępować do sojuszy wojskowych ani obronnych, ani z nimi współpracować, chyba że zostałaby zaatakowana, a także powstrzymywałaby się od udziału w jakichkolwiek sankcjach, o ile nie zostałyby one zatwierdzone przez ONZ.

Argumentują oni, że szwajcarska neutralność dobrze służyła krajowi w przeszłości, chroniąc go przed udziałem w obu wojnach światowych.

- Szwajcaria nie zaznała wojny od 200 lat, ponieważ jest stale uzbrojona i neutralna, jednak w ostatnich latach zasada neutralności jest coraz rzadziej przestrzegana - powiedział Agencji Reutera Christoph Blocher, miliarder i przedsiębiorca wspierający SVP, dodając, że z powodu sankcji Rosja postrzega obecnie Szwajcarię jako stronę konfliktu.

Poza SVP większość partii politycznych oraz szwajcarski rząd sprzeciwiają się tej propozycji. Minister spraw zagranicznych Ignazio Cassis ostrzegł, że zaszkodziłaby ona bezpieczeństwu narodowemu i uniemożliwiła prowadzenie wspólnych szkoleń z NATO.

Według rządu Szwajcarii obecna praktyka umożliwia dostosowanie polityki neutralności do zmian w kontekście międzynarodowym, przy jednoczesnym poszanowaniu prawa międzynarodowego. Ustanowienie bardziej rygorystycznej definicji neutralności w konstytucji ograniczyłoby to pole manewru i również w kontekście zdolności władz do obrony interesów kraju. Rząd uznał w związku z tym, że przyjęcie proponowanego rozwiązania byłoby nierozsądne, szczególnie w obecnej, niestabilnej sytuacji międzynarodowej - przypomniał portal Swiss Info.

PAP


Milbloger przyznał, że linia frontu jest “statyczna” — milczące potwierdzenie niemal zerowych postępów Rosji na polu bitwy netto w ostatnich miesiącach — i wezwał Rosję do zintensyfikowania i przyspieszenia kampanii uderzeniowej przeciwko Ukrainie, póki zasoby są obfite. Milbloger przestrzegł przed opieraniem się na założeniu, że Rosja może kontynuować atak w nieskończoność i stopniowo zwiększać presję na Ukrainę. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 26 września, że Rosja planuje przeznaczyć 12 miliardów dolarów na produkcję dronów o napędzie odrzutowym i amunicji krążącej. Putin może na nowo oceniać swoją teorię zwycięstwa, która wcześniej opierała się na założeniu, że armia rosyjska może kontynuować natarcie w nieskończoność, dopóki nie osiągnie swoich celów lub Ukraina nie podda się - na rzecz polegania na rosyjskiej kampanii uderzeniowej dalekiego zasięgu ze względu na sukcesy Ukrainy na polu bitwy w 2026 roku.

Zmodyfikowana teoria zwycięstwa Putina w dużej mierze opiera się na zdolności Rosji do wystrzeliwania tanich dronów odrzutowych typu Geran na dużą skalę i przy stosunkowo wysokim wskaźniku penetracji – wymaganiach, które ukraiński program przechwytujący ma na celu zaatakować. Znany rosyjski bloger powiązany z Kremlem twierdził 27 września, że siły rosyjskie wystrzeliły w nocy z 26 na 27 września drony Geran-5 o napędzie odrzutowym przeciwko miastom Odessa, Mikołajów i Kijów oraz że zróżnicowany arsenał uderzeniowy Rosji i niedobory obrony powietrznej Ukrainy pozwalają siłom rosyjskim utrzymać obecne tempo ataków i rozszerzyć typy celów. Milbloger stwierdził, że obecna rosyjska strategia strajkowa nakłada na Ukrainę znaczne koszty gospodarcze, ostrzegł jednak, że koszty utrzymania kampanii strajkowej mogą przekroczyć bezpośrednie skutki kampanii, jeśli będą kontynuowane w dłuższej perspektywie. Pod koniec kwietnia 2026 r. siły rosyjskie zaczęły intensyfikować wykorzystanie dronów o napędzie odrzutowym. Zełenski oświadczył 26 września, że wskaźnik przechwytywania przez Ukrainę dronów Shahed o napędzie odrzutowym wynosi obecnie 55 procent, ponieważ ukraińska obrona powietrzna przechwyciła dotychczas ponad 1500 takich dronów z 2730 wystrzelonych przez Rosję we wrześniu 2026 r. Szef Biura Prezydenta Ukrainy Kyryło Budanow oświadczył 27 września, że Ukraina testuje prototypy dronów przechwytujących w warunkach bojowych i że masowe wykorzystanie przez Ukrainę dronów przechwytujących zdolnych do zestrzeliwania Geranów o napędzie odrzutowym może rozpocząć się w ciągu kilku miesięcy. Ukraińskie firmy pomyślnie przetestowały już w terenie kilka dronów przechwytujących, które mogą przechwytywać rosyjskie drony o napędzie odrzutowym. Nadal nie jest jasne, czy ukraiński program przechwytujący uda się rozszerzyć i odnieść sukces na czas, aby zakłócić nasilającą się kampanię rosyjską zimą.

Putin prawdopodobnie nie przewiduje, że długoterminowa kampania uderzeniowa Rosji przeciwko Ukrainie będzie trwała w nieskończoność, gdyż prawdopodobnie próbuje zmusić Ukrainę do kapitulacji przed wiosną 2027 roku. Milbloger zauważył 27 września, że rosyjska strategia polegająca na dużym poleganiu na atakach dalekiego zasięgu jest kosztowna i nie może trwać w nieskończoność, zwłaszcza biorąc pod uwagę, że siły ukraińskie również eskalują swoje ataki na Rosję. Trwająca rosyjska kampania uderzeniowa opiera się na niezdolności Ukrainy do przechwytywania rosyjskich dronów o napędzie odrzutowym w połączeniu z niedoborem przechwytywaczy Patriot do obrony przed rakietami balistycznymi zimą 2026-2027 r. i zakłada, że ukraińska infrastruktura energetyczna i inna infrastruktura krytyczna nie będzie w stanie wytrzymać rosyjskich ataków w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Putin oświadczył 25 września, że Ukraina “musi odczuć” “odwetowe” ataki Rosji, sugerując, że zamierza eskalować swoją kampanię do zimy, co robił już poprzedniej zimy. Putin może nie brać pod uwagę długoterminowych kosztów rosyjskiej kampanii uderzeniowej, jeśli spodziewa się, że Ukraina rozpadnie się i podda tej zimy. Jest mało prawdopodobne, aby Putin poszedł na kompromis ze swoimi żądaniami lub zaangażował się w poważne negocjacje w sprawie zawieszenia broni, dopóki jego nowa teoria nie dobiegnie końca.

Wybitny milbloger powiązany z Kremlem stwierdził również 27 września, że rozbudowa rosyjskiego arsenału uderzeniowego jest tańsza niż przeprowadzenie drugiej mobilizacji z perspektywy gospodarczej, wojskowej i społecznej. Putin może próbować opóźnić wydanie rozkazu przymusowej mobilizacji na dużą skalę, do której jego urzędnicy stawiają warunki pomimo zaprzeczeń Kremla, do czasu, aż zobaczy, czy jego długoterminowa kampania strajkowa jest wystarczająca do osiągnięcia jego celów. Żądanie zastępstw za ogromne straty Rosji na linii frontu może jednak skłonić go do wydania rozkazu takiej mobilizacji tej jesieni, do czego często donosiły źródła ukraińskie i inne.

(...)

Niemiecki serwis informacyjny FAZ poinformował 25 września, że uzyskał od niemieckich funkcjonariuszy bezpieczeństwa informację, że niemieccy śledczy podejrzewają, że Główna Dyrekcja Sztabu Generalnego Rosji (GRU) użyła urządzeń zapalających do ataku na siedziby firm technologicznych i obronnych Rohde & Schwarz i Helsing w Monachium w Niemczech 3 września. FAZ poinformowało, że Helsing zaopatruje ukraińską armię, że zespół GRU działa ze Słowacji i że władze niedawno udaremniły podejrzenie próby sabotażu GRU na Słowacji. Według doniesień niemieckie służby bezpieczeństwa oceniają również, że rzekomy szef operacji sabotażowych GRU Denis Smolyaninov jest prawdopodobnie odpowiedzialny za ataki na lotnisko w Lipsku 5 sierpnia, incydent, który władze niemieckie publicznie przypisały Rosji. Niemieckie źródła bezpieczeństwa wskazały, że GRU wykorzystuje zespoły specjalistów do ataków sabotażowych w Europie i organizuje zespoły na podstawie poszczególnych misji. Źródła bezpieczeństwa podały, że GRU dalej rozwijała swoją niesławną Jednostkę 29155, aby stać się bardziej profesjonalną, i utworzyła Departament Zadań Specjalnych w celu nadzorowania operacji.

(...)

Ukraińskie źródło wywiadowcze typu open source (OSINT) opublikowało 27 września zdjęcia satelitarne przedstawiające uszkodzenia wielu budynków Azowskiego Zakładu Optyczno-Mechanicznego w Azowie w obwodzie rostowskim (około 200 kilometrów od linii frontu) po ukraińskich atakach na obiekt 25 września lub w nocy z 25 na 26 września. Źródło OSINT podało, że zdjęcia wskazują, że ukraińskie ataki uszkodziły co najmniej pięć zakładów produkcyjnych w sześciu budynkach, w tym odlewnię zakładu, zakłady produkcji optyki, montażu, galwanizacji i obróbki mechanicznej.

Ukraińskie ataki na rosyjską infrastrukturę naftową w dalszym ciągu ograniczają rosyjskie zdolności przetwórcze ropy naftowej. Szef Ukraińskiego Centrum Zwalczania Dezinformacji, porucznik Andrij Kowalenko, poinformował 26 września, że niedawne ukraińskie ataki na rafinerie ropy naftowej w Permie i Nowoszachtyńsku, prawdopodobnie odnoszące się do ukraińskich ataków z 25 i 26 września, spowodowały zaprzestanie działalności obu rafinerii.

understandingwar.org

sobota, 26 września 2026


 
Dowódca ukraińskiego batalionu poinformował 26 września, że pierwsza faza operacji Vivaldi w kierunku łymańskim koncentrowała się na pokonaniu rosyjskich grup infiltracyjnych poprzez wymierzenie w rosyjskie zmechanizowane pojazdy terenowe (ATV) i ataki motocyklowe próbujące wzmocnić rosyjskie grupy infiltracyjne, które utknęły za ukraińskimi liniami. Ukraińskie uderzenia na rosyjskie linie komunikacyjne (GLOC) zakłóciły rosyjskie szlaki dostaw i pozostawiły wiele rosyjskich grup infiltracyjnych zdemoralizowanymi i bez odpowiednich dostaw. Siły ukraińskie skupiły się wtedy na pokonaniu tych zubożonych rosyjskich grup infiltracyjnych. Dowódca zauważył, że operacyjne zaskoczenie pozwoliło siłom ukraińskim na posunięcie się w głąb rosyjskich tyłów, docierając do operatorów dronów i pozycji specjalistycznych wojny elektronicznej (EW). Ukraińskie wysiłki EW, zniszczenie rosyjskich pozycji kontrolnych oraz „dezinformacja” zdegradowały również rosyjskie dowództwo i kontrolę podczas pierwszej fazy operacji Vivaldi. Rzecznik ukraińskiej brygady działającej w północnym obwodzie charkowskim poinformował 26 września, że ukraińskie drony rozpoznawcze identyfikują rosyjskie szlaki zaopatrzenia personelu i zasobów, co wskazuje na systematyczny wzorzec sił ukraińskich wymierzony w rosyjskie wzmocnienia grup infiltracyjnych w innych sektorach linii frontu. Celowe ustalanie priorytetów przez Ukrainę postępów i uderzeń przeciwko rosyjskim GLOC oraz wysiłki taktyczne w celu wzmocnienia infiltratorów świadczą o innowacyjnym podejściu, które może umożliwić siłom ukraińskim dalsze wyrywanie się z wojny pozycyjnej i ponowne wprowadzenie elementów manewru taktycznego na polu bitwy. Prawdopodobnie ułatwia to również ukraińskie wysiłki obronne poprzez zmniejszenie wymogu wydatkowania ukraińskiej siły roboczej na redukcję rosyjskich grup infiltracyjnych natychmiast lub po ich wzmocnieniu.

Rosyjscy milblogerzy nadal podkreślają, jak wszechobecna kultura kłamstwa w rosyjskim wojsku ułatwia ukraińskie sukcesy na północ i północny wschód od Łymanu. Zrzeszony w Kremlu rosyjski milblogger twierdził 25 września, że siły ukraińskie wykorzystały wszechobecną w rosyjskim wojsku kulturę kłamstwa i przesadnego raportowanie sukcesów na polu bitwy w Łymaniu podczas kontrofensywy w kierunku łymańskim. Milblogger zauważył, że siły ukraińskie próbują odeprzeć siły rosyjskie przez rzekę Żyrebety i zabezpieczyć pozycje w pobliżu Zarichne i Jampil (odpowiednio północno-wschodni i południowo-wschodni od Łymanu), zagrażając rosyjskim pozycjom w lesie serebryanskim. Dowódca ukraińskiego batalionu działającego w tym rejonie podobnie stwierdził 25 września, że rosyjskie dowództwo wojskowe nie było świadome ukraińskich przygotowań z powodu niedokładnych doniesień o rosyjskich postępach w pobliżu Łymanu. Niedokładne doniesienia w ramach rosyjskiego łańcucha dowodzenia o obecnym stanie frontu konsekwentnie degradują świadomość rosyjskiego pola bitwy i zdolność rosyjskich dowódców do zakłócania postępu ukraińskiej piechoty i sprzętu.

Rosyjscy milblogerzy nadal podają szczegóły dotyczące obecnej sytuacji na polu bitwy w kierunku Łymania. Jeden z rosyjskich milbloggerów zauważył, że wysoka gęstość ukraińskich dronów i grup infiltracyjnych jest głównym wyzwaniem dla sił rosyjskich, podczas gdy siły ukraińskie infiltrują w pobliżu Jampilu, Ozerne (południowy wschód od Łymanu) i wzdłuż rzeki Siewierski Doniec. Źródło donoszące o rosyjskim Ugrupowaniu Północnym Sił twierdziło, że siły rosyjskie wycofują się z południowego Łymana, aby uniknąć okrążenia i utrzymać pozycje na zachodnim brzegu rzeki Żyrebety w pobliżu Iwaniwki i Zariczne (obaj na północny wschód od Łymanu). Źródło zauważyło, że siły ukraińskie kontratakują w pobliżu Dibrowy (południowego wschodu od Łymanu) i Jampilu i budują siły w pobliżu Stavky (na północ od Łymania). Korpus Armii Ukrainy poinformował 17 września, że systematyczna kampania uderzeniowa Ukrainy z zakresu pośredniego zasięgu przeciwko rosyjskiej logistyce w okupowanym obwodzie ługańskim nadwyrężyła zdolność Rosji do użycia dronów i EW do ochrony przed ukraińskimi dronami.

Sukcesy Ukrainy na polu bitwy z 2026 roku mogą zmusić prezydenta Rosji Władimira Putina do ponownego przemyślenia swojej teorii zwycięstwa i polegania na kampanii uderzeniowej dalekiego zasięgu Rosji, aby zmusić Ukrainę do poddania się zimą 2026-2027. Putin twierdził 25 września, że Ukraina naciska na zawieszenie broni ataków dalekiego zasięgu na infrastrukturę energetyczną, ponieważ rosyjskie ataki są „tak...niszczące” i wykorzystują zmodernizowane "niemieckie drony", na które, jak błędnie twierdził Putin, Ukraina nie ma środków zaradczych. Putin twierdził, że Ukraina „musi czuć” „odwetowe” uderzenia Rosji i zrozumieć, że „prowokacyjne” ukraińskie działania nie doprowadzą do pożądanych rezultatów, ale raczej pogorszą sytuację Ukrainy. Rosyjski milblogger powiązany z Kremlem podwoił wypowiedzi Putina i twierdził, że najlepszym sposobem na podważenie pozycji negocjacyjnej Ukrainy jest uderzenie w potencjał gospodarczy i produkcyjny Ukrainy i zauważył, że rosyjskie uderzenia przeciwko Ukrainie będą kontynuowane.

Putin wyartykułował swoją teorię w zwycięstwie w czerwcu 2024 roku, która zakłada, że ciągłe rosyjskie postępy – nawet jeśli powolne i stopniowe – nieuchronnie załamią ukraińską obronę i zmuszą Ukrainę do kapitulacji wobec rosyjskich żądań. Siły rosyjskie osiągnęły prawie zerowe zyski netto od marca 2026 roku, podczas gdy siły ukraińskie przeprowadziły udane kontrataki w Kupjańsku, Ołeksandriwce i kierunku Łymania, od końca 2025 roku. Putin prawdopodobnie miał fałszywe postrzeganie sukcesów Rosji na polu bitwy w oparciu o przesadne twierdzenia rosyjskich dowódców, które w rzeczywistości nie korespondowały z rzeczywistością. Oświadczenie Putina z 25 września sugeruje jednak, że publiczne podziękowania dla operacyjnych i strategicznie znaczących postępów Ukrainy na północ i północny wschód od Łymania w ciągu ostatnich kilku miesięcy mogą naciskać na Putina, aby przewartościował swoją pierwotną teorię zwycięstwa i przeniósł swoją retorykę (i prawdopodobnie jego strategię), aby skupić się na zmuszaniu Ukrainy do poddania się za pomocą kampanii uderzeniowej dalekiego zasięgu Rosji. Jest mało prawdopodobne, aby Putin zgodził się na jakiekolwiek proponowane przez USA i Ukraińców zawieszenie broni dalekiego zasięgu przeciwko infrastrukturze energetycznej, jeśli rzeczywiście przewartościowuje swoją teorię zwycięstwa w ten sposób, ponieważ takie porozumienie kolidowałoby z kampanią uderzeniową Rosji. Jest również mało prawdopodobne, aby Putin zgodził się na jakikolwiek znaczący postęp lub ustępstwa w procesie negocjacji do końca kampanii uderzeniowej dalekiego zasięgu Rosji w okresie zimowym 2026-2027.

Rosyjska teoria zwycięstwa polegająca na uderzeniach dalekiego zasięgu obecnej odmiany zależy od zdolności Rosji do używania dronów typu "niemieckiego" napędzanych odrzutowo na skalę i przy stosunkowo wysokich wskaźnikach penetracji. Ukraina aktywnie rozwija środki zaradcze dla tych dronów, ale nie jest jasne, jak szybko Ukraina będzie w stanie wykorzystać te środki zaradcze na dużą skalę, aby zakłócić pakiety ataków dronów napędzanych przez silniki odrzutowe. Putin prawdopodobnie polega na wyzwaniach Ukrainy w obronie przed nowymi rosyjskimi dronami napędzanymi odrzutowo podczas zimy 2026-2027, ponieważ zmodernizowane rosyjskie drony Geran-4 i Geran-5 osiągają i utrzymują wyższe prędkości lotu niż drony napędzane silnikiem tłokowym, co znacznie komplikuje przechwycenie. Rosja priorytetowo traktuje ataki dronów Geran-4 i Geran-5 podczas ataków dalekiego zasięgu w ciągu dnia i nocy na Ukrainę, a szczególnie przeciwko Kijowowi, w ostatnich miesiącach, powodując znaczne szkody cywilne i zakłócenia w codziennym życiu i ukraińskiej gospodarce. Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski oświadczył 26 września, że Rosja planuje wydać 12 miliardów dolarów na produkcję dronów napędzanych odrzutowo i samą amunicję. Ukraińskie firmy z powodzeniem przetestowały już kilka dronów przechwytujących, które mogą przechwycić rosyjskie drony napędzane odrzutowo; Ukraina będzie nadal rozwijać i skalować swoją produkcję dronów przechwytujących z napędem odrzutowym.

Rosyjskie połączone pakiety ataków dronów i rakiet polegały również na pociskach balistycznych, aby wykorzystać niedobór ukraińskich pocisków przechwytujących Patriot i spowodować znaczne szkody, (...). Siły rosyjskie będą kontynuować niszczycielskie ataki rakietowe na dużą skalę na Ukrainę tej zimy, chyba że Ukraina będzie w stanie pozyskać niezbędną obronę przeciwlotniczą, aby skutecznie odeprzeć rosyjskie rakiety balistyczne. Rosyjskie zapasy rakiet balistycznych i quasi-balistycznych są jednak ograniczone, a ich cykl produkcyjny jest dłuższy i bardziej skomplikowany niż w przypadku "niemieckich" dronów napędzanych odrzutowo. Siły rosyjskie prawdopodobnie nie będą w stanie powtórzyć skutków połączonych pakietów uderzeniowych napędzanych przez drony i rakiety balistyczne, polegających w dużej mierze lub wyłącznie na pociskach balistycznych. Siły rosyjskie będą dążyć do wykorzystania połączonych pakietów ataków dronów i rakiet balistycznych, aby uszkodzić infrastrukturę krytyczną Ukrainy, zanim Ukraina będzie w stanie rozmieścić wystarczające środki zaradcze, ale wynik tego aspektu ciągłego ofensywno-defensywnego wyścigu technologicznego, który charakteryzował wojnę na Ukrainie, pozostaje niejasny.

understandingwar.org

 
Administracja prezydenta USA Donalda Trumpa zatwierdziła od 20 stycznia 2025 r. do 17 września 2026 r. sprzedaż broni i sprzętu wojskowego dla Izraela o wartości 21,6 mld dolarów - informuje w sobotę katarski portal New Arab.

Wynika to z informacji przesłanych Kongresowi oraz danych Departamentu Stanu.

Dla porównania wartość pomocy wojskowej finansowanej przez amerykańskich podatników oraz transakcji zbrojeniowych zatwierdzonych dla Izraela przez byłego prezydenta USA Joe Bidena od października 2023 r. do początku 2025 r. przekroczyła 17,9 mld dolarów - wynika z badania Uniwersytetu Browna.

Najnowszy pakiet przygotowywany przez administrację Trumpa ma wartość 2,8 mld dolarów i obejmuje 40 tys. bomb o masie około 900 kg, 20 tys. bomb BLU-117 oraz 20 tys. głowic penetrujących I-2000.

Mimo sprzeciwu Demokratów umowa - podobnie jak poprzednie - zostanie prawdopodobnie zatwierdzona w trybie nadzwyczajnym, który pozwala administracji ominąć sprzeciw Kongresu.

Wśród najważniejszych transakcji zatwierdzonych w ciągu 20 miesięcy rządów Trumpa miesięcy były dostawy ponad 100 tys. bomb, systemów naprowadzania, pocisków, a także kilkadziesiąt śmigłowców Apache i kilka tysięcy wozów bojowych. 

PAP


Słyszę, że powszechne zaniepokojenie rodzi sytuacja na rynku walutowym, czyli znaczne osłabienie złotego. To oczywiste, że ludzie zwracają uwagę na ten właśnie rynek, a nie na to, co powoduje zmiany. Dla szerokiej publiczności kurs złotego jest najbardziej widoczny, a jego wpływ na nasze kieszenie jest najbardziej oczywisty.

Nawiasem mówiąc, dla polskiego PKB słabszy złoty jest lepszy, bo zwiększa eksport i hamuje import. A jeśli nawet importu nie hamuje, to produkty z importu, np. ropa, są droższe przy słabym złotym, co prowadzi do wyższych cen, a więc i wyższych wpływów z VAT do budżetu. Przy okazji ciągle słyszę, że program CPN wynika z tego, że budżet dopłaca do niższych cen paliw. To oczywisty błąd logiczny: budżet traci, bo mniej do niego wpływa, a nie wydaje na dopłaty.

Skoro wiemy już, że źródło słabości złotego leży ponad nim, to gdzie jest to "ponad"? Otóż fundamentem prowadzącym do osłabienia złotego jest globalne umocnienie dolara. Złoty zawsze reaguje na spadki kursu EUR/USD (umocnienie dolara) wzrostem ceny dolara, euro czy franka. Tym razem oczywiście też się tak stało.

W trakcie ostatnich 30 dni kurs EUR/USD stracił około 3 proc., USD/PLN wzrósł o około 4 proc., a EUR/PLN – o 2 proc. W całym 2026 r. EUR/USD wzrósł o 5,4 proc., a EUR/PLN – o około 4 proc., ale złoty potężnie stracił do dolara – około 11 proc. Relatywnie większe osłabienie złotego może nieco martwić i zwracać uwagę na stan finansów publicznych.

Złoty nie zareagował na ostatnie obniżenie ratingu przez agencję Moody’s. Wbrew oczekiwaniom niektórych analityków w poniedziałek, po piątkowym obniżeniu ratingu, złoty całkiem wyraźnie zyskał, a indeksy na GPW wzrosły o 2 proc., ustanawiając rekordy wszech czasów (na bardzo małym obrocie, co zawsze musi stawiać znak zapytania). (...) Dodam tylko, że w następnych dniach złoty pokazywał nadmiarową słabość, co jednak mogło mieć coś wspólnego z ratingiem.

Dlaczego dolar szybko się umacnia? Impuls do umocnienia w ostatnich 30 dniach dały czekanie na wrześniową decyzję FOMC i sama decyzja oraz tzw. wykres kropkowy (pokazuje poglądy ludzi z Fed z wyłączeniem jej szefa). Stopy wzrosły o 25 pb., nikt podwyżce się nie sprzeciwił, a wykres kropkowy pokazał, że FOMC (Federalny Komitet do spraw Operacji Otwartego Rynku, organ Fed – red.) najpewniej jeszcze raz w tym roku podniesie stopy (28.10 lub 9.12). ECB też co prawda podniósł stopy w strefie euro, ale są wątpliwości co do tego, czy zrobi to jeszcze raz w tym roku. Dość oczywista była reakcja rynku walutowego. Dolar musiał się umocnić, co oczywiście u nas pociągnęło za sobą osłabienie złotego.

Doszliśmy z rynku walutowego do decyzji FOMC, więc trzeba zapytać, dlaczego Fed podnosi stopy procentowe. Otóż podnosi z dwóch podstawowych powodów. Po pierwsze dlatego, że Rezerwa Federalna chce sprowadzić wskaźnik PCE (inflacja w wydatkach osobistych) do poziomu 2 proc. – teraz to 3,7 proc.

Jest jednak jeszcze jeden, nieco ukryty, powód. Otóż inwestorzy od początku rządów Kevina Warsha w Fed (od maja 2026) podejrzewają, że Warsh jest jastrzębiem z gołębim upierzeniem. Mówi dużo i często o zdecydowaniu w dążeniu do opanowania inflacji, ale nic nie robi. To zaś rodziło obawy o sprawczość Fed w dążeniu do opanowania inflacji. Takie obawy rodziły wzrost oczekiwań inflacyjnych, a to podnosiło rentowności obligacji długoterminowych. A te rentowności stanowiły odnośnik dla oprocentowania różnych kredytów, więc uderzały w gospodarkę USA.

Oczywiście podejrzewano, że olbrzymi wpływ na Warsha ma Donald Trump, który przecież go mianował i często wieczorami do niego dzwoni. A przecież wiadomo, że Trump chce mieć stopy procentowe bliskie zeru i chce też słabego dolara, co wpłynie na wzrost konkurencyjności USA oraz niewidoczne oddłużanie Stanów Zjednoczonych. Tak więc Warsh sprzeciwił się swojemu patronowi. Pewnie nie miał wyjścia, bo przecież w historii FOMC nie było (oficjalnego) głosowania, w którym szef Fed był przegłosowany. Warsh nie miał wyjścia: jego wiarygodność była w tym głosowaniu stawką, o której musiał pamiętać.

I tak dochodzimy do rynku długu, o którym pisałem na początku września. Od tego czasu sytuacja zdecydowanie się pogorszyła. W USA rentowności obligacji 10-letnich i 30-letnich sięgnęły poziomów sprzed 22 lat. To oczywiście podnosiło również rentowność obligacji w innych krajach (oprócz Chin), w tym w Polsce. Taki mechanizm zawsze na rynkach obowiązuje.

Są oczywiście i inne powody, które podnoszą rentowność obligacji. Wspominałem już o nich na początku września, więc tutaj w dużym skrócie: wysokie ceny ropy, które budują inflację i oczekiwania inflacyjne, konkurencja zadłużonych "pod korek" spółek budujących AI (Softbank emituje obligacje z rentownością 10 proc., Alphabet 7 proc. itd.), potężne zadłużenia wielu krajów (USA 123 proc. do PKB, Francja 116 proc., Włochy 137 proc., Hiszpania 101 proc., Chiny 99 proc., itd.) i niechęć polityków do ograniczenia tego długu.

Jak widać było w kolejnych dniach po decyzji FOMC, wzrost wiarygodności Fed nie pomógł w ograniczeniu rentowności obligacji – jedynie umacniał nadal dolara, co szkodzi przecież USA. Widać było, że cena ropy jest ważniejsza od tego, co zrobi Fed. W Xelionie obliczono, że korelacja między rentownością obligacji a ceną ropy jest obecnie na poziomie ponad 0,6, czyli jest bardzo wysoka.

Wystarczyło, żeby cena ropy po pięciu dniach spadków – o 17 proc. – zyskała 2 proc. i mocno wzrosły indeksy PMI (na które rynki w USA rzadko zwracają uwagę), żeby rentowności obligacji gwałtownie wystrzeliły na północ (wtedy właśnie były te 22-letnie szczyty). To oczywiście natychmiast potężnie umocniło dolara, bo zwiększyło oczekiwania na podwyżki stóp, a to przeceniło złotego.

Wbrew pozorom, w krótkim terminie ta zależność rentowności i dolara od ropy daje nadzieję na zwrot na rynku złotego oraz polskich obligacji. Nie wierzę w to, że politycy zaczną ograniczać zadłużenie. Nie zrobią tego bez zagrożenia globalnym kryzysem zadłużeniowym, który – według mnie – za kilka lat nadejdzie. Nie opanujemy też szaleństwa inwestycyjnego spółek sektora AI.

Wystarczy jednak porozumienie na linii USA – Iran, a może i Ukraina – Rosja, żeby cena ropy gwałtownie spadła, a to równie gwałtownie obniżyłoby rentowność obligacji i zmniejszyło presję na Fed. To zaś przeceniłoby dolara i pomogło złotemu. Jeśli ktoś nie wierzy w szybką przecenę ropy, to ma jeszcze jedną możliwość. Skoro administracji USA mocny dolar i droga ropa (szczególnie przed wyborami) nie odpowiadają, to może w krótkim terminie coś z tym zrobić.

Parę tygodni temu Scott Bessent, sekretarz skarbu USA, ostrzegał inwestorów, że z nim nie wygrają. Od tego czasu rentowności mocno wzrosły, a dolar się umocnił, pokazując znak figi sekretarzowi i prezydentowi. Śmiem twierdzić, że oni tego nie zniosą i wymyślą coś (potężną interwencję), co na pewien czas zmieni kierunki na rynkach obligacji i walutowych. A przecież krótkich pozycji na EUR/USD jest obecnie multum – wystarczy mały impuls, żeby zamykanie tych pozycji podniosło EUR/USD mocno, pomagając przy okazji złotemu. W krótkim terminie nie liczyłbym za bardzo na to, że złoty będzie tracił.

money.pl


Dlaczego traci: sześć błędów
  1. Po odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego nie przyszedł żaden równie mocny temat. Jedyny duży temat, w którym zwolennicy zrównali się z krytykami, zamknął się w czerwcu. Od lipca żaden tydzień nie przekroczył 45 proc. głosów przychylnych.
  2. Weto bez szybkiej odpowiedzi o cenach. Po zablokowaniu podatku od nadzwyczajnych zysków koncernów paliwowych KO i Donald Tusk przypisali prezydentowi odpowiedzialność za ceny na stacjach. Temat paliw urósł z 2 do 8 proc. dyskusji, przychylnych w nim jest 27 proc.
  3. Po ułaskawieniu „Starucha” częściej padała etykieta kibola. W sierpniu słowa „kibol”, „ustawka” i „Staruch” pojawiały się w dwa razy większej części wypowiedzi niż wcześniej.
  4. Po starcie procesu z Onetem wrócił Grand Hotel. Po starcie procesu udział wątku przeszłości we wrześniu się podwoił.
  5. Wpis o terytorium odczytany jako zapowiedź ustępstw. Zdanie „Możemy oddać terytorium, ale nigdy nie oddamy naszej Ojczyzny”, opublikowane poza kontekstem przemówienia o 17 września 1939 roku, KO wykorzystała jako zarzut. W sporze o te słowa przychylnych było 21 proc.
  6. Spór z Tuskiem jako główny sposób komunikacji. Co miesiąc od jednej czwartej do ponad jednej trzeciej rozmowy o prezydencie dotyczy konfliktu z rządem, a przychylni stanowią w niej około jednej trzeciej.
(...)

Mediana wpisu Donalda Tuska o prezydencie na X ma 184 znaki. Mediana wpisu prezydenta albo Kancelarii o premierze i rządzie ma 397 znaków, ponad dwa razy więcej. Wpis Tuska o Nawrockim zbiera w medianie dziesięć razy więcej reakcji. Premier pisze o prezydencie na X rzadko i krótko, a jego wpisy zbierają wielokrotnie więcej reakcji niż komunikaty Pałacu.

Riposta wygrywa z akapitem. Najmocniejsze wpisy Tuska to jedno zdanie z puentą: „Proponuję zacząć od przestrzegania aktualnej” (o nowej konstytucji), „Wciąż nie wiem, dlaczego dla prezydenta miliardy z programu SAFE dla polskiego wojska są złe, a Zondacrypto jest dobra”. Mieszczą się w tytule portalu i w komentarzu pod nim. Odpowiedzi Nawrockiego zaczynają się od „Panie Premierze” i rozwijają się w akapit. Taki akapit trzeba najpierw streścić, żeby go powtórzyć.

Premier mówi o skutkach, prezydent o zasadach. Tusk przypina prezydentowi konkret odczuwalny w domu: ceny paliw, pieniądze na wojsko, terytorium. Nawrocki odpowiada historią, konstytucją i suwerennością. W dyskusji o paliwach przychylnych jest 27 proc., w konflikcie z rządem od 29 do 37 proc. w każdym miesiącu. Na zarzut o rachunki prezydent odpowiada lekcją o państwie.

Ironia stawia mówiącego wyżej, pouczenie niżej. Tusk zadaje pytania, na które każda odpowiedź szkodzi („w tym też popieracie Orbána?”). Prezydent poucza: „Panie Premierze, historyku”, „myślałem, że tę lekcję mamy już za sobą”. Komunikaty Kancelarii mówią o nim w trzeciej osobie („Gdy D. Tusk szuka politycznych emocji i ataków, Prezydent RP buduje bezpieczeństwo”) i brzmią jak urząd, który odpowiada na skargę.

Temat nadaje Tusk. W największych wątkach sporu (nowa konstytucja, paliwa, terytorium) pierwszy strzał oddaje premier albo KO, a prezydent odpowiada. Najpopularniejszy wpis Nawrockiego o Tusku w całym półroczu to właśnie odpowiedź w sprawie terytorium z 17 września. Zebrał więcej reakcji niż którykolwiek wpis premiera o nim, a mimo to temat zamknął się z 21 proc. głosów przychylnych. Wygrał zasięg na temacie narzuconym przez premiera, więc przegrał spór.

Tusk ma chór, prezydent urzędników. Po wpisie o terytorium frazę premiera powtórzyli ministrowie i profil KO („Komu Nawrocki chce oddać terytorium Polski?”). Po stronie prezydenta mówią Kancelaria, Zbigniew Bogucki i Rafał Leśkiewicz, czyli urzędnicy, których wpisy zbierają niewielką część reakcji. To ten sam brak zaplecza, który widać przy paliwach.

Utarczka odbiera mu autorytet urzędu. Najlepszy okres półrocza przyszedł przy odebraniu Zełenskiemu Orderu Orła Białego, gdy prezydent mówił w imieniu państwa i o Tusku nie wspominał. Każda szpilka wbita premierowi robi z niego uczestnika sporu partyjnego, w którym krytyków jest mniej więcej dwa razy więcej niż zwolenników. Tusk walczy zdaniami, które da się powtórzyć, Nawrocki tekstami, które trzeba przeczytać, a w mediach społecznościowych wygrywa to, co się powtarza.

nawrockiwizerunkesm260926.netlify.app


Do historii przejdzie przecięcie przez Donalda Trumpa wstęgi na nowym lądowisku dla śmigłowców przy Białym Domu. Prezydent przemawiał, ale w telewizji nie było go słychać. To efekt protestu wszystkich akredytowanych stacji przeciw wyrzuceniu z Białego Domu dziennikarzy Politico, CNN i MSN.

(...)

Donald Trump z mediami ma na pieńku nie od dziś. Wyrzucenie trzech redakcji to wyjątkowo nerwowy ruch, ale trudno się dziwić, widząc sondaże na miesiąc przed wyborami połówkowymi. Brak przewagi w Kongresie obnaży bezsilność prezydenta.

Trzy wyrzucone redakcje odwołały się do sądu, a sprawę rozpatrywał sędzia federalny Timothy J. Kelly, mianowany w 2017 r. przez... Trumpa. Kelly uznał, że odbieranie przepustek do Białego Domu na podstawie widzimisię jest nieuzasadnione. To zresztą on w 2018 r. nakazał administracji Trumpa przywrócić dostęp do Białego Domu dziennikarzowi CNN. I Jim Acosta odzyskał przepustkę. Tym razem Kelly też kazał oddać przepustki, ale Biały Dom robił to z dużymi oporami. Sytuację najlepiej opisywał piątkowy nagłówek w "New York Timesie": "Biały Dom Trumpa otwiera drzwi przed dyktatorem z Chin. Przed amerykańskimi mediami — niekoniecznie". Wizytę Xi Jinpinga obsługiwali jedynie fotografowie, radiowcy i prasa, bo telewizje nadal solidarnie bojkotowały przekaz z Białego Domu. Nawet ukochana przez Trumpa stacja Fox News.

onet.pl\Newsweek


11 czerwca 2026 r. wieczorem w pobliżu Suboticy serbska policja zatrzymuje tuż przed granicą z Węgrami dwa pojazdy. W Peugeocie Danilo Bogdanovicia, Serba, posługującego się również drugim rosyjskim paszportem, śledczy znajdują części zmodyfikowanego drona. Według oceny niemieckich specjalistów z tych komponentów można było złożyć latającą bombę. Niedługo później skontrolowano także czarne Volvo Slobodana Ducicia. W skrytce w samochodzie funkcjonariusze odkrywają dwie puszki. W środku znajdują się materiały wybuchowe. Bogdanović i Ducić trafiają w Serbii do aresztu tymczasowego.

Następnego dnia zaprzyjaźniona służba wywiadowcza przekazuje informacje o podejrzanej ciężarówce, która jedzie z Serbii do Niemiec. Serbskie władze otrzymują szczegółowy opis pojazdu, dowiadują się o specjalnie przygotowanych pustych przestrzeniach w ciężarówce, które miały służyć do przemytu broni. Mimo to pojazd wymyka się serbskiej policji.

Bawarska policja graniczna 27 czerwca kontroluje pojazdy na autostradzie A8 przy zjeździe Teisendorf. Ciężarówka wpada w ręce funkcjonariuszy podczas wjazdu z Austrii. Serbski kierowca nie ma ważnych dokumentów. Zostaje zatrzymany, otrzymuje zakaz wjazdu do Niemiec i zostaje zawrócony do Austrii. A ciężarówka?

Zostaje skonfiskowana i zbadana. Śledczy rzeczywiście znajdują opisane tajne skrytki. Wnęki są jednak puste. Po broni, o której uprzedzały agencje wywiadowcze, nie ma śladu. Służby bezpieczeństwa są zaniepokojone: transport broni mógł już dwa tygodnie wcześniej dotrzeć do celu w Niemczech. Jak ustalił "Bild", materiały z ciężarówki mogą być przeznaczone do zamachu na firmę zbrojeniową w Bawarii, ważną dla wsparcia Ukrainy w obronie przed rosyjską wojną.

Poszukiwania broni trwają pełną parą — do dziś. Według oceny służb bezpieczeństwa obecnie w Europie działa kilka sterowanych przez Rosję siatek sabotażowych. Za kluczowego aktora służby bezpieczeństwa uważają rosyjski wywiad wojskowy GRU, który za pośrednictwem własnego "wydziału do zadań specjalnych" ma prowadzić w Europie tajne operacje. Organy bezpieczeństwa podejrzewają, że broń z ciężarówki znajduje się w magazynie, gotowa do kolejnego ataku w Niemczech.

onet.pl\BILD

piątek, 25 września 2026



Największa partia opozycyjna, Alternatywa dla Niemiec (AfD) wezwała w Bundestagu niemiecki rząd do zaprzestania finansowej i wojskowej pomocy dla Ukrainy oraz zablokowania procesu jej przyjmowania do UE.

Niemiecki parlament debatował w czwartek nad projektem uchwały, w której AfD domaga się od niemieckiego rządu zablokowania członkostwa Ukrainy w Unii Europejskiej jak i objęcia jej unijnymi gwarancjami bezpieczeństwa, a także wstrzymania wszelkiej pomocy finansowej i wojskowej dla walczącego z Rosją kraju. Wyjątkiem ma być pomoc humanitarna.

W zamian za udzielone kredyty, niemiecki rząd powinien domagać się od Ukrainy uprzywilejowanego dostępu do metali ziem rzadkich, gazu i innych surowców. Rząd Niemiec powinien zdaniem AfD zaprzestać też udziału w sankcjach, które nie są zgodne z interesem Niemiec.

- Podczas gdy w Niemczech oszczędza się na wszystkim, a nasi obywatele muszą płacić coraz wyższe podatki, niemiecki rząd przekazał Ukrainie w formie prezentu ponad 100 mld euro z naszego majątku - powiedział poseł AfD Markus Frohmaier uzasadniając uchwałę swojego klubu.

Ukraina to państwo, które "wysadziło w powietrze nasz niemiecki Nord Stream" - zaznaczył deputowany AfD. Zarzucił posłom koalicji rządowej, że chcą objąć Ukrainę unijnymi gwarancjami sojuszniczymi oraz przyznać jej status "członka stowarzyszonego". -Niemiecki rząd nie reprezentuje niemieckich interesów, lecz działa jak filia rządu ukraińskiego- kontynuował Frohnmaier mówiąc o "zdradzie stanu".

Jego zdaniem niemiecki rząd "przygotowuje się do przystąpienia do wojny po stronie Ukrainy". - Jeżeli chcecie wysłać młodych mężczyzn na front wschodni, to zastanówcie się, jak wytłumaczycie niemieckiej matce, że jej syn poległ? - pytał poseł AfD dodając - "Igracie życiem naszych dzieci. Moich dzieci nie dostaniecie".

Wystąpienie przedstawiciela klubu AfD spotkało się z ostrym sprzeciwem ze strony pozostałych klubów.

Poseł CDU Knut Abraham zarzucił przedmówcy, że w "diaboliczny sposób drwi z ofiar". Sprzeciwiając się przyjęciu Ukrainy do UE, AfD pokazuje, że nie chce stabilnej i zasobnej Ukrainy, lecz Ukrainy, która "będzie skazana na rosyjską samowolę". "Celem waszego projektu uchwały jest wsparcie Putina w wojnie przeciwko Ukrainie" powiedział deputowany CDU. "Przyszłość Ukrainy leży w Unii Europejskiej, a przyszłość Europy w rozszerzeniu naszej strefy pokoju, stabilności i dobrobytu" - zakończył Abraham.

Poseł Zielonych Robin Wagner nazwał przemówienie Frohmaiera "wykładem napisanym na Kremlu". "Propagujecie putinowską propagandę" - powiedział zwracając się do posłów AfD. "Jesteście hańbą dla Niemiec i ryzykiem dla Europy" - zakończył. "Ukraina należy do Europy" - mówił w imieniu SPD Ralf Stegner. "Stoicie po stronie Rosji" - dodał pod adresem AfD.

Prawicowo-populistyczna AfD odniosła we wrześniu w wyborach do lokalnych parlamentów w Saksonii-Anhalcie, Meklemburgii-Pomorzu Przednim i Berlinie znaczące sukcesy. W tym pierwszym landzie ma szansę, po raz pierwszy w historii RFN, na utworzenie koalicyjnego rządu. W skali całego kraju AfD prowadzi zdecydowanie w sondażach, a poparcie dla tej partii sięga 30 proc. 

PAP


W okresie od 1 do 24 września ilość gotówki w obiegu wzrosła o kolejne 386,3 mld rubli (17 mld 604 mln zł), wynika z bieżących statystyk Banku Centralnego Federacji Rosyjskiej. W sierpniu klienci wypłacili z banków w gotówce 434 mld rubli (19 mld 777 mln zł), a w lipcu — rekordową w tym roku kwotę 620 mld rubli (28 mld 253 mln zł).

Łącznie trwający już osiem miesięcy z rzędu (od lutego do września) odpływ środków zwiększył podaż gotówki w kraju o 2,9 bln rubli (132 mld 153 mln zł). Według prognozy Banku Centralnego Federacji Rosyjskiej do końca roku poziom ten może wzrosnąć do 3,7 bln rubli (168 mld 609 mln zł).

Popyt na gotówkę wiąże się z działaniami władz mającymi na celu "oczyszczenie" gospodarki — stwierdził na forum Stowarzyszenia Banków Rosji dyrektor zarządzający Alfa-Banku Władimir Wierchoszyński.

— Widzimy, że w ciągu ostatniego półrocza ludzie zaczęli wypłacać pieniądze z depozytów w gotówce. Naszym zdaniem głównym problemem nie jest płynność. Chodzi o to, że zmiany podatkowe, które zaszły, z jednej strony pozytywnie wpłynęły na ⁠uzupełnienie budżetu, a z drugiej strony negatywnie popychają społeczeństwo w kierunku szarej strefy. W zaokrągleniu od początku roku ludzie wypłacali z depozytów pół biliona rubli (22 mld 785 mln zł) miesięcznie i zamieniali je na gotówkę — powiedział Werchoszyński.

Według niego próbując powstrzymać odpływ środków, instytucje kredytowe ponownie zaczęły podnosić oprocentowanie depozytów. Jednak jak dotąd środki te nie przynoszą zauważalnych rezultatów.

(...)

Aby powstrzymać gwałtownie rosnącą masę pieniężną w gotówce, od maja Bank Centralny zobowiązał banki do dokładniejszego sprawdzania pochodzenia "gotówki" u klientów, którzy zbyt często wpłacają ją na konto — od 5 mln rubli (228 tys. zł) w ciągu 30 dni lub od 10 operacji o wartości powyżej 100 tys. rubli (4 tys. 600 zł) każda. W najbliższym czasie banki otrzymają wytyczne dotyczące jeszcze większego zaostrzenia kontroli nad gotówką, polegające na żądaniu od klientów informacji o źródle tych środków, poinformował w tym tygodniu szef służby monitoringu finansowego i kontroli walutowej Banku Centralnego Bogdan Szabla.

Odpływ środków w gotówce doprowadził system bankowy do stanu rekordowego od pierwszych miesięcy wojny deficytu płynności: pod koniec września banki pożyczały ponad 7 bln rubli (319 mld 369 mln zł) za pośrednictwem różnych mechanizmów.

onet.pl\The Moscow Times


W dniach 18–20 września w Rosji odbyły się pseudowybory parlamentarne, w których wyłoniono nowy, 450-osobowy skład Dumy Państwowej (izby niższej parlamentu). Ponadto, jak co roku, przeprowadzono szereg elekcji regionalnych i lokalnych. „Wybory” parlamentarne po raz pierwszy zorganizowano na okupowanych terytoriach Ukrainy, w warunkach panującego tam stanu wojennego i masowego terroru wobec ludności cywilnej.

Zgodnie z oficjalnymi wynikami frekwencja wyniosła 59,68%, a partia władzy Jedna Rosja (57,96% głosów) uzyskała 349 mandatów (rekordowa liczba w historii partii). Rezultat ten w żaden sposób nie odzwierciedla rzeczywistości: według niezależnych szacunków realny wynik Jednej Rosji mógł oscylować wokół 34%, a frekwencja wyniosła poniżej 40%.

Głosowanie zaplanowano jako plebiscyt poparcia dla kontynuacji agresji na Ukrainę – wbrew preferencjom większości Rosjan, którzy w sondażach deklarują poparcie dla rozpoczęcia negocjacji pokojowych. Kreml dopuścił do wyborów jedynie w pełni lojalne, wspierające wojnę partie pseudoopozycyjne, dążył też do wyeliminowania kandydatów mogących – wbrew woli kierownictwa ugrupowań – propagować hasła niezgodne z interesem władzy (przede wszystkim antywojenne).

„Wybory” odbyły się na tle rosnącego niezadowolenia rosyjskiej elity polityczno-biznesowej i społeczeństwa z pogarszającej się sytuacji ekonomicznej, budżetowej i bezpieczeństwa w Rosji. Jak dotąd nie widać oznak, aby nastroje te miały się przerodzić w otwarty sprzeciw. Kontekst głosowania stanowią również nasilające się represje i cenzura. Tymczasem Władimir Putin wykazuje determinację do kontynuowania agresji na Ukrainę oraz eskalowania systemowego konfliktu z Zachodem. Wysoki oficjalny wynik Jednej Rosji zostanie wykorzystany jako mandat społeczny dla ogłoszenia szeregu niepopularnych decyzji. W najbliższych miesiącach prawdopodobne są m.in. kolejna fala mobilizacji wojskowej, dalsze podwyższanie danin fiskalnych czy pogłębienie militaryzacji gospodarki w celu przełamania niekorzystnej dla Rosji sytuacji na froncie.
 
Spektakle wyborcze są w Rosji testem sprawności i lojalności całego aparatu administracyjnego wobec Kremla oraz jego gotowości do zapewnienia pożądanych rezultatów i zneutralizowania potencjału protestu niezależnie od (coraz mniej sprzyjających) warunków. Jednocześnie bezkarne masowe fałszerstwa oraz tłumienie pluralizmu opinii i oporu stanowią demonstrację siły i „suwerenności” władzy. To sygnał, że pełne podporządkowanie się i porzucenie mrzonek o politycznej alternatywie to jedyna gwarancja przetrwania w coraz bardziej opresyjnym systemie.

Tegoroczne wybory parlamentarne pełniły w zamysłach Kremla dodatkową funkcję – prowojennego plebiscytu. Miały zademonstrować masowe poparcie społeczne dla kontynuowania wojny przeciwko Ukrainie, ale też dla eskalacji „egzystencjalnego” konfliktu z Zachodem: jedność narodu i władzy ma w założeniach propagandy przypominać tę z czasów wielkiej wojny ojczyźnianej z lat 1941–1945 (Rosja rzekomo znów walczy o swoje przetrwanie z nazizmem). W obliczu rozbieżności pomiędzy tak nakreślonym celem a rzeczywistymi nastrojami w społeczeństwie i elitach zadbano o maksymalną możliwą kontrolę nad procesem wyborczym, użyto także autorytetu Władimira Putina, który zaktywizował swoją publiczną działalność, w tym podróże po regionach (niezagrożonych ukraińskimi atakami), w celu agitowania na rzecz Jednej Rosji (JR). W przemówieniu wygłoszonym tuż przed wyborami zaapelował o aktywny w nich udział, by pokazać, że miliony obywateli połączonych wspólnymi wartościami stoją za armią walczącą na froncie.

Przygotowania do wyborów przebiegały w cieniu utrzymujących się blokad niezależnych źródeł informacji, agresywnej propagandy wojny, nagłaśniania szczególnej roli weteranów wojennych jako nowej, patriotycznej elity, jak również nagonki na „wrogów narodu”, „zdrajców” i „agentów”, której towarzyszyły ostrzeżenia, że Zachód planuje ingerencję w przebieg głosowania. Jednocześnie nasiliły się represje nie tylko wobec oponentów politycznych, lecz także osób nagłaśniających niepożądane dla władz fakty (m.in. karano za publikowanie nagrań dokumentujących skutki ataków dronowych na rosyjskie miasta).

(...)

Głosowanie trwało trzy dni (od 18 do 20 września), a uprawnionych do głosowania było 111 mln Rosjan. W regionach graniczących z Ukrainą i na terenach okupowanych (gdzie obowiązuje stan wojenny) zaczęło się jednak wcześniej (władze regionalne mogły je wyznaczyć na okres 28 sierpnia – 17 września). Głosowanie przedterminowe, które tym samym objęło kilkanaście milionów formalnie zarejestrowanych wyborców (w tym ok. 4 mln na terenach okupowanych, nielegalnie włączonych w przestrzeń prawną FR), w warunkach rosyjskich ułatwia dowolne manipulowanie oficjalnymi wynikami, niemożliwymi do zweryfikowania.

Ponadto przeszło 6 mln Rosjan głosowało przez internet (w br. taką procedurę wprowadzono w 33 regionach), co również pozwala na niemożliwe do skontrolowania machinacje. W całej Rosji odnotowano przymuszanie do udziału w wyborach elektoratu uzależnionego od państwa (głównie z sektora budżetowego) oraz wywieranie presji na obserwatorów zgłoszonych przez partie inne niż Jedna Rosja (18 września pozbawiono prawa obserwacji 1300 przedstawicieli KPRF i Jabłoka, wielu innym uniemożliwiano pracę, zdarzały się przypadki zatrzymań, a nawet pobić). Szeroko nagłośniony został przypadek Julii Kuzniecowej, kandydatki partii Zielonych w Moskwie, którą zatrzymano i próbowano zastraszyć w przeddzień głosowania.

Skala represji i nacisków została przez niezależnych obserwatorów oceniona jako wyraźnie większa niż w 2021 r. Zgłaszano liczne przypadki dosypywania głosów do urn, znacznego zawyżania frekwencji (proceder skorelowany z przyrostem liczby głosów oddanych na kandydatów władzy), naruszeń podczas głosowania poza punktami wyborczymi (taką procedurę dopuszcza rosyjskie prawo), nieprawidłowego przechowywania kart wyborczych, znaczących różnic w wynikach poszczególnych partii w sąsiadujących ze sobą komisjach i in. 20 września na kilka godzin wstrzymano głosowanie w części komisji wyborczych w Moskwie pod pretekstem awarii systemu wydawania papierowych kart do głosowania. Przez środowiska opozycyjne zostało to jednoznacznie odczytane jako próba zaniżenia wyników konkurentów Jednej Rosji (wyborcy opozycyjni starają się głosować ostatniego dnia wyborów i unikać nieprzejrzystego głosowania elektronicznego). Wskutek tworzących się długich kolejek część przybyłych nie zdążyła oddać głosu.

Według oficjalnych informacji, przy najwyższej od kilkunastu lat frekwencji (59,68%), Jedna Rosja miała rzekomo uzyskać 57,96% głosów i zwyciężyć w 209 z 225 okręgów jednomandatowych, co przyniosło jej rekordową liczbę 349 mandatów w 450-osobowym składzie izby niższej rosyjskiego parlamentu. Na drugim miejscu uplasowała się KPRF (13,65%), której pozycja w Dumie osłabi się w porównaniu z kadencją 2021–2026, dalej zaś LDPR (8,96%) i Nowi Ludzie (7,91%) – partia powszechnie uważana za najmniej prowojenną, której niski wynik ma odzwierciedlać jakoby niewielkie poparcie rosyjskiego społeczeństwa dla zakończenia starcia zbrojnego z Ukrainą. Do parlamentu wejdzie też Sprawiedliwa Rosja (5,14%).

Zgodnie z niezależnymi szacunkami opartymi na analizie statystycznej norm i anomalii wyborczych realny wynik Jednej Rosji mógł oscylować wokół 34% – oficjalne rezultaty JR mogły zatem zostać zawyżone 1,5–1,7 razy.
 
(...)

Państwo w rosnącym stopniu przerzuca koszty wojny na społeczeństwo i biznes, osłabiając wolnorynkowe segmenty gospodarki, dzięki którym Rosja jak dotąd stosunkowo efektywnie adaptowała się do sankcji i zwiększała produkcję zbrojeniową. Jednocześnie władze przyznały się do niezdolności zapewnienia bezpieczeństwa infrastrukturze gospodarczej, zobowiązując samych właścicieli, pod groźbą przejęcia aktywów, do zorganizowania obrony przed nalotami.

Rosyjska nomenklatura ma coraz więcej powodów, by obawiać się o swój stan posiadania i bezpieczeństwo, także w związku z operacjami sił ukraińskich (wzmocniono m.in. ochronę państwową wysokich rangą dowódców wojskowych i niektórych czołowych propagandystów). Władze intensyfikują tzw. walkę z korupcją (areszty i konfiskaty majątków przedstawicieli elit) i redystrybucję aktywów w drodze nacjonalizacji i reprywatyzacji. Ich celem jest centralizacja „renty korupcyjnej” w najbliższym kręgu Putina, dyscyplinowanie elit i napełnianie państwowej kasy. W pierwszym półroczu 2026 r. znacjonalizowano aktywa o wartości ponad 10 mld dolarów, co świadczy o znacznym przyspieszeniu procesu w porównaniu z rokiem ubiegłym. Kreml wymusza też na najbogatszych biznesmenach „dobrowolne” daniny do budżetu, które mają pomagać w walce z deficytem. Powodem niepokoju elit jest również umacniająca się pozycja FSB (Federalnej Służby Bezpieczeństwa) w systemie kosztem interesów innych grup, zwiększająca represyjność systemu także wobec nich.

W kręgach administracyjno-biznesowych narasta niezadowolenie z polityki Kremla. Spełnianie oczekiwań lidera w kwestii wskaźników makroekonomicznych staje się coraz większym wyzwaniem, a niesprostanie mu grozi represjami wobec konkretnych urzędników. Technokraci odpowiedzialni za wyniki gospodarki i stan finansów mają minimalny wpływ na decyzje Putina bezpośrednio dotykające sfer ich odpowiedzialności. Według doniesień niezależnych mediów elity na zwiększoną skalę wyprowadzają środki za granicę i lokują rodziny w bezpiecznych krajach (m.in. Zjednoczonych Emiratach Arabskich).

osw.waw.pl


Siły rosyjskie zintensyfikowały ostatnio kampanię uderzeniową na ukraińskie obszary portowe nad Morzem Czarnym, mając na celu pogorszenie zdolności Ukrainy do wykorzystywania swoich portów do eksportu zboża i towarów od lipca 2026 r. Siły rosyjskie jednocześnie atakują ukraińską infrastrukturę kolejową, w szczególności lokomotywy, próbując zakłócić ogólnokrajową sieć logistyki kolejowej Ukrainy. Kreml prawdopodobnie intensyfikuje kampanię uderzeniową i dywersyfikuje swoje cele, aby szukać alternatywnych mechanizmów porażki, biorąc pod uwagę, że ofensywy Rosji w 2026 r. nie osiągnęły swoich celów, a siły ukraińskie osiągają w 2026 r. znaczące postępy operacyjne, a nawet strategiczne.

understandingwar.org

czwartek, 24 września 2026



Gdyby nie rządy komunistów Chiny mogłyby odegrać w rozwoju przemysłu półprzewodnikowego znacznie większą rolę. Kiedy wynaleziono układ scalony, Chiny miały, podobnie jak Japonia, Korea Południowa i Tajwan, liczną tanią siłę roboczą i dobrze wykształconą elitę naukową – były to czynniki, które pomagały przyciągać amerykańskie inwestycje. Jednak po przejęciu władzy w 1949 roku komuniści podejrzliwie odnosili się do wszelkich powiązań z zagranicą. Dla kogoś takiego jak Morris Chang powrót do Chin po ukończeniu studiów na Stanfordzie oznaczałby w najlepszym wypadku biedę, a może nawet więzienie lub śmierć. Wielu najlepszych absolwentów chińskich uniwersytetów sprzed rewolucji komunistycznej pracowało na Tajwanie lub w Kalifornii, przyczyniając się do rozwoju branż elektronicznych głównych rywali Chin.

Rząd Chin popełnił te same błędy co Związek Radziecki, choć w przypadku Chin przybrały one ekstremalną formę. Już w połowie lat pięćdziesiątych Pekin uznał urządzenia półprzewodnikowe za priorytet w rozwoju naukowym. Zatrudniono badaczy z Uniwersytetu Pekińskiego i innych ośrodków naukowych – w tym takich, którzy przed rewolucją kształcili się na uniwersytetach Berkeley, MIT, Purdue czy na Harvardzie. W 1960 roku Chiny założyły w Pekinie swój pierwszy instytut badań nad półprzewodnikami. Mniej więcej w tym samym czasie w kraju zaczęto produkować proste radia tranzystorowe. W 1965 roku, pięć lat po Bobie Noyce’u i Jacku Kilbym, chińscy inżynierowie stworzyli pierwszy układ scalony.

Jednak radykalizm Mao uniemożliwiał działalność zagranicznym inwestorom i prowadzenie poważnych badań naukowych. Rok po wyprodukowaniu pierwszego chińskiego układu scalonego w kraju zapoczątkowano rewolucję kulturalną. Mao uważał, że wiedza fachowa jest źródłem przywilejów, które są sprzeczne z ideą socjalistycznej równości. Czerwonogwardziści Mao prowadzili wojnę z systemem edukacyjnym. Tysiące naukowców i ekspertów wysłano do pracy na roli w ubogich regionach kraju. Wielu innych zostało zabitych. Przewodniczący Mao w dyrektywie z 21 lipca 1968 roku pisał: „niezbędne jest skrócenie czasu nauki szkolnej, zrewolucjonizowanie edukacji, kontrola polityki proletariackiej. (…) Studenci powinni być wybierani spośród posiadających praktyczne doświadczenie robotników i chłopów, a po kilku latach nauki powinni wrócić do pracy”.

Pomysł budowania zaawansowanego technologicznie przemysłu, w którym mieliby pracować słabo wykształceni pracownicy, był absurdalny. Tak samo jak próba powstrzymania napływu zagranicznych technologii i idei. Amerykańskie restrykcje uniemożliwiały Chinom zakup nowoczesnych urządzeń do produkcji układów scalonych, a Mao dodatkowo nałożył na kraj własne embargo. Dążył do całkowitej samowystarczalności i oskarżał swoich politycznych rywali o próbę zainfekowania chińskiego przemysłu półprzewodnikowego zagranicznymi technologiami, mimo że Chiny same nie były w stanie ich stworzyć. Jego machina propagandowa wzywała do poparcia „radykalnego, masowego ruchu na rzecz (…) niezależnego rozwoju przemysłu elektronicznego”.

Mao był nie tylko sceptyczny wobec zagranicznych chipów, ale czasami wyrażał też opinie, że wszystkie produkty elektroniczne są z natury antysocjalistyczne. Jego polityczny rywal Liu Shaoqi uważał, że „nowoczesna technologia elektroniczna (…) przyczyni się do wielkiego skoku przemysłowego” i „uczyni Chiny pierwszą zindustrializowaną socjalistyczną potęgą ze znakomicie rozwiniętą technologią elektroniczną”. Mao, któremu socjalizm zawsze kojarzył się z dymiącymi kominami i maszynami, nie popierał takich idei. Jeden z jego zwolenników utrzymywał, że rozwój elektroniki jest „reakcyjny”, bo „tylko przemysł ciężki powinien odgrywać wiodącą rolę” w budowaniu socjalistycznej utopii w Chinach.

W latach sześćdziesiątych Mao wygrał polityczną walkę o chiński przemysł półprzewodnikowy, bagatelizując jego znaczenie i zrywając więzi z zagranicą. Większość chińskich naukowców nie mogła pogodzić się z faktem, że zsyłka na wieś zrujnowała ich badania – i życie. Jeden z chińskich ekspertów w dziedzinie optyki, czekając, aż radykalizm Mao osłabnie, przeżył wiejską reedukację na diecie składającej się z ziaren, gotowanej kapusty i okazjonalnych rarytasów w postaci grillowanych węży. W czasie gdy chińscy specjaliści od półprzewodników pracowali na roli, maoiści głosili, że „wszyscy muszą produkować chipy”, tak jakby każdy mógł je wytwarzać we własnym domu.

(...)

Rewolucja kulturalna zaczęła słabnąć, gdy na początku lat siedemdziesiątych Mao zapadł na zdrowiu. Przywódcy partii komunistycznej w końcu pozwolili naukowcom wrócić do swoich laboratoriów. Jednak chiński przemysł półprzewodnikowy, który przed rewolucją kulturalną był zapóźniony w stosunku do Doliny Krzemowej, w latach siedemdziesiątych nie dorównywał rozwojem również sąsiednim azjatyckim krajom. W ciągu dekady, która pogrążyła Chiny w rewolucyjnym chaosie, Intel wynalazł mikroprocesory, a Japonia przejęła dużą część światowego rynku pamięci DRAM. Chiny nie osiągnęły niczego poza prześladowaniami swoich najmądrzejszych obywateli. Dlatego w połowie lat siedemdziesiątych tamtejszy przemysł półprzewodnikowy był w katastrofalnym stanie. „Z każdego tysiąca układów scalonych, które produkujemy, tylko jeden jest zgodny ze standardami – skarżył się jeden z przywódców partii w 1975 roku. – Tak wiele się marnuje”.

(...)

Azjatycka rewolucja elektroniczna całkowicie ominęła Chiny kontynentalne. Firmy z Doliny Krzemowej zatrudniały tysiące pracowników, często etnicznych Chińczyków, w fabrykach od Hongkongu po Tajwan, od Penangu po Singapur. Jednak w latach sześćdziesiątych Chiny potępiały kapitalistyczne przedsiębiorstwa, podczas gdy sąsiednie kraje desperacko próbowały je do siebie ściągnąć. Badanie przeprowadzone w 1979 roku wykazało, że w Chinach prawie nie istniał przemysł półprzewodnikowy, a w całym kraju było zaledwie tysiąc pięćset komputerów.

Mao Zedong zmarł rok po wizycie Bardeena w Chinach. Po kilku latach starego dyktatora zastąpił Deng Xiaoping i zapowiedział wprowadzenie programu „czterech modernizacji”, które miały przekształcić cały kraj. Niedługo potem chiński rząd ogłosił, że „nauka i technika” będą „istotą czterech modernizacji”. Rewolucja technologiczna zmieniała cały świat, a chińscy naukowcy zdali sobie sprawę, że u jej podstaw leżały chipy. Głównym punktem programu Krajowej Konferencji Naukowej, która odbyła się w marcu 1978 roku w czasie konsolidowania władzy przez Deng Xiaopinga, były urządzenia półprzewodnikowe. Zakładano, że dzięki rozwojowi przemysłu półprzewodnikowego możliwe będzie opracowanie nowych systemów broni i komputerów oraz nowoczesnej elektroniki użytkowej.

Cel polityczny był jasny: Chiny muszą wytwarzać własne układy scalone i nie mogą polegać na tych sprowadzanych z zagranicy. Gazeta „Guangming Ribao” nadawała odpowiedni ton, wzywając czytelników w 1985 roku do porzucenia „zasady (…) pierwsza maszyna importowana, druga importowana i trzecia importowana” i zastąpienia jej formułą „pierwsza maszyna importowana, druga wyprodukowana w Chinach, a trzecia wyeksportowana”. Obsesja, że wszystko powinno być produkowane w kraju, była trwale wpisana w światopogląd Partii Komunistycznej, ale Chiny były beznadziejnie opóźnione w zakresie technologii półprzewodnikowych – i ani mobilizacja mas za czasów Mao, ani dyktat Denga nie mogły tego łatwo zmienić.

Chris Miller - Wielka wojna o czipy

środa, 23 września 2026


 
Obecnie Kanadyjczycy wszystkich opcji politycznych jednoczą się wokół swojego rządu, na którego czele stoi premier Mark Carney, podczas gdy w Stanach Zjednoczonych nawet niektórzy wyborcy identyfikujący się z ruchem MAGA obawiają się politycznych konsekwencji działań Trumpa.

Według najnowszego sondażu POLITICO zaledwie jedna czwarta amerykańskich respondentów uznała, że Trump słusznie nałożył w zeszłym miesiącu nowe cła na Kanadę, podczas gdy prawie trzy czwarte Kanadyjczyków poparło decyzję Carney’a o podjęciu działań odwetowych w postaci wprowadzenia 8 września równoważnych ceł kanadyjskich.

Ta przepaść podkreśla niepewną sytuację polityczną, w jakiej znajduje się prezydent USA, podczas gdy jego Partia Republikańska zmaga się z coraz większymi trudnościami przed listopadowymi wyborami do Kongresu. Demokraci ostro krytykują cła za podnoszenie kosztów, szczególnie w stanach, w których toczy się walka o miejsca w Senacie i które prowadzą intensywną wymianę handlową z Kanadą, takich jak Michigan, Maine i Teksas, zmuszając republikańskich kandydatów do dystansowania się od Trumpa.

W stanie Maine senator Susan Collins wielokrotnie krytykowała politykę handlową Trumpa, natomiast w New Hampshire były senator John Sununu opowiedział się przeciwko cłom. W Teksasie James Talarico, kandydat Demokratów, stwierdził, że zniesienie ceł będzie jednym z jego głównych priorytetów, jeśli zostanie wybrany do Senatu.

"Przez wiele, wiele miesięcy wyborcy po prostu nie kojarzyli ceł z wyższymi cenami" — napisał w przesłanej POLITICO wiadomości republikański ankieter Frank Luntz. "Ale to zaczęło się zmieniać — a konsekwencje są poważne i znaczące".

Poproszony o komentarz w sprawie sondażu, Biały Dom stwierdził, że Trump wygrał wybory dzięki obietnicy, że "na pierwszym miejscu postawi amerykańskich pracowników, rolników i przedsiębiorstwa".

"Kanadzie zaproponowano najlepszą umowę handlową spośród wszystkich partnerów handlowych, a Kanada odrzuciła tę umowę, domagając się dalszego jednostronnego dostępu do rynku amerykańskiego bez wzajemności" — przekazał rzecznik Białego Domu Kush Desai. "Prezydent Trump nigdy nie odstąpi od zasady »Amerykanie i Ameryka na pierwszym miejscu«, czy to w negocjacjach handlowych, czy też poprzez program gospodarczy obejmujący obniżki podatków i deregulację, który zapewnił biliony dolarów inwestycji w sektorze produkcyjnym".

Trump nałożył 50-procentowe cło na kanadyjskie towary o wartości około 20 mld dol. (76 mld 350 mln zł) po tym, jak w sierpniu załamały się rozmowy między obydwoma rządami. Kanada odpowiedziała 8 września własnymi cłami "dolar za dolara", co skłoniło Stany Zjednoczone do wprowadzenia całkowitego zakazu importu niektórych towarów, takich jak motocykle i whisky, który ma wejść w życie 29 września.

(...)

Kanadyjczycy w większości nadal popierają Carney’a, ponad miesiąc po tym, jak wycofał się z rozmów handlowych z administracją Trumpa, co spowodowało podwyższenie ceł przez Stany Zjednoczone. W rzeczywistości opór ten wzrastał wraz z każdą groźbą i drwiną w ramach wojny handlowej Trumpa.

Według wyników najnowszego sondażu 71 proc. respondentów uważa, że Carney słusznie nałożył cła odwetowe, co znacznie przewyższa 17 proc. osób twierdzących, że postąpił źle. Ponadto 57 proc. Kanadyjczyków popiera wprowadzenie ceł odpowiadających taryfom Trumpa, co stanowi ponad dwukrotność liczby osób opowiadających się za ustępstwami w celu ich zniesienia.

Ta ponadpartyjna jedność, rzadkość w kanadyjskiej polityce, utrzymuje się w miarę zbliżania się jesieni.

Kanadyjczycy nie są nieświadomi rzeczywistości gospodarczej, w tym faktu, że dwie trzecie kanadyjskiego eksportu trafia do stanów amerykańskich. Postrzegają Stany Zjednoczone jako niezbędne z ekonomicznego punktu widzenia: 84 proc. respondentów twierdzi, że handel międzynarodowy jest ważny lub niezbędny dla kanadyjskiej gospodarki, a 48 proc. wymienia Stany Zjednoczone jako jednego z najważniejszych partnerów gospodarczych i handlowych Kanady.

Jednak mają oni również skłonność do postrzegania stosunków handlowych między USA a Kanadą jako nierównoważnych — 38 proc. twierdzi, że są one niesprawiedliwie korzystne dla USA, co stanowi dwukrotność odsetka (18 proc.) osób, które uważają, że faworyzują one Kanadę.

Prawie połowa kanadyjskich respondentów uważa, że Carney nie powinien iść na żadne ustępstwa wobec Trumpa w kwestii handlu, próbując rozwiązać wojnę handlową.

Wyniki sondażu wskazują na gotowość do zniesienia negatywnych skutków gospodarczych: 57 proc. Kanadyjczyków twierdzi, że wyższe ceny byłyby tego warte, gdyby pozwoliło to Carney’owi przeciwstawić się Trumpowi, w porównaniu z 25 proc., którzy stwierdzili, że nie. Wyborcy Partii Liberalnej są jeszcze bardziej przychylni temu stanowisku (aż 74 proc.). Instytut Angus Reid oraz Nanos Research również stwierdziły, że Kanadyjczycy są — przynajmniej na razie — gotowi zmierzyć się z konsekwencjami wojny handlowej.

— Wysiłek ten wiąże się ze znacznymi kosztami — powiedział w zeszłym tygodniu były konserwatywny premier Stephen Harper podczas globalnego szczytu inwestycyjnego zorganizowanego przez Carney’a. — Ale są to koszty, które, mam nadzieję i wierzę, Kanadyjczycy są gotowi zaakceptować.

onet.pl\Politico


Bell zauważył, że jego ręka z zegarkiem leży w zasięgu wzroku. Boże drogi! To dopiero siódma czterdzieści pięć? Złamany, pozwolił swoim oczom wrócić tam, gdzie pragnęły: do Krala. TU LEŻY CZTEROOKI KRAL, KTÓRY UMARŁ ZA COŚ. Kiedy jedno z tych ogromnych oczu Krala mrugnęło nań żartobliwie, zrozumiał w desperacji, że musi coś zrobić, choć leżał tam zaledwie trzydzieści sekund. Nie ruszając się, z policzkiem przyciśniętym do ziemi, krzyknął głośno:
— Hej, Keck! - Odczekał chwilę. - Keck! Musimy się stąd wydostać!
— Wiem o tym - doleciała do niego stłumiona odpowiedź. Keck widocznie leżał z głową odwróconą w drugą stronę i nie miał zamiaru nią poruszyć.
— Co zrobimy?
— Ano... - Nastąpiło milczenie, gdy Keck się namyślał. Przerwał je cienki, piskliwy głos z daleka.
— My wiemy, że ty tam, Jankes. Jankes, wiemy, że ty tam.
— Todżo to gównojad! - ryknął Keck. Odpowiedziała mu gniewna seria z cekaemu.
— Rozowelt gównojad! - wrzasnął daleki głos.
— Masz rację, cholera! - zawołał jakiś wystraszony republikanin na prawo od Bella. 

James Jones - Cienka czerwona linia

wtorek, 22 września 2026



Sławomir Sierakowski: A może jednak mamy jakiś szczególny problem z Ukrainą? Siedzimy akurat w Fundacji Rodzinna Europa w Warszawie, a w wydanej przez Giedroycia "Rodzinnej Europie" Czesława Miłosza mamy Francję, są Niemcy, są państwa bałtyckie, ale nie ma Ukrainy. Dlaczego?

Timothy Snyder: — Miłoszowi chodziło o inne pojednanie, przede wszystkim z Litwą. Ale dobrze, że nie pozwalamy zapomnieć o Giedroyciu, bo miał dar dziś szczególnie potrzebny: tego, co uważał za ciekawe, nie mieszał z tym, co uważał za ważne albo potrzebne. Nie musiał lubić tego, co jego zdaniem należało popierać.

SS: Nie lubił nawet "Zniewolonego umysłu" Miłosza, który odegrał tak ważną rolę dla obu panów i dla całej światowej inteligencji. Swoją drogą decyzją Sejmu 2026 r. jest w Polsce Rokiem Giedroycia. Akurat wtedy, gdy jego doktryna przechodzi najpoważniejszy kryzys.

— Pochodził z Mińska, nie znał się specjalnie na sprawach ukraińskich, ale kiedy studiował w Warszawie, zainteresował się nimi, miał ukraińskich znajomych i po jakimś czasie wszystko rozumiał. Po wojnie podobnie było z ukraińską literaturą: wiedział, że jest potrzebna, jeśli Polacy mają zrozumieć, że istnieje jakaś ukraińska kultura. Dopiero potem okazywało się, że przy okazji jest bardzo ciekawa.

Może najważniejszy fakt, jeśli chodzi o stosunki polsko-ukraińskie, jest taki, że one nigdy nie są po prostu polsko-ukraińskie — a niemal zawsze tak je postrzegacie. Tymczasem zawsze jest ktoś trzeci albo czwarty. Nie da się historycznie wyjaśnić takiego zjawiska jak Wołyń, zajmując się wyłącznie Polakami i Ukraińcami. Do tej czystki nie doszłoby bez dwóch okupacji sowieckich i okupacji niemieckiej, bez deportacji polskich elit, a potem ukraińskich elit. W pamięci są zawsze tylko "my" i "oni". W historii nigdy tak nie jest. Jeśli przy stole nie ma Niemców ani Rosjan, ta dyskusja staje się irracjonalna. A to dotyczy nie tylko przeszłości. Ten ktoś trzeci jest jak najbardziej obecny także dziś — choćby w polskim internecie.

(...)

Zdradź, choćby wstępnie, co odkryliście.

— To nie jest tak, że my wszędzie widzimy historię Ukrainy, ale ten region okazuje się węzłowy dla wielu procesów cywilizacyjnych ważnych dla ludzkości. Na przykład pierwsze znane światu miasta były w Ukrainie. Mówimy o osadach kultury trypolskiej sprzed ponad 6 tys. lat — Nebeliwka i sąsiednie stanowiska w środkowej Ukrainie. Największa z nich mogła liczyć jakieś 15 tys. mieszkańców. To są najstarsze wielkie skupiska ludzkie, jakie znamy, starsze od miast Mezopotamii, które kazano nam uważać za kolebkę cywilizacji.

I teraz najciekawsze. Domy stały tam w wielkich kręgach, a środek pozostawał pusty. Nie ma murów obronnych, nie ma świątyni, nie ma pałacu, nie ma żadnego widocznego ośrodka władzy — są ulice, domy i miejsca zgromadzeń. Czytamy tę topografię tak, że w tamtym społeczeństwie władza nie była skoncentrowana. To zupełnie inny model niż hierarchiczne osady Mezopotamii i to podważa nasze głęboko zakorzenione przekonanie, że cywilizacja musi się wiązać z hierarchią. A skąd my to wiemy? Dzięki technologii: georadarowi, zdjęciom lotniczym, skanowaniu laserowemu i datowaniu. Zresztą jeszcze starszy przykład: 20 tys. lat temu, w epoce lodowcowej, w Meżyryczu budowano domy z kości mamutów. To jedne z najstarszych budowli w Europie, a ich symetria i przedmioty w środku każą przypuszczać, że tym ludziom chodziło nie tylko o przetrwanie, ale i o piękno.

Wydaje się już prawie pewne, że wszystkie nasze języki indoeuropejskie, łącznie z polskim, pochodzą z terenów dzisiejszej Ukrainy. To jeden z najstarszych sporów w naukach humanistycznych, toczy się od ponad 200 lat — i teraz chyba został rozstrzygnięty. Badania kopalnego DNA pokazują, jak przemieszczali się ludzie 5-6 tys. lat temu, i wskazują na step południowej Ukrainy, na wschodni brzeg Dniepru. Językami, które stamtąd wyszły, mówi dzisiaj blisko połowa ludzkości.

Wygląda też na to, że kultura grecka — którą wszyscy na Zachodzie oczywiście lubimy i z którą, czy chodzi o Polskę, o Europę, czy nawet o Amerykę, związane są wszystkie nasze opowieści o sobie — że ta kultura antyczna, attycka, ateńska jest mocno wymieszana z kulturą scytyjską, czyli południowoukraińską.

I podobno odkryliście, że Amazonki istniały naprawdę.

— Kobieta na koniu, z łukiem to jeden z najczęstszych motywów greckiej ceramiki — i przez cały XX w. tłumaczyliśmy go sobie jako fantazję.

Achilles prawdopodobnie był Scytą, a w każdym razie przez prawie tysiąc lat czczono go jako boga na terenach dzisiejszej Ukrainy. Każdy z tych bohaterów, Tezeusz, Herakles, miał jakąś konfrontację z Amazonkami. A my na Zachodzie interpretowaliśmy to tak, że ci biedni Grecy mieli nudne żony i byli sfrustrowani, więc w naturalny sposób wymyślili sobie fantazję o walczących kobietach. Mieliśmy więc psychoanalityczne wyjaśnienie: że to po prostu literatura, wymysł i że tak się oczywiście stać nie mogło. A okazało się, że jeśli chodzi o stosunek do kobiet, to my byliśmy gorsi od antycznych Greków. Bo Grecy nie budowali legendy, tylko opisywali rzeczywistość. Sąsiadowali z Amazonkami i regularnie się z nimi ścierali.

Przez 100 lat mieliśmy wszystkie potrzebne dowody. Na południu Ukrainy archeolodzy trafiali na ludzkie szczątki: kobiety w zbroi, kobiety, które najwyraźniej zginęły w walce. Mniej więcej co piąty scytyjski pochówek z bronią to pochówek kobiety. Ale przez 100 lat uznawano je za drobnych mężczyzn — o nietypowo szerokiej miednicy. Od naszego własnego seksizmu uratowała nas technologia: paleogenetyka daje stuprocentową pewność, że to były biologicznie kobiety. Dzięki najnowszej technologii możemy więc powiedzieć, że cała ta grecka legenda była opisem rzeczywistości. Amazonki były realne.

onet.pl\Newsweek


Stałymi celami rosyjskich ataków pozostają Kijów i obwód kijowski oraz Odessa i obwód odeski. Od wieczora 15 września do rana 22 września bezzałogowce i okresowo rakiety codziennie uderzały w tamtejsze magazyny, obiekty przemysłowe oraz infrastrukturę energetyczną i transportową (w tym portową). Do ataków dochodziło kilka razy na dobę. 17 września w Kijów trafiły rakiety, co skutkowało uszkodzeniem infrastruktury kolejowej i częściowym odcięciem lewobrzeżnej części miasta od dostaw wody. Rannych zostało 18 osób, w tym dwoje dzieci. W obwodzie kijowskim atakowane były głównie rejony browarski, buczański, fastowski, obuchowski i wyszogrodzki, a zniszczonych bądź uszkodzonych zostało co najmniej 100 obiektów. W obwodzie odeskim atakowane były głównie porty tzw. Wielkiej Odessy i naddunajski Izmaił. Źródła OSINT informowały także o ponawianych przez Rosjan atakach z wykorzystaniem rakiet i kierowanych bomb lotniczych na dwa główne połączenia mostowe z południową częścią obwodu i dalej z Rumunią w Majakach i Zatoce (drugie z nich nie jest dostępne dla ruchu osobowego). Do uderzeń w mosty miało dojść 16, 17 i 19 września. Uszkodzonych zostało też kilka kolejnych statków, przy czym 17 września na jednostce pod banderą Tanzanii zginął kapitan, a trzech marynarzy zostało rannych.

Rosyjskie rakiety po raz kolejny uderzyły w ukraińskie kombinaty metalurgiczne. 17 września trafiony został Zaporiżstal, a 22 września ArcelorMittal w Krzywym Rogu. Zakłady te, podobnie jak Kametstal w Kamieńskiem w obwodzie dniepropetrowskim, nie pracowały, jednak celem Rosji zdaje się być całkowite ich zniszczenie i tym samym uniemożliwienie wznowienia produkcji.

(...)

Zaporoże pozostaje najczęściej atakowanym dużym miastem na bezpośrednim zapleczu frontu. Poza zmasowanym atakiem 17 września rosyjskie drony lub kierowane bomby lotnicze uderzały w nie codziennie do 22 września włącznie. Z uwagi na bliskość frontu i wzrost zasięgu małych bezzałogowców coraz częściej atakowane jest też dronami FPV. Głównymi celami poza przemysłem pozostają magazyny, centra handlowe i infrastruktura transportowa; 21 września uszkodzony został zabytkowy budynek uniwersytetu. Dniepr był celem ataków 17, 19, 21 i 22 września, a Krzywy Róg 19 i 22 września. Ponadto rosyjskie bezzałogowce uderzały w Charków (17, 19 i 21 września), Kropywnycki (16, 17 i 21 września) oraz Sumy (16, 18, 19 i 20 września), które były celem także ostrzału artyleryjskiego, co oznacza ustabilizowanie przez Rosjan kontroli nad obszarami leżącymi kilkanaście kilometrów na północ od tego miasta (20 września również w Sumach uszkodzone zostały budynki uniwersytetu). 16, 18, 21 i 22 września atakowane były też obiekty przemysłowe w obwodzie połtawskim (poza ww. rafinerią w Krzemieńczuku).

Rosjanie zintensyfikowali ataki na zachodnią część Ukrainy, gdzie ich głównym celem jest zakłócenie transportu towarów z Polski. Bezzałogowce uderzały w infrastrukturę logistyczną w obwodzie żytomierskim na dwóch głównych drogach od granicy do Kijowa (w rejonie Korostenia i Zwiahela) 17, 20, 21 i 22 września. 20 i 22 września uszkodzona została także infrastruktura kolejowa w obwodzie winnickim, a 19 września przedsiębiorstwo w obwodzie chmielnickim. 17 września rosyjski dron po raz kolejny uderzył w rejonie przejścia granicznego Jagodzin w obwodzie wołyńskim.

Pojawiły się kolejne oznaki osłabienia ukraińskiej obrony powietrznej, która poza Kijowem ma problemy z odparciem ataków pocisków manewrujących. Rosjanie użyli ośmiu lub dziewięciu rakiet Kalibr, z których zestrzelona została co najwyżej jedna, oraz co najmniej 16 Oniksów (według niektórych źródeł również zestrzelono jeden, a trzy mogły nie trafić w cele). De facto nieuchwytne dla obrony powietrznej (z powodu braku pocisków PAC-3MSE i niewielkiej liczby systemów Patriot) pozostają pociski balistyczne i hipersoniczne. Łącznie od wieczora 15 września do rana 22 września Rosjanie mieli użyć co najmniej 52 rakiet, z których strącone zostały najwyżej dwie. Ukraińskie Dowództwo Sił Powietrznych (DSP) poinformowało o zestrzeleniu tylko jednego pocisku (Kalibr), nie podało jednak łącznej liczby wykorzystanych przez Rosjan rakiet. Według DSP w omawianym okresie najeźdźcy użyli także co najmniej 1051 dronów uderzeniowych i ich imitatorów oraz małych pocisków manewrujących (rakieto-dronów) Banderol i Dan-T (w trzech komunikatach DSP nie podało łącznej liczby tych pocisków, lecz jedynie zestrzelenia). Unieszkodliwionych miało zostać 841 bezzałogowców i rakieto-dronów.

20 września siły ukraińskie przeprowadziły największy od początku wojny atak powietrzny na Rosję. Po raz pierwszy od kilku miesięcy udało im się przeciążyć obronę powietrzną Moskwy i uzyskać trafienia na jej terenie. Zależnie od źródeł w ataku wykorzystanych zostało od 1300 do 1600 bezzałogowców uderzeniowych różnych typów oraz od 8 do 10 pocisków manewrujących FP-5 Flamingo. W cele w Moskwie i obwodzie moskiewskim trafiło 11 dronów (według tamtejszych władz w rejonie stolicy Rosji zneutralizowano ich 450). Uszkodzone zostały dwie główne instalacje przetwórcze w rafinerii w moskiewskiej Kapotni, w rezultacie czego zakład wstrzymał produkcję, oraz kompleks magazynowy w podmoskiewskiej miejscowości Sofino. Nie można wykluczyć, że do trafienia doszło także na terenie elektrociepłowni w podmoskiewskim Dzierżynskim. Ze względu na zagrożenie przełożono bądź anulowano ponad 400 rejsów z lokalnych lotnisk. Zginęły dwie osoby cywilne, a sześć zostało rannych. Padł też rekord dobowy – rosyjski resort obrony zakomunikował o unieszkodliwieniu 1951 ukraińskich bezzałogowców.

17 września ukraińskie drony uderzyły w rafinerię w Jarosławiu, która na skutek uszkodzeń wstrzymała pracę. 21 września trafiona została rafineria Basznieftʹ-UNPZ w Ufie w Baszkortostanie, a dzień później rafineria Kujbyszewska w Samarze. W obu obiektach wybuchł pożar. 16 września Agencja Reutera poinformowała o wstrzymaniu produkcji przez rafinerie w Saratowie i Syzraniu, zaatakowane odpowiednio 11 i 15 września.

osw.waw.pl