Zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu Scott Bessent ogłosił nowy "ekonomiczny D-Day" [nawiązanie do lądowania aliantów w Normandii], mający na celu zdławienie Teheranu, Stany Zjednoczone przeprowadziły pierwszy od lipca atak na Iran, bombardując wyspę Larak.
Prezydent Donald Trump w jednej chwili grozi powolnym zdławieniem irańskiej gospodarki, a w następnej — szybkim zbombardowaniem Irańczyków, by zmusić ich do kapitulacji. Republikanie nie zgadzają się co do tego, która opcja jest właściwa, są jednak zgodni co do jednego: mają już dość miotania się Trumpa.
— Wojna została rozpoczęta bez planu, była prowadzona bez planu i w dużej mierze kieruje nią bieżąca sytuacja polityczna. Negocjacje toczą się za pomocą tweetów, Eisenhower przewracałby się w grobie — mówi w rozmowie z POLITICO były urzędnik z administracji prezydenta George’a W. Busha, który chciał zachować anonimowość. Eksperci zwracają uwagę na jeden kluczowy, często pomijany czynnik — rolę Chin.
Chińska Republika Ludowa, która kupuje większość irańskiej ropy, nie przejmuje się groźbą sankcji amerykańskich. Lin Jian, rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oświadczył, że Pekin "zrobi wszystko, co konieczne, aby stanowczo chronić swoje prawa i interesy".
— Chiny wielokrotnie wyrażały swój zdecydowany sprzeciw wobec bezprawnych, jednostronnych sankcji, które nie mają podstaw w prawie międzynarodowym ani nie zostały zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Wojna gospodarcza i maksymalna presja nie stanowią rozwiązania — powiedział Lin w zeszłym tygodniu.
Najnowszy zwrot akcji miał miejsce w ten weekend, kiedy Stany Zjednoczone przeprowadziły pierwszy znany atak na Iran od końca lipca, uderzając w wyrzutnie rakietowe, które według amerykańskiego wojska były przygotowane do zrzucenia min morskich do cieśniny Ormuz. Następnie Trump zagroził na platformie Truth Social, że zrówna z ziemią wyspę Chark, gdzie znajdują się ważne dla Iranu instalacje paliwowe, "w drobny mak".
Groźba prezydenta USA pojawiła się zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu Scott Bessent ogłosił "gospodarczy dzień D", mający na celu powolne dławienie irańskiej gospodarki. Bessent stwierdził, że celem nowych, zaostrzonych sankcji jest uniknięcie konieczności eskalacji militarnej.
Te pozornie sprzeczne działania podkreślają impas, w jakim znalazła się administracja Trumpa sześć miesięcy po tym, jak prezydent rozpoczął wojnę, która — jak twierdził — miała trwać zaledwie sześć tygodni. Biały Dom tymczasem wielokrotnie ogłaszał sukces w walce z Iranem, mimo że działania wojenne nadal się toczą.
— Negocjujemy, zrywamy rozmowy, bombardujemy i tak w kółko — mówi w rozmowie z POLITICO były urzędnik z administracji prezydenta George’a W. Busha.
Podejście prezydenta do Iranu sprawiło, że niektórzy zmęczeni wojną członkowie Partii Republikańskiej, w tym m.in. wiceprezydent J.D. Vance oraz rzesza politycznych działaczy zaniepokojonych wpływem konfliktu na ceny benzyny i wybory śródokresowe, są rozczarowani tym, że wojna się przedłuża.
Tymczasem jego powtarzające się, niespełnione groźby zbombardowania Iranu rozczarowały bardziej jastrzębie skrzydło, reprezentowane przez takich polityków jak republikański senator Tom Cotton i nieżyjący już senator Lindsey Graham.
— Wielu republikanów, którzy ogólnie popierają pociągnięcie Iranu do odpowiedzialności lub zneutralizowanie zagrożenia, jest sfrustrowanych. Nikt nie jest zadowolony z jego polityki [prezydenta USA] — powiedział były urzędnik kampanii Trumpa.
— Mamy dwa obozy, które są równie wkurzone. To pokazuje, że sprawy nie układają się najlepiej — mówi jeden ze strategów Partii Republikańskiej.
(...)
Trump upiera się, że Iran jest państwem bez przywództwa i ma jedynie ograniczoną zdolność do siania spustoszenia w regionie. W poniedziałek powiedział dziennikarzom w Gabinecie Owalnym, że "to upadłe państwo". — To nie znaczy, że ich nie uderzymy. Zobaczymy, co się stanie — powiedział.
Biały Dom odniósł się do poniedziałkowego oświadczenia Trumpa, gdy poproszono go o komentarz.
Jednak nawet bliski krąg prezydenta jest zbulwersowany tym, że waha się on między groźbami zbombardowania Iranu "z powrotem do epoki kamienia łupanego", wywieraniem na niego presji gospodarczej w celu zmuszenia go do posłuszeństwa a propozycjami negocjacji rozejmu.
— Nie potrafi trzymać się jednego przekazu ani spójnej, zdyscyplinowanej strategii, ponieważ czuje się teraz w pułapce — mówi w rozmowie z POLITICO osoba bliska prezydentowi USA.
— Trump zdaje sobie sprawę z politycznego zagrożenia, ale nie potrafi znaleźć sposobu na zakończenie konfliktu, który pozwoliłby mu zachować twarz. Irańczycy również doskonale znają tę rzeczywistość — dodaje.
I choć Trump upiera się, że polityka /wybory w listopadzie, w cieniu drogiej benzyny - red./ nie ma wpływu na jego kalkulacje, w Białym Domu narasta przekonanie, że "czas iść dalej" — twierdzi dyrektor z branży naftowej zaznajomiony z wewnętrznymi dyskusjami w administracji amerykańskiego prezydenta.
— Motywacja do zakończenia działań wojennych jest ogromna — powiedział dyrektor.
— Jednak nadal istnieje silna koalicja doradców, w Departamencie Stanu i w Białym Domu, którzy utrzymują, tak jak od początku kampanii wojskowej, że reżim irański zasiądzie do stołu negocjacyjnego, by zgodzić się na akceptowalne porozumienie, tylko wtedy, gdy zostanie doprowadzony na skraj zagłady i nie będzie miał innego wyboru. Prezydent pozostawał przekonany, że uda mu się skłonić Irańczyków do zawarcia porozumienia. Niektórzy powiedzieliby, że był zbyt pewny siebie lub naiwnie pewny siebie — stwierdził.
onet.pl\Politico