niedziela, 24 maja 2026



Jeżeli rzeczywiście w wyniku negocjacji mających na celu zakończenie konfliktu irańskiego nasi arabscy ​​i muzułmańscy sojusznicy w regionie zgodziliby się przyłączyć do Porozumień Abrahamowych, oznaczałoby to, że porozumienie to byłoby jednym z najbardziej znaczących w historii Bliskiego Wschodu.

Przyłączenie Arabii Saudyjskiej, Kataru i Pakistanu do Porozumień Abrahamowych miałoby nie tylko skutki transformacyjne dla regionu i świata. To genialne posunięcie prezydenta Trumpa.

Do Arabii Saudyjskiej i innych: Nadszedł czas, aby odważnie spojrzeć na przyszłość nowego Bliskiego Wschodu. Oczekuję, że zgodnie z sugestią prezydenta Trumpa faktycznie przyłączycie się do Porozumień Abrahamowych, skutecznie kończąc konflikt arabsko-izraelski. Jeśli odmówicie pójścia tą drogą, jak sugeruje Prezydent Trump, będzie to miało poważne konsekwencje dla naszych przyszłych stosunków i sprawi, że ta propozycja pokojowa będzie nie do przyjęcia. Co więcej, historia uznałaby to za poważny błąd w obliczeniach.

Prezydencie Trump: Nie poddawaj się, jeśli chodzi o zawarcie dobrej umowy z Iranem. Co równie ważne, nie poddawaj się i nalegaj, aby Arabia Saudyjska i inne kraje przyłączyły się do Porozumień Abrahamowych w ramach tych negocjacji.

Powtórzę jeszcze raz: jest to świetna propozycja prezydenta Trumpa.

/The official Twitter feed for United States Senator Lindsey Graham./

x.com/LindseyGrahamSC


Do senatora Lindseya Grahama… Wiadomość z serca Riyadu.

Przeczytaj to uważnie, bo to, co za chwilę usłyszysz, nie będzie kwiecistym oświadczeniem dyplomatycznym, ale prawdą płynącą ze stolicy podejmowania decyzji, która prowadzi świat w kierunku sprawiedliwego pokoju:

Po pierwsze: Królestwo Arabii Saudyjskiej nie potrzebuje od nikogo lekcji „odwagi”. Pamiętajcie, że 22 maja 2026 r. w Riyadzie zainaugurowano historyczną inicjatywę „Międzynarodowa Koalicja na rzecz rozwiązania dwupaństwowego”, skupiającą 165 narodów z całego świata, aby ją poprzeć, rozpoznać i wesprzeć. Taka jest nasza międzynarodowa pozycja i to jest nasza śmiałość, która nie potrzebuje waszego poparcia.

Po drugie: Cały świat darzy Królestwo najwyższym szacunkiem i szacunkiem. Budujemy nasze strategiczne stosunki ze Wschodem i Zachodem, z Pekinem, Moskwą i Waszyngtonem, a także z Unią Europejską, Wielką Brytanią i innymi wpływowymi mocarstwami międzynarodowymi, zgodnie z naszymi interesami narodowymi i naszymi mocnymi zasadami, a nie według niczyich nakazów. A jeśli wydacie oświadczenie łączące kontynuację stosunków lub grożące „poważnymi konsekwencjami”, w ten sposób – w najbardziej rażący sposób – podważacie historyczne strategiczne stosunki między Królestwem a Stanami Zjednoczonymi. Taki wulgarny język jest niestosowny w stosunku do sojuszników i kierujemy go tylko do tych, którzy nie mają pojęcia o pozycji i prestiżu Królestwa.

Po trzecie: Kto zainspirował Cię, abyśmy poprosili nas o przyłączenie się do Porozumień Abrahamowych, jakbyś wyświadczał nam przysługę lub dyktował nasze wybory? Powiedzmy sobie jasno: nasze stanowisko w sprawie palestyńskiej nie jest kartą przetargową i ani groźby, ani zachęty nie mają na to wpływu. Nie będzie pokoju bez ustanowienia niepodległego państwa palestyńskiego ze stolicą we Wschodniej Jerozolimie. Takie stanowisko zadeklarowaliśmy światu i to jest istota naszej inicjatywy, za którą poparło 165 krajów. Jesteśmy po właściwej stronie historii i legitymizacja międzynarodowa jest po naszej stronie.

Po czwarte: Darmowa rada… Zanim zaczniesz grozić i czynić groźby, przyjrzyj się szerszej perspektywie. Królestwo Arabii Saudyjskiej czerpie swoją siłę najpierw od Boga, następnie od swoich mądrych przywódców na przestrzeni wieków, od założyciela, króla Abdulaziza, niech Bóg zmiłuje się nad nim, po Kustosza Dwóch Świętych Meczetów, króla Salmana bin Abdulaziza, i wreszcie od księcia koronnego Mohammeda bin Salmana, który przewodzi tej historycznej transformacji wraz ze swoim lojalnym ludem i wszystkimi wolnymi ludźmi na świecie. Bądźcie pewni, że historia dowodzi, że Riyad nigdy się nie ugiął i nie ugnie się dzisiaj.

Podsumowując: historia zapamięta tych, którzy poprowadzili świat w kierunku sprawiedliwego pokoju, i zapamięta tych, którzy postawili na język gróźb i szantażu i przegrali zakład. Nie oceniaj błędnie sytuacji… znowu.

/Saudyjski użytkownik skupiający się na głębokiej analizie geopolitycznej i prognozowaniu wydarzeń na Bliskim Wschodzie i poza nim, często dzielący się spostrzeżeniami zza kulis z punktu widzenia skoncentrowanego na Riyadzie./

x.com/abdulslam2017




Książka Minxin Pei to przede wszystkim historia pewnego zawodu życiowego. Od nadziei, że reformy rynkowe osłabią KPCh, przez realizację, że doszło do „uwięzionej transformacji”, po konstatację, że dengowskie reformy ostatecznie odtworzyły warunki do powrotu totalitaryzmu.

Najważniejsza teza Pei to stwierdzenie, że Chiny po 1978 roku nie przeszły od totalitaryzmu do „normalnego autorytaryzmu”, lecz zachowały kluczowe instytucje totalitarne: monopol partii leninowskiej, kontrolę nad wojskiem i aparatem bezpieczeństwa, kontrolę informacji oraz decydujący wpływ partii na gospodarkę. Reformy Deng Xiaopinga ograniczyły najbardziej destrukcyjne praktyki Maoizmu, ale nie stworzyły niezależnych mechanizmów kontroli władzy. Pei pisze wprost, że modernizacja gospodarcza miała służyć utrwaleniu monopolu KPCh, a nie liberalizacji politycznej, dlatego wzrost gospodarczy po masakrze na Tian’anmen raczej wzmocnił partię, niż ją osłabił.

Pei dobrze odróżnia liberalizację stylu rządzenia od liberalizacji systemu. W latach 1980–2012 rzeczywiście istniały ograniczenia personalistycznej władzy, większy pluralizm biurokratyczny, pewna przestrzeń społeczna i intelektualna, ale nie istniały trwałe, niezależne zabezpieczenia instytucjonalne: sądy, media, wybory, legalna opozycja, autonomiczne organizacje społeczne. Z tym zastrzeżeniem, że dzisiejszy system nie jest prostym powrotem do Maoizmu, ponieważ dopuszcza mechanizmy rynkowe (które niektórzy mylą z wolnym rynkiem), selektywną mobilność społeczną, konsumpcję, prywatne bogactwo i technokratyczne zarządzanie. Ja bym to nazwał cyberstalinizmem 2.0.

Pei także argumentuje, że „model Deng Xiaopinga”: kapitalizm pod trwałym monopolem partii, był skuteczny przez pewien czas, ale strukturalnie niestabilny. Autokracja potrzebowała rynku, aby generować wzrost, ale bała się pełnego rynku, bo ten osłabiałby władzę partii. W efekcie reformy musiały zatrzymać się w połowie drogi. Pei opisuje to jako pułapkę częściowej reformy: brak rządów prawa, niepewne prawa własności, klientelizm, uprzywilejowanie państwowych przedsiębiorstw i ubezwłasnowolnienie elit oraz narastającą korupcję. To stworzyło zarazem kryzys legitymizacji i materiał polityczny dla Xi Jinping, który mógł użyć kampanii antykorupcyjnej jako narzędzia czystki.

Największą zaletą pracy Pei jest pokazanie, że Xi Jinping nie spadł z nieba, to nie jest jakiś deus-ex-machina, który odwrócił rzekomy kurs na liberalizację systemu. Jego centralizacja była ułatwiona przez wcześniejszą degenerację systemu: korupcję, frakcyjność, zadłużenie lokalne, uzależnienie od rynku nieruchomości, spowolnienie reform i rosnącą nierównowagę między sektorem państwowym a prywatnym. Pei przyznaje, że wybór Xi był „wypadkiem”, ale jego późniejszy sukces wynikał już z zachowanych instytucji leninowskich.

Pei twierdzi też, że Chiny pod rządami Xi Jinping weszły w fazę „neo-stalinowską”, która charakteryzuje się personalistyczną władzą, kultem przywódcy, permanentnymi czystkami, ideologizacją, pogłębioną kontrolą społeczną i bardziej agresywną polityką zagraniczną. W jego ujęciu to nie są oddzielne zjawiska, ale logicznie powiązane skutki odbudowy totalitarnych mechanizmów. Centralizacja osłabia korektę błędów, uderza w sektor prywatny, zwiększa niepewność inwestorów, wzmacnia priorytety bezpieczeństwa nad wzrostem, a zarazem prowadzi do bardziej konfrontacyjnej polityki wobec USA i Zachodu.

zawielkimmurem.net


Weźmy najbogatszy i najludniejszy kraj XVII-wiecznej Europy - Francję, rządzoną przez Ludwika XIV. Megalomana pragnącego być najwspanialszym monarchą najpotężniejszego mocarstwa.

W rozgrywce, jaką prowadził z Habsburgami, rządzącymi Austrią i Hiszpanią oraz Anglią, kluczowym elementem stało się panowanie nad Niderlandami. Francja próbowała podporządkować je sobie podczas czterech długich i bardzo kosztownych wojen.

Pech Króla Słońce polegał na tym, że za jego rządów nastąpiła radykalna zmiana w sposobie prowadzenia działań zbrojnych.

Liczące po kilkadziesiąt tys. żołnierzy armie, uzbrojone w ciężkie muszkiety i artylerię okazywały się niezdolne do szybkich przemarszy i dalekiego zapuszczenia w głąb terytorium wroga. Groziło to bowiem wyczerpaniem się zapasów żywności, paszy dla koni oraz brakiem prochu i kul.

"O ile przeciwnik nie zdecydował się na przyjęcie bitwy, wszelki marsz w głąb jego terytorium zwykł trafiać w próżnię" - opisał ów paradoks w książce "Żywiąc wojnę. Logistyka od Wallensteina do Pattona" Martin van Creveld.

Olbrzymie armie pokonywały jedynie do 11 km dziennie, ale gdy przemaszerowały ich 100, traciły większość swych zdolności bojowych. Zatem szachowano się i toczono krwawe bitwy na niewielkim obszarze, w pobliżu magazynów polowych.

Po 40 latach wojen o Niderlandy i dominację w Europie najbogatszy niegdyś kraj Starego Kontynentu w 1714 r. zbankrutował. Nieco wcześniej ok 600 tys. Francuzów zmarło z głodu. Ponosząc w ten sposób koszt działań zbrojnych, których nie udawało się Ludwikowi XIV rozstrzygnąć na swą korzyść.

200 lat później za sprawą karabinów maszynowych, artylerii, zasieków i innych nowoczesnych broni działania ofensywne znów stały się niezwykle trudne.

Zapłaciły za to upadkiem swego znaczenia pragnące walczyć: Francja, Wielka Brytania, Niemcy i Rosja. Austro-Węgry zniknęły z mapy świata. Spośród mocarstw skorzystały jedynie Stany Zjednoczone, które czekały z przyłączeniem się do I wojny światowej tak długo, aż ich decyzja nieuchronnie rozstrzygała wynik zmagań.

(...)

Oto Rosja, od wyswobodzenia się Wielkiego Księstwa Moskiewskiego spod władzy Złotej Ordy, przez ponad 550 lat opierała swoją przyszłość na tym samym modelu rozwojowym. Znaczenie polityczne oraz swą mocarstwowość uzależniając od ekspansji terytorialnej. To ona stała się fundamentem potęgi Moskwy.

David Schimmelpenninck van der Oye w pracy pt. "The seventh continent: Russian territorial expansion, 1450-1850" ("Siódmy kontynent: ekspansja terytorialna Rosji 1450-1850") ujął to słowami:

"Mało znane księstwo, ukryte głęboko w lasach na wschodnim krańcu Europy, rozrosło się, stając się największym imperium kontynentalnym na Ziemi - domeną, której ogromne terytorium rozciągało się od Morza Bałtyckiego po Ocean Spokojny i dalej, obejmując jedną szóstą suchej powierzchni planety".

Rosja to cywilizacyjny fenomen. Przez pięć stuleci powiększała swe terytorium w średnim tempie o 1,8 proc. powierzchni rocznie. Historia nie zna innego państwa tak konsekwentnego w podbijaniu ziem sąsiadów przez wiele stuleci.

Dopiero wiek XX okazał się dla imperium katastrofalny. Zaczął się od przegranej wojny z Japonią. Zaś kończył się wycofaniem wojsk radzieckich z Afganistanu, którego atomowe supermocarstwo nie zdołało podporządkować sobie pomimo dziewięciu lat zaciekłych walk.

Potem Związek Radziecki się rozpadł, a granice Rosji nagle zaczęły biec na wschód od Witebska, Charkowa i Doniecka. Mimo to przez następne dekady nie udało się na Kremlu wypracować pomysłu alternatywnego do ekspansji terytorialnej.

Zatem Putin reaktywował stary model rozwojowy i okazało się, że ma podobnego pecha jak Ludwik XIV. Nowe bronie i technologie piekielnie utrudniły militarne rozgromienie Ukrainy. Kreml wplątał się więc w wojnę, której nie potrafi ani wygrać, ani zakończyć.

(...)

"Chińczycy poczuli krew. I choć uważam, że oś Moskwa-Pekin ma niezwykle silne fundamenty i jest dla nas wielkim zagrożeniem, to nie ma tam sentymentów. Chińczycy będą bezwzględnie korzystać z rosnącej zależności Rosji, wyciskając najlepsze dla siebie warunki" - celnie skomentował ową zależność na platformie X wicedyrektor Ośrodka Studiów Wschodnich Jakub Jakóbowski.

Xi odrzucił bowiem prośby Putina o budowę gazociągu "Siła Syberii 2", bo: "warunki chińskie to zrównanie cen surowca z rosyjskimi cenami wewnętrznymi, a także wyłożenie pieniędzy na rurę przez Rosjan" - poinformował Jakóbowski.

Putinowska Rosja, nie potrafiąc wygrać wojny, skazała się na przekazywanie swych zasobów Chinom. Każdego dnia wspierając umacnianie ich globalnej pozycji. Dopóki wojna trwa, nie wyrwie się z objęć Pekinu. A za kilka lat może okazać się to już niemożliwe.

(...)

Jednak rok temu nowy prezydent Stanów Zjednoczonych mógł sobie pozwolić na agresywną politykę wobec Państwa Środka. Próbował więc narzucić własne warunki gry, używając wysokich ceł oraz restrykcji handlowych. Tak usiłując zmusić Xi Jinpinga do ustępstw i ograniczenia ekspansji Państwa Środka.

Wydawało się, że administracja Trumpa wyciągnęła wnioski z kardynalnych błędów, popełnianych przez USA od początku XXI wieku. A jednym z kluczowych było wikłanie się w długoletnie wojny, których nie Ameryka nie potrafiła rozstrzygnąć na swoją korzyść.

Raport sporządzony przez Watson School of International and Public Affairs pt. "Costs of War" informuje, że: "od końca 2001 r. do roku fiskalnego 2022 Stany Zjednoczone przeznaczyły i zobowiązały się wydać około osiem bilionów dol. na wojny (…) - szacunkowo 5,8 biliona dol. w formie środków, plus dodatkowe minimum 2,2 biliona dol. na opiekę nad weteranami".

(...)

Owszem, potencjał militarny USA jest taki, że gdyby skoncentrować go na jednym wrogu, rzucić do walki kilkaset tysięcy żołnierzy i większość ciężkiego sprzętu, nie dbając o straty, wówczas konflikt zostałby rozstrzygnięty definitywnie. Nawet obecny z Iranem.

Ale koszty operacyjne stają się wówczas gigantyczne. Co gorsza, wyborcy zaczną pytać, dlaczego tysiące Amerykanów w mundurach poniosło śmierć gdzieś na drugim końcu świata?

Wydawało się, że administracja Trumpa dostrzega te fakty. Wskazywała na to Strategia Bezpieczeństwa Narodowego USA, opublikowana pod koniec 2025 r. Po czym okazało się, że prezydent wie lepiej i szczerze wierzy, że jemu uda się łatwo pokonać Iran.

(...)

Stany Zjednoczone, aby odnieść sukces w rywalizacji z Chinami, muszą niwelować swoje największe słabości.

Państwo Środka stało się fabryką świata i chińska produkcja przemysłowa jest dwukrotnie większa od amerykańskiej.

Liczba mieszkańców oraz tempo rozwoju sprawiają, że Chiny mają szansę stać się najbardziej chłonnym rynkiem globu. W parze z tym idzie wzrost potencjału finansowego i militarnego.

Aby zrównoważyć te przewagi, Ameryka potrzebuje: inwestycji, w tym zagranicznych, modernizacji infrastruktury i nowych skoków technologicznych. Musi też budować światową sieć sojuszy, równoważącą atuty Państwa Środka oraz osaczającą tandem chińsko-rosyjski, nieuchronnie zacieśniający swój związek.

interia.pl