wtorek, 30 czerwca 2026



Oryginalny tytuł: China imposes export controls on 40 Japanese entities as tensions with Tokyo rise

Streszczenie: Pekin objął 40 japońskich podmiotów ograniczeniami dotyczącymi produktów podwójnego zastosowania. Część firm trafiła na listę zakazową, część na listę obserwacyjną. Chiny uzasadniają to „remilitaryzacją” Japonii i jej stanowiskiem w sprawie Tajwanu.

Komentarz: To nie jest zwykły spór handlowy, lecz kolejny etap wykorzystania przez Pekin kontroli eksportu jako narzędzia przymusu strategicznego. Formalnie Pekin mówi o „podwójnym zastosowaniu”, „bezpieczeństwie narodowym” i „remilitaryzacji Japonii”. W praktyce chodzi o kilka nakładających się celów. Po pierwsze, Chiny próbują ukarać Japonię za przesunięcie w polityce bezpieczeństwa wobec Tajwanu. AP przypomina, że napięcia wzrosły po wypowiedziach premier Sanae Takaichi sugerujących możliwość japońskiej reakcji w razie użycia siły przeciwko Tajwanowi. Równolegle Japonia przyspiesza rozwój zdolności ofensywnych, w tym rakiet dalekiego zasięgu, oraz rozmieszcza systemy na wyspach ważnych dla projekcji siły na Pacyfiku. Po drugie, Pekin testuje model selektywnego nacisku na segmenty japońskiego kompleksu zbrojeniowego. Według AP chińskie Ministerstwo Handlu umieściło 20 japońskich podmiotów na liście kontrolnej, zakazując chińskim i zagranicznym eksporterom sprzedaży chińskich dóbr podwójnego zastosowania bez zgody, a kolejne 20 trafiło na listę obserwacyjną. Wśród wskazanych grup są m.in. powiązane podmioty sektora zbrojeniowego takich koncernów jak Mitsubishi, Mitsui E&S, Fujitsu i Komatsu. Po trzecie, jest to sygnał dla innych państw azjatyckich, że udział w polityce odstraszania Chin może zostać powiązany z ryzykiem gospodarczym. Nie chodzi wyłącznie o Japonię. Pekin pokazuje Korei Południowej, Filipinom, Australii i państwom europejskim, że ma gotowe instrumenty represji gospodarczej, które można uruchomić pod hasłem kontroli eksportu. Najważniejszy jest jednak aspekt systemowy. Chiny przejęły język Zachodu o „dual-use”, „end-user verification”, „national security” itd. i używają go w swojej własnej strategii. To osłabia zachodni argument, że kontrole eksportu są neutralnym narzędziem bezpieczeństwa, bo Pekin może odpowiadać symetrycznie, ale z bardziej polityczną definicją zagrożenia. W krótkim terminie wpływ gospodarczy może być ograniczony, bo wiele japońskich firm znajdzie substytuty poza Chinami. W średnim okresie Japonia będzie musiała przyspieszyć de-risking w łańcuchach dostaw komponentów podwójnego zastosowania, a to pogłębi gospodarcze rozchodzenie się Chin i Japonii. Dla Tokio będzie to boleśniejsze, ale ostatecznie wyjdzie Japonii na dobre. To lekcja, której europejscy politycy niestety nie chcą odrobić, co powoduje, że kiedy do tego zostaną zmuszeni, cena jaką EU będzie musiała za to zapłacić będzie o wiele wyższa, niż byłaby dzisiaj. Nie mówić już o tym, gdyby podjęto odpowiednie decyzje 10 lat temu.

(...)

Oryginalny tytuł: Korea taps Samsung, SK Hynix in $576 billion AI-chip drive to cement global leadership

Streszczenie: Rząd prezydenta Lee Jae-myunga ogłosił wielki program inwestycji w półprzewodniki, AI, centra danych i robotykę. Samsung i SK Hynix mają odegrać centralną rolę w rozbudowie krajowych mocy produkcyjnych.

Komentarz: Koreański program jest ważny nie tylko ze względu na skalę, lecz dlatego, że pokazuje jak państwo średniej wielkości próbuje obronić pozycję w najbardziej strategicznym segmencie gospodarki światowej. Reuters opisuje plan jako strategię opartą na trzech osiach: półprzewodnikach, „physical AI” oraz centrach danych. Lee Jae-myung przedstawił go jako próbę uzyskania „przytłaczającej” siły przemysłowej i zmniejszenia koncentracji rozwoju wokół metropolii seulskiej. Najważniejszy element to pamięci dla AI, zwłaszcza HBM. Korea ma wyjątkową pozycję, bo Samsung i SK Hynix są centralnymi dostawcami pamięci dla globalnego ekosystemu AI. Reuters podkreśla, że SK Hynix i Samsung znajdują się w sercu popytu na HBM, czyli pamięci niezbędne dla zaawansowanych procesorów AI. Skala deklarowanych inwestycji jest ogromna. Samsung i SK Hynix mają zainwestować ok. 800 bln KRW (ponad 500 mld USD) w nowe zakłady półprzewodnikowe w południowo-zachodniej Korei. Dodatkowo planowane są inwestycje w klastry pakowania chipów oraz centra danych AI. Reuters podaje też, że Samsung planuje 400 bln KRW na nowe fabryki w Gwangju oraz 56 bln KRW na zaawansowane fabryki HBM w Cheonan i Onyang, a SK Hynix planuje przyspieszenie budowy klastra w Yongin i dodatkową bazę produkcyjną na południowym zachodzie. Politycznie program ma drugi cel, regionalną redystrybucję wzrostu. Lee chce przenieść część impulsu inwestycyjnego poza Seul, Gyeonggi, Pyeongtaek i Yongin. To może mieć sens strategiczny, bo obecne klastry są zaczynają się borykać z dostępem do energii, wody, gruntów i problemami logistycznymi. Rodzą się jednak zarzut klientelizmu regionalnego. Reuters zauważa, że południowo-zachodni wybór lokalizacji może być politycznie motywowany, bo region silnie poparł Lee w wyborach. Największe ryzyko to nadpodaż i cykliczność rynku pamięci. Pamięci półprzewodnikowe zawsze były rynkiem silnie cyklicznym. Dziś HBM wygląda jak strategiczny surowiec epoki AI, ale jeśli tempo inwestycji w centra danych spadnie, Korea może wejść w klasyczny problem. Ogromne moce produkcyjne, wysokie koszty stałe i spadające ceny. Reakcja rynku była ostrożna jak do tej por. Akcje Samsunga i SK Hynix spadły po ogłoszeniu planu, częściowo właśnie z powodu obaw przed przyszłą nadpodażą. Drugie ryzyko to infrastruktura. Fabryki chipów potrzebują ogromnych ilości energii, wody, wysoko wykwalifikowanych kadr, sieci dostawców i logistyki o ekstremalnej niezawodności. Chey Tae-won z SK Hynix zwracał uwagę, że stworzenie klastra w Yongin zajęło dziewięć lat, a teraz rząd chce budować kolejne huby bardzo szybko. Trzecie ryzyko dotyczy zależności od globalnego cyklu AI. Korea wygrywa, gdy Nvidia czy operatorzy centrów danych zwiększają zakupy HBM. To jednak oznacza, że krajowa strategia przemysłowa jest mocno sprzęgnięta z inwestycjami amerykańskich i globalnych gigantów technologicznych. Korea zyskuje autonomię produkcyjną, ale nie pełną autonomię popytową. Mimo tych ryzyk program jest logiczny. Korea nie ma wyboru i jeśli nie zainwestuje teraz, może stracić pozycję na rzecz USA, Japonii, Tajwanu lub Chin. Chiny rozwijają własne pamięci i półprzewodniki, USA przyciągają produkcję przez politykę przemysłową, Japonia odbudowuje ekosystem chipowy. W tej sytuacji Seul próbuje utrzymać miejsce w centrum łańcucha wartości AI.

zawielkimmurem.net


PAP, Mira Suchodolska: Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu mówiliśmy, że coś jest piękne, świetne albo doskonałe. Dziś częściej jest „zaj…ste”. Zamiast się zdenerwować – „wku…iamy się”. Czy naprawdę nasz język tak bardzo się zbrutalizował?

Dr hab. Jacek Wasilewski, prof. UW, medioznawca: Tak, ale przyczyny są znacznie głębsze niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim ogromna część naszej komunikacji przeniosła się do mediów społecznościowych. A algorytmy mediów społecznościowych premiują wypowiedzi silnie emocjonalne, spolaryzowane, konfliktowe. Im więcej gniewu, oburzenia czy agresji, tym większa szansa, że taki komunikat zostanie zauważony.

Kiedyś ludzie zabiegali o uwagę dziennikarza. To on był strażnikiem bramy, filtrował emocje, łagodził język i dopiero potem przekazywał go odbiorcom. Dzisiaj każdy jest własnym medium i walczy bezpośrednio o uwagę milionów użytkowników. W takiej konkurencji spokojna, wyważona wypowiedź przegrywa z awanturą. Coraz więcej komunikatów zaczyna przypominać kłótnię dwóch ludzi na podwórku albo karczemną awanturę. I właśnie taki sposób mówienia zaczyna wyznaczać normę również dla polityków, dziennikarzy czy osób publicznych.

PAP: I to jest smutne, że nie tylko społeczeństwo przejęło język ulicy. Także politycy.

J.W.: W demokracji politycy bardzo chcą być postrzegani jako „swoi ludzie”. Dawniej elity komunikowały się językiem dyplomacji, który wyrósł z dworskich rytuałów. Nie mówiło się wszystkiego wprost, bo chodziło o zachowanie twarzy rozmówcy i własnej.

Dzisiaj znacznie bliżej politykom do języka wiecu niż królewskiego dworu. Chcą pokazać: „jestem taki jak wy”. W efekcie język parlamentarny przestał być językiem parlamentarnym, coraz częściej staje się językiem ulicy.

PAP: Kiedyś było bardziej elegancko…

J.W.: To mit. My bardzo idealizujemy przeszłość. Owszem, w radiu, oficjalnej prasie czy podczas uroczystości państwowych obowiązywał bardziej zrytualizowany język. Ale to nie znaczy, że ludzie nie przeklinali.

Przeklinali. I to często. Dwudziestolecie międzywojenne wcale nie było epoką grzecznych polityków. Posłowie wyzywali się od kanalii, płatnych pachołków, zdrajców. Prasa polityczna była niezwykle agresywna i szczuła na przeciwników z ogromną pasją, marszałek Piłsudski niezadowolony z poczynań ministrów rządu lubelskiego, kazał im „kury szczać prowadzać”. Dzisiaj patrzymy na tamte wypowiedzi przez patynę historii i wydają nam się niemal urocze, ale współcześni odbiorcy odbierali je jako bardzo brutalne. Nowością nie jest więc sama agresja, lecz jej powszechność.

PAP: Co się zmieniło?

J.W.: Dawniej istniały bardzo wyraźne granice pomiędzy językiem oficjalnym a prywatnym. Radio przypominało proszony obiad, gazeta była sytuacją oficjalną, tymczasem media społecznościowe przypominają raczej spotkanie przy piwie. Tam obowiązują zupełnie inne reguły: język jest bardziej prywatny, bardziej emocjonalny i mniej kontrolowany. Problem polega na tym, że ten prywatny sposób mówienia zaczął przenikać do wszystkich pozostałych sfer życia.

(...)

PAP: Dawniej Polacy bardziej bali się klątw niż przekleństw. Mówiono: „bodaj cię zabito”, „bodajś skapniał”, „niech cię diabli wezmą”. Dzisiaj niemal cała nasza agresja językowa kręci się wokół seksu i anatomii. Kiedy i dlaczego przestaliśmy bać się diabła, a zaczęliśmy szukać ekspresji w genitaliach?

J.W.: Dawniej ludzie znacznie mocniej wierzyli, że słowo ma realną moc sprawczą. Złorzeczenie nie było tylko wyrazem złości. Odpowiadało przekonaniu, że wypowiedziane słowo może rzeczywiście sprowadzić na drugiego człowieka nieszczęście. Jeżeli ktoś mówił „bodaj cię zabito” albo przywoływał diabła, to wielu ludzi wierzyło, że takie słowa mogą zadziałać. Dlatego złorzeczenia były bardzo blisko świata magii, czarów i sił nadprzyrodzonych. Nieprzypadkowo za praktyki uznawane za czary karano kiedyś niezwykle surowo.

Dzisiaj większość ludzi patrzy na świat znacznie bardziej racjonalnie, więc ten metafizyczny wymiar języka właściwie zaniknął. Natomiast pozostało coś, co nadal jest bardzo silnym tabu, czyli seksualność. Właśnie dlatego współczesne przekleństwa przeniosły się z metafizyki do anatomii i fizjologii.

Trzeba jednak pamiętać, że nie chodzi w nich wyłącznie o seks. W kulturze bardzo często seksualność była narzędziem dominacji i upokorzenia. Wystarczy spojrzeć na język więzienny albo na to, co dzieje się podczas wojen, gdzie gwałt staje się narzędziem prowadzenia wojny i odbierania godności. Te same mechanizmy znajdują odbicie w języku. Wulgaryzmy nie opisują seksualności jako czegoś przyjemnego. Służą raczej symbolicznemu pohańbieniu drugiego człowieka.

(...)

PAP: W dawnej Polsce przeklinanie było wręcz przywilejem kastowym.

J.W.: Bo w pewnym sensie tak było. Magnat mógł sobie pozwolić niemal na wszystko, ponieważ nad nim nie było już żadnego sędziego. Natomiast człowiek stojący niżej w hierarchii musiał bardzo uważać na słowa. Nie mógł obrażać kogoś, kto znajdował się wyżej od niego. Przekleństwo jest przecież sygnałem swobody. To komunikat: „mnie normy nie obowiązują” – o czym mówi powiedzenie „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”.

To zresztą tłumaczy, dlaczego narodziła się dyplomacja. Nie stworzyli jej ci, którzy mieli największą władzę. Powstała dlatego, że ludzie zwracający się do królów czy możnych musieli ważyć każde słowo i mówić w sposób zawoalowany, żeby nikogo nie urazić. Z tych rytuałów wyrosła późniejsza kultura grzeczności.

PAP: A później pojawiło się XIX-wieczne mieszczaństwo, które postanowiło uporządkować język.

J.W.: Tak naprawdę chodziło o burżuazję, która musiała stworzyć własny system odróżniania się od pozostałych warstw społecznych. Król nie musiał nikomu udowadniać, że jest kimś wyjątkowym. Mógł jeść palcami i nadal pozostawał królem. Burżuazja miała przede wszystkim pieniądze, ale nie miała wysokiego urodzenia. Musiała więc zbudować cały system znaków pokazujących jej wyższy status.

Tak narodził się savoir-vivre. Znaczenia nabrały odpowiednia zastawa, serwetki, sposób siedzenia przy stole, ubierania się, zachowania kobiet i mężczyzn, a także język. Przyzwoitość językowa stała się jednym z najważniejszych wyznaczników przynależności do wyższej warstwy społecznej.

Nieprzypadkowo w XIX wieku pojawiło się mnóstwo poradników dobrego wychowania i czasopism poświęconych manierom. Dyskutowano nawet o tym, jaki strój kobieta powinna założyć na kort tenisowy albo czego nie wypada mówić przy stole. Cały ten świat miał odróżniać mieszczaństwo od pospólstwa.

Towarzyszył temu bardzo silny nurt purytanizmu. W przeciwieństwie do rokoka, z jego swobodą obyczajową i odważną erotyką, XIX wiek wszystko zasłaniał i porządkował. Widać to również w literaturze. W romantyzmie znacznie mniej jest otwartych odniesień do seksualności niż w renesansie czy oświeceniu. Przyzwoitość stała się jedną z najważniejszych wartości, a przeklinanie zaczęło być traktowane jako znak braku ogłady.

PAP


Ukraiński pocisk manewrujący FP-5 Flamingo osiągnął swój dotychczas najlepszy wynik. W nocy z 26 na 27 czerwca trzy z pięciu pocisków trafiły w rosyjski zakład zbrojeniowy Barrikady w Wołgogradzie. Fabryka broni została częściowo zniszczona, co widoczne jest na zdjęciach opublikowanych w weekend.

(...)

Skąd wziął się sukces ukraińskiego ataku na Wołgograd? Analitycy przypisują to udoskonalonej taktyce i trasom lotu na niskiej wysokości, co stanowi znaczący postęp w porównaniu z wcześniejszą słabą celnością w starciach z rosyjską obroną przeciwlotniczą.

Salwa ukraińskich pocisków manewrujących "Flamingo" — broni opracowanej w Ukrainie, która w poprzednich walkach powietrznych była zazwyczaj zestrzeliwana lub po prostu mijała cel — po raz pierwszy wykazała się solidną skutecznością bojową.

Gubernator obwodu wołgogradzkiego Andriej Bocharow poinformował w oświadczeniu wydanym po ataku, że ukraińskie uderzenie uszkodziło zakład produkcyjny w Wołgogradzie i spowodował obrażenia u co najmniej 10 osób, nie podając jednak szczegółów. W fabryce produkowano m.in. wyrzutnie i komponenty do pocisków Iskander-M — broni balistycznej, której Kreml od lat używa do ataków na ukraińskie domy i przedsiębiorstwa.

(...)

W piątkowej analizie ataku przeprowadzonej przez amerykański think tank Instytut Studiów nad Wojną stwierdzono, że prawdopodobnie ukraińskie ataki na rosyjskie samoloty AWACS z radarami wczesnego ostrzegania spowodowały luki w rosyjskim nadzorze powietrznym, które wykorzystały Siły Zbrojne Ukrainy.

Według doniesień rosyjskie siły powietrzne dysponują mniej niż 10 sprawnymi samolotami A-50 AWACS, których zadaniem jest monitorowanie i identyfikowanie zagrożeń powietrznych na obszarze 13 stref czasowych oraz największej krajowej przestrzeni powietrznej na świecie.

W przeciwieństwie do starszej generacji pocisków manewrujących, wykonanych głównie z aluminium, tytanu i stali, w konstrukcji FP-5 Flamingo szeroko wykorzystano włókno węglowe. Według konstruktorów pocisk ma stosunkowo niewielką sygnaturę radarową, ale nie jest bronią typu stealth, co oznacza, że może zostać wykryty przez radary obrony powietrznej, o ile radar jest w stanie obserwować obiekty lecące na bardzo małej wysokości. /Taki jak latający radar umieszczony na samolocie typu AWACS - red./

Denys Shtilerman, dyrektor firmy Fire Point, która produkuje pociski Flamingo, twierdzi, że główną zaletą tej broni jest to, iż jest ona zaprojektowana tak, by wykorzystywać wycofane z eksploatacji silniki odrzutowe samolotów jako źródło napędu oraz bomby lotnicze z czasów radzieckich jako głowice bojowe, dzięki czemu można go produkować szybko i tanio.

Flamingo, o długości ok. 14 m i rozpiętości skrzydeł 6 m, kosztuje od 500 tys. do 1 mln dol. (1,86-3,77 mln zł) i jest ok. cztery razy większy od zaawansowanego pocisku manewrującego Tomahawk stosowanego przez amerykańskie siły zbrojne, którego koszt wynosi ok. 2 mln dol. (7,55 mln zł).

onet.pl\Kyiv Post


To były wyjątkowo spokojne dwa tygodnie w Ukrainie, zauważa analityk Kyle Glen, przytaczając bardzo interesującą statystykę. Ostatni duży rakietowo-dronowy atak na Ukrainę (czyli taki, w którym Rosja użyła pocisków rakietowych i co najmniej 300 dronów kamikadze), miał miejsce ponad 14 dni temu.

— Minęły już dwa pełne tygodnie bez zakrojonego na szeroką skalę rosyjskiego ataku rakietowego lub z użyciem dronów na Ukrainę. Jest to sytuacja bardzo nietypowa. Średnio między takimi atakami, w których pojawia się 300 lub więcej dronów, mija około sześciu dni. Obecnie minęło już 14 dni (15 czerwca — 656 dronów)" — pisał 29 czerwca Glen. Dziś wiemy już, że mówimy o 15 dniach, gdyż tej nocy Rosja uderzyła w Ukrainę "tylko" 154 dronami, z czego 138 udało się zlikwidować.

(...)

Skąd tak mała aktywność Rosjan? Możliwości jest kilka. Glen uważa, że Rosja może zbierać siły do ogromnego ataku będącego odwetem za operację Ukrainy z 18 czerwca, gdy nasz sąsiad uderzył w podmoskiewską rafinerię naftową, a zdjęcia z tego wydarzenia obiegły media na całym świecie. Inna możliwość to wspólne ćwiczenie chińskiego i rosyjskiego lotnictwa odbywające się w rejonie Morza Wschodniochińskiego, w którym uczestniczyły rosyjskie bombowce Tu-95 i Tu-142 — te same, które Moskwa używa do atakowania Ukrainy.

onet.pl


Nie wyczailiście, że kolejene imby a to o urzędniczkę KAS, a to o pochwałę mobbingu czy przemocy domowej (cały ten panel tak zaplanowamo) to rage bity, które mają po prostu wzbudzać ruch wokół /Kanału - red./ Zero. To jest to co Tarnoff i Slobodian w "Muskizmie" nazwali "kapitalizmem trolli", czyli celowe podbijaniem emocji, najlepiej takich opartych na oburzeniu plus wyśmiewanie oburzonych, za to że żartu nie zrozumieli. Wszystko by budować zasięgi i kapitalizować je.

A strategię tę realizuje się najlepiej się na tweetach i tekstach pożytecznych... 

No i działa.

x.com/sylvcz

poniedziałek, 29 czerwca 2026



Putin oświadczył kremlowskiemu dziennikarzowi Pawłowi Zarubinowi w prawdopodobnie starannie przeprowadzonym wywiadzie z 28 czerwca, że Rosja i Stany Zjednoczone nie osiągnęły żadnego porozumienia na szczycie na Alasce. Putin przyznał, że nie ma podpisanych dokumentów przedstawiających “ducha Anchorage”, ale stwierdził, że Rosja zgodziła się podczas szczytu z propozycjami USA dotyczącymi zakończenia wojny na Ukrainie. Putin oświadczył, że Rosja jest gotowa kontynuować negocjacje ze Stanami Zjednoczonymi w oparciu o szczyt na Alasce. W kremlowskim odczycie wywiadu z Putinem pominięto jego wypowiedzi na temat szczytu na Alasce, ale Zarubin zamieścił film z pełnym wywiadem, w którym zachował te szczegóły. Oświadczenie Putina z 28 czerwca jest następstwem podobnej uwagi Sekretarza Stanu USA Marco Rubio z 25 czerwca, że na szczycie była tylko "propozycja", ale nie było oficjalnego ani podpisanego pisemnego porozumienia. Putin prawdopodobnie przyznaje się do braku porozumień, aby uniknąć bezpośredniej konfrontacji z administracją Trumpa w sprawie tego, co wydarzyło się w Anchorage, biorąc pod uwagę oświadczenia Rubio potwierdzające brak pisemnej umowy. Deklarowana gotowość Putina do powrotu do propozycji szczytu na Alasce ma jednak na celu nakłonienie Stanów Zjednoczonych do wznowienia negocjacji tak, jakby sytuacja na polu bitwy nie uległa zmianie od sierpnia 2025 r. Od tego czasu Ukraina wyzwoliła terytorium na linii frontu i znacznie spowolniła rosyjski postęp, angażując się jednocześnie w udane kampanie uderzeniowe średniego i dalekiego zasięgu przeciwko Rosji — zmuszając Rosję do znacznie bardziej defensywnego trybu działania niż w sierpniu 2025 r.

(...)

Putin stwierdził, że głównym celem Rosji jest ostateczne zajęcie Donbasu i Noworosji oraz "że siły rosyjskie zrobią wszystko", aby osiągnąć wszystkie jego cele wojenne.

(...)

Putin twierdził Zarubinowi, że siły rosyjskie szybko posuwają się naprzód praktycznie we wszystkich sektorach linii frontu i że ukraińskie ataki "absolutnie nie wpływają na rosyjskie operacje na linii frontu". Putin skupił swoje twierdzenia o sukcesach na polu bitwy na Pasie Twierdz w obwodzie donieckim, w tym na Łymanie, Słowiańsku, Kramatorsku, Kostantynówce i Dobropilyi. Putin twierdził, że elementy sił rosyjskich oczyściły większość Łymanu; przedostały się do Mikołajówki (na wschód od Słowiańska); znajdują się około ośmiu do dziewięciu kilometrów od Słowiańska; i znajdują się cztery kilometry od Kramatorska. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utrzymują obecność (poprzez natarcie lub infiltrację) w 4,3% Łymania oraz że siły rosyjskie posunęły się do około 12 kilometrów od Mikołajówki, 19 kilometrów od Słowiańska i 14 kilometrów od Kramatorska.


Putin twierdził, że Rosyjskie Południowe Zgrupowanie Sił zajęło 96 procent Kostyantynówki i że elementy rosyjskiej 4. Oddzielnej Brygady Strzelców Zmotoryzowanych (3. Armia Połączonej Broni [CAA], dawniej 2. Korpus Armii Ługańskiej Republiki Ludowej [LNR AC], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) oczyszczają Kostyantynówkę. Putin twierdził, że elementy rosyjskiej 6. Dywizji Strzelców Zmotoryzowanych (3. AC, pod operacyjną kontrolą Południowego Zgrupowania Sił) ominęły Kostyantyniwkę i wkroczyły do Oleksijewa-Drużkiwki (między Kostyantynówką a Drużkiwką). ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie utrzymują obecność (poprzez natarcie lub infiltrację) jedynie w 36,98% Kostyantynówki, a siły rosyjskie znajdują się około siedmiu kilometrów od Oleksijewa-Drużkiwki. Siły rosyjskie przedostały się do znacznej części Kostyantynówki, ale nie zapewniły sobie kontroli nad tymi obszarami ani nie utworzyły trwałych pozycji na tych obszarach, jak twierdził Putin.


(...)

Przesadne twierdzenia Putina o postępie mają na celu fałszywe przedstawienie pozycji Rosji na polu bitwy jako tej samej – jeśli nie lepszej – niż podczas szczytu USA-Rosja na Alasce w sierpniu 2025 r. Sytuacja na polu bitwy uległa jednak radykalnej zmianie. Ukraińskie kontrataki wyzwoliły znaczną część Kupiańska pod koniec 2025 r., ponad 400 kilometrów kwadratowych na południowej Ukrainie zimą i wiosną 2026 r. oraz kilka osad w zachodnim obwodzie zaporoskim od końca kwietnia 2026 r. Siły ukraińskie brały także udział w bardzo udanych kampaniach uderzeniowych średniego i dalekiego zasięgu przeciwko rosyjskim zasobom wojskowym i infrastrukturze naftowej, które mają kaskadowy wpływ na rosyjską logistykę i operacje na polach bitew, a także powodują niedobory benzyny i tarcia gospodarcze w całej Rosji i na okupowanej Ukrainie. Tempo postępu Rosji znacznie spadło od czasu szczytu w obliczu ukraińskich sukcesów, a siły rosyjskie posuwały się średnio o 3,79 km2 dziennie w czerwcu 2026 r. w porównaniu ze średnią wynoszącą 16,65 km2 dziennie w sierpniu 2025 r.

(...)

Putin przyznał, że ilość rosyjskiej obrony powietrznej jest niewystarczająca i wezwał rosyjską bazę przemysłu obronnego (DIB) do rozszerzenia produkcji, a Rosję do poprawy koordynacji obrony powietrznej we wszystkich strukturach i poziomach. Putin bagatelizował jednak wpływ ukraińskich ataków dalekiego zasięgu na Rosję, twierdząc, że Rosja szybko naprawia szkody, że kwestie energetyczne Rosji nie są krytyczne i że ukraińskie ataki dalekiego zasięgu nie wpłynęły na sytuację na linii frontu. Przyznanie się Putina 28 czerwca do narastającego kryzysu paliwowego sugeruje, że prawdopodobnie ocenia on, że nie jest już w stanie publicznie go ignorować.

(...)

Ciągłe niedobory paliwa w całej Rosji wpływają na rynek transportu komercyjnego. Rosyjska gazeta biznesowa Kommersant poinformowała 29 czerwca, że przerwy w dostawach benzyny zaczynają wpływać na rynek transportu drogowego, a firmy transportowe ostrzegają klientów, że od 1 lipca 2026 r. będą oczekiwać podwyżek ceł o co najmniej 10 procent.

understandingwar.org


Rzeczpospolita: - Jak długo Rosja może prowadzić wojnę na Ukrainie? Co ją ogranicza?

płk Paweł Szota, szef Agencji Wywiadu: W ocenie analityków Agencji Wywiadu Rosja może prowadzić wojnę jeszcze przez kilka lat. Moim zdaniem Kreml może zrezygnować ze wszystkiego, co ma, dobrobytu własnego społeczeństwa, inwestycji, poprawy działania administracji i sytuacji wewnętrznej, ale z wojny z Ukrainą nie zrezygnuje.

- Dlaczego?

To, jak obecnie przebiega wojna, jest powodem do dużego wstydu dla Putina. Służby specjalne i armia Rosji dokonały złej kalkulacji na początku wojny. Rosjanie spodziewali się, że pójdzie ona w zupełnie innym kierunku, że szybko zakończy się zwycięstwem. Nałożyli sobie przez to kajdany, nazywając ją specjalną operacją wojskową, czym ograniczają sobie choćby możliwości mobilizacyjne. Gdyby teraz nazwali te działania wojną, przyznaliby się do porażki. Putin jest zakładnikiem tej sytuacji.

Bardzo duże błędy popełniły rosyjskie służby wywiadowcze – dezinformowały Putina, który na bazie ich przekazu zakładał, że wojna będzie wyglądała zupełnie inaczej. Kreml nie spodziewał się również, że Ukraina otrzyma tak wymierne wsparcie od państw Zachodu, w tym w pierwszej kolejności od Polski. Dzisiaj na linii frontu sytuacja dla Rosji jest trudna. Dla Putina jest niezwykle skomplikowane psychologicznie, aby ten stan zaakceptować. Dramatycznie zmniejszyła się liczba scenariuszy, które pozwalałyby mu wyjść z tej sytuacji z twarzą. On z tej wojny nie zrezygnuje, bowiem musi, zwłaszcza w wymiarze wewnętrznym, prezentować się jako zwycięzca, ale dzisiaj to jest niemal niemożliwe. To pcha go do coraz bardziej karkołomnych decyzji i nieprzewidywalnych rozwiązań.

(...)

- Jaka była rola Agencji Wywiadu w uwolnieniu więźniów politycznych reżimu Łukaszenki, w tym Andrzeja Poczobuta? Czy ten proces jest kontynuowany?

Agencja Wywiadu odegrała kluczową rolę w doprowadzeniu do uwolnienia Andrzeja Poczobuta. Ważna była w tym zakresie kooperacja międzynarodowa, w tym w wymiarze sojuszniczym. Podziękowania Andrzeja Poczobuta były dla naszych funkcjonariuszy bezcenne. Dodam, że na chwilę obecną mamy drożne kanały komunikacji ze służbami strony białoruskiej.

- Za pośrednictwem partnerów amerykańskich? Czy sami je utrzymujecie?

Utrzymujemy je sami. Naszą intencją jest, by rozmawiać ze stroną białoruską o wszelkich sprawach, które mogą przyczynić się do poprawy naszego bezpieczeństwa. Unikalną rolą wywiadu jest tworzenie drożnych kanałów komunikacji tam, gdzie dyplomacja nie jest możliwa lub jest utrudniona. Wykorzystując kanał specsłużb, lepiej z przedstawicielami reżimu Łukaszenki spotykać się, dyskutować i uzyskiwać korzyści dla RP, niż bezczynnie przyglądać się „konsumowaniu” Białorusi przez Rosję.

(...)

- Rosjanie i Białorusini już prowadzą działania ofensywne wobec naszego państwa i naszych obywateli. Czy my jesteśmy w stanie im odpowiedzieć?

Jesteśmy.

- Który wywiad obecnie stanowi dla nas największe zagrożenie? Wywiad rosyjski, białoruski, a może chiński?

Wywiad rosyjski – jego działania wypełniają znamiona terroryzmu państwowego. W Agencji Wywiadu nie lekceważymy jednak zagrożeń także z innych kierunków.

- W tym ze strony państw sojuszniczych?

Gdyby takie się pojawiły, absolutnie tak.

rp.pl

sobota, 27 czerwca 2026


Ludovic Subran to główny dyrektor ds. inwestycji w globalnym gigancie ubezpieczeniowym Allianz. Twierdzi on, że dążenie SpaceX do pozyskania 25 mld USD poprzez emisję obligacji dowodzi, że rynek znalazł się w bańce.

O zamiarze emisji dłużnych papierów wartościowych firma Elona Muska poinformowała krótko po pierwotnej ofercie publicznej akcji o wartości 85,7 mld USD. Zdaniem Subrana takie tempo wydarzeń doskonale obrazuje, jak rynki przechodzą od fazy zdrowego wzrostu, poprzez stan gorączki, aż na terytorium bańki spekulacyjnej.

Podczas konferencji gospodarczej „FT Global Insurance Summit” ekspert zwrócił uwagę zgromadzonej publiczności, że inwestorów z rynku długu nie da się tak łatwo zbyć obietnicami, jak akcjonariuszy.

– Facet właśnie dostał 70 mld USD łatwych pieniędzy na zabawę, żeby zabrać nas w kosmos – powiedział Subran. – Oczywiste jest, że nabywcy obligacji to nie to samo co inwestorzy giełdowi. Tych drugich można zabrać na Marsa. Pierwsi w tym samym czasie pytają, gdzie są ich odsetki.

(...)

Sebastian Raedler, szef strategii dla europejskiego rynku akcji w dziale analiz Bank of America, przypomina: jeśli teza inwestycyjna oparta na sztucznej inteligencji zacznie się chwiać, defensywne sektory akcji będą gotowe do gwałtownego wzrostu.

Wypowiadając się dla telewizji Bloomberg, strateg stawia pytanie, czy firmy rozwijające AI będą w stanie wypracować marże uzasadniające obecne, bezprecedensowe nakłady inwestycyjne. Ekspert zaleca rozejrzenie się za zapomnianymi sektorami, takimi jak farmacja czy dobra podstawowego użytku, w których fundamentalna logika biznesowa wciąż prężnie działa.

– W momencie, gdy klienci powiedzą, że nie są gotowi tyle płacić za sztuczną inteligencję, gdy skierują swój ruch do tańszych modeli, gdy pierwszy wielki dostawca infrastruktury chmurowej ogłosi, że nie wie, czy naprawdę wykreuje wartość i musi ściąć wydatki inwestycyjne, pojawi się wiele sektorów defensywnych gotowych do skoku – twierdzi Raedler.

(...)

– Pytanie brzmi, kto zapłaci za te wszystkie wydatki, które warunkują podaż produktów firmy Micron – zastanawia się Raedler, reagując na publikację wyjątkowo dobrych wyników finansowych Micron Technologies. – Odpowiedź jest prosta: zapłaci za to użytkownik końcowy korzystający z AI. Jaką siłę w ustalaniu cen mają te firmy? Ile konsumenci są w stanie zapłacić? Uważam, że prognozy zysków, którymi obecnie dysponujemy, wydają się bardzo optymistyczne.

Notowania SpaceX spadały w tym tygodniu po początkowej euforii, która na moment uczyniła z Elona Muska pierwszego bilionera w historii. Sama spółka pod względem kapitalizacji rynkowej wyprzedziła na krótko Amazona, a na kilka godzin również Microsoft.

Gil Luria, dyrektor ds. badań nad rynkiem akcji technologicznych w D.A. Davidson, uważa, że taką zmienność tłumaczą specyficzne czynniki związane z założycielem firmy działającej w branży kosmicznej, telekomunikacyjnej i sztucznej inteligencji.

– Większość akcji jest wyceniana na podstawie tego, jak ich mnożniki zysków wypadają na tle podobnych spółek – tłumaczy Luria w rozmowie z CNBC. – Z firmami Elona Muska tak nie jest – dodaje.

Jego zdaniem rynkowa wycena tych przedsiębiorstw opiera się w głównej mierze na nadziejach i oczekiwaniach.

– Tesla jest wyceniana przez pryzmat perspektyw usługi autonomicznej jazdy Robotaxi oraz humanoidalnych robotów Optimus, a nie na podstawie sprzedaży samochodów. SpaceX z kolei jest wyceniane przez obietnicę eksploracji Marsa albo przynajmniej przez wizję centrów danych w kosmosie – argumentuje Luria.
 
 
/Tesla to wehikuł giełdowy, wyłącznie do gry finansowej, w kwestii wyceny spółki - red./
 
bankier.pl




Kamil Turecki: - To Rosja stworzyła ukraińskiego potwora?

Bojan Pancevski: Z perspektywy Rosji to na pewno potwór.

Do czasu Majdanu, czyli 2014 r., ukraińskie służby specjalne i wojsko były niemal całkowicie podporządkowane interesom Rosji. Kiedy społeczeństwo zbuntowało się przeciwko ówczesnemu prezydentowi, Wiktorowi Janukowyczowi, który odmówił podpisania umowy stowarzyszeniowej z UE, oficerowie, stojący za późniejszym atakiem na Nord Stream, nie byli antyrosyjscy.

- A kim dziś ci ludzie są?

Ukraińskimi nacjonalistami.

Większość z nich ma dziś około 50 lat. Dorastali w zachodniej Ukrainie, mówią po ukraińsku. Ale mówią też płynnie po rosyjsku — urodzili się w Związku Radzieckim, więc to naturalne. Zatem mieliśmy do czynienia z sytuacją, w której ci ludzie nie byli antyrosyjscy, prawda?

W pierwszych tygodniach, może nawet przez miesiąc Majdanu, byli również przeciwni protestom. Pracowali głównie w organach ścigania i mieli konserwatywne podejście. Uważali, że to, co się dzieje, nie jest zgodne z prawem. Dopiero później zostali szpiegami i ekspertami do spraw kontrwywiadu.

I kiedy Rosja faktycznie zaatakowała Ukrainę; gdy zajęła Półwysep Krymski i wkroczyła na wschód Ukrainy, zaczęli walczyć ramię w ramię wspólnie z SBU [Służba Bezpieczeństwa Ukrainy] w Donbasie przeciwko Rosjanom. I właśnie wtedy wszystko się dla nich zmieniło. Przestali mieć ambiwalentny stosunek do Rosji. Stali się jej najgorszymi wrogami.

- Tak po prostu?

Nic tu nie było proste. Przecież żaden z tych ludzi nie żywił nienawiści do Rosji. Sama Rosja wzbudziła w nich tę nienawiść, ponieważ zaatakowała ich kraj. To nawet nie moja interpretacja. To słowa jednego z nich.

Kreml palił ich wioski, bombardował ich miasta. Ta osoba powiedziała mi, że nie było żadnego powodu, by robić coś takiego. Dlatego od tej chwili jej życie się zmieniło, skupiało się na walce z Rosją. I tak jest do dziś.

(...)

- Kto zdecydował się podjąć to ogromne ryzyko sabotowania rurociągów Nord Stream?

Zacznijmy od tego, że kilka miesięcy przed inwazją na pełną skalę, kiedy Amerykanie i Brytyjczycy otwarcie przekazywali informacje wywiadowcze o tym, w jakim sposób Putin zaatakuje Ukrainę, Wołodymyr Zełenski nie chciał w to uwierzyć. Rozkazał generałowi Walerijowi Załużnemu, który był wówczas dowódcą sił zbrojnych, aby nie przygotowywał się do wojny.

Zdaniem prezydenta Ukrainy wszystko było gospodarczym spiskiem. Nie wierzył Amerykanom, Brytyjczykom ani własnym służbom wywiadowczym. Gen. Mark Milley [przewodniczący Kolegium Połączonych Szefów Sztabów USA w latach 2019-2023] polecił Kijowowi wykopać okopy wokół miasta i wzmocnić ochronę stolicy kraju. Załużny tego nie zrobił, bo Zełenski mu na to nie pozwolił.

Kiedy wybuchła wojna, Ukraińcy byli nieprzygotowani, zwłaszcza na południu.

Każda jednostka w pewnym stopniu działała na własną rękę. W tym ludzie, którzy później zaplanowali i przeprowadzili atak na Nord Stream. Po prostu weszli do zbrojowni agencji wywiadu wojskowego i pierwszego dnia zabrali stamtąd sporo broni, zorganizowali się samodzielnie i ruszyli walczyć na linię frontu. Niszczyli czołgi. Strzelali do samolotów. Walczyli samodzielnie jako oddział. Myślę, że dziś jest podobnie.

- Co masz konkretnie na myśli?

Spójrzmy na jednostki produkujące drony, które są prawdopodobnie najważniejszą częścią ukraińskiej machiny bojowej. Wiele fabryk założyli przedsiębiorcy. Znam jednego z nich. Jest Rosjaninem mieszkającym w Ukrainie. Nie ma doświadczenia wojskowego. Jest po prostu świetnym biznesmenem. Bardzo wcześnie zdał sobie sprawę, że drony to przyszłość działań wojennych. Założył więc jednostkę, znalazł pieniądze, pozyskał dodatkowe fundusze i stworzył najlepszą do dziś w Ukrainie, a może nawet najlepszą na świecie fabrykę dronów.

Historia drugiej co do wielkości jednostki, zwanej "Magyar Birds", jest podobna. Facet, który jest jej dowódcą, wcześniej również był biznesmenem.

- Co to ma wspólnego z Nord Stream?

Jest jeden wspólny mianownik — potrzeba matką wynalazku. Drony dobijają zaplecze wojenne Kremla. W przypadku Nord Stream też chodziło o odcięcie przepływu gotówki, którą Putin uzyskiwał ze sprzedaży węglowodorów do Europy. Zresztą, nie tylko wysadzenie gazociągu Nord Stream wchodziło w grę.

- Co jeszcze?

Wysadzenie mostu w Kerczu, który łączy Krym z kontynentalną Rosją, atak na pola gazowe w Syberii, atak na Nord Stream i TurkStream — rurociągi pod Morzem Czarnym.

- Dlaczego wybór padł akurat na Nord Stream?

W tamtym czasie nie było wiadomo, czy naród ukraiński przetrwa. Logika zatem podpowiadała, że trzeba działać szybko i zniszczyć źródła dochodów Rosji. Atak na Nord Stream, oczko w głowie Kremla, zabolałby najbardziej.

Ludzie, którzy zaplanowali wysadzenie Nord Stream, specjalizują się w operacjach specjalnych, wojnie hybrydowej, wojnie gospodarczej, zabójstwach i działaniach za liniami wroga.

- Kto podjął ostateczną decyzję?

Jeden z dowódców widział plany i udał się do generała Załużnego, a ten odpowiedział: "Jasne, w porządku, zróbcie to".

- I tyle?

Tak. Na tym się skończyło. Wówczas nikt nie zastanawiał się nad politycznymi aspektami tej sprawy.

Trzeba też pamiętać, że na początku — mówimy tu o marcu i kwietniu 2022 r. — sytuacja polityczna wyglądała inaczej, ponieważ w oczach Ukraińców Niemcy nie byli ich wielkimi sojusznikami. W tamtym czasie Berlin nadal nie dostarczał ani broni, ani amunicji. Polska to robiła, a Niemcy nie — i trzeba o tym pamiętać. Kijów nie myślał, czy wysadzenie gazociągu Nord Stream uderzy w niemiecką gospodarkę. Chciał uniemożliwić Putinowi zdobycie pieniędzy na dalsze prowadzenie wojny.

onet.pl


To nie on stworzył czekistowski reżim, który rządzi współczesną Rosją. Był natomiast jego najbardziej udanym produktem i najwygodniejszym narzędziem. Niewyróżniający się oficer KGB, który nigdy nie awansował wyżej niż do stopnia podpułkownika, był po prostu typowym funkcjonariuszem średniego szczebla. Dorastał na jednym z leningradzkich podwórek, w świecie drobnych przestępców, bójek i nieustannego poniżania słabszych.

To właśnie takie doświadczenia dały mu coś, czego brakowało bardziej wyrafinowanym elitom rosyjskich służb specjalnych lat dziewięćdziesiątych — instynktowne wyczucie najciemniejszych zakamarków sowieckiej mentalności, umiejętność odwoływania się do poczucia krzywdy, frustracji i imperialnej nostalgii, które wciąż są silnie obecne w rosyjskim społeczeństwie.

Jego polityczni opiekunowie potrafili wykorzystać ten dar. Nie byli jednak w stanie przewidzieć drugiej cechy, która okazała się równie cenna.

Przez ponad dwadzieścia lat Putin rozgrywał zachodnich przywódców niczym dobrze znane postacie ze swojego dzieciństwa — bogatych, pewnych siebie chłopców z dobrych domów, przekonanych, że są sprytniejsi od ulicznego łobuziaka. Cierpliwie nimi manipulował, czekał, aż sami odejdą ze sceny politycznej, i ostatecznie przeżył ich wszystkich. To właśnie ta umiejętność uczyniła go niezwykle wartościowym dla systemu.

(...)

W ostatnich miesiącach wyraźnie zmienił się ton rosyjskich blogerów wojennych określanych symbolem "Z", a także korespondentów frontowych publikujących w serwisie Telegram i śledzonych przez setki tysięcy odbiorców. Coraz rzadziej wychwalają oni Najwyższego Głównodowodzącego. Zamiast tego coraz częściej atakują anonimowe "władze", zarzucając im niezdecydowanie i tchórzostwo. Domagają się uderzeń na "ośrodki podejmowania decyzji" w Europie, a podczas swoich programów i transmisji odczytują długie listy potencjalnych celów: węzły logistyczne w Polsce, zakłady zbrojeniowe w krajach skandynawskich czy centra dowodzenia w państwach bałtyckich.

Ten sposób myślenia przestał już być domeną internetowych propagandystów. Powtarzają go również osoby uchodzące za przedstawicieli bardziej "poważnych" kręgów rosyjskiej elity. Siergiej Karaganow, jeden z czołowych ideologów Kremla, pisał spokojnym tonem o potrzebie przeprowadzenia "ograniczonych uderzeń nuklearnych" na Europę, które miałyby złamać wolę Zachodu. Z kolei Władimir Sołowjow niemal co wieczór wymienia w swoim programie europejskie stolice, opowiadając o ich zniszczeniu i starciu z mapy.

Do rosyjskiej opinii publicznej trafiają jednocześnie dwa przekazy.

Po pierwsze: prawdziwych wrogów należy zaatakować bez wahania.

Po drugie: ktoś na szczytach władzy jest zbyt słaby, by wydać taki rozkaz.

Pierwszy scenariusz zakłada, że Putin ulegnie naciskom własnego propagandowego chóru i rzeczywiście nakaże przeprowadzenie uderzeń na logistykę lub infrastrukturę wojskową NATO. Poważny atak tego rodzaju wystawiłby na próbę artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego, mógłby podzielić zachodnie stolice i prawdopodobnie spowolnić dostawy uzbrojenia dla Kijowa. Putin doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Równie dobrze wie jednak, co nastąpi później — otwarta wojna z NATO i bardzo szybki koniec jego politycznej, a być może również osobistej przyszłości. Nie jest samobójcą. Tego przycisku nie naciśnie.

Znacznie bardziej prawdopodobny jest drugi wariant. W nim sama korporacja czekistów odpowiada sobie na pytanie, które coraz wyraźniej zawisa w powietrzu. Tej wojny nie da się wygrać z obecnym przywódcą.

onet.pl\Kyiv Post

piątek, 26 czerwca 2026



Porozumienie daje Iranowi szansę osiągnąć cele w ostatnich dekadach niedosięgłe, m.in.: zażegnać konflikt z USA, doprowadzić do zniesienia wszelkich sankcji, zasilić gospodarkę finansowo, wreszcie zaś – budować dominację w regionie Bliskiego Wschodu poprzez uzyskanie faktycznej kontroli nad cieśniną Ormuz, zabezpieczenie pozycji Hezbollahu i swój awans do roli uznanego gwaranta porządku w Libanie kosztem Izraela. Kwestia nuklearna nadal jest przedmiotem negocjacji, przy czym Iran w ostatniej wojnie potwierdził swój potencjał odstraszania. Memorandum nie odnosi się natomiast – co stanowiło żelazne punkty agendy przez dekady i u progu ostatniej wojny – do programu balistycznego Iranu i jego wsparcia dla swoich proxies działających na Bliskim Wschodzie (a szerzej do oskarżeń o sponsorowanie przez Iran terroryzmu) czy kwestii demokratyzacji irańskiego systemu politycznego. Zawarcie pokoju na bazie porozumienia w obecnym kształcie byłoby zatem strategicznym sukcesem Teheranu.

Z perspektywy USA realizacja porozumienia pozwoliłaby zażegnać kryzys w wymiarze gospodarczym (odblokowanie Ormuzu), co ma szczególne znaczenie w związku z jesiennymi wyborami połówkowymi do Kongresu. Rozwiązanie kwestii irańskiego programu nuklearnego zlikwidowałoby problem istotnie definiujący i obciążający politykę Waszyngtonu. Normalizacja w tym obszarze hipotetycznie pozwalałaby uzyskać gospodarcze instrumenty nacisku na Iran oraz znacząco zmniejszyć ryzyko wybuchu kolejnych konfliktów zbrojnych w regionie angażujących USA. I choć porozumienie w zarysowanych przez memorandum ramach świadczyłoby o znaczącym spadku ambicji i pozycji Stanów Zjednoczonych na Bliskim Wschodzie, to zarazem mogłoby być przedstawione jako umiarkowany sukces administracji oraz otwierałoby nowy rozdział w amerykańskiej aktywności w regionie.

Realizacja porozumienia pozostaje jednak dalece niepewna. Do najważniejszych problemów należą:
  • Głęboka wzajemna nieufność. Negocjacje są ryzykowne dla obu stron, dlatego dystansują się od nich zarówno przywódca Iranu Modżtaba Chamenei (choć toczą się one za jego zgodą), jak i prezydent USA (odpowiedzialność za nie ponosi Vance). Obie strony, m.in. Trump, jak również czołowi dowódcy Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (otwarcie i mimo trwających negocjacji), deklarują gotowość powrotu do działań zbrojnych i faktycznie są do nich przygotowani. Nieufność strony irańskiej podsycają negatywne doświadczenia z przeszłości, m.in. jednostronne wycofanie się USA z porozumienia nuklearnego w 2018 r. (tzw. JCPOA) czy operacja wojskowa Izraela i USA w czerwcu 2025 r. (tzw. wojna dwunastodniowa), którą wszczęto w trakcie pozytywnie ocenianych negocjacji. Maksymalizm żądań i ostra strategia negocjacyjna obu stron w uzgadnianiu poszczególnych warunków porozumienia potencjalnie utrudniają osiągnięcie kompromisu. Dotyczy to m.in. realnego udrożnienia i bezpieczeństwa cieśniny Ormuz, opłat za przechodzenie przez nią, odmrażania irańskich środków, a szerzej – szczegółów projektowanego międzynarodowego funduszu na odbudowę Iranu i zarządzania nim. Drażliwym tematem pozostaje program nuklearny (jego przyszłość, a doraźnie m.in. kwestia nadzoru międzynarodowego).
  • Kwestia Libanu i – szerzej – Izraela. Stroną porozumienia, które ma zakończyć konflikt, nie jest Izrael – główny i najbardziej nieprzejednany oponent Iranu oraz inicjator i podmiotowy uczestnik działań wojennych w latach 2026 i 2025. Jednocześnie – pod naciskiem Teheranu – strony zobowiązały się do zakończenia walk w Libanie i wycofania sił izraelskich z tego państwa. Dla Izraela jakiekolwiek porozumienie z Iranem, a tym bardziej rezygnacja z walki z Hezbollahem są nie do przyjęcia, co władze w Jerozolimie otwarcie komunikują. Operacje izraelskie w Libanie wciąż trwają z różną intensywnością. Możliwości wymuszenia przez USA rezygnacji z nich są ograniczone (choć zdarzały się w odległej przeszłości), a narzucenie Izraelowi radykalnej zmiany jego strategii polityki obronnej jest w zasadzie niewykonalne. W kontekście wewnątrzamerykańskim proizraelskie i antyirańskie środowiska przeciwne porozumieniu z Iranem pozostają nadal bardzo wpływowym czynnikiem politycznym – posiadają wpływy m.in. w Kongresie, a ich postawa będzie miała przełożenie na zbliżającą się kampanię wyborczą.
Funkcjonujące od 8 kwietnia zawieszenie broni, przyjęte memorandum oraz dalsze negocjacje świadczą o tym, że zarówno Waszyngton, jak i Teheran nie chcą powrotu do ryzykownego i kosztownego konfliktu zbrojnego. Trwające rozmowy wydają się najpoważniejszą z dotychczasowych próbą politycznego – i całościowego – rozwiązania problemu między oboma państwami. Należy się spodziewać, że bezpośredni negocjatorzy (Vance i Ghalibaf, a szerzej – administracja Trumpa oraz irański prezydent i rząd) są tym osobiście zainteresowani. 

osw.waw.pl


"Wspólnie z gubernatorem Sewastopola Michaiłem Władimirowiczem Razwożajewem podjęto decyzję o podpisaniu dekretów o ogłoszeniu regionalnego stanu wyjątkowego w Republice Krymu i Sewastopolu" - przekazał szef Republiki Krymu, polityk partii Jedna Rosja Siergiej Aksionow. Jak dodał, "decyzja ta została podjęta przede wszystkim w celu rozwiązania problemów gospodarczych".

"Status prawny stanu wyjątkowego pozwala na jak najszybsze rozwiązanie problemów związanych ze stabilnym funkcjonowaniem wszystkich sektorów mających wpływ na warunki życia ludności" - zaznaczył. Bliźniaczy komunikat opublikował w piątek po godz.12 rosyjski gubernator Sewastopola. 

Na początku tego tygodnia rosyjski szef Republiki Krymu w związku z niedoborami paliwa i ukraińskimi atakami dronów zawiesił do 1 września "rezerwację miejsc, przyjmowanie i zakwaterowanie dzieci (grup dzieci) w placówkach rekreacyjno-zdrowotnych" i "w innych obiektach noclegowych".

Z kolei w środę gubernator okupowanego przez Rosję Sewastopola Michaił Razwożajew informował, że w wyniku nocnego zmasowanego ataku dronów na infrastrukturę energetyczną miasto zostało całkowicie pozbawione dostaw energii elektrycznej. W nocy z wtorku na środę na Krymie słychać było silne eksplozje. Głównym celem miała być bałakławska elektrownia w Sewastopolu, jedna z kluczowych na Krymie.

Wieczorem we wtorek doradca szefa władz anektowanego Krymu Oleg Kriuczkow ogłosił "prewencyjne" wprowadzenie harmonogramu rotacyjnych wyłączeń prądu na półwyspie.

(...)

Pod koniec ubiegłego tygodnia szef Republiki Krymu ogłosił wstrzymanie sprzedaży paliw dla cywilnych odbiorców. Ograniczenia miały związek z atakami ukraińskich dronów na infrastrukturę paliwową na Półwyspie Krymskim oraz w Kraju Krasnodarskim. W wyniku tych uderzeń doszło do pożaru w terminalu paliwowym w porcie w Kerczu oraz porcie "Kaukaz" w Kraju Krasnodarskim, drugim najważniejszym po Noworosyjsku porcie w regionie Morza Azowskiego. 

gazeta.pl
 
 
 
Na przełomie wieków sytuacja demograficzna państw zachodnich była znacznie gorsza od sytuacji państw aspirujących. Wówczas, mimo przewagi technologicznej, ekonomicznej i militarnej, mogliśmy zakładać, że w drugiej połowie stulecia nastąpi zmierzch ery Zachodu. Dziś, założenia te okazały się błędne.

W nowe tysiąclecie kolektywny Zachód wchodził mając niekwestionowaną przewagę w prawie każdym aspekcie życia gospodarczego i technologicznego, z jednym wyjątkiem: demografii. Państwa aspirujące wskazywały na tą słabość Zachodu, bowiem zarówno kraje Azji Wschodniej jak i obszaru MENA czy Azji Południowej mogły liczyć na to, że długofalowo to właśnie demografia zniweluje jego przewagę. Okazało się, że to błąd.

Na przestrzeni ostatniej dekady doszło do całkowitego przetasowania demograficznego na świecie, nie wynikającego ze wzrostu dzietności na Zachodzie, ale z załamania demograficznego państw aspirujących. Jeszcze na początku XXI wieku Europa była uważana za kontynent bez dzieci, ze skrajnie niskim poziomem dzietności, USA było na granicy poziomu zastępowalności pokoleń, a jednocześnie państwa aspirujące miały dzietność powyżej dwojga dzieci (z wyłączeniem Chin, które były jednak przekonane, że są w stanie szybko podnieść jej poziom).

Obecnie wśród największych gospodarek świata oraz państw aspirujących: 
  • Chiny mają poziom dzietności na poziomie 71% dzietności UE oraz 66% dzietności USA
  • Japonia ma poziom dzietności na poziomie 78% dzietności UE oraz 73% dzietności USA
  • Korea Południowa ma poziom dzietności na poziomie 57% UE oraz 53% USA
  • Turcja ma poziom dzietności porównywalny z unijnym oraz niewiele niższy niż USA, natomiast poziom ten bardzo szybko spada
  • Rosja ma poziom dzietności niewiele niższy od unijnego oraz USA
  • Iran prawdopodobnie ma poziom dzietności niższy niż UE i USA
  • Brazylia ma poziom dzietności niewiele wyższy niż UE i zbliżony do USA
  • Jedynie Indonezja i Indie mają przewagę nad państwami Zachodu, jednak w obu przypadkach z roku na rok przewaga ta topnieje
Powyższe dane pokazują, że procesy cywilizacyjne, które spowodowały spadek dzietności w państwach zachodnich, dotarły zarówno do ich konkurentów jak i jawnych wrogów. 

Zachód posiada natomiast trzy kluczowe przewagi nad swoimi potencjalnymi konkurentami.

Pierwszą z nich są pieniądze. Starzenie się społeczeństwa dotknęło państwa zachodnie, gdy były one bardzo bogate. Dzięki temu stać je było na inwestycje w politykę prorodzinną i utrzymanie poziomu dzietności na stałym (choć niskim) poziomie. Przykładowo, poziom dzietności UE w roku 2001 i 2022 był praktycznie ten sam, natomiast w USA spadł znacznie mniej (zarówno w ujęciu procentowym jak i nominalnym) niż w większości państw aspirujących. Dodatkowo zasoby ekonomiczne pozwalają na wzrost produktywności oraz robotyzację gospodarki, co w pewnym stopniu amortyzuje wpływ negatywnych procesów demograficznych. Natomiast państwa aspirujące zestarzeją się, zanim staną się bogate (nie dotyczy to Japonii i Korei Południowej); nie posiadają więc niezbędnych środków finansowych do jednoczesnego prowadzenia polityki wsparcia dzietności oraz wzrostu innowacyjności w gospodarce.

Drugą sprawą natomiast jest kwestia migracji. Państwa zachodnie odnotowują dodatnie saldo migracji, natomiast większość państw aspirujących odnotowuje saldo ujemne. Dodatkowo znaczna część imigrantów przyjeżdżających do państw Zachodu pochodzi właśnie z państw aspirujących. Oczywiście migracja ma też negatywne strony, szczególnie gdy jest prowadzona w sposób niekontrolowany. Jest jednak pozytywna migracja, przyciągająca ludzi pracowitych czy posiadających konkretne umiejętności; Zachód przyciąga znaczącą większość takich migrantów, nawet specjalistów w dziedzinie AI emigrujących z Iranu do… Europy. Jest to kolejny element polityki przetrwania do momentu (teoretycznego) wzrostu poziomu dzietności, na który nie mogą sobie pozwolić państwa aspirujące.

ukladsil.pl

Dla mnie podniesienie cen przez Microsoft i Apple z powodu drożejących półprzewodników to kanarek w kopalni. Ale nie dla Wall Street. Sesja z małymi spadkami. Na Nasdaq Composite formacja RGR jest w pełni uformowana, ale nie potwierdzona. 

/Formacja głowy i ramion należy do klasyki analizy technicznej i jest jedną z podstawowych struktur cenowych odwracających trend wzrostowy. Ta struktura cenowa składa się z trzech maksimów ukształtowanych na szczycie trendu wzrostowego.  Lewy szczyt (lewe ramię) i prawy szczyt (prawe ramię) są ukształtowane na nieco niższym poziomie niż środkowe maksimum ceny (głowa). - edukacjagieldowa.pl/

Na S&P 500 i Nasdaq 100 jest widoczna, ale nie udało się pokonać linii szyi. Jeśli się uda to będzie (wg analizy technicznej) zapowiedź dużych spadków, ale…  załamanie takiej formacji jest mocnym sygnałem kupna. Czekamy na przyszły tydzień (w USA tylko czterodniowy).

x.com/P_W_Kuczynski

czwartek, 25 czerwca 2026


Ministerstwo Obrony Rosji (MON) kontynuowało 25 czerwca swój niedawny schemat publikowania hiperszczegółowych, sfałszowanych raportów na temat zdobyczy Rosji w Kostyantyniwce w celu wywyższenia rosyjskich sukcesów. Kremlowski serwis informacyjny TASS opublikował także 25 czerwca wywiad z zastępcą dowódcy rosyjskiego 1. batalionu 1194. pułku strzelców zmotoryzowanych (4. Oddzielna Brygada Strzelców Zmotoryzowanych, 3. Armia Połączonej Armii [CAA], dawniej 2. Korpus Armii Ługańskiej Republiki Ludowej [LNR AC], Południowy Okręg Wojskowy [SMD]) opisujący rzekome postępy w Kostyantyniwce. Te ciągłe twierdzenia stanowią część wysiłków Kremla w zakresie wojny poznawczej, mających na celu wyolbrzymienie rosyjskiego postępu na całej linii frontu, wbrew wszelkim dostępnym dowodom.

Siły rosyjskie coraz częściej używają bomb szybujących w rejonie taktycznym Kostyantyniwka-Drużkiwka. Ukraińska brygada działająca w tym rejonie poinformowała 24 czerwca, że w zeszłym miesiącu siły rosyjskie zintensyfikowały ataki bombami szybującymi na Drużkiwkę. Rosyjski milbloger opublikował 24 czerwca materiał filmowy, który rzekomo przedstawia siły rosyjskie przeprowadzające ataki bombami szybującymi z przewodnikiem FAB-1500 i FAB-250 na pozycje ukraińskie w pobliżu Bilenke (na północ od Drużkiwki).


(...)


Rzecznik Ukraińskich Południowych Sił Obronnych, pułkownik Władysław Wołoszyn, oświadczył 25 czerwca, że siły rosyjskie nieznacznie ograniczyły ataki naziemne w kierunku Hulajpola, ponieważ siły rosyjskie przegrupowują siły i gromadzą personel w celu wznowienia ataków w sąsiednich kierunkach Ołeksandriwka i Orichów. Wołoszyn stwierdził, że siły rosyjskie zintensyfikowały ataki dronów i artylerii w kierunku Hulajpola, przeprowadzając dziennie około 100 do 120 ataków bombami szybującymi z przewodnikiem w porównaniu z poprzednią intensywnością 20 do 30 nalotów dziennie.

understandingwar.org


Referendum było celem. Afera miała dowieźć emocje.

SOR ma już własną stronę i próg 132.290 podpisów pod odwołanie Trzaskowskiego. To nie przypadek. To zaplecze pod zbiórkę.

Najpierw Zero - „salonik VIP”, Kacprzyk, „lekarz-milioner”, KO, kolejka dla swoich. Potem 23 czerwca dr Emil Jędrzejewski: „tam giną ludzie, bo ktoś się uczy”.

Dalej poszło jak zawsze.
Stanowski grzeje rozmowę. Słowik chce zabezpieczać dokumenty „na grubo”. Kataryna chce plombować gabinety. Wittenberg podbija wagę słów. Wypartowicz robi z tego sprawę „tak grubą, że trudno uwierzyć”. Nisztor pyta, czy Kacprzyk jest jeszcze w Polsce. Rybicki odpala „najbardziej szokujące 2 minuty”. Żygadło dopisuje, że VIP room to pryszcz. Czarnecki z „Tak dla CPK” niesie dalej historię o zgonie w łazience. Bartkowiak woła o służby.

Potem portale: wPolityce, Republika, NCzas, Niezależna. Cytują X, X cytuje portale, prawica udaje lawinę, choć to ciągle ten sam obieg.

Potem politycy: Morawiecki z laptopem, Sasin z „Łowcami Skór”, Gliński z dymisjami, Paczuska ze Smoleńskiem, Skwarek z pakowaniem Tuska, Kierwińskiego i Trzaskowskiego, Müller z „największym skandalem medycznym”, Kaczyński z komisją, Bosak z „zamkniętym układem”.

A na końcu wyskakuje SOR.
Stołeczna Operacja Referendalna. Maciej Wilk. „Tak dla CPK”. Referendum przeciw Trzaskowskiemu.

I nagle wszystko się składa.
Ten sam numer był już przy CPK, Ukrainie, migrantach i szczepieniach: bierzesz realny problem, dokręcasz emocje, wpuszczasz duże konta, podajesz portalom, domykasz politykiem, a potem sprzedajesz ludziom gotową akcję jako „oddolny gniew”.

Nie zdążyli ustalić pełnych faktów, sprawdzić dokumentów ani oddzielić zarzutów od dowodów.
Ale zdążyli zrobić winnego, hasło, komisję i referendum.
Pacjent był jeszcze bez odpowiedzi, ale Trzaskowski już był na plakacie.

To nie był wybuch oburzenia.
To był start kampanii.

x.com/kon_klu_zja


Pierwszym i najważniejszym buforem, który zamortyzował uderzenie, były gigantyczne zapasy surowca zgromadzone przed wybuchem konfliktu. Świat wszedł w ten trudny okres dysponując rezerwami użytecznej ropy przekraczającymi 400 milionów baryłek. To właśnie te zapasy pozwoliły na płynne zaspokajanie bieżących potrzeb rafinerii w pierwszych, najbardziej nerwowych tygodniach kryzysu.

Dodatkowo Międzynarodowa Agencja Energetyczna podjęła bezprecedensową decyzję o uwolnieniu setek milionów baryłek ze strategicznych rezerw naftowych, co stanowiło jasny sygnał dla rynków, że podaż będzie sztucznie podtrzymywana.

Nie bez znaczenia były również decyzje polityczne, w tym zniesienie części sankcji nałożonych wcześniej na innych dużych producentów, co pozwoliło na wprowadzenie na rynek dodatkowych wolumenów surowca.

Ponadto, jak zauważają eksperci rynkowi, blokada szlaków handlowych nie okazała się całkowicie szczelna. Część transportów nadal opuszczała zagrożony region, wykorzystując alternatywne metody nawigacji i wyłączając systemy identyfikacji, co pozwalało na utrzymanie minimalnego, ale niezwykle ważnego strumienia dostaw. Jednocześnie inni globalni gracze, tacy jak Brazylia czy Wenezuela, niespodziewanie szybko zwiększyli swoje wydobycie. Stany Zjednoczone, choć nie zwiększyły drastycznie własnej produkcji, przejęły rolę dostawcy ostatniej szansy, pomagając w zażegnaniu kryzysów paliwowych w Europie i Australii.

Jednak to strona popytowa odegrała kluczową rolę w stabilizacji cen. Konsumpcja ropy spadła znacznie mocniej, niż ktokolwiek zakładał. Głównym czynnikiem była tu transformacja energetyczna i decyzje gospodarcze podejmowane w Azji. Chiny, dysponując ogromnymi zapasami, w obliczu rosnących cen ropy masowo przestawiły swoje elektrownie na węgiel.

Dodatkowo, trwająca tam rewolucja w sektorze samochodów elektrycznych trwale zmniejszyła dzienne zapotrzebowanie na paliwa tradycyjne. To właśnie to zjawisko, nazywane przez ekonomistów destrukcją popytu, uchroniło światowe zapasy przed całkowitym wyczerpaniem i zapobiegło drastycznym skokom cen na stacjach paliw.

money.pl


👁️ Data House Res Futura 💾 ID raportu: Tranton_5 || 📡 Data support: sentione.com
🔐 Dostęp: 🟢 Free

📅 Okres danych: 25.06.2026
Zasięg w sieci: 1 MLN
🤖 Bot Spot: ok. 4% – dyskurs wokół zwrotu orderu przez Kaczyńskiego wykazuje nieznaczne sygnały skoordynowanej aktywności wspierającej narracje antyukraińskie.

CZĘŚĆ 1 – BRIEF NARRACYJNY

Order Księcia Jarosława Mądrego stał się jednym z tematów dnia. Prezes PiS ogłosił na konferencji prasowej, że zwróci przyznane mu w 2022 roku ukraińskie odznaczenie – jako akt lojalności wobec prezydenta Nawrockiego i wyraz stosunku do elit ukraińskich. Decyzja natychmiast wchłonęła przestrzeń medialną, szczególnie ironicznie – bo zbiegła się co do godziny z Forum Odbudowy Ukrainy w Gdańsku, gdzie Donald Tusk negocjował kontrakty dla polskich firm.

Dyskurs układa się w sposób jednoznaczny. Komentarze są przytłaczająco krytyczne wobec decyzji, ale ta krytyka płynie z dwóch różnych kierunków. Środowiska proukraińskie i liberalne atakują przez pryzmat obłudy – Kaczyński, który jako premier krzyczał „Sława Ukrainie” na Majdanie, przyznawał odznaczenia i otwierał granice, teraz oddaje medal, bo sondaże wskazują na wyżeranie się elektoratu na korzyść Brauna i Mentzena. Środowiska nacjonalistyczne i antyukraińskie są z kolei niezadowolone z całkowicie przeciwnego powodu – gest jest ich zdaniem zbyt mały, spóźniony o lata i niewystarczający bez twardych działań dyplomatycznych. Narracja pozytywna – Kaczyński jako obrona polskiej godności – istnieje, ale jest wyraźnie mniejszościowa i skupiona w środowiskach prawicowych oraz wśród wiernych zwolenników prezesa.

Kaczyński jako obrońca polskiej godności wobec Ukrainy: ✅ 20% [szacunkowe] / Kaczyński jako kalkulator wyborczy destabilizujący relacje polsko-ukraińskie: ❌ 80% [szacunkowe]

Na osiach oceny obraz jest przejrzysty: 20% [szacunkowe] popiera gest jako uprawnioną odpowiedź na ukraińską politykę historyczną, 80% [szacunkowe] traktuje go jako kalkulację wyborczą. Każda strona konsensus buduje z innego materiału. Zwolennicy pierwszej tezy argumentują, że Ukraina gloryfikuje sprawców zbrodni wołyńskiej, a bierność polskich polityków wobec upamiętniania UPA narusza godność ofiar. Strona druga wskazuje na wewnętrzną sprzeczność: Kaczyński sam przyznawał Ukrainie wsparcie i odznaczenia jako premier, więc obecna decyzja jest instrumentalną zagrywką sondażową, nie wyrazem przekonań.

Narracyjnie wygrywa obóz opozycji liberalnej i proukraińskiej – ale nie przez siłę własnego przekazu, lecz przez skuteczne torpedowanie wiarygodności PiS. Archiwum nagrań z Majdanu i kijowskich wizyt Kaczyńskiego krąży po Twitterze i ustawia dominującą interpretację gestu jako teatr. To rzadki układ, w którym wygrywający nie buduje nic nowego – jedynie skutecznie blokuje próby odbudowy narracji przez przeciwnika.

CZĘŚĆ 2 – ANALIZA NARRACYJNA

🗺️ Mapa narracji – fazy i wektory

Pole rozkłada się na pięć narracji, a kluczem interpretacyjnym jest to, że dwie z nich są jednocześnie krytyczne wobec Kaczyńskiego, ale z absolutnie różnych pozycji – co czyni budowanie spójnej obrony przez PiS praktycznie niemożliwym.

Największa nośność, 21% [szacunkowe], to narracja obłudy PiS i kalkulacji wyborczej – faza: plateau. Niosą ją przede wszystkim dziennikarze i komentatorzy o liberalnym profilu, posiadający archiwalne nagrania Kaczyńskiego z Majdanu i kijowskich wizyt. Narracja osiągnęła nasycenie w ciągu kilku godzin – dalszy potencjał wzrostu jest ograniczony, ale pozycja ugruntowana. Jądro argumentu brzmi: człowiek, który krzyczał „Sława Ukrainie” w Kijowie, nie może teraz budować wizerunku obrońcy polskiej godności.

Druga narracja, 13% [szacunkowe], to konieczność obrony polskiej pamięci historycznej – faza: eskalacja. Pochodzi ze środowisk prawicowych i nacjonalistycznych – TV Republika, media katolickie, część elektoratu sympatyzującego z Konfederacją. Idzie ku legitymizacji coraz ostrzejszych żądań wobec Ukrainy: wyznania win za Wołyń, blokowania akcesji do UE, twarde warunki partnerstwa. Pojawia się w niej spójny zestaw argumentów o merze Lwowa jako „banderowcu”, o sprawie Control Process i o gloryfikacji Bandery w ukraińskiej przestrzeni publicznej – co może wskazywać na pewien stopień koordynacji przekazu.

Trzecia narracja, 9% [szacunkowe], to ostrzeżenie przed eskalacją stosunków polsko-ukraińskich – również faza: eskalacja. Niosą ją osoby o profilu proeuropejskim i proukraińskim, często komentujące pod postami TVN24, Onetu czy Polsat News. Jej logika jest prosta: Polska i Ukraina potrzebują siebie nawzajem, wzajemne rzucanie orderami w czasie trwającej rosyjskiej agresji osłabia obydwa kraje. Narracja jest organiczna i nie wykazuje cech koordynacji – to autentyczny niepokój, nie kampania.

Czwarta narracja, 8% [szacunkowe], to ironia i drwina z symbolicznej polityki – faza: plateau. Ona jedyna jest całkowicie apolityczna. Dominuje na Twitterze i karmi się w głównej mierze zestawieniem nazwy orderu – „Jarosław Mądry” – z wizerunkiem prezesa. Nie prowadzi donikąd w sensie politycznym, ale rozbraja napięcie i skutecznie deprecjonuje powagę gestu.

Piąta narracja, 5% [szacunkowe], to sugestia, że Kaczyński działa na rzecz rosyjskich interesów – faza: kiełkowanie. Pojawia się marginalnie wśród komentatorów proukraińskich, często posługujących się określeniem „ruska onuca”. Jest zbyt radykalna, by trafić do mediów referencyjnych, ale może długofalowo rezonować w określonych bąbelkach.

⚡ Epicentra i amplifikatory

Narracja obłudy PiS ma precyzyjne epicentrum: to dziennikarze i publicyści związani z mediami liberalnymi, którzy jako pierwsi wyciągnęli archiwalne nagrania i ustawili dominującą interpretację gestu. Amplifikatorami byli politycy koalicji rządzącej – Dariusz Joński z KO i Jakub Stefaniak z PSL – oraz szerokie grono użytkowników Twittera bez szczególnej afiliacji medialnej, którzy rozsyłali materiały archiwalne dalej.

Narracja historyczna ma inne epicentrum: to konferencja prasowa samego Kaczyńskiego, na której padły słowa o merze Lwowa jako „banderowcu” i niepłacącej polskiej firmie – uzupełnione przez środowisko TV Republiki i mediów prawicowych, które nadały tym słowom kontekst i ramy. Amplifikatorami byli zwolennicy prezesa na Facebooku oraz konta nacjonalistyczne na Twitterze.

Narracja ostrzeżenia przed eskalacją nie ma jednego epicentrum – wyrasta organicznie ze środowisk proeuropejskich komentujących na profilach mediów ogólnopolskich. Jej amplifikatorami byli komentatorzy i dziennikarze wskazujący na zbieżność konferencji prasowej Kaczyńskiego z Forum Odbudowy Ukrainy w Gdańsku – co nadało narracji dodatkowy wymiar: nie tylko eskalacja, ale i sabotaż dyplomatyczny.

🔓 Podatność kontrnarracyjna

Narracja obłudy PiS jest nisko podatna na kontrnarrację. Opiera się na materialnych dowodach – archiwach zdjęć, nagrań i głosowań parlamentarnych – których PiS nie może skutecznie zanegować. Jedynym możliwym kontrargumentem byłoby uznanie, że decyzja wynika z autentycznej ewolucji poglądów, a nie z sondaży, ale żaden wiarygodny nośnik nie jest w stanie tego również uwiarygodnić. PiS mógłby wskazywać na analogiczne kalkulacje wyborcze KO, ale nie dysponuje teraz infrastrukturą medialną pozwalającą ten argument przebić przez szum.

Narracja historyczna jest średnio podatna. Ma wyraźną lukę: przez osiem lat rządów PiS nie podjął żadnych systemowych działań w kwestii wołyńskiej, a teraz serwuje gest symboliczny. Każdy aktor z autorytetem historycznym lub prawnym może skutecznie pokazać, że polityka historyczna wymaga więcej niż zwrotu odznaczenia – a to okno jest otwarte dla środowisk akademickich i organizacji kombatanckich.

Narracja ostrzeżenia przed eskalacją jest wysoko podatna. Jej luka polega na tym, że automatycznie zakłada, iż każdy gest symboliczny wobec Ukrainy jest eskalacją – co można kwestionować przez narrację symetrii: skoro strona ukraińska odesłała własne odznaczenia, odpowiedź Kaczyńskiego jest po prostu wzajemnością. PiS tego okna dotąd nie zagospodarowało.

🧠 Dominujące emocje w dyskursie

Ironia i kpina (29% [szacunkowe]) to dominująca tonacja dyskursu, niezależna od opcji politycznej. Paliwem jest zestawienie nazwy orderu – „Jarosław Mądry” – z wizerunkiem prezesa, co generuje nieskończony strumień żartów na Twitterze. Ironia ma szczególną właściwość: rozbraja napięcie, ale jednocześnie deprecjonuje powagę samego sporu historycznego – co może być niekorzystne dla środowisk, które chciałyby ten spór traktować poważnie.

Gniew (23% [szacunkowe]) występuje w dwóch wariantach, które nie mają ze sobą wiele wspólnego. Gniew proukraiński uderza w Kaczyńskiego za destabilizację relacji dyplomatycznych; gniew antyukraiński uderza w ukraińskie elity za nieuznawanie win wołyńskich i nieuregulowane długi wobec polskich firm – sprawę Control Process wymienia się wielokrotnie. Paliwem drugiego wariantu jest konkretna, weryfikowalna historia: Lwów zerwał kontrakt z polską firmą przy 95-procentowym zaawansowaniu inwestycji i nie wypłacił należności pomimo przegranego arbitrażu.

Cynizm i zmęczenie polityczne (9% [szacunkowe]) wyraża przekonanie, że cała sprawa jest teatrem politycznym bez rzeczywistego znaczenia. Paliwem jest kumulacja symbolicznych sporów bez przełożenia na działania systemowe. Ta emocja mobilizuje do bierności – i to stanowi ryzyko demobilizacyjne dla każdego obozu liczącego na aktywizację elektoratu przez tematy wschodnie.

Satysfakcja i zadowolenie (6% [szacunkowe]) to emocja mniejszościowa, wyrażana głównie przez zwolenników Kaczyńskiego na Facebooku i profilach TV Republiki. Krótkie „brawo” lub „nareszcie” – bez rozbudowanej argumentacji. Paliwem jest poczucie sprawczości po długim czasie opozycji.

Niepokój i obawy (4% [szacunkowe]) to emocja marginalna, ale strategicznie istotna. Występuje u osób, które rozumieją, że symbole mają realne konsekwencje dyplomatyczne. Paliwem jest świadomość, że Polska i Ukraina potrzebują sojuszu w warunkach rosyjskiej agresji. Ta emocja jest podatna na wzmocnienie przez aktorów zewnętrznych podsycających katastroficzne scenariusze.

🎯 Oczekiwania społeczne i okna operacyjne

Żądanie konsekwencji i symetrii (8% [szacunkowe]) – okno: kilka dni. Część komentujących oczekuje, że zwrot orderu musi mieć następstwo w konkretnych działaniach – blokowanie akcesji Ukrainy do UE, wstrzymanie pomocy, mechanizmy warunkowości. Kierują to oczekiwanie do PiS jako ugrupowania opozycyjnego. Okno jest krótkie: jeśli w ciągu kilku dni nie pojawią się twarde zapowiedzi, gest Kaczyńskiego zamieni się w symbol bez pokrycia i ugruntuje narracje o kalkulacji wyborczej.

Oczekiwanie przeprosin Ukrainy za Wołyń (6% [szacunkowe]) – okno: kilka tygodni. Środowiska prawicowe i nacjonalistyczne formułują konkretne warunki: oficjalne przyznanie się do winy, przeprosiny za rzeź wołyńską, ekshumacje ofiar. Okno jest dłuższe i reaktywowane przez każde kolejne napięcie w relacjach polsko-ukraińskich. Niezaspokojenie tego oczekiwania będzie systematycznie zasilać narracje o „banderyzmie elit ukraińskich” i stwarzać podatny grunt dla radykalizacji.

Oczekiwanie powrotu do rozsądnej polityki wobec Ukrainy (4% [szacunkowe]) – okno: bez horyzontu. Środowiska proukraińskie i proeuropejskie chcą deeskalacji i powrotu do współpracy, adresując to oczekiwanie do wszystkich polskich polityków – Nawrockiego, PiS i rządu Tuska. Brak wyraźnego terminu oznacza, że narracja eskalacyjna może osiągnąć nieodwracalność bezszelestnie, bez żadnego konkretnego momentu przełomowego.

📌 Wnioski analityczne

Konferencja prasowa Kaczyńskiego była testem zdolności PiS do torpedowania dyplomatycznych sukcesów rządu narzędziami narracyjnymi. Zbieżność z Konferencją Odbudowy Ukrainy w Gdańsku nie mogła być przypadkowa – kilku komentatorów to wprost nazwało, a fakt, że wzmianki o Kaczyńskim w ciągu godziny wchłonęły część przestrzeni medialnej, świadczy o skuteczności zabiegu. Jeśli schemat będzie się powtarzać przy kolejnych wydarzeniach dyplomatycznych, warto monitorować korelacje między konferencjami prasowymi PiS a kluczowymi momentami agendy rządowej.

PiS konsekwentnie przesuwa się narracyjnie w stronę elektoratu Konfederacji i ugrupowań nacjonalistycznych. Zwrot orderu jest przez część komentujących wprost odczytywany jako rywalizacja Kaczyńskiego z Braunem o ten elektorat. Okno możliwości dla ugrupowań centrowych: wyraźne zdystansowanie się od tej narracji i zaoferowanie umiarkowanemu elektoratowi języka odpowiedzialności historycznej połączonej z pragmatyczną polityką proukraińską.

Sprawa Control Process to potencjalnie najgroźniejszy element tego dyskursu – nie dlatego, że jest głośna, ale dlatego, że jest weryfikowalna. Lwów zerwał kontrakt z polską firmą przy 95-procentowym zaawansowaniu prac i przegrał siedem postępowań arbitrażowych, nie płacąc. Ten konkretny fakt jest idealnym materiałem na trwałą narracyjną amunicję dla prawicy i będzie krążył w obiegu przez wiele miesięcy, jeśli sprawa nie zostanie uregulowana dyplomatycznie.

Polska traci pozycję adwokata Ukrainy w debacie o jej integracji z UE – i to ryzyko jest praktycznie niewidoczne w krajowym dyskursie. Symboliczne spory osłabiają siłę polskiego głosu w Brukseli w kwestii warunków akcesji Kijowa, przesuwając tę rolę ku innym stolicom europejskim. To jest gra, której stawki są o rząd wielkości większe niż jeden order.

resfutura.pl


Dokładnie to przewidywałem w czasie wojny irańskiej. Po pierwsze stworzenie nowej osi: Turcja-Pakistan-Arabia Saudyjska-Katar-Egipt, po drugie dogadywanie się tych państw z Iranem w kwestii regionalnego bezpieczeństwa.

x.com/WitoldRPL

środa, 24 czerwca 2026



Przedstawiciele rządu zdają sobie sprawę, że po decyzji Nawrockiego Zełenski musiał odwołać przyjazd do Polski. Ale jednocześnie zauważają, że zrobił wszystko, aby nie doprowadzić do odwołania konferencji — dlatego przysyła do Polski premier Ukrainy Julię Swyrydenko. — Ważne jest, aby relacje z Polską miały konstruktywny charakter. Dziękuję wszystkim, którzy przygotowali merytoryczne propozycje na spotkanie w Gdańsku — powiedział Zełenski po naradzie z panią premier.

Premier Tusk zapewnił, że jest w stałym kontakcie z Julią Swyrydenko. — Z mojego punktu widzenia oznacza to być może nawet sprawniejsze przeprowadzenie konferencji, bez niepotrzebnych napięć i traktuję to jako gest na rzecz deeskalacji napięcia — oznajmił Tusk.

W tej sytuacji ludzie Nawrockiego ruszyli do kolejnych ataków. "Zaproszenia na Konferencję do Gdańska były wspólnie podpisane przez premiera Tuska i prezydenta Zełenskiego. Obaj mieli więc być gospodarzami i przyjmować gości. Prezydent Ukrainy, mimo zaproszenia już gości, rezygnuje z udziału i wystawia tym samym premiera Tuska na pośmiewisko. Nie mam żadnej satysfakcji z tego, że Premier Rzeczypospolitej jest upokarzany na arenie międzynarodowej. W przypadku tego premiera nie jest to niestety pierwszy raz" — ogłosił w serwisie X Marcin Przydacz, minister Nawrockiego do spraw międzynarodowych.

Nasz rozmówca z rządu, ważny minister zaangażowany w kontakty z Ukrainą: - Zełenski podjął właściwą decyzję. Jego przyjazd budziłby ogromne emocje. Z drugiej strony ranga premiera jako szefa delegacji jest nie do podważenia. W Gdańsku podpiszemy naprawdę ważne umowy.

Według premiera chodzi o ok. 200 porozumień i umów, w tym wiele bezpośrednio polsko-ukraińskich dotyczących biznesu po zakończeniu wojny. Tusk szacuje, że gra toczy się o setki miliardów dolarów.

onet.pl
 

Obecnie Rada Współpracy Zatoki Perskiej (GCC) podzieliła się na dwie: jedną sojuszniczą z Ameryką, składającą się z krajów, które odwiedził sekretarz stanu Marco Rubio, a mianowicie Zjednoczone Emiraty Arabskie, Kuwejt i Bahrajn, oraz drugą, sojuszniczą z Iranem, składającą się z Arabii Saudyjskiej, Kataru lub Omanu, której Rubio nie odwiedził.

x.com/hahussain

wtorek, 23 czerwca 2026



Branża nowoczesnych technologii stanowi jeden z najważniejszych sektorów amerykańskiej gospodarki, firmy należące do tego sektora dominują na tamtejszej giełdzie, a biznesmeni z nimi związani należą do najbogatszych osób w USA. Rozwój tej branży ma ogromne znaczenie dla państwa: jego dalszego rozwoju gospodarczego czy zyskania przezeń przewagi nad geopolitycznymi rywalami, przede wszystkim Chinami. Zarazem jednak szybki rozwój takich technologii jak sztuczna inteligencja niesie za sobą poważne ryzyka, np. dla przyszłości rynku pracy czy cyberbezpieczeństwa. Ponadto pojawiają się obawy przed monopolistycznymi praktykami ze strony cyfrowych gigantów, jak również ich wpływem na konsumentów (np. w przypadku mediów społecznościowych) oraz na środowisko naturalne (w przypadku budowy potężnych centrów danych).

Państwo podejmuje więc próby regulacji branży technologicznej i określenia ram dla rozwoju kluczowych technologii. Wynikają stąd zagrożenia natury politycznej – firmy technologiczne mają bezpośredni interes w kształtowaniu sceny politycznej, co starają się robić poprzez lobbing oraz finansowe wspieranie poszczególnych polityków. Ze względu na skalę zasobów, jakimi dysponują, może to mieć istotny wpływ na funkcjonowanie amerykańskiej demokracji, zaś ambicje części prezesów wykraczają poza lobbing na rzecz przepisów i regulacji korzystnych dla ich przedsięwzięć biznesowych.

Przez wiele lat czołowi przedstawiciele branży technologicznej w USA sympatyzowali przede wszystkim z Partią Demokratyczną. Wynikało to z szeregu czynników. Największa koncentracja firm technologicznych występowała w Kalifornii (Dolina Krzemowa), w regionie zdominowanym przez popierających tę właśnie opcję polityczną. Wzrost znaczenia firm z branży technologicznej zbiegł się w czasie z sukcesem wyborczym Baracka Obamy, a przyszły prezydent w czasie kampanii w 2008 r. jako pierwszy na taką skalę wykorzystał możliwości, jakie dawały nowe technologie (by komunikować się z wyborcami, gromadzić środki na prowadzenie kampanii czy organizować wydarzenia lokalne). Demokraci chętniej korzystali ze wsparcia Doliny Krzemowej także ze względu na kryzys gospodarczy i związaną z nim niechęć wyborców do elit finansowych kraju, kojarzonych z Wall Street, którym przeciwstawiano twórczych przedsiębiorców z sektora technologicznego. Dla demokratów Dolina Krzemowa stała się więc ważnym źródłem finansowania kampanii wyborczych. Stało się to tym istotniejsze, że w tym samym czasie decyzje sądowe stworzyły nowe możliwości ich wspierania przez wielkie korporacje oraz najzamożniejszych Amerykanów[1]. Spowodowało to znaczący wzrost darowizn na cele kampanijne i w efekcie podniesienie nakładów na nie (w 2004 r. koszt kampanii prezydenckiej oraz kongresowej oszacowano na niespełna 6,9 mld dolarów, podczas gdy w 2024 r. już na 14,8 mld).

Zbliżenie pomiędzy branżą technologiczną a Partią Demokratyczną utrzymywało się przez ponad dekadę. Jeszcze w czasie pierwszej kadencji Trumpa przeważająca część gigantów technologicznych dystansowała się od jego administracji (choć zdarzały się wyjątki, np. współzałożyciel Palantira Peter Thiel), a w następstwie wydarzeń na Kapitolu z 6 stycznia 2021 r. największe platformy społecznościowe, jak Twitter (obecnie X) czy Facebook, zdecydowały się zablokować konta prezydenta. W drugiej kadencji Trumpa można jednak zaobserwować całkowitą zmianę podejścia ze strony Doliny Krzemowej. Przedstawiciele branży technologicznej nie tylko starają się utrzymać z nim bliskie relacje (o czym świadczy obecność najważniejszych CEO na prezydenckiej inauguracji), lecz także w istotny sposób wspierają finansowo jego działalność polityczną, przekazują środki na ważne dla niego cele (jak budowa sali balowej przy Białym Domu) oraz współpracują z administracją (Elon Musk i jego tzw. Departament Efektywności Rządu – DOGE; inwestor David Sacks jako doradca do spraw kryptowalut i sztucznej inteligencji).

Ponowny wybór Donalda Trumpa na prezydenta w 2024 r. zmienił percepcję tego polityka wśród elit branży technologicznej. Nie można go było dłużej postrzegać jako zjawiska sezonowego. Co więcej, w czasie kampanii wyborczej Trump wielokrotnie obiecywał swoim wyborcom odwet za upokorzenia ostatnich lat. Istniało więc poważne ryzyko, że część jego działań może być wymierzona przeciw platformom społecznościowym, które zablokowały jego konta, czy przeciw nieprzychylnym mu mediom. Zbliżenie do Trumpa ze strony czołowych CEO największych firm technologicznych było w pewnej mierze podyktowane chęcią ochrony własnego interesu. Przykładowo zmiana linii redakcyjnej dziennika „The Washington Post” czy darowizna na komitet organizujący inaugurację prezydencką stanowiły próby chronienia interesów Amazona przez jego CEO Jeffa Bezosa. Pewną rolę mogły też odgrywać obawy o przyszłość innej jego firmy – Blue Origin, koncentrującej się na podboju kosmosu, dla której bardzo istotną kwestią jest współpraca z NASA i federalne środki, które dzięki niej pozyskuje.

(...)

Odwrót liderów Doliny Krzemowej od Partii Demokratycznej wynika też z programu realizowanego w ostatnich latach przez to ugrupowanie. Administracja Joego Bidena podjęła próbę uregulowania rozwoju sztucznej inteligencji (rozporządzenie prezydenckie nr 14110 z 2023 r. poświęcone bezpiecznemu rozwojowi i użyciu AI), a także ustanowienia zasad odpowiedzialnego rozwoju branży kryptowalut (rozporządzenie nr 14067 z 2022 r.). U źródeł tych posunięć leżały obawy przed zagrożeniami wynikającymi z nieskrępowanego rozwoju w tych obszarach. Negatywne konsekwencje popularyzacji mediów społecznościowych (rosnąca polaryzacja elektoratu, rozprzestrzenianie się dezinformacji, problemy psychiczne, zwłaszcza wśród młodych użytkowników) spowodowały zmianę w podejściu do rozwoju technologicznego – optymizm prezentowany przez polityków Partii Demokratycznej w czasach Obamy zastąpiły obawy przed potencjalnymi skutkami ubocznymi. Ta zmiana podejścia demokratów i próba wyprzedzenia negatywnych konsekwencji za pomocą regulacji stworzyły polityczną szansę dla republikanów. Program ich partii z 2024 r. w rozdziale poświęconym wspieraniu innowacji mówił wprost o odrzuceniu polityki Bidena w tym zakresie. Dla prezesów największych korporacji technologicznych postawienie na Trumpa wiązało się zatem z perspektywą nieskrępowanego rozwoju ich przedsiębiorstw. 

Przyczynkiem do odwrotu Doliny Krzemowej od demokratów była także kwestia kulturowa: coraz silniejszy nurt lewicowy w ramach Partii Demokratycznej, dla którego czołowe postaci branży big tech stały się bohaterami negatywnymi. Charakterystyczny jest przypadek Marka Zuckerberga, stojącego na czele Mety. Przedsiębiorca ten, przez lata borykający się z zarzutami niedostatecznego zwalczania dezinformacji czy hejtu na swoich platformach, wybrał opcję polityczną, która wprost uznaje działania tego rodzaju za akt cenzury i popiera większą wolność w sieci. Do podjęcia tej decyzji mogło się też przyczynić przejęcie Twittera przez Elona Muska i zmiana podejścia do moderowania treści na tej platformie. Ograniczenie moderacji oznaczało niższe koszty, a przyjęcie retoryki sprzeciwiającej się cenzurze dawało wygodną odpowiedź na krytykę dotyczącą niedostatecznego zwalczania dezinformacji i mowy nienawiści na platformach. Z kolei współzałożyciel Google’a Sergey Brin zaczął wspierać republikanów (i samego Trumpa) ze względu na popieraną przez demokratycznych progresywistów propozycję dodatkowego opodatkowania kalifornijskich miliarderów. Coraz istotniejsza rola nurtu progresywnego w Partii Demokratycznej również popycha elity branży technologicznej w kierunku republikanów.

Ostatnim elementem składającym się na zmianę preferencji politycznych kluczowych liderów z sektora big tech jest chęć doprowadzenia do głębokiej zmiany otaczającej ich rzeczywistości. Część czołowych przedstawicieli branży nowoczesnych technologii ma ambicje wykraczające poza sam rozwój technologii. Są to często określone wizje naprawy państwa, czasem sprzeczne z ideałami demokracji. Z tej perspektywy Trump jawi się jako burzyciel systemu – polityk mający potencjał, aby gruntownie przebudować państwo. Tak postrzegał go już w 2016 r. Peter Thiel, a w ostatnich miesiącach z podobnych powodów blisko współpracował z Trumpem najbogatszy człowiek na świecie Elon Musk. Thiel opowiada się za państwem, które przede wszystkim nie hamuje rozwoju technologicznego, Musk z kolei to zwolennik absolutnej wolności słowa (z tego powodu kupił Twittera) oraz ograniczenia państwowych wydatków i regulacji (dlatego zaangażował się w DOGE). Thiel jest mentorem obecnego wiceprezydenta J.D. Vance’a, wsparł też finansowo jego karierę polityczną, umożliwiając mu zdobycie mandatu senatora. Potencjalnie więc jego wpływ na kształt amerykańskiego państwa może jeszcze wzrosnąć – jeśli Vance zostanie kandydatem republikanów na prezydenta w wyborach w 2028 r.

W trakcie swojej pierwszej kadencji Trump prezentował zdecydowanie bardziej sceptyczny stosunek do wielkich korporacji technologicznych. To w tamtym czasie Departament Sprawiedliwości wytoczył sprawę antymonopolową spółce Google. Sam prezydent występował przeciwko „wybiórczej cenzurze” w mediach społecznościowych i podjął działania mające na celu modyfikację sekcji 230 Ustawy o przyzwoitości w komunikacji (Communications Decency Act), która gwarantuje, że właściciele platform społecznościowych nie zostaną pociągnięci do odpowiedzialności karnej za wpisy użytkowników. Trump publicznie atakował również wybrane spółki, np. Amazona, którym zarzucał unikanie płacenia podatków. Jego stosunek do technologicznych gigantów wynikał po części z sympatii politycznych branży technologicznej w tamtym okresie, a po części z istniejącego już wcześniej wśród amerykańskiej prawicy przekonania, że media społecznościowe ograniczają swobodę wypowiedzi osobom o poglądach konserwatywnych.

W kampanii w 2024 r. Trump wykorzystał zmianę nastrojów w branży technologicznej, pozycjonując się jako polityk wspierający rozwój sztucznej inteligencji i kryptowalut. Był to wybór taktyczny – próby uregulowania tych obszarów przez Bidena spotkały się z oporem w branży i poszukiwaniem alternatywy dla kolejnej demokratycznej administracji. Przełożyło się to na wsparcie finansowe dla Trumpa – według analizy Fox Business sam sektor krypto przeznaczył na jego kampanię prezydencką co najmniej 238 mln dolarów. Podmioty z branży technologicznej nie zaprzestały również finansowego wspierania go już po rozpoczęciu jego kadencji, przekazując środki na wybrane inicjatywy (jak budowa sali balowej przy Białym Domu) bądź darowizny na organizacje powiązane z prezydentem. Ten ostatni aspekt jest bardzo istotny, bo wzmacnia pozycję głowy państwa przed nadchodzącymi wyborami połówkowymi i jego kontrolę nad Partią Republikańską (Trump dysponuje funduszami pozwalającymi wykluczyć z kampanii polityków, których uzna za nielojalnych, poprzez finansowanie ich oponentów w partyjnych prawyborach).

Wsparcie branży technologicznej pozwala również prezydentowi udowadniać skuteczność własnej polityki gospodarczej i celnej. W zeszłym roku Apple zapowiedział inwestycje w USA o wartości 600 mld dolarów, m.in. w krajowe zdolności produkcyjne. Oracle i OpenAI wraz z SoftBankiem ogłosiły Project Stargate, inicjatywę mającą zapewnić Stanom Zjednoczonym przewagę w rozwoju sztucznej inteligencji poprzez budowę nowych centrów danych. Apple inwestuje też w MP Materials, amerykańską firmę zajmującą się wydobyciem i przetwarzaniem metali ziem rzadkich, co stanowi odpowiedź na chińskie restrykcje dotyczące tych surowców. Big techy wspomagają amerykańską administrację w kluczowych obszarach. Technologie dostarczane przez takie podmioty jak Palantir są kluczowe nie tylko dla amerykańskich sił zbrojnych, lecz także dla skuteczności polityki deportacyjnej prezydenta.

Bliskie związki z najbardziej wpływowymi biznesmenami z branży technologicznej pozwalają Trumpowi wpływać również na otoczenie medialne. Dotyczy to zarówno mediów społecznościowych (X, Facebook), jak i mediów tradycyjnych. W pierwszej kadencji Trump mógł liczyć przede wszystkim na przychylność stacji należących do rodziny Murdochów (Fox News) oraz mniejszych telewizji o prawicowym profilu (Newsmax). Istotną zmianę spowodowała budowa nowego medialnego konglomeratu przez Davida Ellisona, syna Larry’ego Ellisona, współzałożyciela Oracle i jednego z najbogatszych ludzi na świecie. W zeszłym roku należąca do Ellisona spółka Skydance przejęła Paramount, stając się przy okazji właścicielem sieci telewizyjnej CBS. Obecnie finalizuje proces przejęcia Warner Bros. Discovery, co da jej kontrolę m.in. nad stacją CNN. W tę ostatnią transakcję do pewnego momentu zaangażowany był Jared Kushner, zięć prezydenta.

(...)

W związku z rosnącym oddziaływaniem branży nowoczesnych technologii na administrację Trumpa pojawiły się obawy przed oligarchizacją systemu politycznego, a w prasie często można napotkać termin „technooligarchia” w odniesieniu do najbardziej wpływowych postaci reprezentujących big techy (zob. Aneks). Obawy związane z coraz większymi wpływami najzamożniejszych obywateli nie są w USA niczym nowym – wystarczy wspomnieć zjawisko „baronów-rozbójników”, najbardziej znaczących reprezentantów amerykańskiego przemysłu, którzy na przełomie XIX i XX wieku uzyskali bardzo istotny wpływ na sytuację polityczną w kraju.

Również w najnowszej historii Stanów Zjednoczonych obawy przed oligarchizacją poprzedzały wzrost znaczenia big techów. Obawy te wiążą się przede wszystkim z: rosnącą dysproporcją pomiędzy najzamożniejszymi Amerykanami a resztą społeczeństwa, nietransparentnym systemem finansowania kampanii wyborczych, umożliwiającym de facto nieograniczone darowizny na rzecz konkretnego kandydata, rolą, jaką w amerykańskiej polityce odgrywa lobbing, a także zdolnością wielkiego biznesu do kształtowania opinii publicznej[2]. Tych narzędzi amerykańskie elity biznesowe używają od dekad, by wspierać konkretnych polityków, blokować regulacje lub wpływać na ich kształt czy podejmować próbę zmiany nastawienia współobywateli do kwestii istotnych dla tychże elit z perspektywy biznesowej.

Wpływy przedstawicieli branży nowoczesnych technologii do pewnego stopnia mają podobny charakter, niemniej pojawia się na tym polu kilka nowych elementów. Dysponują oni potężniejszymi narzędziami oddziaływania na opinię publiczną dzięki kontroli nad mediami społecznościowymi, przeglądarkami internetowymi oraz modelom sztucznej inteligencji. W przypadku części z nich ambicje sięgają dalej niż tylko dostosowanie prawa do własnych potrzeb biznesowych – chodzi o całościową zmianę państwa, czasem poprzez ograniczenie lub odrzucenie demokracji. Rośnie również zależność państwa od dostarczanych przez ich korporacje technologii: w rozwoju sił zbrojnych, podboju kosmosu, komunikacji, a nawet w kwestii przyszłości gospodarki jako takiej (rozwój AI). Decyzje amerykańskich sądów (takie jak ta w sprawie Citizens United) pozwoliły też na zwiększenie nakładów finansowych na kampanie wyborcze – co sprawiło, że stały się one droższe, a politycy jeszcze bardziej zależni od biznesmenów, którzy mogą pomóc je sfinansować. Niektóre scenariusze rozwoju sztucznej inteligencji – zakładające zniknięcie wielu miejsc pracy i uzależnienie sporej części społeczeństwa od wąskiej, technokratycznej elity – sugerują, że znaczenie liderów branży technologicznej jeszcze wzrośnie.

Działania liderów big techów mogą jednak napotkać rosnący opór społeczny. Badania opinii publicznej konsekwentnie wskazują na malejące zaufanie do korporacji technologicznych jako takich, a także do ich produktów – jak media społecznościowe czy sztuczna inteligencja. Próba aktywnego włączenia się w działania administracji, jaką podjął Elon Musk i jego tzw. Departament Efektywności Rządu, zakończyła się niepowodzeniem. Nawet w ramach ruchu MAGA widoczny jest trend antytechnologicznego populizmu, którego reprezentantem jest Steve Bannon, niegdyś doradca Donalda Trumpa, a obecnie gospodarz popularnego podcastu „War Room”. Kwestię domniemanej technooligarchii negatywnie prezentują też amerykańskie media. W perspektywie najbliższych lat partnerstwo pomiędzy liderami branży technologicznej a politykami może więc się stać o wiele trudniejsze ze względu na koszty wizerunkowe dla tych ostatnich.

osw.waw.pl