wtorek, 7 lipca 2026



Nadto do sprawy wmieszał się nowy czynnik polityczny. „Liczyliśmy się z tym - oświadczył J. Łopatyński - ze Polacy nie będą bierni, sprawa z nimi nigdy nie była łatwa, przekonali się o tym wszyscy trzej rozbiorcy Polski. Nie sądziliśmy jednak, że rozbudują swój aparat podziemny aż do tego stopnia, iż zacznie on poważnie zagrażać naszym interesom państwowo-twórczym. Do tego doszedł jeszcze element radziecki, który nagle pojawił się na Wołyniu i Polesiu w postaci dużych zgrupowań partyzanckich, których obecność świadczyła, że Moskwa nie zamierza rezygnować z ziem zachodnioukraińskich na rzecz Polski. Trzecia sprawa to działalność melnykowców idąca w stronę utworzenia własnej armii u boku Hitlera, jak ongiś czynili to Polacy u boku Napoleona. Postanowiliśmy się wszystkim tym zamierzeniom i zakusom przeciwstawić. Nie mogliśmy w takiej sytuacji pozwolić sobie na luksus neutralności i bierności, które mogły nas wyeliminować z gry. Trzeba było zrezygnować z pierwotnego zamiaru i opracować inny wariant obrony przed czterema groźnymi siłami (Polacy, Rosjanie, Niemcy i melnykowcy), z których każda z osobna dążyła do wyeliminowania OUN (banderowców) z życia politycznego Ukrainy”. 

Jest to chyba najszczersza i najpełniejsza ocena sytuacji.

Uzupełnia ją Petro Połtawa, który włączył się do sporu z dużym talentem literackim. Atakuje on m.in. najmniej winnego w tym wszystkim Iwana Kedryna-Rudnickiego, członka Ukraińskiego Narodowo-Demokratycznego Zjednoczenia (UNDO), partii, która przed wojną w Polsce działała legalnie. Pisze on, że gdyby nie „flirt Melnyka z Keitlem i Rosenbergiem”, którego wynikiem był „nieślubny bękart” - antybanderowska SS „Hałyczyna” i gdyby nie „systematycznie powtarzające się napady AK na spokojną ludność ukraińską” (którym Kedryn zaprzecza), to nie byłoby UPA, w tym czasie i w takiej postaci. Nie byłoby też „surowych ekspedycji” przeciwko Polakom, które „studziły zapały krewkich ułanów spod znaku AK”. Nie bez winy byli także partyzanci radzieccy („czerwoni bandyci”).

Boroweć w swych wspomnieniach idzie jeszcze dalej, pisze że „...niemieckie samoloty wypalały wsie, a na drugi dzień na to samo miejsce wpadali moskiewsko-polscy partyzanci i dobijali resztę ludności”. Można na tej podstawie dojść do wniosku, że „moskiewsko-polscy partyzanci” współdziałali z Niemcami przeciwko UPA oraz ukraińskiej ludności cywilnej popierającej ukraińskich nacjonalistów. „Uczciwi patrioci ukraińscy (czyli banderowcy - E. P.) - kontynuuje P. Połtawa - nie mogli na to wszystko patrzeć obojętnie (...) UPA musiała stać się «najawną» rzeczywistością i nią się stała, jak Słowo stało się ciałem, na sławę Ukrainy”.

Edward Prus - Atamania UPA


Pomimo że walki o Konstantynówkę rozpoczęły się de facto we wrześniu 2025 r., to w ostatnich tygodniach tempo infiltracji miasta przez rosyjskie pododdziały przyspieszyło. Podobnie sytuacja rozwija się w rejonie Kupiańska, gdzie siły rosyjskie mają osiągać północną część miejscowości Kupjanśk-Wuzłowyj (doniesienia o przenikaniu grup do centrum miasta należy na tym etapie uznać za przedwczesne). Monitorująca sytuację na froncie grupa DeepState ocenia, że w czerwcu okupant zajął 84 km² ukraińskiego terytorium, a liczba rosyjskich szturmów wzrosła o 4,4%. Dowodzi to przełamania przez agresora obserwowanego na początku wiosny tego roku spowolnienia tempa postępów (według przesadzonych szacunków źródeł rosyjskich Rosjanie zajęli w czerwcu ponad 370 km²). Świadczy to o skuteczności taktyki przenikania małych grup dywersyjnych w warunkach gęstej zabudowy i mniejszej efektywności bezzałogowców ukraińskich. Koncepcja „linii dronów” realizowana przez SZU okazuje się znacznie skuteczniejsza w otwartym polu, natomiast w aglomeracji miejskiej rosyjskie grupy szturmowe wykorzystują możliwości skrytego podejścia i gromadzenia sił.

W ciągu ostatniego tygodnia wojska rosyjskie zintensyfikowały uderzenia na Kijów, dokonując dwukrotnie w odstępie zaledwie kilku dni zmasowanych i kombinowanych napadów powietrznych. Najpierw w nocy z 1 na 2 lipca agresor przeprowadził jeden z największych ataków na ukraińską stolicę z użyciem prawie 500 dronów uderzeniowych oraz 74 rakiet, z czego 28 balistycznych. W jego wyniku odnotowano zniszczenia w ok. 130 lokalizacjach, w tym m.in. w 20 wielopiętrowych budynkach mieszkalnych i domach prywatnych. Trafione zostały również budynki pogotowia ratunkowego oraz placówki medycznej, a także centrum logistyczne i obiekty infrastruktury energetycznej. Według źródeł rosyjskich zniszczone miały też zostać obiekty przemysłu zbrojeniowego, w tym zakłady Radioniks (wytwarzające m.in. komponenty elektroniczne do pocisków Flamingo firmy Fire Point), Atłon Awia (producent dronów) oraz Antonow (montaż bezzałogowców). Ogółem w ataku zginęło 30 osób, a ponad 100 zostało rannych.

Do kolejnego uderzenia na Kijów doszło w nocy z 5 na 6 lipca, tym razem z użyciem 419 środków napadu powietrznego, w tym 29 rakiet balistycznych. Zniszczono ok. 30 budynków mieszkalnych, w tym wielopiętrowe wieżowce. Śmierć pod gruzami poniosło 19 osób, a ponad 60 zostało rannych. W miejscowości Wysznewe pod Kijowem doszło z kolei do trafienia składu amunicji rozlokowanego wśród zabudowy mieszkalnej. W rezultacie eksplozji uszkodzonych zostało ok. 100 domów, zginęło siedem osób, a 29 zostało rannych. Z powodu zagrożenia kolejną detonacją z miejscowości ewakuowano kilkuset ludzi. Ze względu na skalę eksplozji i jej skutki prezydent Zełenski polecił SBU wyjaśnienie okoliczności zdarzenia. Rzecznik Sił Powietrznych Ukrainy Jurij Ihnat przyznał, że trafienia są skutkiem poważnego deficytu rakiet do systemów obrony powietrznej Patriot. Fakt ten potwierdził doradca ministra obrony Ukrainy Serhij Beskrestnow, informując o krytycznym niedoborze pocisków zdolnych do zwalczania rakiet balistycznych.

osw.waw.pl


Ukraińska kampania z wykorzystaniem dronów przeciwko rosyjskim rafineriom i infrastrukturze nadała działaniom wojennym nowy impuls. Parada wojskowa w Moskwie 9 maja była postrzegana jako wydarzenie odbywające się za milczącą zgodą Zełenskiego, co wielu uznało za upokorzenie dla Władimira Putina. Z kolei rozgorzały niedawno na nowo polsko-ukraiński spór dotyczący kwestii historycznych, zgodnie z sondażem Kijowskiego Międzynarodowego Instytutu Socjologii, wydaje się wywoływać na Ukrainie coś w rodzaju efektu flagi.

Wydarzenia te wydają się na tyle wpływać na wyniki sondaży dotyczących samego Zełenskiego, że druga tura wyborów przeciwko Kyryło Budanowowi, szefowi administracji jego i byłemu szefowi wywiadu wojskowego, wydaje się obecnie możliwa do wygrania przez obecnego prezydenta. Natomiast druga tura przeciwko Wałerijowi Załużnemu, byłemu głównodowodzącemu SZU, a obecnie ambasadorowi w Wielkiej Brytanii, wydaje się raczej wyrównana niż całkowicie poza zasięgiem.

Jednocześnie większość Ukraińców nadal nie chce, by organizowano wybory prezydenckie w czasie trwania wojny, a państwo nie dysponuje obecnie ramami prawnymi, środkami finansowymi ani praktycznymi możliwościami, by zorganizować je do jesieni.

(...)

Pomysł przeprowadzenia wyborów w czasie wojny nie jest nowy, ale do niedawna był odkładany na bok. W grudniu 2025 roku, pod presją Donalda Trumpa, Zełenski oświadczył, że rozważy przeprowadzenie wyborów w ciągu 60 do 90 dni, jeśli zachodni partnerzy zapewnią wystarczające gwarancje bezpieczeństwa. Rada Najwyższa, jednoizbowy parlament Ukrainy, rozpoczęła nawet prace nad przygotowaniem niezbędnych aktów prawnych.

W tamtym czasie kontekst polityczny był jednak zupełnie inny. Pozycja Zełenskiego była słaba. Szef jego biura, Andrij Jermak, zrezygnował ze stanowiska w następstwie dochodzenia antykorupcyjnego, a skandal energetyczny związany z firmami Mindicz i Energoatom skupiał uwagę na najbliższym otoczeniu prezydenta. Grudniowe sondaże sugerowały, że w bezpośredniej dogrywce Zełenski poniósłby sromotną porażkę zarówno z Załużnym, jak i Budanowem, przy czym badania wskazywały, że Załużny prowadziłby z przewagą około 20-25 punktów procentowych, a Budanow – około 10-15.

Od tamtej pory sytuacja uległa zmianie. Według Ukrainskiej Prawdy Zełenski spotkał się z kilkoma wysokimi rangą osobistościami, w tym z Budanowem, byłym ministrem obrony Rustenem Umerowem i przewodniczącym prezydenckiej partii Sługa Narodu Dawidem Arachamią, w rezydencji pod Kijowem, aby omówić, czy wybory są obecnie możliwe.

Jako możliwy termin wymieniono listopad. Wewnętrzne sondaże przedstawione podczas tego spotkania sugerowały znacznie bardziej wyrównaną rywalizację niż wcześniej – Zełenski tracił do Załużnego dużo mniej i był mniej więcej na równi z Budanowem.

centrumeuropy.pl