czwartek, 2 lipca 2026



Dwie trzecie z 83 regionów Rosji zgłasza obecnie problemy z dostawami paliwa — to problem dla milionów ludzi, ale i równie bezpośrednie zagrożenie dla funkcjonowania wielu przedsiębiorstw. Szczególnie poważna jest sytuacja na Krymie — władze ogłosiły tam stan wyjątkowy i zakazały sprzedaży paliwa. Turystyka, kluczowa dla gospodarki półwyspu, kompletnie się załamała.

W zeszłym tygodniu Putin został zmuszony do tego, by otwarcie przyznać się do problemu — wezwał najwyższych urzędników do Moskwy i polecił im wypracować rozwiązanie.

Publicznie przedstawia kryzys w optymistycznym świetle. — Oczywiście te ataki na nasze obiekty infrastruktury stwarzają problemy. To oczywiste — powiedział mediom państwowym, dodając jednak, że "pewien deficyt" paliwa nie jest "krytyczny". Następnie szybko przeszedł do stwierdzenia, że rosyjskie ataki wyrządzają Ukrainie znacznie większe szkody.

(...)

Jedynym promykiem nadziei dla Kremla jest to, że kraj nadal dysponuje dużymi zapasami oleju napędowego niezbędnego dla ciężarówek i maszyn rolniczych. Po weekendowym spotkaniu rosyjscy urzędnicy oświadczyli jednak, że rząd jeszcze latem tego roku może wprowadzić zakaz eksportu, aby zagwarantować dostawy w okresie żniw. Zakazano już eksportu paliwa lotniczego i benzyny.

(...)

Ostrożność prezes banku centralnego Elwiry Nabiulliny przysporzyła jej wielu wrogów — w ciągu ostatnich czterech lat musiała podnieść stopy procentowe do 23 proc., aby zapobiec przegrzaniu gospodarki. Teraz, gdy inflacja bazowa spadła do około 5 proc., wielu zarzuca jej niepotrzebną zwłokę.

German Gref, dyrektor generalny Sbierbanku, największego rosyjskiego banku detalicznego, powiedział we wtorek na walnym zgromadzeniu akcjonariuszy, że rosyjska gospodarka ostygła już wystarczająco i że bank centralny musi szybciej obniżać stopy procentowe. Podczas dyskusji panelowej na konferencji, która odbyła się w środę w Moskwie, doszło do ostrej wymiany zdań między nimi.

Nabiullina stwierdziła, że jest "kategorycznie przeciwna" szybszym obniżkom stóp procentowych, argumentując, że taki "eksperyment na własnym kraju" doprowadziłby do gwałtownego wzrostu inflacji, a nawet do stagflacji.

— Zobaczymy — odparł ewidentnie nieprzekonany Gref, co wywołało śmiech wśród publiczności.

(...)

Mimo obecnych różnic w jednej kluczowej kwestii Gref i Nabiullina pozostają jednak zgodni — oboje wykazali się wystarczającą śmiałością, by bezpośrednio powiązać narastające problemy gospodarcze, z którymi borykają się obecnie Rosjanie, z wojną w Ukrainie.

— Myślę, że wszyscy martwimy się tym samym — powiedział we wtorek Gref. — Nie sądzę, by w całym kraju znalazła się osoba, która martwiła by się czymkolwiek innym niż szybkie zakończenie działań wojennych. To oczywiste.

Według doniesień medialnych w ciągu kilku tygodni od inwazji Rosji na Ukrainę Nabiullina miała złożyć rezygnację ze stanowiska, obawiając się skutków wojny. Putin ją jednak odrzucił.

Od tamtej pory, z ostrożnością właściwą dla szefowej banku centralnego, ograniczała się do ostrzegania, że stan budżetu — oraz pogłębiająca się przepaść między wydatkami a dochodami podatkowymi — grozi dalszym podsycaniem inflacji. W ciągu ostatniego roku podkreślała to z coraz większą stanowczością — Rosja wyczerpała bowiem swoje rezerwy i w coraz większym stopniu zaczęła polegać na zaciąganiu pożyczek w celu sfinansowania wojny.

Według Janisa Klugego, analityka z Niemieckiego Instytutu Spraw Międzynarodowych i Bezpieczeństwa, po ogromnym wzroście w pierwszej połowie 2026 r. wydatki wojskowe i tajne stanowią obecnie prawie połowę całkowitych wydatków rządowych Rosji.

W tym samym czasie aktywa płynne w Funduszu Narodowego Dobrobytu, utworzonym pierwotnie w celu zabezpieczenia gospodarki przed wahaniami cen ropy, spadły z około 7 proc. PKB na początku 2022 r. do zaledwie 1,7 proc. PKB w kwietniu.

onet.pl\Politico
 
 
Taki wniosek wyciągnęli analitycy Międzynarodowego Instytutu Badań Strategicznych (IISS). Zgodnie z opublikowanym w czwartek raportem, w okresie od sierpnia 2024 r. do lutego 2026 r. odnotowano 144 przypadki, w których drony wleciały na terytorium dziesięciu krajów NATO oraz Irlandii, co w niektórych przypadkach spowodowało poważne zakłócenia, takie jak zamknięcie dużych lotnisk. Około połowa zarejestrowanych przypadków wykrycia bezzałogowych statków powietrznych dotyczyła obiektów wojskowych.

Zgodnie z raportem drony pojawiały się nad szeregiem obiektów strategicznych, w tym nad miejscami przechowywania amerykańskich bomb atomowych B61-12 oraz nad francuską bazą okrętów podwodnych wyposażonych w pociski balistyczne. 

Incydenty te stały się częścią zakrojonej na szeroką skalę kampanii Rosji polegającej na wykorzystaniu dronów w przestrzeni powietrznej nad Europą i miały na celu sporządzenie mapy oraz sprawdzenie europejskich systemów obrony przeciwlotniczej, przeznaczonych do przeciwdziałania poważniejszym zagrożeniom, takim jak rakiety, bombowce i myśliwce — zaznaczono w raporcie. Systemy te mają jednak trudności z wykrywaniem nisko lecących, powolnych i niewielkich statków powietrznych, w tym dronów.

- Uważamy za prawdopodobne, że statki powiązane z Rosją oraz jej tajna flota były wykorzystywane jako morskie platformy do wystrzeliwania, przechwytywania lub retransmisji sygnałów z dronów — powiedział dziennikarzom współautor raportu Charlie Edwards.

Kraje europejskie, które padły ofiarą inwazji dronów, w tym Niemcy, Dania, Belgia, Holandia i inne, w większości starały się unikać obarczania Rosji odpowiedzialnością za takie działania, choć autorzy raportu twierdzą, że powiązania są oczywiste. (...)

Według Edwardsa brak aktywności dronów w basenie Morza Śródziemnego wynika w znacznej mierze z bardziej rozwiniętych możliwości w tym regionie, zwłaszcza w zakresie obserwacji morskiej i wykorzystania amerykańskich okrętów podwodnych. Poruszanie się tam niezauważenie, nie mówiąc już o wystrzeliwaniu dronów, jest znacznie trudniejsze — podkreślił analityk.
Inny współautor badania, Louis Bern, zauważył, że niektóre rządy aktywnie badają te incydenty. Jednocześnie, jak stwierdził, kiedy na początku 2026 r. kraje europejskie zaczęły zatrzymywać i przeszukiwać statki floty cieniowej, incydenty z dronami praktycznie ustały.

onet.pl\The Moscow Times


Władze pekińskiej dzielnicy Chaoyang poinformowały w czwartek, że pilot awionetki, która uderzyła w wieżowiec Citic Tower, celowo doprowadził do katastrofy, ponieważ miał problemy psychiczne. W oficjalnym komunikacie zdarzenie uznano za przypadek "narażenia bezpieczeństwa publicznego z przyczyn osobistych".

Jak wynika z przekazanych ustaleń śledczych 66-letni pilot o nazwisku Liu "cierpiał na długotrwałą bezsenność i stany lękowe", a w prowadzonym przez niego dzienniku "wielokrotnie pojawiały się sformułowania o zakończeniu życia".

W oświadczeniu sprecyzowano, że po wystartowaniu z lotniska w dystrykcie Pinggu (ok. 70 km od centrum Pekinu) pilotowany przez niego samolot uczestniczył najpierw w locie w formacji, a następnie w locie samodzielnym. Wówczas maszyna "zboczyła z wyznaczonego obszaru" i utracono z nią łączność, a następnie doszło do "kolizji z wysokim budynkiem".

W wypadku zginął pilot, który był jedyną osobą na pokładzie, a 13 osób odniosło obrażenia.

Władze przekazały, że mężczyzna - rozwiedziony, samotnie mieszkający freelancer - posiadał odpowiednie licencje lotnicze uzyskane w latach 2021 i 2024.

Do uderzenia w mierzący 528 metrów Citic Tower, znany jako China Zun, doszło 26 czerwca po południu.

Władze w żadnym z komunikatów nie sprecyzowały, o który obiekt chodzi. Według analityków pominięcie nazwy wieżowca to celowy zabieg, mający zapobiec spekulacjom o ataku terrorystycznym czy na tle politycznym. Budynek znajduje się niedaleko Zhongnanhai - pilnie strzeżonej rezydencji przywódcy ChRL Xi Jinpinga, a nagłaśnianie incydentów w tym wrażliwym rejonie jest dla władz wysoce niepożądane. Cenzura natychmiast zaczęła usuwać z Internetu amatorskie nagrania dokumentujące katastrofę. Chińskie media o incydencie poinformowały dopiero niemal dobę od zdarzenia, przekazując wyłącznie oświadczenie władz dzielnicy.

Szybkie upublicznienie szczegółów dotyczących stanu psychicznego sprawcy to działanie nietypowe dla chińskiego systemu informacyjnego. Według analityków może mieć to na celu zamknięcie publicznej dyskusji o stanie technicznym samolotu czy jakości szkoleń i przeniesienie pełnej odpowiedzialności na jednostkę, by wyciszyć ewentualne domysły o akcie terroru w centrum biznesowym. Z kolei podanie szczegółowych danych dotyczących zmarłego mężczyzny ma uciąć krążące w Internecie spekulacje, według których maszynę pilotowała osoba powiązana z państwową grupą finansową Citic, mającą w uszkodzonym wieżowcu swoją główną siedzibę.

PAP
 

Przemawiając na ceremonii, /ambasador USA Mike - red./ Huckabee powiedział, że Waszyngton "uznaje Jerozolimę za wieczną, rdzenną i niezmienną stolicą narodu żydowskiego".

- Powiedziałbym, że Bóg podjął tę decyzję 3800 lat temu, a my w końcu uznaliśmy to, co zostało ustalone na długo przed powstaniem Stanów Zjednoczonych Ameryki - powiedział ambasador.

W oficjalnej ceremonii podpisania umowy uczestniczył też szef MSZ Izraela Gideon Saar i burmistrz Jerozolimy Mosze Lion.

Saar oświadczył, że umowa stanowi "kolejny kamień milowy w niezniszczalnym sojuszu Izraela i USA". Izrael nazwał "najważniejszym strategicznym atutem Waszyngtonu na Bliskim Wschodzie".

PAP



Lars Petersen: - Obserwuje pan Unię Europejską od początku lat 90., kiedy założył pan EUTOP. Czy przez ten czas Europa stała się bardziej zdolna do działania, czy po prostu bardziej skomplikowana?

Klemens Joos /założył EUTOP, agencję pośredniczącą między przedsiębiorstwami a instytucjami europejskimi - red./: Oba stwierdzenia są prawdziwe. Jeśli chodzi o podstawy prawne Unii Europejskiej, to zdecydowanie stała się ona bardziej zdolna do działania. Traktat z Maastricht z 1993 r. był prawdziwym przełomem dla politycznej Unii Europejskiej. Natomiast Traktat z Lizbony, który wszedł w życie w 2009 r., to w sensie konstytucyjnym de facto narodziny Stanów Zjednoczonych Europy. Wiele osób do dziś nie rozumie, jak daleko sięga ta integracja UE.

- Jak daleko?

Bardzo daleko, choć wymagało to dwóch podejść i pierwsza próba upadła z powodu sprzeciwu społeczeństwa. Traktat z Lizbony, który przyniósł ten potężny impuls integracyjny, w ok. 90 proc. odpowiada pierwotnemu traktatowi konstytucyjnemu, który został podpisany 29 października 2004 r. w Rzymie, ale w 2005 r. odrzucono go w referendach we Francji i Holandii, przez co nigdy nie wszedł w życie.

Potem, mówiąc obrazowo, zdjęto z choinki łańcuchy, lampki i bombki, ale użyto tego samego drzewka i poddano pod głosowanie lekko zmodyfikowany projekt traktatu kilka lat później. Traktat został ratyfikowany jeszcze podczas kryzysu finansowego związanego z upadkiem Lehman Brothers, który przyćmił inne tematy, jak np. pogłębianie integracji UE. Jestem przekonany, że gdyby wtedy wszyscy decydenci i obywatele krajów członkowskich zdawali sobie sprawę, co rzeczywiście uchwalają, zapewne nie doszłoby do przyjęcia tego traktatu. Dobrze, że stało się inaczej.

- Gdzie konkretnie widać sprawność działania UE?

1 grudnia 2009 r. na mocy Traktatu z Lizbony kilka obszarów politycznych uznawanych dotąd za kluczowe dla suwerenności państw członkowskich — np. sprawy wewnętrzne, wymiar sprawiedliwości, rolnictwo i handel zagraniczny — zostało przeniesionych z zasady jednomyślności na zasadę większości kwalifikowanej w Radzie UE. Oznacza to, że państwa członkowskie straciły prawo weta w tych dziedzinach, a decyzje zapadają teraz większością kwalifikowaną. Od tego momentu znacznie więcej decyzji zapada na poziomie unijnym, a rola tej instytucji została trwale umocowana.

Ponadto od 2009 r. Parlament Europejski niemal wszędzie jest równorzędnym decydentem. To oznacza, że nie tylko przedstawiciele państw członkowskich — czyli szefowie państw i rządów — i Komisja Europejska podejmują decyzje w najważniejszych obszarach polityki, lecz wszystkie trzy instytucje wspólnie. Skutkiem tego wspólnego działania jest znacznie większa sprawność UE na zewnątrz — z wyjątkiem polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, która nadal wymaga zgody każdego państwa członkowskiego.

- Dlaczego zatem UE stała się jednocześnie bardziej skomplikowana?

Od czasu Traktatu z Lizbony mamy do czynienia ze skomplikowanymi i często nieprzejrzystymi procesami decyzyjnymi na wielu poziomach — pomiędzy Komisją Europejską, Parlamentem Europejskim i Radą UE. Tylko wtedy, gdy te trzy instytucje współpracują, możliwe są decyzje.

Oto kilka obrazowych liczb: Komisja Europejska składa się obecnie z przewodniczącej, sześciorga wiceprzewodniczących i 20 komisarzy. Do tego dochodzi 32 tys. urzędników — prawdziwych eurokratów. W Parlamencie Europejskim zasiada 720 posłów, wspieranych przez ok. 8 tys. pracowników. W Radzie UE zasiadają setki ministrów branżowych wszystkich 27 państw członkowskich, a wspiera ich ponad 2500 pracowników sekretariatu generalnego. I nie wolno zapominać o 27 głowach państw i rządów razem z ich urzędami.

- Jakie są konsekwencje tego stanu rzeczy?

Powstał system "decyzji bez decydentów" — w takim sensie, że z zewnątrz często nie sposób ustalić, kto faktycznie podjął daną decyzję. Moim zdaniem to właśnie jest głębszą przyczyną poczucia alienacji i bezsilności, które odczuwają zarówno obywatele, jak i gospodarka, a nawet częściowo sama polityka — i które wykorzystywane są przez populistów zarówno z prawej, jak i z lewej strony. Do tego dochodzi fakt, że w europarlamencie nie ma frakcji rządowych i opozycyjnych. Komisja Europejska musi dla każdej decyzji zdobywać nową większość w europarlamencie, znajduje się więc w sytuacji podobnej do rządu mniejszościowego.

- Czyli uważa pan, że UE stała się silniejsza, ale jednocześnie rządzenie nią jest trudniejsze?

Zgadza się. Na zewnątrz UE jest zdolna do działania, bo dzięki Traktatowi z Lizbony zyskała nowe kompetencje. Wewnątrz jednak stopień skomplikowania tak wzrósł, że procesy decyzyjne w ramach zwykłej procedury legislacyjnej prowadzą często do nieprzewidywalnych rezultatów. Dlatego też instytucje unijne wprowadziły tzw. trialog nieformalny. To dziś najważniejsze gremium decyzyjne UE. Przedstawiciele Komisji Europejskiej, Parlamentu Europejskiego i Rady UE spotykają się tam na nieformalnych rozmowach, by jak najwcześniej wypracować kompromisowe linie we wszystkich nadchodzących decyzjach.

Efekt jest imponujący: niemal 90 proc. aktów prawnych w ramach zwykłej procedury ustawodawczej zostaje uchwalonych już po pierwszym czytaniu i z chwilą publikacji w Dzienniku Urzędowym staje się prawem. Trialog — który nie został nawet wspomniany w Traktacie z Lizbony — z racji poufności obrad jest jednak "czarną skrzynką", która nie czyni procesów decyzyjnych bardziej przejrzystymi, a wręcz przeciwnie. Kto chce zrozumieć Unię Europejską, musi najpierw zgłębić ten proces.

- Co pana fascynuje w Unii Europejskiej?

Europa to polityczna historia pokoju i gospodarczy sukces, który do dziś przyciąga inne państwa. I przy całej słusznej krytyce szczegółów nie powinniśmy zapominać: Stany Zjednoczone Ameryki potrzebowały po Deklaracji Niepodległości w 1776 r. wojny secesyjnej i prawie 100 lat, by zakończyć proces jednoczenia kraju. Traktat konstytucyjny z Lizbony został przyjęty zaledwie 16 lat temu. A w Unii Europejskiej nikt do siebie nie strzela. To już samo w sobie jest ogromną wartością.

- Czy zatem jesteśmy wobec Europy zbyt niecierpliwi?

Tak, a ta niecierpliwość wynika czasem też z niewiedzy. Nauczyliśmy się, że demokracja jest wymagająca, a osiąganie kompromisu żmudne. A jednak rośnie liczba osób o postawie "kanapowca": jeśli coś nie działa od razu, od razu się zniechęcają. Ale sukces, a także jego utrzymanie, wymagają wysiłku — to dotyczy zarówno firmy, stowarzyszenia, jak i polityki.

- Mówi pan nawet o renesansie UE. Dlaczego?

Bo UE nas chroni: chroni przed wewnętrznymi konfliktami militarnymi, przed zewnętrznymi agresorami i przed wojnami handlowymi. Daje nam niezbędną skalę, by w świecie, który po epoce globalizacji coraz bardziej dzieli się na rywalizujące ze sobą bloki, nadal odgrywać znaczącą rolę. W ramach rynku wewnętrznego UE żyje 451 mln konsumentów — więcej niż w USA. A dzięki Francji wśród krajów członkowskich jest potęga nuklearna. Tylko UE jest w stanie stać się trzecim filarem nowego porządku światowego obok USA i Chin.

(...)

- Jakie reformy są potrzebne, by UE była jeszcze bardziej sprawna?

Po pierwsze: inicjatywa ustawodawcza, która obecnie należy wyłącznie do Komisji Europejskiej, powinna zostać rozszerzona na Radę UE i Parlament Europejski, by zlikwidować wąskie gardło, jakim jest dziś Komisja.

Po drugie: Komisja Europejska powinna wywodzić się z większości parlamentarnej i być przez nią wspierana, a nie — jak rząd mniejszościowy — za każdym razem szukać nowych większości dla każdego aktu prawnego. Trialog nieformalny jako "prowizoryczne rozwiązanie" nie powinien na stałe pozostać głównym miejscem dochodzenia do porozumienia, ponieważ UE potrzebuje większej przejrzystości, odpowiedzialności i jasności politycznej.

Po trzecie: koniec z jednomyślnością we Wspólnej Polityce Zagranicznej i Bezpieczeństwa.

onet.pl\Die Welt


Polityczka była też pytana o kwestię amerykańskich baz w Polsce. W środę odbyło się spotkanie szefa MON Władysława Kosiniaka-Kamysza i prezydenta Karola Nawrockiego. Prowadząca program "Jeden na jeden" Agata Adamek zauważyła, że po tych rozmowach jeden z prezydenckich ministrów mówił, iż Nawrocki otworzył drogę do stałej bazy USA w Polsce, a teraz Kosiniak-Kamysz i rząd muszą wziąć się do roboty i przygotować infrastrukturę.

— Czasem, jak słyszę te wypowiedzi doradców pana prezydenta, to mam wrażenie, jakbym była w grupie Biedronek w przedszkolu mojej córki — powiedziała Magdalena Sobkowiak-Czarnecka. — Kwestia baz amerykańskich to jest kwestia, w której powinniśmy działać wspólnie — zaznaczyła.

onet.pl


"Składamy podziękowania regionalnej rosyjskiej stacji telewizyjnej GTRK Wołgograd-TRV oraz jej redaktorowi naczelnemu! Dzięki Artemowi i jego profesjonalnej pracy, 21 czerwca 2026 r. ukazał się reportaż poświęcony sekretom działalności rosyjskiego przedsiębiorstwa z sektora wojskowo-przemysłowego Titan-Barikady. Dzięki temu reportażowi udało się poznać wiele interesujących informacji na temat bieżącej działalności przedsiębiorstwa. Praca ta tak bardzo spodobała się siłom obronnym Ukrainy, że już 27 czerwca postanowiły one bezzwłocznie osobiście odwiedzić tę fabrykę przy pomocy pocisków FP-5 Flaming" — czytamy w komunikacie grupy analitycznej InformNapalm.

W komunikacie załączono także fragmenty reportażu, na których widać, że telewizja rzeczywiście mocno odsłoniła kulisy tego strategicznego zakładu, który projektuje i produkuje mobilne wyrzutnie dla strategicznych systemów rakietowych, takich jak "Jars" i "Topol-M", a także wyrzutnie dla systemu rakietowego "Iskander" oraz wielu systemów artyleryjskich dużego kalibru.

W rosyjskim reportażu widzimy m.in. doskonale pokazaną halę produkcyjną zakładu, a także jego najbliższe otoczenie.

onet.pl