czwartek, 10 września 2026


 
Donald Trump postąpił w zupełnie nietypowy dla siebie sposób. Prezydent USA znany jest ze swojej niepunktualności. Tym razem jednak postąpił zgodnie z planem — o 20.10 czasu lokalnego wyszedł na scenę podczas konwencji Partii Republikańskiej w Dallas w Teksasie.

Przynajmniej część przemówienia miała przypadać na ten okres wieczoru, w którym Amerykanie przełączają kanały telewizyjne — na przerwę w połowie meczu otwierającego sezon NFL. Jak na ironię, właśnie tego wieczoru, na który przypadło wielkie wystąpienie Trumpa, drużyna New England Patriots zmierzyła się z Seattle Seahawks — był to rewanż za Super Bowl i wielka atrakcja dla wszystkich fanów futbolu amerykańskiego.

Dwudniowa konwencja Partii Republikańskiej odbyła się na życzenie Trumpa. Zazwyczaj amerykańskie partie organizują duże zgromadzenia tylko co cztery lata, aby wyłonić swojego kandydata na prezydenta. O programach partyjnych czy innych kwestiach personalnych partie nie decydują w sposób oddolny.

Prezydent USA chciał jednak zgromadzić swoich partyjnych przyjaciół i zwolenników, aby zmobilizować ich do kampanii wyborczej. W sondażach sytuacja Republikanów wygląda bowiem wyjątkowo źle.

Wskaźnik jego poparcia osiągnął historyczne minimum, a Partia Republikańska może stracić większość w Izbie Reprezentantów, a nawet w Senacie.

Aby temu zapobiec, prezydent obiecał Amerykanom nagrodę w przypadku zwycięstwa swojej partii. Powiedział, że jeśli republikanie zdobędą większość w Izbie Reprezentantów i Senacie, każdy dorosły Amerykanin otrzyma "dywidendę Trumpa" w wysokości 5000 dol. (18,5 tys. zł). — Jeśli republikanie wygrają, wy też wygracie — stwierdził. Zasugerował, że pieniądze będą pochodzić z budżetu USA i zostaną sfinansowane z wpływów z ceł. Demokraci nie mogliby złożyć takiej obietnicy, "ponieważ nie znają słowa »cło«" — dodał.

Przy 275 mln dorosłych Amerykanów koszty wyniosłyby 1,3 bln dol. (4,8 bln zł) — to wielokrotność kwoty, jaką Waszyngton obecnie uzyskuje z ceł. Otrzymanie tych pieniędzy wiązałoby się — jak zastrzegł Trump — z jednym warunkiem: musiałyby one zostać wydane w Stanach Zjednoczonych. — Nie chcemy, żebyście wydawali je w Kanadzie, Chinach czy Niemczech — powiedział.

Obiecał ponadto, że sam będzie prowadził kampanię wyborczą w stanach i okręgach wyborczych, w których wyniki są wyrównane. — Przyjeżdżam do Teksasu tak często, że aż mówicie: "zabierzcie go stąd" — zawołał. Sondaże zapowiadają wyrównaną walkę w tym ogromnym stanie — republikanin Ken Paxton i demokrata James Talarico zawalczą o miejsce w Senacie. Gdyby partia Trumpa je straciła, po raz pierwszy od 33 lat stan byłby reprezentowany w Senacie przez demokratę.

Swoją obietnicą finansową Trump chce również odnieść się do największej obawy ludzi. Dla 29 proc. Amerykanów sytuacja gospodarcza jest obecnie największym zmartwieniem i najważniejszym tematem, który zadecyduje o tym, jak oddadzą głos w listopadzie — tak wynika z sondażu przeprowadzonego przez Pew Research pod koniec lipca.

Poza zapowiedzią jednorazowej wypłaty w przypadku zwycięstwa Trump nie obiecał jednak żadnej innej pomocy. Stwierdził, że problem przystępności cenowej to "oszustwo" wymyślone przez Demokratów. Jego administracja już zadbała o to, by ceny spadły, ale prawdziwa ulga nadejdzie dopiero po wyborach. — Wojna z Iranem zakończy się wkrótce po wyborach uzupełniających — zapowiedział. Wtedy bowiem spadną ceny ropy, a wraz z nimi ceny benzyny.

Trump zastrzegł jednak, że do tego czasu wojna z Iranem może ponownie ulec eskalacji. — Zarejestrowaliśmy ruch w górze Pickaxe. Ostrzegam Iran przed igranie w gierki, w przeciwnym razie uderzymy w nich z pełną siłą — powiedział.

Jak donosił w lipcu "The Wall Street Journal", izraelskie służby wywiadowcze zakładają, że Teheran przeniósł do masywu górskiego tysiące wirówek do wzbogacania uranu. Od tego czasu Trump wielokrotnie rozważał zbombardowanie góry, ale jak dotąd tego nie zrobił.

Trump określił wybory śródokresowe mianem "najważniejszych wyborów", które zadecydują o jego prezydenturze. — Zachowujcie się tak, jakby moje nazwisko znalazło się na karcie do głosowania. Jeszcze tylko raz — powiedział. Tą narracją Trump niewątpliwie podjął ryzyko. Jak wynika z sondażu przeprowadzonego przez "New York Times", obecnie zaledwie 38 proc. Amerykanów dobrze ocenia jego pracę, 58 proc. ma o niej złe zdanie.

onet.pl\Die Welt