poniedziałek, 31 sierpnia 2026



Ukraina "stopniowo, powoli przegrywa" tę wojnę. Nie są to słowa propagandysty z Kremla, lecz samego Mychajły Fedorowa, niedawno odwołanego ministra obrony Ukrainy /Fedorow opuścił kraj, aby objąć stanowisko doradcy ministra obrony Włoch, jest skonfliktowany z władzami Ukrainy - red./, który wypowiedział się w tej sprawie w rozmowie z agencją Reutera w zeszłym tygodniu. W ciągu kilku dni po tej ponurej prognozie Rosja zintensyfikowała ataki na Ukrainę do niemal apokaliptycznego poziomu.

W ramach diabelsko skutecznego posunięcia Kreml przeszedł od masowych ataków dronami i rakietami do nieustannych, trwających 60 godzin fal bombardowań, podczas których w ciągu jednego dnia Kijów doświadczył 19 nalotów, które wyczerpały zarówno siły obronne, jak i zapasy rakiet przeciwlotniczych.

Atak na magazyn amunicji w Buczy na przedmieściach Kijowa — miejscu, gdzie w kwietniu 2022 r. doszło do jednych z najbardziej znanych masakr ukraińskiej ludności cywilnej podczas tej wojny — spowodował śmierć co najmniej 38 cywilów, w tym większości mieszkańców domu spokojnej starości. Rosja atakowała też magazyny żywności, hipermarkety, magazyny pocztowe, z książkami oraz inne obiekty biznesowe w okolicach stolicy. — Rosja dąży do tego, by Kijów stał się martwym miastem — mówi Siergiej Sumlenny, ukraiński żołnierz i aktywista.

Tymczasem ukraińskie twierdzenia, że odwracają losy wojny na swoją korzyść poprzez głębokie uderzenia na rafinerie i magazyny logistyczne w głębi Rosji, tracą na znaczeniu w obliczu znacznie większych rosyjskich kampanii odwetowych i zemsty.

Od czerwca Ukraina zadaje rosyjskiej gospodarce poważne, choć nie śmiertelne straty, wykorzystując roje prostych dronów oraz pociski manewrujące Flamingo. Wkrótce ma pojawić się również pocisk balistyczny produkcji ukraińskiej. W zeszłym tygodniu premier Wielkiej Brytanii Andy Burnham przekazał w Kijowie Wołodymyrowi Zełenskiemu technologię dotyczącą lokalnej produkcji anglo-francuskich pocisków manewrujących Storm Shadow.

Jednak według najnowszych raportów NATO zdolności ofensywne Rosji rosną znacznie szybciej niż Ukrainy. Rosjanie montują silniki odrzutowe w wersji startującej z powietrza popularnego drona Gerań (wzorowanego na irańskim Szahidzie), co podwaja jego zasięg i potraja prędkość do 500 km na godz. Zdając sobie sprawę, że masa ma większe znaczenie niż celność, Rosja twierdzi, że jest gotowa wyprodukować w przyszłym roku 10 tys. sztuk nowych, tanich pocisków Dan-T, które mają głowicę bojową i zasięg podobne do pocisku Storm Shadow, ale kosztują jedną szóstą jego ceny.

Kolejną tanią i skuteczną nową rosyjską bronią jest wystrzeliwany z powietrza pocisk manewrujący Banderol, który od momentu rozpoczęcia seryjnej produkcji pod koniec lipca zmienił ukraińskie wybrzeże Morza Czarnego w śmiertelnie niebezpieczną zakazaną strefę dla statków towarowych i stał się głównym elementem kampanii Moskwy przeciwko Odessie.

Ponadto Kreml podobno pozyskał duże pociski balistyczne z Korei Północnej i opracował najwyraźniej skuteczny system zakłócania sieci Starlink — Wołna Kupoł Garant — który mógłby poważnie zakłócić działanie ukraińskich systemów dowodzenia i kontroli na linii frontu.

onet.pl\The Telegraph


Donald Trump we wpisie w mediach społecznościowych stwierdził, że instalacje na wyspie Chark — kluczowe z punktu widzenia irańskiego sektora paliwowego — zostały "zrównane z ziemią". Prawdziwy cel USA, jak wynika z doniesień irańskich mediów, był inny: zaatakowana została wyspa Larak.

Teheran poinformował tymczasem o odwecie i "poważnych zniszczeniach" w amerykańskich bazach w regionie. Najważniejsze jest jednak to, co rozgrywa się za kulisami toczącej się wojny. Przetasowania w amerykańskiej armii to nie wszystko. Zgodnie z najnowszymi doniesieniami dowódcy armii USA wyrażają otwarty sprzeciw wobec sekretarza obrony Pete'a Hegsetha i podważają jego pozycję.

W niedzielę, 30 sierpnia, dziennik "The Telegraph" poinformował o ostrzeżeniu skierowanym do sekretarza obrony USA. Zgodnie z tymi doniesieniami amerykańscy dowódcy sił lądowych, marynarki wojennej i sił powietrznych stwierdzili, że przedłużanie konfliktu krytycznie osłabia zdolność Ameryki do stawiania czoła zagrożeniom w innych częściach świata, w tym na własnym terytorium. Wcześniej media poinformowały o rezygnacji sekretarza armii USA Dana Driscolla.

Trump wielokrotnie powtarzał, że wszystkie opcje pozostają otwarte, w tym powrót do konfliktu na pełną skalę, aby zwiększyć presję na Iran.

Jednak po sześciu miesiącach trwania konfliktu panuje wśród wysoko postawionych dowódców zgoda co do tego, że był on "zbyt intensywny i trwał zbyt długo" — informuje gazeta "The Washington Post".

Zgodnie z tymi doniesieniami generałowie i admirałowie, w tym ci nadzorujący operacje USA w Europie, Azji i Ameryce Łacińskiej, oświadczyli, że nie zgadzają się z rozkazem Hegsetha dotyczącym przedłużenia obecności sił zbrojnych w okolicach Iranu, argumentując, że osłabiło to zdolności operacyjne USA w innych regionach.

(...)

Tymczasem negocjacje z Teheranem utknęły w martwym punkcie. Cieśnina Ormuz pozostaje praktycznie zamknięta, Amerykanie są coraz bardziej sfrustrowani przedłużającym się konfliktem, a przedstawiciele resortu obrony martwią się o wyczerpujące się zapasy.

Pomimo wielokrotnych zapewnień Trumpa, że ta kluczowa droga wodna jest otwarta, sporadyczne ataki ze strony Iranu sprawiają, że ruch pozostaje znacznie poniżej poziomu sprzed wojny.

W czwartek amerykańskie siły zbrojne poinformowały o zakończeniu operacji rozminowywania cieśniny, ogłaszając, że jest ona otwarta dla ruchu.

— Cieśnina Ormuz jest zamknięta — potwierdził w sobotę Kazem Garibabadi, wiceminister spraw zagranicznych Iranu.

Dodał, że Teheran osiągnął porozumienie z Omanem w sprawie tymczasowej trasy morskiej, ale jego wdrożenie zależy od ustępstw ze strony Stanów Zjednoczonych.

W niedzielę Modżtaba Chamenei, najwyższy przywódca Iranu, wezwał w pisemnym oświadczeniu kraje muzułmańskie, zwłaszcza te z regionu Zatoki Perskiej, do zjednoczenia się przeciwko tym, kogo nazwał ich "prawdziwym wrogiem".

onet.pl\The Telegraph


Przyczyny zmiany nastrojów wśród wyborców są oczywiste: wygórowane koszty życia, rosnąca niepopularność Trumpa wśród politycznego centrum oraz ogromna przewaga entuzjazmu, jakim cieszą się Demokraci nad Republikanami.

Przedstawiciele Partii Republikańskiej mówią mi, że obawiają się, iż te nastroje coraz bardziej utrwalają się wśród wyborców; że ponura sytuacja polityczna — spowodowana gwałtownym wzrostem cen benzyny po załamaniu się zawieszenia broni z Iranem w zeszłym miesiącu — jest niemal nieodwracalna.

Gdy wznowiono działania wojenne z Iranem i stało się jasne, stało się jasne, że Republikanom trudno będzie wyjść z defensywy. O ile nie nastąpi radykalna zmiana nastrojów wyborców, te wybory będą prawdopodobnie odzwierciedlać sytuację z czasów, gdy Republikanie byli osaczani przez niezadowolonych wyborców, oburzonych korupcją, cenami paliwa i niepopularną wojną na Bliskim Wschodzie. W przeszłości oznaczało to całkowite przejęcie władzy przez Demokratów.

To, co daje strategom Partii Republikańskiej pewną nadzieję, to fakt, że 20 lat później mniej wyborców z czerwonych stanów jest skłonnych głosować na Demokratów, a przesunięcie partii w lewo stanowi łatwy temat dla reklam wyborczych.

Demokraci mają jednak także inne argumenty, które mogą wykorzystać w rozgrywce wyborczej. Prezydent Trump skupia się bowiem wyłącznie na zabawie, budowaniu osobistego dziedzictwa i atakowaniu osobistych rywali.

Kiedy Trump nie zachowuje się jak 12-letni chłopiec — organizując walki UFC na trawniku przed Białym Domem i oglądając, jak bolidy Indy Car pędzą przez centrum Waszyngtonu — ma obsesję na punkcie nazywania rzeczy swoim imieniem, przeprowadzania remontów oraz mszczenia się, czy to za pośrednictwem Departamentu Sprawiedliwości, czy poprzez zmianę nazw Wielkich Jezior.

To wszystko jest małostkowe. Nie ma jednak powodu do śmiechu, gdy amerykański wyborca płaci cztery dolary za galon zwykłej benzyny. I choć wojna z Kanadą może brzmieć jak skecz komediowy, narastające napięcia handlowe z Ottawą mogą okazać się politycznie fatalne dla Republikanów ze stanów przygranicznych w dwóch wyborach, które muszą wygrać: w Maine i Michigan.

W przyszłym miesiącu w Dallas Republikanie organizują niedużą konwencję wyborczą. Partia Republikańska przygotowuje filmy i przemówienia mające na celu przedstawienie Demokratów jako skrajnych. Jednak, jak powiedział mi jeden z doradców Trumpa, rzeczywisty przekaz zostanie określony przez "cokolwiek szalonego powie prezydent".

Republikanom towarzyszy uczucie bezradności, które przypomina mi jesień 2023 r. Wóczas Demokraci wpadali w szał z powodu swojego 80-letniego prezydenta i jego determinacji, by ubiegać się o reelekcję.

Zgodnie z ostatnim sondażem Agencji Reutera poparcie dla wojny z Iranem wynosi w USA zaledwie nieco ponad 30 proc. Nie ma oczywistego wyjścia z tej sytuacji, dopóki Teheran ma coś do powiedzenia. /Iran nie odpuści przed wyborami, tak jak zatopił Cartera - red./

onet.pl\Politico


Przyczyny zmiany nastrojów wśród wyborców są oczywiste: wygórowane koszty życia, rosnąca niepopularność Trumpa wśród politycznego centrum oraz ogromna przewaga entuzjazmu, jakim cieszą się Demokraci nad Republikanami.

Przedstawiciele Partii Republikańskiej mówią mi, że obawiają się, iż te nastroje coraz bardziej utrwalają się wśród wyborców; że ponura sytuacja polityczna — spowodowana gwałtownym wzrostem cen benzyny po załamaniu się zawieszenia broni z Iranem w zeszłym miesiącu — jest niemal nieodwracalna.

Gdy wznowiono działania wojenne z Iranem i stało się jasne, stało się jasne, że Republikanom trudno będzie wyjść z defensywy. O ile nie nastąpi radykalna zmiana nastrojów wyborców, te wybory będą prawdopodobnie odzwierciedlać sytuację z czasów, gdy Republikanie byli osaczani przez niezadowolonych wyborców, oburzonych korupcją, cenami paliwa i niepopularną wojną na Bliskim Wschodzie. W przeszłości oznaczało to całkowite przejęcie władzy przez Demokratów.

To, co daje strategom Partii Republikańskiej pewną nadzieję, to fakt, że 20 lat później mniej wyborców z czerwonych stanów jest skłonnych głosować na Demokratów, a przesunięcie partii w lewo stanowi łatwy temat dla reklam wyborczych.

Demokraci mają jednak także inne argumenty, które mogą wykorzystać w rozgrywce wyborczej. Prezydent Trump skupia się bowiem wyłącznie na zabawie, budowaniu osobistego dziedzictwa i atakowaniu osobistych rywali.

Kiedy Trump nie zachowuje się jak 12-letni chłopiec — organizując walki UFC na trawniku przed Białym Domem i oglądając, jak bolidy Indy Car pędzą przez centrum Waszyngtonu — ma obsesję na punkcie nazywania rzeczy swoim imieniem, przeprowadzania remontów oraz mszczenia się, czy to za pośrednictwem Departamentu Sprawiedliwości, czy poprzez zmianę nazw Wielkich Jezior.

To wszystko jest małostkowe. Nie ma jednak powodu do śmiechu, gdy amerykański wyborca płaci cztery dolary za galon zwykłej benzyny. I choć wojna z Kanadą może brzmieć jak skecz komediowy, narastające napięcia handlowe z Ottawą mogą okazać się politycznie fatalne dla Republikanów ze stanów przygranicznych w dwóch wyborach, które muszą wygrać: w Maine i Michigan.

W przyszłym miesiącu w Dallas Republikanie organizują niedużą konwencję wyborczą. Partia Republikańska przygotowuje filmy i przemówienia mające na celu przedstawienie Demokratów jako skrajnych. Jednak, jak powiedział mi jeden z doradców Trumpa, rzeczywisty przekaz zostanie określony przez "cokolwiek szalonego powie prezydent".

Republikanom towarzyszy uczucie bezradności, które przypomina mi jesień 2023 r. Wóczas Demokraci wpadali w szał z powodu swojego 80-letniego prezydenta i jego determinacji, by ubiegać się o reelekcję.

Zgodnie z ostatnim sondażem Agencji Reutera poparcie dla wojny z Iranem wynosi w USA zaledwie nieco ponad 30 proc. Nie ma oczywistego wyjścia z tej sytuacji, dopóki Teheran ma coś do powiedzenia.

onet.pl\Politico


Do ataku doszło w niedzielę 30 sierpnia po południu w sklepie Odessa Market przy ul. Śródka w Poznaniu. 50-letni Polak miał kierować wobec pracującej w sklepie obywatelki Ukrainy niecenzuralne i obraźliwe słowa na tle jej narodowości, a następnie wychodząc ze sklepu, miał zdewastować sprayem witrynę.

Sytuację zrelacjonowała TVN24 właścicielka sklepu. Jedna z pracowniczek miała zauważyć, że mężczyzna maluje coś na szybach. - Ponadto ukradł ze sklepu dwa wina. Zaczął także wyzywać pracownice. Mówił, że powinny wracać na Ukrainę i opluł je - relacjonowała właścicielka. 

Gdy na miejsce przyjechała policja, mężczyzna uciekł. Policja zabezpieczyła nagrania ze sklepu i z miasta. Nietrzeźwego sprawcę złapano w poniedziałek o godz. 4. Mężczyznę zamknięto w policyjnym areszcie. 

(...)

W poniedziałek łódzka policja poinformowała, że zatrzymała 17 i 24-latka podejrzanych o napaść na 15-letniego obywatela Ukrainy na Stawach Stefańskiego w Łodzi. Do ataku doszło pod koniec czerwca. 

"Chłopiec, wychodząc z kąpieliska, szedł w stronę pozostawionych przy drzewie rzeczy – wtedy został zaatakowany przez nieznanych mu młodych mężczyzn tylko dlatego, że był innej narodowości. Okoliczni świadkowie zdarzenia natychmiast zaalarmowali służby" - informuje podkom. Kamila Sowińska z KMP Łódź.

W sierpniu policja dotarła do podejrzanych. 17-latek był zdziwiony widokiem policji. "Mężczyzna przyznał się do udziału w zdarzeniu, jednak zaznaczył, że jego przebieg przedstawi dopiero przed prokuratorem prowadzącym sprawę. 28 sierpnia kryminalni zatrzymali drugiego z podejrzanych. Z uwagi na fakt, iż 24-latek działał w warunkach tzw. recydywy, może czekać go surowszy wymiar kary" - podaje łódzka policja. 

gazeta.pl


Bibi z Ben Gvirem pokłócili się i już sondaże zareagowały. Itamar ma mocne 7 mandatów chociaż on to raczej celuje w 10 lub nawet 12. Natomiast Bibiemu spadło do 21 i to jest chyba najsłabszy Bibi w dziejach. Likud Bibiego to miał zawsze 30+ mandaty i dobierał sobie koalicję jakie chciał. Wynalazki i planktony drgnęły do góry i Smotrich jest na granicy Knessetu natomiast główny konkurent Bibiego Eisenkot ma 24 mandaty. Blok Bibiego ma 52 miejsc a koalicja antyBibi ma 55 i Arabowie mają 13 foteli. Bibi w chwili próby będzie chciał połączyć ogień i wodę czyli mieć w jednym rządzie Ben Gvira i Arabów ale ci raczej na to nie pójdą a dla Bibiego to bez różnicy byle aby rządzić. Koalicjantów i tak się niszczy i do kolejnych wyborów szuka się kolejnych łepków. Chociaż o łepków dla Bibiego jest coraz trudniej bo większość polityków bloku antyBibi to są takie łebki zniszczone w poprzednich kadencjach.

x.com/pawelrakowski85


Kurdowie w Syrii oczekiwali, że po tym jak odegrali kluczową rolę w pokonaniu ISIS, świat wesprze ich starania o usankcjonowanie Autonomicznej Administracji Syrii Południowo-Wschodniej. Globalna dynamika geopolityczna okazała się jednak niesprzyjająca i choć może to wywoływać rozgoryczenie Kurdów, to właściwsze było dostosowanie się do niej. Atak Rosji na Ukrainę spowodował, że Europa znów skoncentrowała się na bezpieczeństwie flanki wschodniej, ograniczając swoje zainteresowanie dynamiką wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Ponadto zagrożenie nielegalną migracją, jej instrumentalizacją oraz będący konsekwencją tego wzrost popularności radykalnej prawicy w Europie, sprzyjał narastaniu przekonania, że silne państwa bardziej będą sprzyjać stabilizacji Bliskiego Wschodu. Dotyczyło to w szczególności coraz większego przekonania o kluczowym znaczeniu partnerstwa z Turcją.  

Kurdowie mają też świadomość, iż nie mogą liczyć na wsparcie USA pod przywództwem Donalda Trumpa. Przekonali się o tym bardzo brutalnie w październiku 2019 r., gdy amerykański prezydent dał Turcji zielone światło na atak na Syrię Północno-Wschodnią. Wprawdzie negatywne konsekwencje wycofania sił USA spowodowały, iż po tygodniu podjął decyzję o ich powrocie i wymusił na tureckim prezydencie Recepie Tayyipie Erdoganie wstrzymanie ofensywy, ale Kurdowie dobrze zapamiętali te wydarzenia. Dlatego w ostatnich miesiącach nie dali się wciągnąć w napuszczenie ich na Iran czy Turcję w charakterze proxy. Planom tym towarzyszyły zresztą niezbyt zachęcające, a czasem wręcz obraźliwe dla Kurdów wypowiedzi Trumpa, sprowadzającego ich do roli najemników walczących o broń i pieniądze. 

Warto przy tym podkreślić, że ruch kurdyjski związany z SDF, na którego czele stoją takie osoby jak Mazlum Abdi (dotychczasowy szef SDF), Ilham Ahmed (reprezentująca Syrię Północno-Wschodnią w kontaktach zagranicznych) i Sipan Hemo, wbrew dość powszechnej narracji, nie dążył do oddzielenia się Syrii Północno-Wschodniej od Syrii, lecz do uzyskania autonomii przypominającej status Regionu Kurdystanu. Negocjacje prowadzone jeszcze z Assadem zakończyły się totalnym fiaskiem, gdyż syryjski dyktator nie oferował Kurdom w zasadzie niczego, żądając pełnej integracji ze scentralizowanym państwem.  

Sytuacja uległa zmianie po obaleniu Assada, co Kurdowie przyjęli ze szczerym zadowoleniem, mimo nieufności wobec nowych władz, wywodzących się z afiliowanej przy Al Kaidzie Dżabat al Nusra/HTS. W latach 2013-2014, zanim ISIS wyparło Nusrę/HTS z północnej Syrii, między kurdyjskimi oddziałami YPG/YPJ a tymi dżihadystami dochodziło do walk. Później oddziały dżihadystów, które powstały pod protektoratem Turcji jako Syryjska Armia Narodowa, atakowały SDF w ramach ofensyw tureckich w północnej Syrii. Obie strony dzieliły głębokie różnice ideologiczne, gdyż Kurdowie z SDF/YPG/YPJ odwoływali się do lewicowego apoizmu, demokratycznego konfederalizmu oraz promowali równość kobiet i mężczyzn oraz równouprawnienie wszystkich religii.  

Ahmed asz-Szara, wcześniej znany jako Abu Mohammad al-Dżulani, dokonał szybkiej metamorfozy z dżihadystycznego rebelianta w męża stanu w garniturze i dzięki korzystnym dla niego czynnikom geopolitycznym dostał kredyt zaufania ze strony USA i Europy, a w Turcji znalazł kluczowego sojusznika. Choć trudno przesądzać, czy ta zmiana okaże się trwała w długiej perspektywie, to póki co Szara stara się utrzymywać ten wizerunek, nie wprowadzając reżimu islamistycznego w Syrii i nie prowadząc dżihadystycznej polityki zagranicznej. Wprawdzie w czasie jego rządów doszło do ataków i mordów dokonywanych na Druzach, alawitach i Kurdach, ale nie były one częścią planowanej polityki państwa. Problem polega na tym, że siły, które obaliły Assada, były zróżnicowane i ich stopień podporządkowania Szarze był zróżnicowany. Obecnie Szara stara się ograniczać tę niezależność, jednak musi robić to ostrożnie, by nie zostać obalonym w jakimś przewrocie dżihadystycznym.

Po obaleniu Assada kontrola sił nowego rządu nad Syrią nie była pełna. W mniejszym stopniu dotyczyło to terenów alawickich (gdzie ostatecznie nie doszło do uzyskania kontroli nad jakimś terytorium przez siły post-assadowskie) i druzyjskich, natomiast przede wszystkim chodziło o Autonomiczną Administrację Syrii Północno-Wschodniej (AANES), czyli tereny kontrolowane przez SDF i obejmujące (do stycznia 2026) niemal całą prowincję Hasaka, połowę prowincji Deir az-Zaur, większość prowincji Rakka i część prowincji Aleppo. W pierwszych miesiącach po przejęciu władzy przez Szarę prowadzone były negocjacje, a jednocześnie dochodziło do starć na ograniczoną skalę między SDF a siłami nowego rządu (zwłaszcza powiązanymi z Turcją oddziałami w prowincji Aleppo, z której SDF musiały się częściowo wycofać). W marcu 2025 zawarto wprawdzie porozumienie, ale jego implementacja napotykała na istotne przeszkody w jego interpretacji. Chodziło przede wszystkim o to, jak SDF ma zostać zintegrowane z armią syryjską (na indywidualnych zasadach czy jako wydzielony komponent), czy integracja ma objąć również kobiety z YPJ, w jakim zakresie nauczanie ma być prowadzone w języku kurdyjskim i jaki ma on mieć status oraz czy zintegrowanie administracji ma nastąpić według modelu irackiego (Region Kurdystanu w Iraku).

Niepowodzenie implementacji marcowego porozumienia doprowadziło do ofensywy sił rządowych na AANES w styczniu 2026 r., w wyniku której zginęło ponad 1000 osób, a oblężonemu Kobane (symbolowi walki z ISIS) groziła zagłada. Ostatecznie, pod naciskiem międzynarodowym (w tym wielu senatorów USA), ofensywa została wstrzymana, ale SDF straciło kontrolę nad większością terytoriów, utrzymując się jedynie na rdzennie kurdyjskich terenach na północ od Hasaki oraz w odizolowanym Kobane. Działania te doprowadziły też do przejęcia przez siły rządowe kontroli nad więźniami ISIS (głównie ze zlikwidowanego po ofensywie styczniowej obozu Al Hawl) oraz ogólnej odpowiedzialności za zwalczanie terrorystów z tej organizacji. W rezultacie aktywność ISIS w Syrii w pierwszej połowie 2026 r. znacznie wzrosła, a Szara zapewne miał świadomość, że choć jest stroną silniejszą, to wznowienie walk z Kurdami prowadzić będzie do destabilizacji Syrii, a przez to sprzyjać będzie ISIS.

Kluczowe znaczenie miały jednak czynniki zewnętrzne związane z dynamiką geopolityczną regionu. Izrael, choć od początku wojny domowej w Syrii miał kanały kontaktu z syryjskimi dżihadystami, postawił na dalszą destabilizację wewnętrzną tego kraju. Zresztą pod koniec swoich rządów Assad, z inicjatywy Rosji, sabotował obecność Iranu w Syrii, akceptował przekazywanie danych dotyczących dyslokacji irańskich celów w Syrii Izraelowi i nie zaangażował się w działania tzw. „osi oporu” po masakrze 7.10.2023 r. i rozpoczęciu działań Izraela przeciw Hamasowi i Hezbollahowi. W zamian liczył na to, że w przypadku kryzysu Izrael nie pozwoli na jego upadek. Tak się jednak nie stało, a od razu po zmianie władzy Izrael rozpoczął bombardowania obiektów militarnych w Syrii oraz zajął pas strategicznego terenu w prowincji Quneitra, w tym górę Hermon. Motywacja Izraela oparta była na dwóch założeniach – po pierwsze, iż w interesie Izraela jest niedopuszczenie do stabilizacji Syrii i utrzymanie w niej stanu wojny domowej, bo słaba Syria nie stanowi zagrożenia; po drugie, iż wpływy Turcji w Syrii są zagrożeniem dla Izraela i trzeba je zwalczać za wszelką cenę. W kwietniu 2025 Izrael zbombardował bazę T-4 w pobliżu Palmyry, gdy Turcja planowała rozmieszczenie tam swoich sił.  

Plan Izraela zakładał, że kluczowym narzędziem destabilizacji Syrii oraz zwalczania wpływów tureckich przez Izrael będzie wykorzystanie mniejszości, w tym w szczególności Kurdów. Dlatego Izrael zintensyfikował prokurdyjską narrację, oskarżając Turcję o ludobójstwo Kurdów. Jednocześnie zaczęły się pojawiać fantastyczne projekty autonomicznego tworu, a nawet nowego państwa, które jakoby miałoby powstać po połączeniu terenów druzyjskich na południu (granicząc z Izraelem) z terenami kurdyjskimi poprzez słabo zaludnioną, ale strategicznie ważną (kontrolowanie granicy z Irakiem) wschodnią Syrię. Oczywiście był to całkowicie nierealny projekt, który miał jednak zachęcić Druzów i Kurdów do stawiania oporu Szarze i jego siłom, bez względu na to jak duże byłyby tego koszty. Tymczasem Izrael nigdy realnie nie był gotów udzielić Kurdom w Syrii jakiejkolwiek pomocy, co zresztą potwierdziły wydarzenia ze stycznia 2026. Natomiast Turcja groziła, że w przypadku niezintegrowania SDF z siłami syryjskimi, może ponownie zaatakować AANES. Warto dodać, że kreowanie się przez Izrael na patrona Kurdów przynosiło im wyłącznie szkody, nakręcając niechęć w świecie arabsko-muzułmańskim. 

Turcja jednak zrozumiała, że samą siłą i groźbami nie rozwiąże sytuacji, a jedynie zwiększy prawdopodobieństwo dogadania się Kurdów z Izraelem. Dlatego jeszcze w końcu 2024 r. rozpoczęły się nowe działania w celu pokojowego rozwiązania kwestii kurdyjskiej. Sprawa przyśpieszyła w lutym 2025, gdy przebywający w tureckim więzieniu lider PKK Abdullah Ocalan wezwał do rozwiązania tej organizacji i złożenia broni. W maju 2025 odbył się kongres PKK, na którym podjęto decyzję o samorozwiązaniu, a w lipcu tego samego roku doszło do symbolicznego złożenia broni przez grupę członków PKK. Wprawdzie w kolejnych miesiącach proces ten spowolnił, to faktem jest, że walka zbrojna z którymkolwiek z państw objętych aktywnością tej organizacji (Turcja, Irak, Iran, Syria) nie ma najmniejszego sensu i nie przyniesie sprawie kurdyjskiej żadnych korzyści. Z drugiej strony Turcja zrozumiała, że przemoc jedynie podsyca kurdyjski opór, a nie go tłamsi. Ponadto, faktem jest również, że pod rządami AKP doszło do istotnej zmiany sytuacji Kurdów w Turcji, których tożsamość przed 2002 r. była całkowicie negowana. Natomiast w sierpniu 2026 r. parlament turecki przyjął ustawę regulującą reintegrację członków PKK po rozbrojeniu (ma to nie dotyczyć wyłącznie przywództwa organizacji). 

Proces pokojowy w Turcji toczył się zatem równolegle do negocjacji Damaszek–SDF, ale oba były ze sobą ściśle związane i Izrael starał się je wykoleić. Kolejnym pomysłem było więc wykorzystanie Kurdów do wojny z Iranem wraz ze stworzeniem mirażu jakiegoś organizmu przypominającego AANES na terenach, które Kurdowie mieliby tam zająć. To mogłoby przekonać PKK do wznowienia aktywności zbrojnej przeciwko Turcji i wykorzystania swoich wpływów in Syrii do przekonania SDF do usztywnienia stanowiska. Erdogan jednak zagroził interwencją zbrojną w takiej sytuacji i Trump odwołał ten plan. Istnieją zresztą głębokie wątpliwości, czy sami Kurdowie poszliby na to bez konkretnych gwarancji, a tych nie otrzymaliby od Trumpa. Realizacji jakiegoś planu wykorzystania Kurdów jako proxy w interesie Izraela nie sprzyja zarówno to, że relacje turecko-irańskie, turecko-irackie i turecko-syryjskie są obecnie bardzo dobre, jak i to, że sytuacja Kurdów w Turcji, Iraku i Syrii uległa ogromnej poprawie w stosunku do czasów gdy PKK była zakładana.

Pod rządami dynastii Assadów znaczną część Kurdów pozbawiono obywatelstwa, a co za tym idzie wszelkich praw. Według nacjonalistycznej narracji byli oni ciałem obcym i mieli do wyboru albo ulec arabizacji albo opuścić kraj. Tymczasem obecnie po raz pierwszy uznano Kurdów za integralny komponent etniczny Syrii. Wkrótce po wydarzeniach ze stycznia 2026 r. wznowione zostały negocjacje, w których tym razem obie strony wykazały się znacznie większą skłonnością do kompromisu. W lutym gubernatorem prowincji Hasaka, zatwierdzonym przez Szarę, został wskazany przez SDF Nureddin Issa Ahmed, a miesiąc później wiceministrem obrony Syrii mianowany został dowódca YPG Sipan Hemo (jednocześnie na wniosek Syrii usunięty przez Turcję z listy ściganych terrorystów). Ostateczne porozumienie zostało zawarte 25 sierpnia w Damaszku, po którym lider SDF Mazlum Abdi ogłosił rozwiązanie tej formacji. Zdementowane (co nie oznacza, że nieprawdziwe), ale mocno cytowane wypowiedzi liderów kurdyjskich w Syrii wskazywały, że Izrael do końca próbował storpedować porozumienie.  

Zgodnie z porozumieniem żołnierze SDF utworzą cztery odrębne brygady w ramach dywizji Hasaki, które mają odpowiednio bronić kluczowych obszarów kurdyjskich: Derik, Hasaka, Kamiszlo i Kobane. Piąta brygada ma powstać w Efrin, z którego SDF zostały wyparte przez Turcję in 2018 r. i wejść do dywizji Aleppo. To ogromny sukces Kurdów, gwarantujący im bezpieczeństwo (i zapewniający możliwość powrotu kurdyjskich uchodźców do swych domów), a jednocześnie ujednolicający strukturalnie armię syryjską. To również wzmacnia Szarę, który wie, że jeżeli kiedyś dojdzie do jakiejś próby przewrotu ze strony bardziej radykalnych formacji, to jednostki kurdyjskie wesprą go. Również kurdyjskie siły bezpieczeństwa (Asaisz) mają zostać zintegrowane, niemniej w tym wypadku nie mają one stanowić odrębnych formacji. Trudno jednak się spodziewać, że syryjskie MSW wyśle do Kamiszlo znaczne siły, gdyż wciąż są one bardziej potrzebne w Damaszku i na południu Syrii. Do sił MSW mają też zostać włączone jednostki kobiece YPJ, których dowódca Nesrin Abdullah uczestniczyła w ostatecznych rozmowach z Szarą. Jeśli chodzi o administrację, to na terenach kurdyjskich oparta będzie ona na dotychczasowych, kurdyjskich zasobach, a jedynie strukturalnie włączona będzie do struktur państwa. Wiele się zatem pod tym względem nie zmieni. 

Natomiast język kurdyjski nie zyskał statusu oficjalnego (czyli równego arabskiemu, tak jak jest to w Iraku), ale został uznany za narodowy, co również jest pierwszym takim przypadkiem w historii nowoczesnej Syrii. Nauczanie wprawdzie będzie po arabsku, ale kurdyjski będzie przedmiotem włączonym do programu edukacji szkolnej wszelkich szczebli z trzema lekcjami tygodniowo. AANES co prawda wprowadziło całą edukację po kurdyjsku, ale konsekwencją było nieuznawanie świadectw i dyplomów przez władze syryjskie (a w konsekwencji również międzynarodowo). Syryjskie władze mają też przejąć kontrolę nad zasobami, w szczególności wydobyciem ropy. Mazlum Abdi, dotąd uznawany przez Turcję za terrorystę, został mianowany doradcą prezydenta ds. kurdyjskich, a Ilham Ahmed otrzymała stanowisko w parlamencie. Choć Abdi planował zostać w Kamiszlo i w dalszym ciągu kierować tamtejszą polityką, to jego obecność na szczeblu centralnym, sprzyjać będzie zabezpieczeniu praw Kurdów oraz rozwiązywaniu sytuacji konfliktowych, by nie dopuścić do ewentualnych eskalacji. Nie można ich wykluczyć, gdyż strony nadal darzą się nieufnością, po obu stronach są przeciwnicy porozumienia (choćby bardziej radykalni dżihadyści), a do tego dochodzi czynnik zewnętrzny (Izrael).  

defence24.pl

niedziela, 30 sierpnia 2026



Serbowie, cóż. 

Po śmierci Ratka Mladića 27 sierpnia 2026 r. władze Serbii nie zaakcentowały jego odpowiedzialności za Srebrenicę ani inne zbrodnie, za które został prawomocnie skazany. Zamiast tego centrum oficjalnej narracji stanowi jego krzywda i sposób potraktowania przez Hagę.

Najmocniejsza jest wypowiedź Aleksandara Vučicia. Prezydent powiedział, że odmowa wypuszczenia ciężko chorego Mladića była zachowaniem „niecywilizowanym, bezprecedensowym i niewybaczalnym”, po czym dodał:

„Teraz widzimy, że chcieli, żeby Mladić umarł za kratami”.

Zapowiedział również, że jeśli rodzina zechce pochować Mladića w Serbii, państwo pomoże zorganizować „godny i przyzwoity” pogrzeb. Serbia wysłała też ludzi do Hagi, żeby pomóc rodzinie przy transporcie ciała.

 A w Republice Serbskiej w Bośni - jeszcze gorzej. Tam reakcja jest znacznie mocniejsza niż w samej Serbii. Tam właściwie można mówić o półoficjalnym/państwowym kulcie Mladića jako obrońcy i współtwórcy RS.

Prezydent RS Siniša Karan, czyli formalnie najwyższy przedstawiciel Republiki, powiedział, że przyjął śmierć Mladića „z głębokim smutkiem” i określił go jako „jedną z najważniejszych postaci wojskowych narodu serbskiego w przełomowym czasie, kiedy Republika Srpska była tworzona i broniona”. Państwowa RTRS zebrała reakcje pod jeszcze mocniejszym nagłówkiem: „Odszedł człowiek, bez którego nie byłoby Republiki Serbskiej i wolności”.

Milorad Dodik poszedł jeszcze dalej. Powiedział, że „Republika Srpska pozostaje wierna temu, kim był Ratko Mladić. Republika Srpska nie zapomni jego roli”.

Nazwę VRS określił jako „honorową armię”, Mladića jako jej dowódcę „w walce o wolność narodu serbskiego”, a odpowiedzialność Mladića za zbrodnie przedstawił jako element narracji narzuconej przez Hagę. Co więcej, zgodził się z określeniem, że Mladić został „zabity w Hadze”.

Tego samego dnia odbył się w soborze Chrystusa Zbawiciela w Banja Luce oficjalny pomen. Przyszli na niego Dodik, minister spraw wewnętrznych RS Željko Budimir, minister ds. kombatantów Radan Ostojić i szef organizacji weteranów VRS. Ministrowie razem z Dodikiem zapalali świece za Mladića.

Minister Radan Ostojić oficjalnie wezwał weteranów, inwalidów wojennych, rodziny poległych i obywateli RS, żeby przyszli na place, pod pomniki i do cerkwi i zapalili świecę Mladićowi. Czyli nie była to tylko spontaniczna żałoba społeczna — władze RS aktywnie organizowały jej publiczną formę.

Staša Košarac, polityk SNSD i minister w rządzie centralnym BiH:

„Generał Mladić był, jest i pozostanie moim dowódcą”.

Nazwał go patriotą i człowiekiem, który w najtrudniejszych czasach dawał narodowi „siłę i otuchę”. Przewodniczący parlamentu RS Nenad Stevandić oskarżył Hagę o przyspieszenie śmierci Mladića przez odmowę wypuszczenia go na leczenie.

I dochodzi do tego reakcja społeczna. Na meczu Boraca Banja Luka po ogłoszeniu śmierci Mladića stadion zareagował głośnymi oklaskami, śpiewano pieśń na jego cześć, a Lešinari rozwinęli transparent określający go jako „największego obrońcę narodu serbskiego”. Dodik później opublikował zdjęcie tego transparentu i pogratulował kibicom.

x.com/ZiemowitSzcze11


"Za to wytchnienie świat może podziękować Chinom" - oznajmił czytelnikom 13 sierpnia "The Economist". Brytyjski tygodnik przyjrzał się bliżej temu, co od początku blokady cieśniny Ormuz zaskakuje nawet specjalistów od lat zajmujących się branżą naftową.

"Wielką niespodzianką ekonomiczną wojny z Iranem stał się fakt, że ceny ropy pozostały względnie niskie, pomimo niemal całkowitego zamknięcia cieśniny Ormuz. Pięć miesięcy po rozpoczęciu wojny cena ropy Brent pozostaje o około 40 dolarów niższa od dziennego maksimum, które osiągnęła 30 kwietnia - 126 dolarów za baryłkę" - zauważano.

Gdy w 1973 r. kraje arabskie ogłosiły embargo na eksport ropy do państw wspierających Izrael, cena jednej baryłki w pół roku wzrosła o ponad 300 proc.

Podczas drugiego kryzysu naftowego w 1979 r., po tym jak Iran zablokował sprzedaż paliw do Stanów Zjednoczonych i innych krajów uznanych za wrogie rewolucji islamskiej, wywindował cenę ropy o ok. 180 proc.

Obecnie maksymalny skok ceny w porównaniu z okresem sprzed blokady Ormuz wyniósł we wspominanym przez "The Economist" kwietniu ok. 55 proc. W sierpniu ropa Brent była droższa już tylko o ok. 20 proc. w porównaniu z miesiącami poprzedzającymi atak USA i Izraela na Iran.

Sukces ten długo przypisywano Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), która w marcu 2026 r. ogłosiła, że jej kraje członkowskie: "przeprowadzą największe w historii uwolnienie zapasów ropy naftowej w związku z zakłóceniami na rynku spowodowanymi konfliktem na Bliskim Wschodzie".

Wedle doniesienia agencji Reutera z poniedziałku: "Do lipca uwolniono około 290 milionów baryłek - co odpowiada mniej więcej pięciu tygodniom dostaw ośmiu milionów baryłek dziennie z Bliskiego Wschodu".

Trzy dni później ta sama agencja przedstawiła wyliczenie, o ile swą konsumpcję zredukowało Państwo Środka, w czasie gdy IEA pompowała ropę z rezerw strategicznych (głównie amerykańskich) na światowy rynek.

Otóż Chiny kupiły o 400 mln baryłek mniej niż w analogicznym okresie 2025 r. Dzięki temu, choć trwa batalia o panowanie nad cieśniną Ormuz, a ukraińskie drony redukują rosyjski eksport paliw, światowy rynek nie wywrócił się do góry nogami z powodu ich trwałego deficytu.

"W rezultacie kierowcy i importerzy ropy nie znaleźli się jeszcze w poważnych tarapatach. I - choć trudno w to uwierzyć - Iran miał mniejszy wpływ na prezydenta Donalda Trumpa, niż mógłby mieć" - trywializował 13 sierpnia "The Economist".

(...)

"Wszystko zaczęło się w kwietniu. W tym miesiącu chiński import nie tylko spadł o 20 proc. rok do roku (o 2,3 mln baryłek dziennie), ale także nieznacznie zwiększyły się zapasy ropy. Co więcej, chińskie rafinerie odsprzedawały ładunki ropy z Afryki Zachodniej zamiast ją importować" - opisują, zajmujące się od lat Państwem Środka analityczki z Oksfordu: dr Michal Meidan i dr Erica Downs.

Chińskie Narodowe Biuro Statystyczne po raz ostatni opublikowało informacje na temat swoich strategicznych rezerw ropy oraz wewnętrznego zapotrzebowania na nią w połowie 2017 r. Od tego czasu jest to wiedza ściśle tajna. To, jakie są zapasy paliw, ich konsumpcja czy wysokość zakupów, zachodni analitycy szacują na podstawie danych pośrednich, obserwując przede wszystkim zawierane przez chińskie rafinerie kontrakty.

(...)

Przez dekady ceny paliw dyktowały kraje OPEC, solidarnie decydując, czy zwiększają, czy też redukują wydobycie. Od pół roku robi to Pekin, bo może wybierać opcje: kupujemy albo nie kupujemy.

(...)

Analityczki Oxford Institute for Energy Studies stawiają tezę, że Pekin zredukował na tak długo zakupy, posługując się dwoma narzędziami. Pierwszym są olbrzymie rezerwy ropy, gromadzone przez lata na taką okazję. Szacuje się je na od 1,2 do około 1,4 miliarda baryłek. Choć nikt głowy za prawdziwość tych wyliczeń nie da. Rezerwy sukcesywnie trafiają obecnie do chińskich rafinerii. Ale jednocześnie zmuszono Chińczyków do sporej redukcji konsumpcji wewnętrznej - i to jest narzędzie numer dwa.

"Chociaż zużycie benzyny w Chinach spada strukturalnie z powodu nasycania rynku pojazdami elektrycznymi, wysokie ceny na stacjach benzynowych prawdopodobnie dodatkowo zniechęcały do jazdy samochodem. Anegdotyczne doniesienia wskazują na wzrost liczby taksówek i wynajmu pojazdów elektrycznych, ponieważ konsumenci uznali, że korzystanie z taksówek lub przejazdów współdzielonych jest tańsze niż płacenie za benzynę" - piszą dr Meidan i dr Downs. Ostrzegając, że Państwo Środka może w pewnym momencie nie być już zdolne do dalszego ograniczania zagranicznych zakupów. Acz nie potrafią podać nawet przybliżonej daty, kiedy ta chwila nadejdzie.

Z kolei analitycy Reutersa uważają, że spadek chińskich zakupów jest trwały i wynika z transformacji energetycznej, jaka zaszła w Państwie Środka. Jako jej główny element wskazują masową elektryfikację transportu drogowego. Dlatego też od pół roku chińskie rafinerie produkują mniej benzyny i oleju napędowego, ponieważ popyt na nie spada.

(...)

Nieco inaczej sprawę widzi indyjski portal informacyjno-publicystyczny "Firstpost". W analizie opublikowanej 11 sierpnia postawiono tezę, że to, co robi Pekin, nie jest niczym nadzwyczajnym. Po prostu Chiny od lat trzymają się strategii, że dużych zakupów ropy dokonują, kiedy ta jest tania, a redukują je w okresach drożyzny, dbając o posiadanie gigantycznych rezerw.

"Chiny mogą sobie pozwolić na tymczasowe wycofanie się z rynków międzynarodowych, ponieważ mają zapasy baryłek. Indie natomiast pozostają silnie uzależnione od ciągłego przepływu tankowców z ropą" - podkreśla "Firstpost". Jednak wizja, że Pekin może sobie robić, co chce, bez oglądania się na resztę świata, ponieważ jest już tak potężny, również nie przekonuje do końca.

Zatem pora sformułować konkurencyjną hipotezę. Mianowicie Państwo Środka musiało ograniczyć zakupy, ponosząc tego koszty, ponieważ po krachu na rynku nieruchomości od pięciu lat głównym kołem zamachowym chińskiej gospodarki jest eksport wyrobów przemysłowych. Przy ich nadprodukcji, całkowitym nasyceniu rynku wewnętrznego i trwającej na nim wojnie cenowej jednym, co chroni chiński przemysł przed załamaniem, jest stały wzrost eksportu.

Zbyt wysokie ceny ropy grożą światową recesją oraz inflacją. A nawet trumpowskie cła są błahostką w porównaniu z momentem, gdy odczuwający recesję zachodni konsumenci przestają konsumować. Zatem Pekin musi ratować skórę Zachodowi, bo inaczej sam pogrąży się w ekonomicznym kryzysie. Acz to też tylko teoria, próbująca przeniknąć chiński mur milczenia. /I mur zdrowego rozsądku? Teza mocno wydumana - red./

interia.pl


W Waszyngtonie rozpoczął się etap, który na rynkach znamy jako masowa realizacja zysków i ewakuacja przed krachem.

Fala rezygnacji w Białym Domu przed wyborami do Kongresu przyspiesza. Odeszli kluczowi zaufani ludzie tj. rzeczniczka K. Leavitt, główny prawnik D. Warrington, dyrektor ds. relacji z Kongresem J. Braid oraz wiceszef doradców ds. bezpieczeństwa A.Baker. 

Mianowanie W. Scharfa na nowego radcę Białego Domu jasno pokazuje priorytety to przygotowanie bunkra prawnego na lawinę wezwań do sądu i komisji śledczych po niemal pewnej utracie większości w Kongresie. 

Pula chętnych do wejścia na tonący pokład jest już właściwie zerowa. Kryterium ślepej lojalności odstrasza ekspertów, a perspektywa statusu "lame duck" i paraliżu legislacyjnego paraliżuje administrację.

Do tego gdy główny sojusznik medialny Tucker Carlson i czołowy głos elektoratu Trumpa wzywa do jego natychmiastowego usunięcia z urzędu, to wiesz, że sprawy wymknęły się spod kontroli.

Kiedy zaplecze polityczne ucieka, a prezydent z rekordowo niskim poparciem zostaje sam z garstką najwierniejszych potakiwaczy, nieprzewidywalność decyzji w polityce zagranicznej staje się dla rynków najwyższym ryzykiem ogona.

x.com/Maciej__Czajka

sobota, 29 sierpnia 2026



19 sierpnia Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) ujawniło szczegóły operacji „Forrest Gump", dotyczącej podejrzeń o korupcję na najwyższych szczeblach ukraińskiej władzy. Jedną z podejrzanych została zastępczyni szefa Biura Prezydenta Ukrainy (BPU) Iryna Mudra, pracująca przy ul. Bankowej jeszcze od czasów „wiceprezydenta" Andrija Jermaka. Według śledczych grupa miała przejąć kontrolę nad znacjonalizowanym po wybuchu wojny Sense Bankiem i wykorzystywać go do prywatnych interesów, m.in. do organizacji kaucji za byłego ministra energetyki Hermana Hałuszczenkę, podejrzanego w ramach operacji „Midas".

Opublikowane przez NABU nagrania rozmów Mudrej wywołały dodatkowe kontrowersje. Mówiła ona o konieczności obsadzenia NABU, Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP) i innych instytucji „swoimi ludźmi" oraz o potrzebie „kontrolowania korupcji zamiast jej zwalczania". Sprawa natychmiast nabrała wymiaru politycznego, ponieważ w materiałach śledztwa pojawia się również nieujawniony z nazwiska urzędnik Biura Prezydenta, określany jako „Kyryło Ołeksijowycz". Nietrudno powiązać tę osobę z byłym szefem ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, który od stycznia stoi na czele Biura Prezydenta.

Po ujawnieniu tych informacji zarówno prezydent Wołodymyr Zełenski, jak i sam gen. Kyryło Budanow odnieśli się do sprawy Mudrej. Zełenski stwierdził, że informacje przedstawione przez śledczych były wystarczające, by niezwłocznie ją zdymisjonować. Podkreślił też, że wobec niego samego organy antykorupcyjne nie mają żadnych zarzutów. Budanow przyznał natomiast, że po wszczęciu sprawy kontaktował się z Mudrą, tłumacząc, że „nie odwraca się od ludzi" przed ostatecznym rozstrzygnięciem sądu.

– Niech sąd rozstrzygnie, kto i gdzie się pojawia. U nas, wiecie, wiele rzeczy się pojawia w różnych miejscach – powiedział Budanow w komentarzu dla portalu Hromadske.

Cały proceder, z grubsza rzecz biorąc, dotyczy zawodowych polityków, osób pozostających u władzy od 2019 r. Można by pominąć rozważania na temat tego, że Zełenski, dochodząc do władzy na białym koniu po miażdżącym zwycięstwie nad Petrem Poroszenką, przynosił na sztandarach „nową jakość" w polityce i obiecywał ostateczną likwidację korupcji. Tyle że nie – nie pomijajmy tego. Spojrzenie na program wyborczy Zełenskiego z 2019 r. z perspektywy 2026 r. mimowolnie każe sądzić, że Ukraina żyje w politycznym Matriksie.

Kilka przykładów. „Nie walka z korupcją, lecz zwycięstwo nad nią". „Nie kradnij!" – podstawowe przykazanie w walce z korupcją. I dalej: „Zero tolerancji dla korupcji na wszystkich szczeblach. Podejrzany o korupcję nie wyjdzie za kaucją". Tak brzmiała obietnica.

Siedem lat później dawny przyjaciel Zełenskiego, Tymur Mindicz, staje się jednym z najważniejszych szarych eminencji ukraińskiej polityki, rozgrywającym „pieniężne potoki", a po ucieczce do Izraela kontynuuje organizowanie pieniędzy na kaucje dla swoich popleczników. Nie jakimiś ukrytymi kanałami, lecz przez samo serce ukraińskiego systemu władzy – Biuro Prezydenta Ukrainy.

Wydaje się, że gdyby nie wojna i nasilające się rosyjskie ostrzały, w tym ataki balistyczne, przed którymi Ukraina pozostaje w dużej mierze bezbronna, z dużą dozą prawdopodobieństwa można by zakładać, że bylibyśmy świadkami trzeciego Majdanu. O ile dwa poprzednie koncentrowały się przede wszystkim wokół geopolitycznego wyboru Ukrainy, co ostatecznie skłoniło Władimira Putina do rozpoczęcia pełnowymiarowej inwazji, dziś ten wybór jest już rozstrzygnięty. Ukraina jest jednoznacznie zwrócona na Zachód, a członkostwo w UE i NATO nie stanowi już przedmiotu sporu o podstawowy kierunek polityki zagranicznej.

Tymczasem całkowicie nadrzędnym tematem życia politycznego staje się korupcja. Jakby mało było obserwacji i prywatnych rozmów, potwierdzają to sondaże. W badaniu SOCIS przeprowadzonym na przełomie lipca i sierpnia 49,3 proc. Ukraińców wskazało wysoki poziom korupcji na szczeblu państwowym jako czynnik najbardziej negatywnie wpływający na sytuację w kraju. To więcej niż odsetek wskazujących na nieustanne rosyjskie ataki dronowe i rakietowe na infrastrukturę – 44,6 proc. Jeszcze bardziej wymowna jest odpowiedź na pytanie o największe błędy obecnej władzy: 60,2 proc. badanych wskazało na utrzymywanie wysokiego poziomu korupcji i rozkradanie środków budżetowych. W praktyce oznacza to, że korupcja staje się głównym filtrem, przez który społeczeństwo ocenia państwo i jego przywódców.

Podstawowym źródłem nadziei na powojenną poprawę – z zastrzeżeniem, że wojna trwa i trwać będzie, a na horyzoncie widać przede wszystkim dalszą eskalację i internacjonalizację tego konfliktu – są zasoby ludzkie. Te dziś w Ukrainie koncentrują się przede wszystkim w środowisku wojskowym i okołowojskowym. To liczni dowódcy, jak choćby gen. Denys Prokopenko, bohater Mariupola, czy gen. Andrij Biłecki, który, nota bene, należy do jawnie prawicowej, nacjonalistycznej części sceny politycznej. To również rzesze wolontariuszy, jak Taras Czmut, szef największej fundacji wspierającej wojsko „Wróć Żywy", czy niegdysiejszy showman Serhij Prytuła, dziś zajmujący się zakupem dronów. Albo Robert Browdi „Madziar", dowódca ukraińskich wojsk dronowych, pełen charyzmy i leksykonu czasów wojny.

Czołowym przedstawicielem, czy wręcz ucieleśnieniem idei, że skoro zasłużyłeś się na “wojnie ojczyźnianej” – a bez wątpienia Ukraina z takową się mierzy – to możesz zmienić państwo na lepsze od środka, jest gen. Kyryło Budanow. Człowiek z frontu, walczący z Rosją od czasów pierwszej agresji, biorący bezpośredni udział w udanej kontrofensywie charkowskiej jesienią 2022 r., odpowiadający za bezprecedensowe operacje specjalne. Innymi słowy – idealna postać do tego, by architekturę skuteczności z poziomu operacyjnego przenieść na poziom polityczny.

Bomba, jaką jest – na razie rzekome, choć potwierdzone co najmniej przez dwa źródła – pojawienie się Budanowa na taśmach Mudrej niesie ze sobą szereg poważnych zagrożeń nie tylko natury politycznej, ale przede wszystkim społecznej. Mitem, który mógłby runąć, byłoby przekonanie, że „jeszcze nowsza jakość", czyli warstwa nowej elity wyrosłej na wojennym i obronnym wysiłku państwa, zamiast zmieniać i modernizować Ukrainę oraz wykorzeniać głęboko zakorzenioną korupcję jako czynnik systemowy, sama zaczyna reprodukować stare mechanizmy.

Prowadziłoby to do pytania natury filozoficznej: „O co właściwie walczymy?". Część społeczeństwa odpowie, że za to, by przestano nas codziennie ostrzeliwać, inni – za sprawiedliwość i obronę swoich bliskich. Jeszcze inni mogą powiedzieć: po to, by „zabić smoka i nie stać się smokiem". Za tym powiedzeniem kryje się głęboki sens tej wojny. Ukraina, a przynajmniej znacząca jej część, wydaje się walczyć nie tylko o przetrwanie państwa, lecz także o odrzucenie postsowieckiego modelu i jego spuścizny na rzecz przejrzystości, odpowiedzialności i odbudowy zaufania obywateli do instytucji publicznych.

centrumeuropy.pl


Zanim pójdę spać, przygotowuję drugie łóżko — moje "łóżko na wypadek alarmu powietrznego".

Kiedy za moimi oknami rozbrzmiewa chór syren zwiastujących rosyjski atak i wyrywa mnie ze snu, jestem przyzwyczajona do tego, by zerwać się z łóżka i pobiec do przedpokoju, gdzie czeka na mnie drugie łóżko. Tam zazwyczaj próbuję zasnąć i czekam, aż atak dobiegnie końca nad ranem.

Jednak w ciągu ostatnich dwóch dni alarmy nie kończyły się o wschodzie słońca. Rozbrzmiewały przez cały dzień i następną noc. To wyczerpujące wycie, któremu towarzyszą wybuchy i świadomość, że twoje życie jest nieustannie zagrożone.

Od czwartkowej nocy Kijów przetrwał ponad 20 alarmów powietrznych. Niektóre trwały godzinę, inne — do 10 min.

Rzeczywiście, każdy alarm — podczas gdy Rosja nieustannie niszczy miliony książek, magazynów żywności i fabryk alkoholi — oznacza również, że wszystko musi się zatrzymać, dopóki nie usłyszymy słów: "alarm powietrzny został odwołany". Dziesiątki pociągów mają opóźnienia, a firmy zamykają się i czekają, tracąc klientów i pieniądze.

Ale "ocaleni muszą i tak iść do pracy", jak lubimy gorzko żartować. Od ludzi nadal oczekuje się dojazdów do pracy, mimo że kijowskie metro przestało kursować między lewym a prawym brzegiem Dniepru. Pozbawieni snu cywile muszą godzinami chodzić pieszo, tłoczyć się w autobusach lub tkwić w korkach na mostach, tylko po to, by dostać się do pracy i wrócić do domu. Chaos komunikacyjny na powierzchni oznacza jeszcze większe niebezpieczeństwo dla ludzi, którzy tkwią w dużych grupach w całym mieście.

Jednak nasza gospodarka wojenna, na której musimy coraz bardziej polegać ze względu na spowolnienie pomocy zagranicznej, nie może sobie pozwolić na zatrzymanie się.

(...)

— Myślicie, że wzywamy do jakichś okrucieństw, podczas gdy naszym celem jest zdemoralizowanie społeczeństwa do tego stopnia, by wyszło z podniesionymi łapami na spotkanie z naszymi oddziałami — powiedział w tym tygodniu wiceprzewodniczący rosyjskiej Dumy Państwowej Piotr Tołstoj /potomek słynnego pisarza Lwa Tołstoja - red./.

(...)

Jeśli chodzi o "podniesione ręce" — jedynym powodem, by je podnieść, jest pokazanie Tołstojowi i jego kolegom-zbrodniarzom wojennym środkowego palca — odparł rzecznik ukraińskiego ministerstwa spraw zagranicznych Heorhij Tychyj.

(...)

Negocjacje pokojowe utknęły w martwym punkcie. Obie strony przeszły do taktyki wojny totalnej w zakresie, na jaki pozwalają ich możliwości. Podczas gdy Ukraina rozszerzyła obecnie swoje cele z magazynów ropy i fabryk zbrojeniowych na bombardowanie hurtowni detalicznych i obiektów energetycznych, Rosja rozpoczęła maksymalną eskalację, atakując budynki mieszkalne, placówki pocztowe, przedsiębiorstwa, magazyny książek i żywności — a lista ta obejmuje jedynie ostatnie kilka dni.

(...)

Wicepremier Ukrainy Denys Szmyhal najlepiej opisał tę sytuację, rozmawiając ze mną o atakach na system energetyczny w zeszłym miesiącu. — To jak 12. runda, w której każdy bokser ma nadzieję, że jego rywal upadnie pierwszy — powiedział.

(...)

Ukraiński analityk wojskowy Mykoła Bielieskow nazwał to "wzajemnym spychaniem się do epoki kamienia łupanego, z nadzieją, że uda się to zrobić, zanim zrobi to strona przeciwna".

Podczas gdy nasi żołnierze powstrzymują armię rosyjską na linii frontu, to właśnie zwykli Ukraińcy — dzięki naszej sile psychicznej, zdolności do przetrwania kolejnego ataku rakietowego oraz umiejętności dostosowania się i kontynuowania pracy, by utrzymać gospodarkę na nogach bez względu na wszystko — ostatecznie zadecydują o wyniku tej wojny — mówi Wyszlinski /dyrektor wykonawczy think tanku Centrum Strategii Gospodarczej z siedzibą w Kijowie - red./.

— Jak powiedział pan Tołstoj, jest to taktyka celowego wyczerpywania ludności cywilnej, zmuszająca tyły do zaakceptowania niekorzystnego dla państwa wyniku wojny — dodaje.

onet.pl\Politico


Rosyjskie służby rekrutują do takich operacji członków lokalnych grup przestępczych - dowiedział się „The Telegraph”. Za pośrednictwem komunikatorów, takich jak Telegram, pośrednicy przekazują im zadania, za które otrzymują zapłatę w kryptowalutach.

W ostatnim czasie Łotwa zatrzymała trzech swoich obywateli podejrzanych o podpalenie w Estonii budynku należącego do firmy Milrem Robotics z Tallina, produkującej m.in. systemy bezzałogowe dla Ukrainy. Do pożaru doszło w nocy z 14 na 15 sierpnia. Premier Estonii Kristen Michal poinformował, że śledczy badają, czy pożar był wynikiem sabotażu oraz czy mogła stać za nim Rosja.

Pożar wpisuje się w serię podejrzanych lub potwierdzonych aktów sabotażu wymierzonych w łańcuchy dostaw uzbrojenia dla Ukrainy w państwach NATO. Wcześniej w tym roku niemal doszczętnie spłonęła czeska fabryka produkująca drony i sprzęt termowizyjny dla Ukrainy. W śledztwie dotyczącym możliwego udziału Rosji zatrzymano cztery osoby.

10 sierpnia doszło do silnego wybuchu w zakładzie bułgarskiego koncernu EMKO, jednego z największych prywatnych producentów broni w kraju, wytwarzającego dla Ukrainy pociski artyleryjskie kalibru 155 mm. Trzy dni później wybuch nastąpił w zakładzie KNDS Ammo Italy w Colleferro pod Rzymem.

PAP

piątek, 28 sierpnia 2026



W USA oficjalnie mamy już dwie, całkowicie odizolowane gospodarki. 

Postępujący proces rosnącej przewagi kapitału nad pracą prowadzi w kierunku skrajnego hiperkapitalizmu i wszechobecnej automatyzacji. 

To samonapędzająca się pętla sprzężenia zwrotnego gdzie kapitał nie musi już iść na kompromisy, bo każdą próbę wymuszenia wyższych płac gasi nowym modelem AI i cięciem etatów.

Jednocześnie rząd USA działa dziś jak potężny fundusz hedgingowy, lewarując wybrane sektory technologiczne i przejmując ich ryzyko (np. przez CHIPS Act).

Ustawy takie jak CHIPS and Science Act czy Inflation Reduction Act to de facto potężne transfery publicznego kapitału do prywatnych bilansów. Rząd gwarantuje popyt i pokrywa koszty badawczo-rozwojowe (CAPEX), podczas gdy wyśrubowane marże trafiają bezpośrednio do akcjonariuszy. Typowy mechanizm jednoczesnej prywatyzacji zysków i nacjonalizacji ryzyka. 

Skrajne rozwarstwienie i postępująca automatyzacja grożą niekontrolowanym rozszerzeniem luki popytowej.

x.com/Maciej__Czajka


Bloomberg poinformował 28 sierpnia, powołując się na źródła poufne, że rosyjski minister finansów Anton Siluanow ostrzegł w kwietniu 2026 r. premiera Rosji Michaiła Miszustina przed ujemnym saldem budżetowym na rachunku budżetowym rosyjskiego skarbu federalnego, co spowodowało natychmiastowe ograniczenia wydatków. Według doniesień w kwietniu 2026 r. na rosyjskim rachunku budżetowym Skarbu Federalnego wystąpił niedobór w wysokości 5,5 biliona rubli (około $63,8 miliarda), co spowodowało tymczasowy problem operacyjny władz rosyjskich. Bloomberg poinformował, że w kwietniu 2026 r. władze wprowadziły środki oszczędnościowe, które wymagały 35-procentowych cięć w finansowaniu wydatków innych niż na wysiłek wojenny oraz że rząd rosyjski polecił agencjom federalnym przygotowanie się do 15-procentowej redukcji personelu. Bloomberg informował już wcześniej, że władze rosyjskie bezskutecznie zwracały się do prezydenta Rosji Władimira Putina o ograniczenie wydatków na obronę w obliczu narastającego kryzysu budżetowego Rosji.

understandingwar.org


Ponad 113 tys. Rosjan opuściło swój kraj w ubiegłym tygodniu przez przejście graniczne z Gruzją w Górnym Larsie w obawie przed nową falą mobilizacji - podało w piątek 28 sierpnia Politico. Nagły wzrost ruchu na południowej granicy Rosji przypomina wydarzenia z września 2022 roku, kiedy ogłoszenie tzw. częściowej mobilizacji wywołało masową ucieczkę z kraju. Powodem obecnej paniki są doniesienia ukraińskiego wywiadu o planowanym powołaniu w Rosji nawet kilkuset tysięcy ludzi, a także coraz agresywniejsze metody werbunku stosowane przez rosyjskie władze.

Prawnicy i obrońcy praw człowieka zwracają uwagę, że od wiosny rosyjskie komendy uzupełnień na masową skalę gromadzą dane osobowe rezerwistów, głównie mężczyzn do 55. roku życia. - Zbierają nawet adresy krewnych, co ma ułatwić tropienie. Obserwujemy przygotowania do szybszego i bardziej dyskretnego poboru. Po prostu pod zakład produkcyjny podjedzie kilkanaście autobusów, a wyznaczeni z listy pracownicy zostaną zabrani bezpośrednio z miejsc pracy - wyjaśnił Aleksiej Tabałow, założyciel organizacji praw człowieka School of the Conscript.

Mobilizację ma usprawnić wdrożony system cyfrowych wezwań wojskowych. W przeciwieństwie do 2022 roku, gdy wymagany był podpis pod papierowym dokumentem, elektroniczne wezwanie uznaje się za doręczone z chwilą opublikowania go w sieci. Automatycznie uruchamia ono zakaz opuszczania kraju i powiadamia służby graniczne. Ponadto Federalna Służba Wojsk Gwardii Narodowej Rosji (Rosgwardia) otrzymała dodatkowe uprawnienia do tłumienia ewentualnych protestów i ochrony procesów mobilizacyjnych.

Eksperci wskazują, że przywódca Rosji Władimir Putin próbuje za wszelką cenę uniknąć oficjalnego ogłoszenia poboru, by nie musieć przyznawać się do porażki i wysokich strat na froncie, które po raz pierwszy przewyższyły liczbę docierających na front ochotników. Kampanie werbunkowe prowadzone wśród studentów do jednostek dronowych zakończyły się jednak klęską - z planowanych 80 tys. osób udało się pozyskać zaledwie około 10 proc. Z kolei agresywne naloty służb na mężczyzn w uboższych regionach Rosji, np. w mieście Penza, doprowadziły do powstawania lokalnych grup samoobrony.

Sygnały o obawach Rosjan przed mobilizacją docierają również z rynku nieruchomości w Gruzji oraz Armenii. Niezależny rosyjski portal Ważnyje Istorii poinformował, że w połowie sierpnia popyt na długoterminowy wynajem mieszkań w tych krajach wzrósł o 20-35 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. 

gazeta.pl\PAP

czwartek, 27 sierpnia 2026



W czwartek wojska rosyjskie zrzuciły na największą elektrociepłownię w Chersoniu cztery kierowane bomby lotnicze. Zniszczone zostały wszystkie urządzenia do wytwarzania energii elektrycznej i ciepła.

"Dlatego trzeba powiedzieć otwarcie: nie możemy już zakładać, że tej zimy elektrociepłownia ani inne obiekty infrastruktury krytycznej będą działały w normalnym trybie" - napisał Prokudin w serwisie Telegram.

Wyliczył, że od 1 lipca na obwód chersoński zrzucono 170 kierowanych bomb lotniczych. W ciągu ostatnich dwóch miesięcy wojska rosyjskie wystrzeliły na region ponad 1700 dronów uderzeniowych. Ponadto, tylko w ciągu tygodnia, liczba ataków przy użyciu niewielkich dronów FPV wzrosła do 6,5 tys.

"Trzeba więc uczciwie zdawać sobie sprawę, że Chersoń może pozostawać bez prądu i ogrzewania nie przez kilka godzin czy dni, lecz przez dłuższy czas. Należy zacząć przygotowywać się do tego już teraz" - oświadczył Prokudin.

"Po raz kolejny zwracam się jednak do mieszkańców Chersonia, zwłaszcza rodzin z dziećmi i osób starszych: jeśli macie możliwość wyjazdu albo krewnych czy przyjaciół w bezpieczniejszych regionach - wyjedźcie!" - zaapelował, oferując pomoc w ewakuacji i zakwaterowaniu w bezpiecznych miejscach Ukrainy.

Atak nastąpił w nocy ze środy na czwartek. Serhij Fedorenko, p.o. prezesa zarządu państwowej grupy Naftohaz, do które należy elektrociepłownia oświadczył, że doznała ona krytycznych zniszczeń. "W wyniku ataku całkowicie zniszczono i wyłączono z eksploatacji wszystkie urządzenia do produkcji ciepła i energii elektrycznej, które pozostały na terenie zakładu" - powiedział Fedorenko, cytowany na Telegramie.

Zwrócił uwagę, że elektrociepłownia w Chersoniu miała charakter wyłącznie cywilny i zapewniała dostawy ciepła znacznej części budynków mieszkalnych w tym mieście.

"Atak ten nie ma żadnego uzasadnienia militarnego. Jego jedynym celem jest terroryzowanie ludności cywilnej oraz próba pozbawienia dziesiątków tysięcy mieszkańców Chersonia źródła ciepła przed rozpoczęciem sezonu grzewczego" - podkreślił Fedorenko.

Poprzednio elektrociepłownia w Chersoniu zaatakowana została w nocy 26 sierpnia, kiedy zrzucono na nią jedną kierowaną bombą lotniczą. Główne źródło ciepła dla miasta zostało wówczas poważnie uszkodzone. Po najnowszym ataku zostało całkowicie wyłączone z użytkowania.

PAP

środa, 26 sierpnia 2026



Ukraińcy próbują eliminować niewielkie rosyjskie grupy, zanim te zdołają przedostać się przez strefę kontrolowaną przez drony. "Jeśli stosują taktykę małych grup – jeśli się przemieszczają i ich zauważymy – nikt nie chce, żeby uciekli. Naszym priorytetem jest ich eliminacja. Jest tam wielu Rosjan, więc nie przejmują się… Nie wiem, to skomplikowana sprawa. Eliminujemy ich z łatwością, ale jest ich tak wielu" – mówi Sasza.

Dowódca szczegółowo opisuje sposób prowadzenia przez Rosjan ataków: -Wróg wysyła ludzi pojedynczo. Dziesięć grup to w zasadzie dziesięć osób.

Gdy jednemu z rosyjskich żołnierzy uda się dotrzeć do wyznaczonego punktu, dowództwo wysyła następnych dziesięciu, również przemieszczających się pojedynczo.

Kolejny żołnierz przedostaje się na pozycję, później następny i jeszcze jeden. Proces trwa do momentu, w którym w jednym miejscu zbierze się grupa sześciu żołnierzy mogąca rozpocząć dalsze natarcie: - Cóż, ta taktyka – powiedzmy to tak – jest dobra, ciekawa. Nigdy wcześniej nie spotkałem się z taką taktyką.

Według Gady'ego metoda powolnej infiltracji i stopniowego wyniszczania ukraińskich pozycji jest realizowana systematycznie. "Miasta nie upadają przez przełamanie ani walkę dom po domu, ale przez wyniszczenie" – wyjaśnia analityk. Fleshka obawia się, że kolejnym miastem, które może paść, będzie Drużkiwka. "Skupili się na Słowiańsku. I już walczą w Mikołajówce".

Sasza również spodziewa się wyjątkowo zaciętej bitwy o Słowiańsk. Zapewnia, że on i jego ludzie są na nią gotowi.

"Będzie jak pod Czasiw Jarem. Ale jak długo szturmowali Czasiw Jar? Około roku, jeśli się nie mylę. (...) Ujmijmy to tak: Teren wokół Kramatorska i Słowiańskiego działa na naszą korzyść, a na niekorzyść wroga. Mamy przewagę wysokości i osłonę. To będzie brutalna maszynka do mięsa!" – mówi Sasza.

onet.pl\Welt


Grupa hakerska Black Mirror opublikowała analityczną notatkę Sbierbanku, największego  państwowego rosyjskiego banku. Zawarte są w niej różne scenariusze zakończenia wojny na Ukrainie razem z oceną ich prawdopodobieństwa. Dokumenty zostały opublikowane na rosyjskim emigracyjnym portalu śledczym The Insider.

Dokument zatytułowany „Scenariusze osiągnięcia pokoju w konflikcie rosyjsko-ukraińskim” datowany jest na kwiecień 2026 roku. Według Black Mirror, notatka to część korespondencji z prezesem Sbierbanku Giermanem Griefem.

Wstęp do notatki wymienia trudności gospodarcze, z jakimi zmaga się Rosja w czasie wojny (wszystkie dane są aktualne na kwiecień): 

- deficyt budżetowy (4,58 bln rubli (ok 200,2 mld złotych) w pierwszym kwartale, w porównaniu z rocznym celem 3,8 bln rubli - ok. 166,2 mld zł)

- wysoka stopa procentowa (15 proc.), która według notatki „dławi sektor prywatny”

- spadek dochodów z ropy naftowej i gazu (o 45,4 proc. - blisko 63 mld zł.)

- unieruchomienie rafinerii ropy naftowej w wyniku systematycznych nalotów Sił Zbrojnych Ukrainy (uszkodzone zostało 10-15 proc. mocy przerobowych sektora rafinacji w Rosji)

- plany rządu na zwiększenie deficytu i wydatków wojskowych. W dokumencie analitycy wskazują, że mnożnik wojskowy szacuje się na 1,5 raza – każdy rubel wydatków wojskowych generuje 1,5 rubla PKB, ale kosztem wypierania sektora prywatnego

W dokumencie zauważono również, że Rosja straciła „do 35 proc. komponentów systemu obrony powietrznej”, a wymiana systemów obrony powietrznej S-300 na S-400 przebiega wolniej niż zadawane są straty. 

- Bez przywrócenia parasola ochronnego nad zapleczem obrony powietrznej ataki będą się nasilać - czytamy.

Analitcy Sbierbanku twierdzą też, że niedobory siły roboczej w przedsiębiorstwach zbrojeniowych wynoszą od 80 do 400 tys. wakatów. Dlatego, jak czytamy, produkcja amunicji spadła po raz pierwszy we wrześniu 2025 r. Rosyjscy eksperci wskazują trzy krytyczne niedobory: mikroelektroniki (bez zachodnich komponentów broń precyzyjna staje się wykładniczo droższa), amunicji (czynnikiem ograniczającym są ludzie, a nie pieniądze) oraz silników (“silniki samolotów, pocisków rakietowych i okrętów wojennych – wszystkie są przeciążone”)”.

W dokumencie oszacowano straty Rosji na 20.000–25.000 żołnierzy miesięcznie. 

- 90 proc. nowych żołnierzy kontraktowych przeznacza się na uzupełnienia, a nie do tworzenia nowych jednostek – czytamy w notatce. Jednocześnie analitycy uważają, że władze nie planują pełnej mobilizacji, ponieważ „ryzyko polityczne jest nie do przyjęcia”.

Kluczowym elementem dokumentu jest właśnie osiem scenariuszy zakończenia wojny.

Prawdopodobieństwo scenariusza “Zdecydowana przewaga militarna Rosji” oceniono na 7 proc. w perspektywie roku lub dwóch. “Zdecydowana przewaga” oznacza według analityków pełną kontrolę Rosji nad Donbasem obwodami zaporoskim i chersońskim (które okupują tylko częściowo) oraz obwodem charkowskim (gdzie prowadzą ofensywę, ale kontrolują tylko bardzo niewielki obszar). W tej sytuacji Ukraina zmuszona byłaby do negocjacji z pozycji absolutnej dominacji militarnej Rosji. Nawet więc w tym najbardziej optymistycznym dla Kremla scenariuszu nie zakłada się zdobycia reszty Ukrainy, na przykład Kijowa. Dla Rosji zwycięstwo to więc “ stworzenie warunków, w których dalszy opór straci znaczenie militarne”.

Analitycy zastrzegają, że prawdopodobieństwo jest niewielkie, bo osiągnięcie tego celu wymaga drugiej fali mobilizacji – co najmniej 300–500 tys. żołnierzy. Bez tego nie jest ich zdaniem możliwa ofensywa. Zwłaszcza, że potrzeba jeszcze znacznego wzmocnienia w powietrzu, zwłaszcza precyzji uderzeń. Na dodatek należy “rozwiązać problem obrony przeciwlotniczej na tyłach – bez tego ataki na rafinerie i lotniska będą kontynuowane”. Następnie Rosja potrzebowałaby przełomu w technologii dronowej (np. autonomicznych rojów dronów, bo “pierwsza strona, która osiągnie w pełni autonomiczne roje na skalę dywizji (tysiące jednostek koordynowanych przez sztuczną inteligencję, bez operatorów ludzkich), uzyska decydującą przewagę taktyczną”.

Analitycy wskazują też, że Rosja ma przed sobą większe wyzwania, bo potrzebuje wielkiej, drogie ofensywy, a Ukraińcy “tylko” muszą sprawić, by jej koszty były dla Rosji nieakceptowalne. Poza tym “motywacja do obrony jest tradycyjnie wyższa niż motywacja do ataku – Ukraina walczy o przetrwanie, a nie o ekspansję terytorialną”.

Drugi scenariusz nazwano “„Wyczerpanie Zachodu” – pokój na warunkach Rosji”

Prawdopodobieństwo oceniono na 12 proc. w perspektywie 12–18 miesięcy

Scenariusz zakłada, że Ukraina traci poparcie Zachodu, ponosi klęskę nie militarną, lecz polityczną. Wtedy ich zdanie możliwe byłoby, że Rosja otrzymuje drogą pokojową terytoria, do których zgłasza pretensje, zniesienie części sankcji i gwarancje, że Ukraina nie wstąpi do NATO.

Aby to się jednak stało, muszą nastąpić, według autorów raportu, aż trzy czynniki: spadek poparcia opinii publicznej dla Ukrainy w USA poniżej 30 proc., kryzys energetyczny w Europie zimą 2026–2027 roku oraz wewnętrzny kryzys polityczny na Ukrainie. Twierdzą, że “czas jest największym atutem Rosji”, bo każdy miesiąc oczekiwania na pokój “oznacza mniej wsparcia ze strony Zachodu, mniej mobilizacji ze strony Ukrainy, mniej jedności europejskiej”.

Na aż 32 proc. prawdopodobieństwa w perspektywie pół roku do roku ocenili scenariusz nazwany “Deal Trumpa”. Czyli sytuację, że prezydent USA Donald Trump forsuje porozumienie przed wyborami uzupełniającymi w USA (listopad 2026 r.), wykorzystując kontrolę nad amerykańską pomocą dla Ukrainy jako narzędzie nacisku na obie strony. 

Wówczas konflikt jest zamrożony na na obecnej linii rozgraniczenia, niektóre sankcje zostaną zniesione, a NATO pozostaje zamknięte dla Ukrainy.

- Trump nazwał irański 10-punktowy plan pokojowy „wykonalnym”. Schemat się potwierdza: ultimatum + termin ostateczny + mediator = porozumienie. Po Iranie kolejnym zadaniem jest Ukraina - piszą.

Następny rozważany scenariusz to “koreańskie zamrożenie”, czyli tak jak w wypadku wojny koreańskiej (1950-53) przerwanie wojny na linii rozgraniczenia bez formalnego porozumienia między stronami. Mimo braku sformalizowania do dziś nie doszło do ponownej wojny między Koreą Północną a Koreą Południową. Analitycy Sbierbanku ocenili prawdopodobieństwo takiego scenariusza na 22 proc. w perspektywie pół roku do roku. 

Oznaczałoby to, że na Ukrainie “konflikt wygasa bez formalnego porozumienia. Intensywność walk maleje, linia frontu się stabilizuje, ale prawnie wojna trwa”. Innymi słowy, “nie ma traktatu pokojowego ani rozejmu ale de facto zaprzestano operacji na dużą skalę”, choć nadal mogą trwać “walki dronów” niskiej intensywności. 

Aby taki scenariusz się zrealizował, zdaniem analityków rosyjskich musiałoby dojść do sytuacji wzajemnego znacznego wyniszczenia obu stron i uświadomienia sobie przez nie, że nie są w stanie dokonać “decydującego przełomu”.

Na 15 proc. w perspektywie kolejnych 2-3 lat analitycy ocenili prawdopodobieństwo przedłużającej się wojny

- Konflikt trwa na obecnym poziomie intensywności. Bez zamrożenia, bez przełomu. Miesięczne straty po stronie rosyjskiej wynoszą 20–25 tysięcy, powolny postęp o 100–200 metrów dziennie, walka dronów, ataki na infrastrukturę po obu stronach. Strategia wyniszczania. (...) Jeśli dyplomacja zawodzi, wojna toczy się w bezwładności. Obie strony są zbyt zaangażowane w konflikt, by go przerwać bez zewnętrznego bodźca - czytamy opis.

W tej sytuacji analitycy obawiają się, że w Rosji narastać będzie “ciche zmęczenie”. Nie przewidują masowych protestów (bo zapobiegają im “siły bezpieczeństwa”), ale narastać będą “alkoholizm, depresja, emigracja wykwalifikowanych pracowników” i spadać będzie wskaźnik urodzeń. Spadać będzie też poparcie dla władz. Analityc porównują to do zapaści przed rozpadem ZSRR. Z kolei dla Ukrainy byłaby to “katastrofa humanitarna”, “osiem milionów uchodźców za granicą, sześć milionów uchodźców wewnętrznych”. Poza tym “załamanie demograficzne – spadek wskaźnika urodzeń” i “utrata całego pokolenia mężczyzn w wieku 25-45 lat (mobilizacja + emigracja + ofiary)”.

Na 5 proc. w perspektywie roku-dwóch analitycy ocenili “Pokój na warunkach kompromisowych”, czyli “pełnoprawny traktat pokojowy z wzajemnymi ustępstwami” 

- Rosja zwróci część terytoriów (obwody chersoński i zaporoski, częściowo lub w całości) w zamian za uznanie Krymu i części Donbasu. Ukraina otrzyma gwarancje bezpieczeństwa i drogę do członkostwa w UE. NATO będzie miało moratorium na 15–25 lat - czytamy

Ale to wymagałoby dużych zmian politycznych w Rosji lub na Ukrainie albo w obu krajach; Bardziej prawdopodobna ich zdaniem jest zmiana na Ukrainie. W tym scenariuszu najbardziej realistyczna analitykom wydaje się presja USA i na Moskwę, i na Kijów połączona z presją ekonomiczną Chin na Rosję i UE na Ukrainę. 

Na ledwie 2 proc. w perspektywie 2-3 lat Rosjanie ocenili “pokój na warunkach Europy”, a więc odzyskanie przez Ukrainę integralności terytorialnej (w innym wariancie - pozostawienie tylko statusu Krymu i części Donbasu do negocjacji). Rosja musiałaby “płacić reparacje”. To byłoby możliwe w przypadku załamania gospodarczego w Rosji, klęski militarnej lub dużych zmian politycznych w Rosji, ale to analitycy uznają za “niezwykle mało prawdopodobne”.

Na koniec wymieniają tzw. “dzikie karty” i “czarne łabędzie”, czyli kompletnie niespodziewane zdarzenia. Oceniają prawdopodobieństwo ich zaistnienia i wpłynięcia na wojnę na 5 proc. w nieodgadnionej perspektywie.

Wymieniają jako przykłady “eskalację jądrową” - Rosja używa taktycznej broni jądrowej, by przekonać Zachód, że “dalsze wsparcie dla Ukrainy doprowadzi do apokalipsy”. Inny to “Nowy Czarnobyl” - “wypadek lub celowy atak na obiekt jądrowy” jak elektrownia jądrowa w Zaporożu, sarkofag w Czarnobylu czy składowiska wypalonego paliwa jądrowego. 

- Konsekwencje: skażenie radioaktywne kilku krajów. Natychmiastowe zawieszenie broni pod presją całej społeczności międzynarodowej, w tym Chin. Ewakuacja milionów. Katastrofa humanitarna - czytamy

Analitycy rozważają też “przewrót pałacowy w Rosji” dokonany przez wojsko i służby specjalne , “aby wynegocjować pokój na akceptowalnych warunkach” albo kryzys konstytucyjny na Ukrainie - Zełenski bez mandatu i legitymacji.

centrumeuropy.pl\theins.ru

wtorek, 25 sierpnia 2026



Czy Braun musi martwić się, że przed wyborami wyrośnie mu jakaś konkurencja po skrajnie prawicowej stronie?

— W tej chwili nikt po skrajnie prawicowej stronie nie jest w stanie zagrozić Braunowi — uważa mój kolejny rozmówca, prawicowy polityk. — Jedyne co może zaszkodzić przed wyborami Braunowi to ujawnienie wszystkich agentów i pokemonów na jego listach. Jak dziennikarze zaczną to prześwietlać, to się zacznie — dodaje.

— Żeby było jasne, na sporą część elektoratu Brauna takie rewelacje w żaden sposób nie podziałają. Ale Braun zyskał ostatnio trochę nowego elektoratu, nie tak skrajnie antysystemowego. Ci ludzie są w stanie od niego odejść, jeśli się okaże, że na listach Brauna pojawią się jacyś konkretni wariaci. Tacy wyborcy pójdą albo do Konfederacji, albo do PiS. Dla Brauna to niebezpieczne, bo z 10 proc. poparcia nagle zrobi się sześć — mówi.

Każdy procent się liczy. Braunowi marzy się, by po wyborach być języczkiem u wagi. Chce mieć takie poparcie, by móc szachować i stawiać warunki prawicowej koalicji, której trzonem będą nienawidzący go Jarosław Kaczyński i liderzy Konfederacji, partii, z której został wyrzucony.

Braun jeździ więc po kraju. Organizuje konferencje, udziela wywiadów. Jest aktywny.

Na pierwszy rzut oka aktywna jest też jego partia, Korona. Na jej stronie można przeczytać o przyszłych wydarzeniach: dożynkach, zjazdach kobiet i kolejnych "Kingsach" organizowanych pod hasłem "odzyskajmy niepodległość".

— W Koronie nie ma żadnego planu. Jest tylko jazda od jednego happeningu do drugiego. Tam nie ma żadnych większych przemyśleń, co do kierunku w jakim powinna iść Polska. Są niezłe sondaże i jakoś to leci — słyszę od kolejnego działacza na prawicy.

(...)

— W partii jest tak, że to prezes podsuwa propozycję list wyborczych, ale komitet polityczny Korony musi to zaakceptować. A że w komitecie największe wpływy ma Włodzimierz Skalik, to obaj panowie będą musieli się dogadać. Braun nie ma tu absolutnej władzy — mówi.

Nie pierwszy raz słyszę, że to Skalik (nie Braun) sprawuje rzeczywistą władzę w Koronie. Moi rozmówcy kreślą następujący obraz: Braun jako charyzmatyczny frontman jest potrzebny do generowania zasięgów i wpłat na konta partii — Skalik to człowiek, który trzyma kasę i z tylnego siedzenia decyduje o najważniejszych kwestiach w partii. — Skalik to człowiek kuty na cztery łapy. Bierze pod uwagę różne scenariusze. Braun jest bardzo podejrzliwy — mówi osoba, która doskonale zna obu czołowych polityków Korony.

Włodzimierz Skalik w polityce jest od bardzo dawna - w wyborach 1989 r. jako kandydat Aeroklubu PRL rywalizował i przegrał z kandydatem "Solidarności". Faktem jest, że Skalik później jednak skręcił już w stronę prawicowego świata, zahaczając o Prawo i Sprawiedliwość oraz Ligę Polskich Rodzin.

Ale tak naprawdę polityczną karierę zaczął robić dopiero w Koronie Brauna i zdaniem niektórych jest teraz najważniejszą osobą w otoczeniu lidera "frontu gaśnicowego". Decyduje o partyjnej kasie i ma duże wpływy w Komitecie Politycznym Korony, który ustala najważniejsze sprawy partii.

Na prawicy słyszę też inną narrację: Skalik jest pragmatyczny i jest w stanie dogadać się z każdym. Także z Jarosławem Kaczyńskim może się porozumieć, jeśli po wyborach zajdzie taka potrzeba.

Niektórzy moi rozmówcy twierdzą, że Skalik zrobi to nawet ponad głową Brauna i jeśli mu się to opłaci, to go zdradzi. Inni nie są co do tego przekonani, argumentując, że bez Brauna Skalik politycznie nie istnieje.

Tak czy inaczej, obecnie Skalik i Braun nadają na tych samych falach. Obu politykom współpraca się opłaca, bo Korona cały czas notuje dobre wyniki w sondażach. Kłótnia na najwyższym szczeblu nie jest tu nikomu potrzebna. Zresztą podobnie rzecz ma się u konkurencji Brauna — w Konfederacji, w której do wyborów Bosak i Mentzen, mimo różnic i tarć, będą ze sobą współpracować.

onet.pl


9 kwietnia 1989 roku 35-letni Dmitrij Kisielow zaczął pracować jako korespondent parlamentarny w Telewizji Centralnej ZSRR, dokąd zaprosił go jej redaktor naczelny Eduard Sagałajew. Jednak już w marcu 1991 roku Kisielowa odsunięto od anteny. Powodem było to, że prezenter odmówił odczytania na żywo notatki informacyjnej poświęconej wydarzeniom pod wileńskim ośrodkiem telewizyjnym, gdy radzieckie czołgi i specnaz na rozkaz z Moskwy przystąpiły do szturmu wieży telewizyjnej oraz gmachu litewskiego radia i telewizji, próbując wyprzeć stamtąd zwolenników niepodległości republiki. Wojskowi użyli ostrej amunicji, ładunków wybuchowych i pojazdów opancerzonych przeciwko wielotysięcznemu, bezbronnemu tłumowi. Zginęło 14 obrońców wileńskiego ośrodka telewizyjnego, ponad 700 osób zostało rannych.

Jak później wspominał sam Dmitrij Kisielow, tekst „przygotowany gdzieś na Kremlu" był napisany dość niezdarnie, bez odwołań do źródeł. Twierdzono w nim, że litewscy protestujący, uzbrojeni w metalowe pręty, napadli na funkcjonariuszy organów ścigania.

– Wydało mi się, że to zwyczajna zmyślona historia, bo nie było tam ani jednego nazwiska, brakowało szczegółów, które budują poczucie wiarygodności, nie podano czasu ani tras –  słowem, nie było żadnych dodatkowych informacji – opowiadał.

Eduard Sagałajew mówił dziennikarce Oldze Saburowej, że młody Kisielow był tubą pierestrojki, zwolennikiem demokracji i zagorzałym orędownikiem obiektywizmu w telewizji. W latach 1994–1997 prowadził program „Okno na Europę", na którego stworzenie otrzymał grant Komisji Europejskiej przeznaczony na wspieranie instytucji demokratycznych w Rosji. Program ukazywał się co miesiąc, a jak wspomina korespondent Nowej Gaziety Aleksandr Miniejew, Komisja Europejska płaciła około 30 tys. dolarów za każdy odcinek.

Dziennikarz Dmitrij Gubin, którego z Kisielowem łączyła 25-letnia przyjaźń, twierdził, że we wczesnych latach swojej telewizyjnej kariery Kisielow jednoznacznie występował przeciwko cenzurze i zniekształcaniu informacji na żądanie oficjalnej władzy. Tego samego uczył młodzież w niezależnej Szkole Mistrzostwa Dziennikarskiego „Internews".

– Uważał, że lepiej się powiesić, niż być propagandystą. Uczył, żeby się nie uginać, a sam nie tyle się ugiął – złożył się jak scyzoryk  –  mówił Dmitrij Gubin.

W 2000 roku Dmitrij Kisielow przyjechał na Ukrainę, by pracować jako redaktor naczelny serwisu informacyjnego ICTV. Dziennik Kommiersant pisał wówczas, że prezenter bierze lekcje ukraińskiego, a na jego wizytówce widnieje pisane z ukraińska imię i nazwisko: „Dmytro Kyselow". Co więcej, gazeta odnotowywała, że był zadowolony z „europejskiego wyboru Ukrainy".

– Na Ukrainie nie było i nie ma wojny — w odróżnieniu od Rosji, gdzie dziesiątki tysięcy ludzi giną w Czeczenii. Zabija się ich bez liku, bo nikt nie potrafi podać dokładnej liczby ofiar wśród ludności cywilnej. W Moskwie to normalne, że przy wejściu do Ostankina stoi dwóch ludzi z kałasznikowami i w kamizelkach kuloodpornych. To tworzy pewną aurę. Tutaj, na Ukrainie, nie ma tego zupełnie. Ludzie spokojnie chodzą po ulicach – opowiadał w 2002 roku.

Mówiąc o Rosji, wspominał również o „chorobie", która tkwi w społeczeństwie. Zdaniem prezentera została ona ukształtowana przez imperialny ustrój państwowy, który zmuszał ludzi do oddawania za niego życia.

– A tam [w Rosji – od red.] to przerośnięte poczucie jest dodatkowo obciążone poczuciem wielkości – mówił Dmitrij Kisielow.

Jednak już dwa lata później, w 2004 roku, pracownicy ICTV wyrazili Kisielowowi wotum nieufności i oskarżyli go o zniekształcanie wiadomości na tle kampanii prezydenckiej Wiktora Janukowycza. Zdaniem samego prezentera to właśnie na Ukrainie doszło do jego „ewolucji" i zmiany poglądów.

Stało się to po tym, jak Kisielow na własne oczy zobaczył „pomarańczową rewolucję". Tak nazwał serię pokojowych protestów, które wybuchły po sfałszowaniu wyników wyborów prezydenckich. Pierwotnie zwycięstwo odniósł wówczas Wiktor Janukowycz, ale w rezultacie Sąd Najwyższy Ukrainy zarządził ponowne głosowanie i prezydentem został opozycjonista Wiktor Juszczenko.

Latem 2008 roku Kisielow został zastępcą dyrektora generalnego WGTRK. Tam we wrześniu 2012 roku zaczął prowadzić program informacyjno-analityczny „Wiesti niedieli" w telewizji Rossija-1.

Już rok później, relacjonując wydarzenia Euromajdanu na Ukrainie, „Wiesti niedieli" dokonały oczywistej manipulacji faktami. W materiale o protestach z 30 listopada i 1 grudnia zamieniono chronologię wydarzeń tak, by rozpędzenie pokojowego Majdanu wyglądało na następstwo późniejszych starć pod administracją prezydenta. Choć było dokładnie na odwrót. 13 lutego 2014 roku rosyjska społeczna komisja ds. skarg na prasę wydała orzeczenie nr 98.

Stwierdzono w nim, że materiał Dmitrija Kisielowa „Ukraińskie wiece" w programie „Wiesti niedieli" z 8 grudnia 2013 roku zniekształca fakty, narusza chronologię protestów na Euromajdanie i było robione dla celów czysto propagandowych.

(...)

Pod kierownictwem Kisielowa w programie zaczęły pojawiać się ewidentne fejki. W wydaniu programu „Wiesti niedieli" z 24 kwietnia 2016 roku pokazano podrobiony dokument hauptsturmführera SS z dywizji „Galizien". Po zdemaskowaniu Kisielow przyznał, że to fałszywka, ale sprostowanie błędu przekuł w kolejne oskarżenie Ukrainy o udział w wojnie po stronie nazistowskich Niemiec.

W tym samym roku francuski Canal+ w programie Le Petit Journal wykrył, że bohaterowie reportażu „Wiesti niedieli" mówią zupełnie co innego, niż przypisano im w rosyjskim tłumaczeniu. Autor programu Yann Barthès zwracał uwagę, że przez mniej więcej połowę czasu w sześciominutowym materiale „Wiesti" pokazuje się protestujących przeciwko reformie prawa pracy, a nie przeciwko UE.

Francuscy dziennikarze odnaleźli też wszystkich bohaterów rosyjskiego reportażu, a ci oświadczyli, że ich słowa zostały zniekształcone lub wręcz zmyślone. Przy czym twierdzenia jednej z uczestniczek protestów potwierdzało nagranie z rejestratora, który miała przy sobie w chwili wywiadu dla rosyjskiego dziennikarza. Dmitrij Kisielow zareagował na oskarżenia powściągliwie. W wywiadzie dla gazety Kommiersant oświadczył: „Rzeczywiście czasem przepuszczamy niedoróbki".

Po rozpoczęciu pełnowymiarowej inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 roku retoryka wojenna stała się centralnym elementem „Wiesti niedieli". Już w pierwszym wydaniu po 24 lutego Dmitrij Kisielow twierdził, że Zachód „omamił" Ukrainę, urządził tam „krwawy zamach stanu" i „nakierował ją na wojnę z Rosją", a Rosjan i Ukraińców nazywał „podzielonym narodem" przez analogię do powojennych Niemiec.

W wydaniu z 6 marca wprost usprawiedliwiał już deklarowane przez Kreml cele inwazji, porównując „denazyfikację" Ukrainy z denazyfikacją nazistowskich Niemiec: zdaniem Kisielowa taka procedura jest możliwa „tylko przymusowo i tylko w wyniku klęski militarnej" ukraińskich władz.

W innych wydaniach zajęty przez rosyjskie wojska Mariupol nazywano „wyzwolonym od ukraińskich neonazistów", ukraińskich żołnierzy – „bojownikami" i „nazistami", a doniesienia strony ukraińskiej o działaniach rosyjskiej armii systematycznie opisywano jako prowokacje informacyjne: przykładowo wydanie z 17 kwietnia ukazało się z tytułem „Kijów lepi fejki ze wszystkiego jak leci".

(...)

Prowadzący „Wiesti Niedieli” był znany z agresywnej retoryki. I często wygłaszał treści, których wprost nie mógł powiedzieć Kreml. W 2014 r. w szczytowym momencie „kryzysu ukraińskiego” który skończył się aneksją Krymu i zajęciem części Donbasu czołowy rosyjski propagandysta rzucił widzom hipotezę nt. rzekomego pojawienia się siwizny u ówczesnego prezydenta USA Baracka Obamy. 

Prowadzący jeden z głównych programów informacyjnych w rosyjskiej TV Kiseliow stwierdził wtedy, że amerykański polityk przeraził się tym, co usłyszał od Władimira Putina. 

–  Rosja jest jedynym krajem na świecie zdolnym obrócić Stany Zjednoczone w radioaktywny popiół! Nie wiem, czy to przypadek, ale Obama zadzwonił do Putina 21 stycznia, a następnego dnia, dosłownie 22 stycznia, w oficjalnym organie prasowym rosyjskiego rządu ukazał się artykuł, który dość jasno wyjaśnia, jak działa nasz system gwarantowanego odwetu nuklearnego Perimietr. W Stanach Zjednoczonych nazywa się to „Martwą Ręką”. Nawet jeśli wszyscy ludzie na naszych stanowiskach dowodzenia zamilkną po wrogim ataku nuklearnym, niezniszczalny system automatycznie wyśle nasze strategiczne pociski z silosów i okrętów podwodnych we właściwym kierunku – oznajmił Kisielow, pozując na tle grafiki wielkiego grzyba atomowego.

/"Dr Strangelove" Kubricka - red./

centrumeuropy.pl


21 sierpnia Doniecka Obwodowa Administracja Wojskowa nadała Słowiańskowi status terenu aktywnych działań bojowych. Decyzję tę poprzedziło zmasowane bombardowanie tego miasta i Kramatorska 20 sierpnia (zginęła w nim jedna osoba, a 24 zostały ranne), a także osiągnięcie tego samego dnia przez wojska rosyjskie przyległej Mykołajiwki, gdzie zlokalizowana jest Słowiańska Elektrownia Cieplna (od kwietnia br. nieczynna). Rosjanie poczynili też kolejne postępy na szerokim froncie na wschód od obu miast, wciąż nie udaje im się natomiast pogłębić oskrzydlenia aglomeracji od północy, gdzie Ukraińcy skutecznie kontratakują w rejonie Łymanu.


Rosyjskie grupy dywersyjno-rozpoznawcze wkroczyły od wschodu i północnego wschodu do Dobropola w obwodzie donieckim. Według źródeł ukraińskich Rosjanie kierują do Donbasu coraz więcej operatorów bezzałogowców. Liczba dronów FPV atakujących Dobropole i jego okolice osiągnęła 1,2 tys. dziennie, a Drużkiwkę i jej drogi zaopatrzenia – 1,5–2 tys. na dobę.

Siły ukraińskie starają się nie dopuścić do przejęcia przez Rosjan kontroli nad terenami na południe i wschód od Orichiwa w obwodzie zaporoskim, a dzięki prowadzonym kontratakom infiltracja wschodnich rejonów tego miasta zmniejszyła się. Głównymi rejonami walk pozostają sąsiednie Nowodanyliwka i Mała Tokmaczka. Rosjanie poczynili natomiast postępy na północny wschód od Orichiwa, gdzie, jak podają niektóre źródła, przekroczyli rzekę Werchnia Tersa, osiągając leżące na zachód od niej Nowosołoszyne.


(...)

22 i 24 sierpnia agresor przeprowadził zmasowane ataki powietrzne na infrastrukturę energetyczną, przemysłową i transportową obwodu odeskiego. Po pierwszym z nich o znacznych uszkodzeniach kilku obiektów donosił koncern energetyczny DTEK. Odnotowano też zniszczenia infrastruktury portowej w Odessie i Czarnomorsku oraz kolejowej w węzłowej stacji Rozdilna przy granicy z Mołdawią. 24 sierpnia w stolicy obwodu uszkodzone zostały dwa kompleksy handlowe sieci Epicentr, a w Białogrodzie nad Dniestrem zakłady Hemopłastu i składy paliwa. W rozpoczętych wieczorem 23 sierpnia i trwających z przerwami do rana 25 sierpnia atakach na port Piwdennyj doszło do uszkodzenia infrastruktury przeładunkowej, magazynów w terminalu logistycznym, zbiorników z paliwem, tankowca i drobnicowca oraz podstacji zaopatrującej port w energię. 19 sierpnia w dwóch falach ataków na Czarnomorsk trafione zostały zbiorniki z paliwem, infrastruktura portowa oraz drobnicowiec. Ogółem od 18 do 24 sierpnia w rejonie tzw. Wielkiej Odessy uszkodzonych zostało sześć statków. Ponadto rosyjskie bezzałogowce uderzyły w przejścia graniczne z Mołdawią, w rezultacie czego okresowo wstrzymano na nich ruch. 21 sierpnia uszkodzona została infrastruktura przejścia Tabaky–Mirnoe, a 25 sierpnia Wynohradiwka–Vulcănești.

(...)

Ukraińskie drony uderzyły w magazyny firmy Ozon, drugiego pod względem wielkości rosyjskiego sprzedawcy internetowego. W różnym stopniu uszkodzone zostały magazyny i centra logistyczne w Czapajewsku w obwodzie samarskim (22 sierpnia), Orenburgu (23 sierpnia), Drużnym w Adygei, w Niewinnomyssku oraz Tiubie w Dagestanie (24 sierpnia). Ponadto 23 sierpnia doszło do podpalenia magazynu sąsiadującego z obiektem Ozonu w Petersburgu, a dzień później ukraiński dron uderzył w skład materiałów budowlanych w Krasnodarze. Od 17 lipca do 16 sierpnia Ukraińcy atakowali wyłącznie magazyny firmy Wildberries, głównego rosyjskiego sprzedawcy e-commerce, natomiast składy innych właścicieli niszczone były sporadycznie, głównie przez szczątki spadające w rezultacie działań rosyjskiej obrony powietrznej.

Siły ukraińskie kontynuowały ataki na rosyjski sektor paliwowy. Do pożarów doszło na terenie rafinerii: Basznieft-UNPZ w Ufie w Baszkortostanie (19 sierpnia, uderzono w instalację remontowaną po jednym z poprzednich ataków), TANEKO w Niżniekamsku w Tatarstanie (20 sierpnia), Łukoil-Piermnieftieorgsintiez w Permie (21 sierpnia, w rezultacie uszkodzenia jednej z głównych instalacji zakład wstrzymał pracę), w Nowokujbyszewsku w obwodzie samarskim (22 sierpnia) oraz w Afipskim w Kraju Krasnodarskim i Nowoszachtyńsku w obwodzie rostowskim (25 sierpnia, drugi z zakładów ze względu na zniszczenia wstrzymał pracę). Ponadto w Kraju Krasnodarskim wybuchły pożary na terenie terminalu naftowego Tamańnieftiegaz w Wołnie (20 sierpnia) i portu w Jejsku (22 sierpnia, prawdopodobnie trafione zostały zbiorniki z paliwem). Ukraiński Sztab Generalny poinformował także o uszkodzeniu instalacji w Astrachańskich Zakładach Przetwórstwa Gazu oraz ponownym ataku na Kombinat Kamieński w Kamieńsku Szachtyńskim w obwodzie rostowskim, do których doszło 24 sierpnia. Według źródeł agresora Ukraińcy po raz kolejny pobili rekord liczby użytych dronów. 18 sierpnia rosyjski resort obrony (MO FR) zadeklarował unieszkodliwienie w ciągu doby nad Rosją i terenami okupowanymi 1671 bezzałogowców „typu samolotowego”. Równie wysoką liczbę – 1504 – MO FR podało 20 sierpnia, a ponad tysiąc ukraińskich bezzałogowców miało zostać zneutralizowanych także 22 i 23 sierpnia (odpowiednio 1053 i 1120). Ponadto 24 sierpnia Rosjanie mieli zestrzelić – zależnie od źródeł – od 8 do 11 pocisków manewrujących Flamingo (tj. wszystkie użyte).

(...)

24 sierpnia prezydent Zełenski poinformował, że luka w finansowaniu Sił Obrony Ukrainy do końca 2026 r. wynosi 27 mld dolarów. Ministerstwo Obrony miało wykorzystać już środki przewidziane w budżecie do końca roku. Jako możliwe rozwiązania wskazał przyspieszenie wypłaty części europejskiego finansowania kredytowego zaplanowanego na 2027 r. oraz użycie zamrożonych rosyjskich aktywów. Trudno powiedzieć, skąd się wzięła tak wysoka kwota, najprawdopodobniej nie chodzi o realną dziurę w budżecie obronnym. Według opiniotwórczego portalu Ekonomiczna Prawda „bardziej realistycznie” dodatkowe potrzeby finansowania armii są oceniane na 7,2 mld dolarów.

osw.waw.pl