PAP, Mira Suchodolska: Jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu mówiliśmy, że coś jest piękne, świetne albo doskonałe. Dziś częściej jest „zaj…ste”. Zamiast się zdenerwować – „wku…iamy się”. Czy naprawdę nasz język tak bardzo się zbrutalizował?
Dr hab. Jacek Wasilewski, prof. UW, medioznawca: Tak, ale przyczyny są znacznie głębsze niż mogłoby się wydawać. Przede wszystkim ogromna część naszej komunikacji przeniosła się do mediów społecznościowych. A algorytmy mediów społecznościowych premiują wypowiedzi silnie emocjonalne, spolaryzowane, konfliktowe. Im więcej gniewu, oburzenia czy agresji, tym większa szansa, że taki komunikat zostanie zauważony.
Kiedyś ludzie zabiegali o uwagę dziennikarza. To on był strażnikiem bramy, filtrował emocje, łagodził język i dopiero potem przekazywał go odbiorcom. Dzisiaj każdy jest własnym medium i walczy bezpośrednio o uwagę milionów użytkowników. W takiej konkurencji spokojna, wyważona wypowiedź przegrywa z awanturą. Coraz więcej komunikatów zaczyna przypominać kłótnię dwóch ludzi na podwórku albo karczemną awanturę. I właśnie taki sposób mówienia zaczyna wyznaczać normę również dla polityków, dziennikarzy czy osób publicznych.
PAP: I to jest smutne, że nie tylko społeczeństwo przejęło język ulicy. Także politycy.
J.W.: W demokracji politycy bardzo chcą być postrzegani jako „swoi ludzie”. Dawniej elity komunikowały się językiem dyplomacji, który wyrósł z dworskich rytuałów. Nie mówiło się wszystkiego wprost, bo chodziło o zachowanie twarzy rozmówcy i własnej.
Dzisiaj znacznie bliżej politykom do języka wiecu niż królewskiego dworu. Chcą pokazać: „jestem taki jak wy”. W efekcie język parlamentarny przestał być językiem parlamentarnym, coraz częściej staje się językiem ulicy.
PAP: Kiedyś było bardziej elegancko…
J.W.: To mit. My bardzo idealizujemy przeszłość. Owszem, w radiu, oficjalnej prasie czy podczas uroczystości państwowych obowiązywał bardziej zrytualizowany język. Ale to nie znaczy, że ludzie nie przeklinali.
Przeklinali. I to często. Dwudziestolecie międzywojenne wcale nie było epoką grzecznych polityków. Posłowie wyzywali się od kanalii, płatnych pachołków, zdrajców. Prasa polityczna była niezwykle agresywna i szczuła na przeciwników z ogromną pasją, marszałek Piłsudski niezadowolony z poczynań ministrów rządu lubelskiego, kazał im „kury szczać prowadzać”. Dzisiaj patrzymy na tamte wypowiedzi przez patynę historii i wydają nam się niemal urocze, ale współcześni odbiorcy odbierali je jako bardzo brutalne. Nowością nie jest więc sama agresja, lecz jej powszechność.
PAP: Co się zmieniło?
J.W.: Dawniej istniały bardzo wyraźne granice pomiędzy językiem oficjalnym a prywatnym. Radio przypominało proszony obiad, gazeta była sytuacją oficjalną, tymczasem media społecznościowe przypominają raczej spotkanie przy piwie. Tam obowiązują zupełnie inne reguły: język jest bardziej prywatny, bardziej emocjonalny i mniej kontrolowany. Problem polega na tym, że ten prywatny sposób mówienia zaczął przenikać do wszystkich pozostałych sfer życia.
(...)
PAP: Dawniej Polacy bardziej bali się klątw niż przekleństw. Mówiono: „bodaj cię zabito”, „bodajś skapniał”, „niech cię diabli wezmą”. Dzisiaj niemal cała nasza agresja językowa kręci się wokół seksu i anatomii. Kiedy i dlaczego przestaliśmy bać się diabła, a zaczęliśmy szukać ekspresji w genitaliach?
J.W.: Dawniej ludzie znacznie mocniej wierzyli, że słowo ma realną moc sprawczą. Złorzeczenie nie było tylko wyrazem złości. Odpowiadało przekonaniu, że wypowiedziane słowo może rzeczywiście sprowadzić na drugiego człowieka nieszczęście. Jeżeli ktoś mówił „bodaj cię zabito” albo przywoływał diabła, to wielu ludzi wierzyło, że takie słowa mogą zadziałać. Dlatego złorzeczenia były bardzo blisko świata magii, czarów i sił nadprzyrodzonych. Nieprzypadkowo za praktyki uznawane za czary karano kiedyś niezwykle surowo.
Dzisiaj większość ludzi patrzy na świat znacznie bardziej racjonalnie, więc ten metafizyczny wymiar języka właściwie zaniknął. Natomiast pozostało coś, co nadal jest bardzo silnym tabu, czyli seksualność. Właśnie dlatego współczesne przekleństwa przeniosły się z metafizyki do anatomii i fizjologii.
Trzeba jednak pamiętać, że nie chodzi w nich wyłącznie o seks. W kulturze bardzo często seksualność była narzędziem dominacji i upokorzenia. Wystarczy spojrzeć na język więzienny albo na to, co dzieje się podczas wojen, gdzie gwałt staje się narzędziem prowadzenia wojny i odbierania godności. Te same mechanizmy znajdują odbicie w języku. Wulgaryzmy nie opisują seksualności jako czegoś przyjemnego. Służą raczej symbolicznemu pohańbieniu drugiego człowieka.
(...)
PAP: W dawnej Polsce przeklinanie było wręcz przywilejem kastowym.
J.W.: Bo w pewnym sensie tak było. Magnat mógł sobie pozwolić niemal na wszystko, ponieważ nad nim nie było już żadnego sędziego. Natomiast człowiek stojący niżej w hierarchii musiał bardzo uważać na słowa. Nie mógł obrażać kogoś, kto znajdował się wyżej od niego. Przekleństwo jest przecież sygnałem swobody. To komunikat: „mnie normy nie obowiązują” – o czym mówi powiedzenie „co wolno wojewodzie, to nie tobie, smrodzie”.
To zresztą tłumaczy, dlaczego narodziła się dyplomacja. Nie stworzyli jej ci, którzy mieli największą władzę. Powstała dlatego, że ludzie zwracający się do królów czy możnych musieli ważyć każde słowo i mówić w sposób zawoalowany, żeby nikogo nie urazić. Z tych rytuałów wyrosła późniejsza kultura grzeczności.
PAP: A później pojawiło się XIX-wieczne mieszczaństwo, które postanowiło uporządkować język.
J.W.: Tak naprawdę chodziło o burżuazję, która musiała stworzyć własny system odróżniania się od pozostałych warstw społecznych. Król nie musiał nikomu udowadniać, że jest kimś wyjątkowym. Mógł jeść palcami i nadal pozostawał królem. Burżuazja miała przede wszystkim pieniądze, ale nie miała wysokiego urodzenia. Musiała więc zbudować cały system znaków pokazujących jej wyższy status.
Tak narodził się savoir-vivre. Znaczenia nabrały odpowiednia zastawa, serwetki, sposób siedzenia przy stole, ubierania się, zachowania kobiet i mężczyzn, a także język. Przyzwoitość językowa stała się jednym z najważniejszych wyznaczników przynależności do wyższej warstwy społecznej.
Nieprzypadkowo w XIX wieku pojawiło się mnóstwo poradników dobrego wychowania i czasopism poświęconych manierom. Dyskutowano nawet o tym, jaki strój kobieta powinna założyć na kort tenisowy albo czego nie wypada mówić przy stole. Cały ten świat miał odróżniać mieszczaństwo od pospólstwa.
Towarzyszył temu bardzo silny nurt purytanizmu. W przeciwieństwie do rokoka, z jego swobodą obyczajową i odważną erotyką, XIX wiek wszystko zasłaniał i porządkował. Widać to również w literaturze. W romantyzmie znacznie mniej jest otwartych odniesień do seksualności niż w renesansie czy oświeceniu. Przyzwoitość stała się jedną z najważniejszych wartości, a przeklinanie zaczęło być traktowane jako znak braku ogłady.
PAP