W 2017 roku w oficjalnym dyskursie zaczęła pojawiać się kwestia potrzeby przywrócenia prawdy historycznej dotyczącej Kuropat oraz stalinowskich represji z lat 1920–1940. Przypomnę, pod koniec lat 80. białoruscy działacze społeczni i naukowcy, na czele z Zenonem Poźniakiem, ujawnili prawdę o wydarzeniach, które miały miejsce w Kuropatach pod Mińskiem w drugiej połowie lat 30. Pod koniec lutego 2017 roku w redakcji państwowej białoruskiej gazety „SB-Belarus Segodnia” zorganizowano okrągły stół poświęcony pamięci o Kuropatach i ofiarach stalinowskich represji. Ówczesny redaktor Paweł Jakubowicz w publikacji, która ukazała się na łamach gazety, napisał: „niektórzy ludzie z uporem, jak mówią, godnym lepszego zastosowania, zaczęli uważnie szukać «faktów», które powinny przekonać wszystkich, że organy NKWD nie mają nic wspólnego z masowym cmentarzem w Kuropatach, że to podobno dzieło nazistów. A jeśli tak, to po co się martwić? Opinia publiczna, naukowcy, eksperci musieli włożyć wiele pracy, ale ustalić prawdę. A prawda była taka, że leśne uroczysko Kuropaty jest miejscem pochówku ofiar straszliwych represji politycznych”. Inny uczestnik redakcyjnego spotkania, ówczesny pierwszy zastępca przewodniczącego KGB, generał-major Ihar Sierhijenka, oświadczył, że w latach 1920–1950 na terytorium Białorusi represjonowano 235,5 tysiąca osób. „Te sprawy znajdują się w Centralnym Archiwum KGB i archiwach zarządów obwodowych. Z tej liczby 176 tysięcy osób zostało zrehabilitowanych” – powiedział generał. Najważniejszym ustaleniem spotkania była decyzja o konieczności utworzenia znaku pamięci w Kuropatach.
Jednym z zadań pseudohistorycznej fundacji pod kierownictwem Diukowa była walka z badaniami nad historią stalinowskich represji na terytorium republik postsowieckich. W 2017 roku na Białoruś po raz pierwszy przyjechała Natalia Selukina, prawa ręka Diukowa. Zgodnie z oficjalnym przekazem brała wówczas udział w konferencji zorganizowanej przez białoruskich komunistów. W rzeczywistości jednak Fundacja Pamięć Historyczna już wcześniej działała na rzecz zapobiegania rozpowszechnianiu prawdy historycznej o represjach na Białorusi. W 2017 roku kwestia ta zaczęła się wymykać spod kontroli Moskwy. W Kuropatach przeprowadzono duże akcje w ramach uporządkowania terenu, w których uczestniczyli członkowie prorządowych organizacji młodzieżowych i parlamentu Białorusi. Raporty o tym były publikowane we wszystkich mediach państwowych. Już w marcu Alaksandr Łukaszenka, komentując sytuację, oświadczył: „poleciłem stworzyć schludny, nie gigantyczny pomnik. Teraz trwa konkurs. Zrobimy ten pomnik, być może coś w formie małej kaplicy”.
Wtedy Pamięć Historyczna rozpoczęła działania, które – zgodnie z terminologią sowieckich służb specjalnych – można określić „aktywnymi”. Rosyjscy ideolodzy, dowiedziawszy się, że administracja Łukaszenki zleciła naukowe badania nad Kuropatami, natychmiast włączyli się do tego procesu. W rosyjskich czasopismach naukowych publikowano artykuły, w których informowano, że liczba ofiar represji w Kuropatach nie wynosiła 250 tysięcy, ale 7–8 tysięcy osób. Wkrótce rosyjscy propagandyści przekazali niezbędne materiały władzom białoruskim.
Równolegle Diukow i jego współpracownicy przygotowali zbiór dokumentów z historii represji stalinowskich w Białoruskiej SRR w latach 1937–1938. W rezultacie rosyjskim pseudohistorykom działającym pod przykrywką rosyjskich służb specjalnych udało się utrwalić na Białorusi „wyobrażenie o skali represji sowieckich, które odpowiadało interesom Rosji”. W listopadzie 2018 roku w Kuropatach pojawił się oficjalny państwowy znak pamięci. Ostatecznie jednak władze białoruskie nie uznały skali tragedii represji stalinowskich na Białorusi.
To był dopiero początek destrukcyjnej działalności Fundacji. Rosyjscy manipulatorzy przygotowali i wydali szereg książek, które miały wpłynąć na pogorszenie stosunków Białorusi z Ukrainą i krajami bałtyckimi. Po aneksji Krymu przez Rosję, Mińsk otwarcie zdystansował się od rosyjskiej interpretacji tych wydarzeń. Trzeba było zmusić białoruskie władze do użycia antyukraińskich akcentów. W marcu 2018 roku w stolicy odbyła się prezentacja zbioru dokumentów Zabójcy Chatyni. 118. ukraiński batalion policji bezpieczeństwa na Białorusi, 1943–1944. Dobór materiałów miał służyć nie tyle ukazaniu zbrodni kolaborantów, ile stworzeniu paraleli między wydarzeniami II wojny światowej a współczesną Ukrainą.
W 2019 roku Fundacja wydała zbiór dokumentów NKWD w Zachodniej Białorusi. Głównym przesłaniem tej publikacji był postulat, że „pracownicy NKWD zapewniali bezpieczeństwo funkcjonowania lokalnych organów administracji, objęli ochroną najważniejsze obiekty gospodarcze, przedsiębiorstwa przemysłowe i instytucje, nie dopuszczali do przejawów kradzieży, rozboju i grabieży, stworzyli warunki do przeprowadzenia wyborów i pracy Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi w Białymstoku”. Jak widać, akcent został przeniesiony z represyjnej polityki systemu bolszewickiego na terenach byłych województw północno-wschodnich II RP, przyłączonych we wrześniu 1939 roku do BSRR, na „czysto administracyjną pracę i wykonanie rozkazu”. Po obejrzeniu okładki książki niezależni badacze i miłośnicy białoruskiej historii liczyli, że znajdą w niej fragmenty spraw karnych ofiar stalinowskich czystek przeprowadzonych w latach 1939–1941 na wspomnianym terytorium. Liczyli na prawdę o losie 3870 obywateli polskich, którzy najprawdopodobniej zostali zamordowani przez NKWD na Białorusi (w Kuropatach i nie tylko). Ta polityka represyjna pokazuje istotę pracy NKWD na nowych terytoriach BSRR. Prawda historyczna nie leży w interesie rosyjskich pseudohistoryków z Pamięci Historycznej i ich kuratorów z rosyjskich służb specjalnych.
new.org.pl
Jednym z zadań pseudohistorycznej fundacji pod kierownictwem Diukowa była walka z badaniami nad historią stalinowskich represji na terytorium republik postsowieckich. W 2017 roku na Białoruś po raz pierwszy przyjechała Natalia Selukina, prawa ręka Diukowa. Zgodnie z oficjalnym przekazem brała wówczas udział w konferencji zorganizowanej przez białoruskich komunistów. W rzeczywistości jednak Fundacja Pamięć Historyczna już wcześniej działała na rzecz zapobiegania rozpowszechnianiu prawdy historycznej o represjach na Białorusi. W 2017 roku kwestia ta zaczęła się wymykać spod kontroli Moskwy. W Kuropatach przeprowadzono duże akcje w ramach uporządkowania terenu, w których uczestniczyli członkowie prorządowych organizacji młodzieżowych i parlamentu Białorusi. Raporty o tym były publikowane we wszystkich mediach państwowych. Już w marcu Alaksandr Łukaszenka, komentując sytuację, oświadczył: „poleciłem stworzyć schludny, nie gigantyczny pomnik. Teraz trwa konkurs. Zrobimy ten pomnik, być może coś w formie małej kaplicy”.
Wtedy Pamięć Historyczna rozpoczęła działania, które – zgodnie z terminologią sowieckich służb specjalnych – można określić „aktywnymi”. Rosyjscy ideolodzy, dowiedziawszy się, że administracja Łukaszenki zleciła naukowe badania nad Kuropatami, natychmiast włączyli się do tego procesu. W rosyjskich czasopismach naukowych publikowano artykuły, w których informowano, że liczba ofiar represji w Kuropatach nie wynosiła 250 tysięcy, ale 7–8 tysięcy osób. Wkrótce rosyjscy propagandyści przekazali niezbędne materiały władzom białoruskim.
Równolegle Diukow i jego współpracownicy przygotowali zbiór dokumentów z historii represji stalinowskich w Białoruskiej SRR w latach 1937–1938. W rezultacie rosyjskim pseudohistorykom działającym pod przykrywką rosyjskich służb specjalnych udało się utrwalić na Białorusi „wyobrażenie o skali represji sowieckich, które odpowiadało interesom Rosji”. W listopadzie 2018 roku w Kuropatach pojawił się oficjalny państwowy znak pamięci. Ostatecznie jednak władze białoruskie nie uznały skali tragedii represji stalinowskich na Białorusi.
To był dopiero początek destrukcyjnej działalności Fundacji. Rosyjscy manipulatorzy przygotowali i wydali szereg książek, które miały wpłynąć na pogorszenie stosunków Białorusi z Ukrainą i krajami bałtyckimi. Po aneksji Krymu przez Rosję, Mińsk otwarcie zdystansował się od rosyjskiej interpretacji tych wydarzeń. Trzeba było zmusić białoruskie władze do użycia antyukraińskich akcentów. W marcu 2018 roku w stolicy odbyła się prezentacja zbioru dokumentów Zabójcy Chatyni. 118. ukraiński batalion policji bezpieczeństwa na Białorusi, 1943–1944. Dobór materiałów miał służyć nie tyle ukazaniu zbrodni kolaborantów, ile stworzeniu paraleli między wydarzeniami II wojny światowej a współczesną Ukrainą.
W 2019 roku Fundacja wydała zbiór dokumentów NKWD w Zachodniej Białorusi. Głównym przesłaniem tej publikacji był postulat, że „pracownicy NKWD zapewniali bezpieczeństwo funkcjonowania lokalnych organów administracji, objęli ochroną najważniejsze obiekty gospodarcze, przedsiębiorstwa przemysłowe i instytucje, nie dopuszczali do przejawów kradzieży, rozboju i grabieży, stworzyli warunki do przeprowadzenia wyborów i pracy Zgromadzenia Ludowego Zachodniej Białorusi w Białymstoku”. Jak widać, akcent został przeniesiony z represyjnej polityki systemu bolszewickiego na terenach byłych województw północno-wschodnich II RP, przyłączonych we wrześniu 1939 roku do BSRR, na „czysto administracyjną pracę i wykonanie rozkazu”. Po obejrzeniu okładki książki niezależni badacze i miłośnicy białoruskiej historii liczyli, że znajdą w niej fragmenty spraw karnych ofiar stalinowskich czystek przeprowadzonych w latach 1939–1941 na wspomnianym terytorium. Liczyli na prawdę o losie 3870 obywateli polskich, którzy najprawdopodobniej zostali zamordowani przez NKWD na Białorusi (w Kuropatach i nie tylko). Ta polityka represyjna pokazuje istotę pracy NKWD na nowych terytoriach BSRR. Prawda historyczna nie leży w interesie rosyjskich pseudohistoryków z Pamięci Historycznej i ich kuratorów z rosyjskich służb specjalnych.
new.org.pl
