sobota, 16 maja 2026



Bartosz Oleszko-Pyka: - Xi Jinping skupił w swoich rękach tyle władzy, że obecnie nie ma żadnej istotnej, w miarę niezależnej postaci, która mogłaby go kontrolować. Czy to ułatwia mu przeprowadzenie inwazji na Tajwan? Xi Jinping wielokrotnie mówił o konieczności ponownego zjednoczenia chińskich "prowincji", jak nazywa Tajwan.

Alice Han: Patrząc na historię, począwszy od założenia Komunistycznej Partii Chin (KPCh) i Chińskiej Republiki Ludowej (ChRL) w 1949 r., kwestia Tajwanu zawsze stanowiła rdzeń strategicznych dążeń partii. Xi Jinping podąża tym samym kursem. Jednak od miesiąca lub dwóch wyczuwam poważną zmianę.

- Jaki fundamentalny zwrot w polityce Chin ma pani na myśli?

Xi Jinping jest bardziej zainteresowany politycznym rozwiązaniem niż militarnym, a w szczególności poprawą relacji z Tajpej.

Dlaczego tak uważam? Znaczenie ma fakt, że zaprosił przewodniczącą Kuomintangu (KMT), Cheng Li-wun, oraz to, że coraz częściej mówi o poprawie stosunków po obu stronach cieśniny. Mają temu służyć handel, turystyka i zacieśnianie współpracy w różnych innych obszarach. Te działania sugerują, że Xi Jinping nie przyjmuje podejścia stricte militarnego, polegającego na przykład na prowadzeniu ćwiczeń wokół stref obronnych Tajwanu.

Chce także spróbować przechylić szalę zwycięstwa w następnych wyborach na Tajwanie. Odbędą się one w styczniu 2028 r. Obecnie KMT nie jest faworytem do ich wygrania.

To jeden scenariusz. Ale jeśli Xi Jinping zastąpi Centralną Komisję Wojskową — elitarny szczebel, najwyższy organ państwowy i partyjny zarządzający wojskiem — potakiwaczami, to może zdecyduje się pójść na całość w kwestii inwazji na Tajwan. Choć myślę, że w głębi duszy, na przykład w porównaniu do Putina, jest osobą bardziej unikającą ryzyka. Dlatego nie sądzę, aby podjął to ryzyko.

W krótkiej perspektywie stawia on na to, że Tajwan zostanie osłabiony nie tylko przez kryzys energetyczny, ale także przez to, że Trump nie posiada realnych środków odstraszania w regionie. Chińczycy liczą, że uda im się przywrócić KMT do władzy.

onet.pl
 
 
Trump porusza się w polityce sprawniej niż większość zawodowych polityków z jego otoczenia. Łączy dwie grupy, które mają wspólnego wroga (liberalne elity kulturowe i ekonomiczne), ale różnią się pod względem przyczyn niezadowolenia. Pierwsza grupa jest relatywnie zamożna, ale czuje się kulturowo wyparta – to białe suburbia, mali przedsiębiorcy, ewangelicy.

Druga grupa jest realnie poszkodowana ekonomicznie – to mieszkańcy tzw. pasa rdzy (ang. Rust Belt), pracownicy bez college'u. To społeczności, które deindustrializacja i chiński szok dosłownie zabijają, jak pokazują w "Deaths of Despair" Anna Case i Angus Deaton.

Spójność tej egzotycznej na pozór koalicji nie bierze się z jednolitego programu, lecz z tożsamości negatywnej – z tego, przeciwko komu są, a nie z tego, za czym się opowiadają. Nikita Savin i Daniel Treisman w badaniu opublikowanym przez NBER dokumentują systematyczne nasilanie się gwałtownego i wykluczającego słownictwa w przemówieniach Trumpa. Dobór słów plasuje go obecnie wśród najbardziej ekstremalnych spośród wszystkich badanych polityków. Retoryka ta przyjmuje formę ekskluzywnego populizmu skupionego na stygmatyzowaniu obcych grup.

Tak budowane sojusze są politycznie bardzo trwałe, bo nie wymagają wewnętrznej spójności ideowej. A skoro tak, to przyszła administracja USA, nawet demokratyczna, prawdopodobnie zachowa część głównych motywów polityki Trumpa: przenoszenie ciężarów z USA na sojuszników, krytykę globalizacji, węższą definicję interesów narodowych. To wszystko ma konkretne przełożenie na rewolucyjną zmianę w amerykańskiej polityce międzynarodowej.

Przez siedem dekad po zakończeniu II wojny światowej rola Stanów Zjednoczonych jako globalnego hegemona nie opierała się wyłącznie na sile militarnej czy dominacji dolara. Fundamentem Pax Americana była unikalna zdolność Waszyngtonu do tworzenia i utrzymywania globalnych dóbr publicznych: sojuszy obronnych, otwartych szlaków handlowych oraz instytucji międzynarodowych, które – choć faworyzowały Zachód – zapewniały stabilność całemu systemowi.

Administracja Donalda Trumpa dokonała fundamentalnego przesunięcia paradygmatu, zastępując oświecony interes własny surowym transakcjonizmem. Osłabienie zaufania do dolara jako neutralnego narzędzia wymiany handlowej, wynikające z nadużywania jednostronnych sankcji, przyspiesza procesy dedolaryzacji, co uderza w sam rdzeń amerykańskiej potęgi finansowej. Część tych transakcji rodzi uzasadnione pytania o konflikt interesów między polityką zagraniczną a prywatnymi interesami Trumpa i jego otoczenia. Skutkiem nie jest "odrodzenie Ameryki", lecz systemowa erozja jej wpływów, która może okazać się nieodwracalna.

money.pl


Japoński gigant motoryzacyjny Toyota poinformował niedawno o stracie blisko 4 mld dolarów z w związku ze wzrostem cen części samochodowych (co wg Toyoty wiąże się z blokadą cieśniny Ormuz) i materiałów oraz spadkiem sprzedaży.

Przedstawiciel Toyoty Takanori Azuma przekazał w rozmowie z agencją Reutera, że „wpływ wojny z Iranem jest odczuwalny we wszystkich obszarach, od kosztów paliwa, kosztów transportu, po koszty farb i innych materiałów używanych w fabrykach samochodów”.

energetyka24.com
 
 
"Monumentalne wydarzenie", które zapowiadał Trump, najwyraźniej się nie zmaterializowało, pozostawiając po sobie kruche, ale stabilne zawieszenie broni w handlu. Niemniej jednak jest to dalekie od totalnej wojny handlowej, która wybuchła rok temu, a administracja Trumpa opuściła spotkanie, osiągając swój ogólny cel, jakim było zachowanie status quo — takiego, w którym cła na chińskie towary pozostają na mniej więcej tym samym poziomie, co w reszcie świata.

— Szczyt przyniósł skromne, możliwe do wdrożenia i kontrolowane wyniki, co stanowi mniej więcej tyle, na co można sobie obecnie pozwolić w stosunkach amerykańsko-chińskich — ocenił Craig Singleton, ekspert ds. Chin w jastrzębim think tanku Foundation for Defense of Democracies.

Nie wiadomo, czy Trump powróci do kwestii sprzedaży broni Tajwanowi, ale jasno dał do zrozumienia, że nie czuje się związany zobowiązaniem z 1982 r., które były prezydent Ronald Reagan złożył wobec wyspy, że nie będzie konsultował się z Pekinem w sprawie sprzedaży broni Tajwanowi.

— Co więc miałem zrobić? — pytał Trump. — Powiedzieć: "Nie chcę z tobą o tym rozmawiać?" Bo mam umowę podpisaną w 1982 r.? Nie, rozmawialiśmy o sprzedaży broni — powiedział.

(...)

Trump napotkał również przeszkodę w innych kluczowych kwestiach budzących napięcia w stosunkach między USA a Chinami. Xi zignorował obawy Trumpa dotyczące chińskich cyberataków na infrastrukturę USA. Trump najwyraźniej nie był również w stanie skłonić Xi do podjęcia dalszych działań w celu powstrzymania przepływu chińskich prekursorów chemicznych do Meksyku, które kartele przetwarzają na fentanyl. Trump powiedział, że poruszył tę kwestię, ale następnie stwierdził, że cła związane z fentanylem, które nałożył na chiński import, ograniczyły przepływ fentanylu do Stanów Zjednoczonych "znacznie w porównaniu z poprzednim stanem", nie wdając się w szczegóły.

Xi odmówił również ustąpienia w sprawie prośby Trumpa, aby chiński przywódca uwolnił uwięzionego hongkońskiego działacza prodemokratycznego i byłego magnata medialnego Jimmy'ego Lai. Trump przed podróżą obiecał "poruszyć" sprawy Lai i nieznanego z nazwiska uwięzionego pastora. Xi powiedział, że "bardzo poważnie rozważy" uwolnienie pastora, ale stwierdził, że uwolnienie Lai będzie dla niego "trudne" — powiedział Trump w piątek.

Oczekiwania przed szczytem były niskie. Niektóre z poważniejszych kwestii strukturalnych, które nękają stosunki amerykańsko-chińskie — rządowe dotacje dla chińskiego sektora przemysłowego oraz coraz bardziej agresywna obecność militarna Pekinu w regionie Indo-Pacyfiku — najwyraźniej nie znalazły się w porządku obrad.

(...)

Brak konkretnych wyników szczytu może odzwierciedlać ambicje obu przywódców dotyczące bardziej szczegółowych rozmów w dalszej części roku. (...) Ich następne osobiste spotkanie odbędzie się we wrześniu, kiedy Xi złoży oficjalną wizytę w Białym Domu. Obaj przywódcy mogą również spotkać się przy okazji szczytu przywódców gospodarczych APEC w Shenzhen w Chinach w listopadzie oraz szczytu G20 w Miami w grudniu.

— Sposób, w jaki obaj przywódcy mówili o przyszłości, wskazuje, że będzie to część procesu, który rozegra się w tym roku — ocenił Kurt Campbell, były zastępca sekretarza stanu w administracji Bidena.

onet.pl\Politico