piątek, 10 lipca 2026



Wiatraki stały się ciałem – w lipcu do stacji elektroenergetycznej PSE Choczewo na Pomorzu trafiła moc z morskiej farmy wiatrowej Baltic Power budowanej przez Orlen i kanadyjską Northland Power. Energia popłynęła do polskiej sieci elektroenergetycznej, co trudno uznać za cokolwiek innego niż prawdziwy przełom w krajowej energetyce.

Co prawda, Baltic Power nie jest jeszcze ukończona – zainstalowano jak dotąd 54 z 76 turbin, ale część farmy już działa. Farma osiągnęła etap First Power, co oznacza, że uruchomiono produkcję energii przez pierwszą turbinę. Kolejne turbiny będą w najbliższych tygodniach przechodzić rozruch i testy, a wytwarzana przez nie energia będzie trafiać do sieci. Moc farmy będzie rosła, aż osiągnie docelowe 1,2 GW.

„Wszystkie inwestycje niezbędne do wyprowadzenia mocy z pierwszych polskich farm wiatrowych na Bałtyku zostały zrealizowane na czas. Był to duży wysiłek zarówno ze strony PSE, jak i lokalnych, pomorskich firm, które wybudowały stację Choczewo. To także przykład wykorzystywania środków z Krajowego Planu Odbudowy do budowania infrastruktury przyszłości, dzięki której Polska będzie mogła się rozwijać” – skomentował prezes PSE Grzegorz Onichimowski.

(...)

W Łebie działa stacja serwisowa Baltic Power, która przez około 30 lat będzie odpowiadać za sprawne działanie farmy. W znajdującym się tam Morskim Centrum Koordynacyjnym zarządza się ruchem statków pływających po inwestycji.

(...)

Historia Baltic Power sięga 2019 r., gdy rozpoczęły się prace związane z budową infrastruktury potrzebnej do przyłączenia i wyprowadzenia mocy. Wówczas też zakończony kluczowy etap budowy stacji Choczewo.

Na potrzeby wyprowadzenia mocy z odnawialnych źródeł energii (OZE) PSE budują dwie stacje elektroenergetyczne i ponad 250 kilometrów linii najwyższych napięć, a istniejąca infrastruktura jest modernizowana. W planach jest także budowa kolejnych stacji i linii na potrzeby powstającej w regionie elektrowni jądrowej – przekazały PSE w komunikacie.

Po ukończeniu prac na farmie będzie pracować 76 turbin o mocy 15 MW każda. Baltic Power będzie wytwarzać około 4 TWh energii elektrycznej rocznie, co ma pokryć ok. 3% zapotrzebowania na prąd w Polsce, czyli może zasilić ok. 1,5 mln gospodarstw. Baltic Power leży ok. 23 km od brzegu na wysokości Choczewa i Łeby.

Z kolei stacja elektroenergetyczna w Choczewie zajmuje powierzchnię 25 hektarów, co można porównać do 35 boisk piłkarskich. Powstało tam 40 pól 400 kV wyposażonych w blisko 800 aparatów wysokiego napięcia – przekazały PSE. W najbliższym czasie do stacji w Choczewie przyłączone zostaną także dwie inne morskie farmy wiatrowe: budowana przez PGE Baltica 2 i należąca do Ocean Wind C-Wind. W sumie do stacji, według obecnych planów, mają zostać przyłączonych sześć farm, których łączna moc wyniesie blisko 6 GW, czyli więcej niż cała Elektrownia Bełchatów. Ze stacji korzystać mają także centra danych i magazyny.

energetyka24.com
 
 
Po atakach Sił Zbrojnych Ukrainy na rosyjskie statki handlowe, w tym tankowce floty cieni, Rosja wstrzymuje tymczasowo ruch statków na kanale łączącym Don z Morzem Azowskim, co znacznie ograniczy eksport rosyjskich zbóż - poinformował w piątek Reuters, powołując się na źródła w sektorze eksportowym.

Decyzja rosyjskich władz jest następstwem ataków, jakie Ukraińcy przypuścili na statki na Morzu Azowskim.

W ocenie ekspertów odbije się to na sprzedaży rosyjskiej pszenicy transportowanej przez Morzem Azowskie i może ograniczyć eksport o 25 proc.

Wcześniej w piątek dowództwo ukraińskiej armii poinformowało, że w nocy z czwartku na piątek siły ukraińskie zaatakowały 18 rosyjskich statków, w tym 13 tankowców floty cieni. Dobę wcześniej Ukraińcy zaatakowali na Morzu Azowskim 12 tankowców rosyjskiej floty cieni, a także holownik i drobnicowiec. 

PAP


Od końca maja w Rosji rozwija się kryzys paliwowy, który przejawia się fizycznym deficytem paliw w większości regionów oraz rosnącymi cenami benzyny i oleju napędowego. Trudności te – najpoważniejsze w sektorze paliwowym od początku istnienia Federacji Rosyjskiej – stanowią bezpośredni efekt trwającej od marca fali ukraińskich ataków na infrastrukturę energetyczną, przede wszystkim rafinerie naftowe. Siły Zbrojne Ukrainy co najmniej raz zaatakowały każdy z dużych zakładów przerobu ropy w europejskiej części FR, a na początku lipca po raz pierwszy trafiły także największy z funkcjonujących obiektów rafineryjnych w syberyjskim Omsku.

Uderzenia przełożyły się na rekordowy spadek przetwórstwa ropy, którego poziom – według danych platformy Kpler – obniżył się w czerwcu do 4,1 mln bbl/d (w sezonie letnim 2025 r. wskaźnik ten mieścił się w przedziale 5–5,2 mln bbl/d). Biorąc pod uwagę średni przerób rafineryjny z 2022 r. – a więc sprzed ataków ukraińskich – przetwórstwo zmalało o blisko jedną trzecią. Problemy rafineryjne znajdują odzwierciedlenie w rosnących cenach – od początku roku Rosyjski Urząd Statystyczny odnotowuje wzrost cen detalicznych benzyny i diesla w przedziale 11–12%, co dwukrotnie przewyższa oficjalny wskaźnik inflacji. Nie odzwierciedla to rosnących jeszcze bardziej cen na giełdzie (wzrost o nawet 40% od stycznia 2026 r.) ze względu na subsydiowanie sektora z budżetu, co chroni konsumentów indywidualnych.

Rozmiar kryzysu zmusił rosyjskie władze do reakcji, która nie wykracza dotychczas poza interwencyjne działania regulacyjne. Rozwiązania te będą mogły jedynie częściowo załagodzić skutki deficytu paliwa. W około połowie rosyjskich regionów wprowadzono reglamentację jego sprzedaży. Rząd FR m.in. zwiększył import benzyny (głównie z Białorusi, ale również z Indii), zezwolił na produkcję paliwa o obniżonym standardzie emisyjności oraz wprowadził zmiany w zasadach subsydiowania sektora paliwowego.

Przy założeniu wciąż utrzymującego się tempa ataków Ukrainy sytuacja będzie się jednak dalej pogarszać z uwagi na niemożność przeprowadzenia prac naprawczych, a także wyczerpywanie się zapasów paliwowych. Nie można przy tym wykluczyć udanych działań ukraińskich na rzecz powstrzymania zagranicznych dostaw i ich dystrybucji (ataki na infrastrukturę portową oraz bazy paliwowe).

Komentarz
  •     Aktualny kryzys na rosyjskim rynku paliwowym ma charakter bezprecedensowy. Systematyczna presja ukraińskich ataków doprowadziła do poważnego zredukowania – a czasami nawet wstrzymania (Tuapse, Moskwa, Kiriszy) – prac rafinerii w okresie podwyższonego w związku z sezonem letnim popytu. W odróżnieniu od poprzedniej fali ataków (lato 2025 r.) obecne uderzenia różnią się większą częstotliwością i skalą. Bezzałogowce rażą też instalacje rafinacji wtórnej, których naprawy – ze względu na brak dostępu do zachodnich komponentów – są utrudnione.
  •     Efekty kryzysu paliwowego rozlewają się na inne sektory gospodarki, stanowiąc najjaskrawszą konsekwencję wojny w szerszej percepcji społecznej. Najdotkliwszy wzrost cen paliw odnotowywany jest przede wszystkim na tych stacjach benzynowych, które nie należą do koncernów paliwowych (około dwóch trzecich wszystkich punktów). Przedsiębiorstwa te kupują towar bezpośrednio od producentów bądź na giełdzie, co zmusza je do podwyższania marży ponad inflację dla uzyskania rentowności. Wysokie ceny w hurcie przekładają się także na opłaty związane z przewozem towarów drogą kołową oraz marże rolników (w obawie o dostawy paliwa dla maszyn rolniczych 8 lipca wprowadzono zakaz eksportu oleju napędowego), co w dłuższej perspektywie będzie rzutować na koszty innych dóbr. Wreszcie – notowany wzrost cen ponad tempo inflacji (ok. 5,3% w maju) oddala szansę na kontynuację cyklu obniżek stóp procentowych przez Centralny Bank Rosji. Negatywne oddziaływanie kryzysu na społeczeństwo widać w sondażach – tych badających zarówno aprobatę dla działań władzy (WCIOM, Centrum Lewady, które notują najniższe od pięciu lat wskaźniki poparcia dla Putina), jak i społeczne postrzeganie kondycji gospodarczej (Instytut Gallupa).
  •     Rozmiar kryzysu zmusił władze do publicznego dostrzeżenia problemu oraz wdrożenia uciążliwych społecznie instrumentów reglamentacyjnych. Do czerwca br. komunikacja Kremla ograniczała się do informowania o „nieplanowych przestojach rafineryjnych” i dezawuowania tym samym skali ukraińskich ataków. Wraz z pojawieniem się deficytów paliwa w sprzedaży detalicznej władze publicznie przyznały, że problem jednak istnieje. Zarazem przedstawiciele rządu częściowo przerzucili winę za kryzys na społeczeństwo i „paniczne” wykupywanie paliwa na zapas, co rzekomo doprowadziło do nadmiarowego wzrostu popytu o 20–30%. Aby temu zapobiec, władze regionalne wdrożyły narzędzia reglamentacyjne (limity zakupowe, zakaz wlewania kupowanego paliwa do kanistrów). Jednocześnie Kreml nie decyduje się na szersze rozwiązania systemowe w postaci chociażby pełnego uwolnienia cen i zbilansowania w ten sposób rynku poprzez destrukcję popytu. W jego rozumieniu pogłębiłoby to negatywne nastroje konsumenckie i jeszcze bardziej przyspieszyło wzrost cen.
  •     Kryzys pociąga za sobą znaczne koszty finansowe, które ponoszą zarówno rosyjskie koncerny, jak i budżet państwa. Dla zniwelowania deficytów podażowych rząd przedsięwziął kroki na rzecz zwiększenia importu benzyny. Mechanizm udzielania subsydiów dla sektora paliwowego rozszerzono również o importowane wolumeny, aby obniżyć końcowe ceny na rodzimym rynku. Wysokość dopłat jest uzależniona od ceny paliw w Indiach oraz kosztów logistycznych (Indie mają największy potencjał, jeśli chodzi o zniwelowanie kryzysu podażowego w Rosji). Zarazem sektor paliwowy domaga się też ulg podatkowych na rzecz modernizacji uszkodzonych rafinerii – koncerny zmagają się bowiem z kosztownymi pracami naprawczymi.
  •     Trudności podażowe potrwają co najmniej do końca sezonu letniego, a bez zastosowania rozwiązań systemowych czy zredukowania tempa ukraińskich ataków zapewne dłużej. Przy wciąż tak regularnej częstotliwości tych uderzeń władze rosyjskie nie będą w stanie zbilansować rynku bez wprowadzenia poważnych reform regulacyjnych (np. uwolnienia cen) bądź skokowego zwiększenia i utrzymywania importu. Co więcej, ataki – skutkujące obniżonymi mocami rafineryjnymi – mogą się przełożyć na długotrwały spadek wydobycia ropy naftowej w Rosji, co będzie negatywnie rzutować na dochody budżetowe.
osw.waw.pl


Wołodia ma naprawdę fajne "miejsce pracy". Wygodnie rozsiadł się przed trzema ekranami. Na dużym tablecie na stole widnieje szczegółowa mapa. Tuż przed oczami — ogromny ekran, na którym widoczny jest fragment terenu miasta z lotu ptaka. Zazwyczaj pochodzi on z kamery drona rozpoznawczego, ale czasami przełącza się na drona bojowego — wtedy jakość obrazu nieco spada. Widać kwadraty ulic, zniszczone budynki, domy z przebitymi dachami i brakującymi piętrami, drzewa ocięte odłamkami. Brakuje tylko ludzi.

— Taka jest ta wojna, wszyscy siedzą w piwnicach — mówi Wołodia. — Jeśli tylko jakiś Rosjanin się pokaże, możesz uznać go za trupa: od razu rzuca się na niego 15–16 dronów FPV [od First Person View, to drony sterowane z perspektywy pierwszej osoby], niszcząc każdą kryjówkę.

Jeden dom z taką piwnicą widzi na trzecim, tajnym ekranie po prawej stronie, gdzie podświetla się konkretny cel operacyjny — wykryto tam rosyjskiego żołnierza. Dom jest identyczny jak u moich sąsiadów w Kramatorsku: ceglany, zwarty, z wyblakłym poddaszem niegdyś pomalowanym na niebiesko. Na działce wokół wszędzie przebija się zieleń: widać, że wszystko jest mocno zarośnięte — właściciele wyjechali co najmniej kilka miesięcy temu. Po prawej stronie obrazu z drona znajdują się kwadraty z sygnałami wywoławczymi operatorów, pilotów i zwiadowców: w sumie około dziesięciu osób. Rozmawiają ze sobą, omawiają cel i ruchy wroga.

A przecież znajdujemy się daleko od strefy walk. Wołodia jest obecnie pilotem "starlinkowca" — tak miejscowi nazywają drony sterowane za pomocą niewielkiego nadajnika Starlink. Są one odporne na zakłócenia i wrogie środki walki radioelektronicznej, można nimi sterować z dowolnej odległości — byleby tylko był dobry internet. W takich okolicznościach operator maszyny bojowej może teoretycznie znajdować się nawet w Żmerynce czy w Użhorodzie i likwidować najeźdźców w Konstantynówce.

My natomiast siedzimy w bezpiecznym budynku w obwodzie donieckim (nie chcę i nie mogę podać konkretnej miejscowości): w sąsiednich pomieszczeniach trwa naprawa i regulacja wszelkiego rodzaju mechanizmów latających i nielatających, a w kuchni buczy ekspres do kawy.

— Teraz widzisz, jak z pozycji naszych sojuszników, czyli zwiadowców, przyleciał dron. To ogólny widok szopy, w której ukrył się Rosjanin — komentuje operator. — Kończą im się baterie i zastąpi je nasz dron. Widzisz, jak zamigotało? To zmiana dronów, jeden poleciał do bazy. Jeśli [przeciwnik] zostanie w domu, spadnie tam duża bomba i wszystko zburzy. Jeśli nie wytrzyma i wybiegnie z domu po wykryciu, to będzie dla niego całkowity koniec!

Na ekranie pojawia się okresowo zamazany obraz z kamery drona. Jak wyjaśnia operator, wynika to z optyki: gdy dron porusza się po światłowodzie, obraz jest znacznie wyraźniejszy. Dron zrzuca bombę, ale ta nie wybucha.

— Wszystko jak na wojnie. Bomby czasem nie wybuchają, drony nie docierają do celu, czasem są zestrzeliwane. Ale jest ich tak wiele, że każdy wykryty wróg i tak zostanie zniszczony — mówi Wołodia.

(...)

Scena rozgrywa się w Konstantynówce, miasteczku w obwodzie donieckim, 30 km od Kramatorska. Przed wojną było to duże centrum przemysłowe liczące prawie 80 tys. mieszkańców. Nawet jeśli zignorujemy oświadczenia rosyjskich urzędników, którzy regularnie oznajmiają, że "kontrolują Konstantynówkę", i spojrzymy na mapę walk w mieście, sytuacja wydaje się przerażająca. Centrum otacza szara strefa, a na obrzeżach widać pojedynczych żołnierzy rosyjskich zwróconych w stronę kolejnej miejscowości, Aleksiejewo-Drużkiwka.

Tymczasem w mieście w ogóle nie toczą się klasyczne walki. Rosyjscy bojownicy, w grupach liczących zaledwie kilka osób, zinfiltrowali obszary, gdzie praktycznie nie było ukraińskiej piechoty i tam się ukryli. Ukraińcy nie mają jeszcze środków, aby ich wszystkich znaleźć i "wykurzyć" w tradycyjny sposób. Moi rozmówcy z ukraińskich sił zbrojnych debatują, ilu wrogich żołnierzy zinfiltrowało ulice Kostyantynówki: nieco ponad 100 czy nieco ponad 200? W końcu trudno ich znaleźć w tutejszych piwnicach.

Tymczasem wojna toczy się jak zwykle. Rosyjskie szybowce, myśliwce przechwytujące, wszelkiego rodzaju drony, samoloty szturmowe i działa przeciwlotnicze nadlatują do miasta. Drony FPV brzęczą dniem i nocą, w nocy jest ich znacznie więcej. Żaden pojazd nie dotarł do Kostantynówki od ponad dwóch miesięcy — żołnierze poruszają się tam pieszo, ciągnąc "krawczuczki" (torby na zakupy na kółkach), nazwane tak w latach 90. na cześć pierwszego prezydenta Ukrainy Leonida Krawczuka. W drodze są również naziemne systemy robotyczne oraz różnorodne kołowe i gąsienicowe platformy robotyczne.

— Wjazd do miasta daje ci gwarancję, że w ciągu 24 godzin doznasz urazu ciśnieniowego — mówi znajomy mi oficer z jednostki systemów bezzałogowych.

(...)

— To Konstantynówka — to nie Rosjanie. Są tutaj, ale tutaj i tutaj — Wołodia wskazuje na ekran — są nasze pozycje. Sytuacja zmienia się dynamicznie. Praktycznie cała Konstantynówka zamieniła się w strefę śmierci.

Wołodia nie rozumie moich pytań dotyczących "zmian roboczych". 42-letni weteran batalionu, który niedawno powrócił do kwatery, mieszka tutaj, na pozycjach, zajmuje się swoimi zadaniami, parzy kawę — radiostację ma zawsze pod ręką. Gdy wykryje kolejnego wroga, odrywa się od zajęć i kieruje swój "bombowiec" w stronę celu. To przypomina niekończącą się grę wideo, tyle że za sterami nie siedzą nastolatkowie.

— Teraz wszystko odbywa się wyłącznie w ten sposób, tylko za pomocą dronów, żadnej artylerii, cała jest gdzieś tam, na poziomie brygady — mówi z zapałem operator. "Rozpoznawców" wystarczy dla wszystkich. Będą krążyć nad wykrytym celem, zmieniać się, Ukraińcy wyślą tam wszystkie dostępne środki rażenia, dopóki cel nie zostanie zniszczony. —Taka właśnie jest teraz wojna! — mówi Wołodia. — W pobliskiej wsi nie ma już grup wroga. Jeśli się pojawiają, są natychmiast niszczone. Teraz [Rosjanie] poruszają się pojedynczo — taka jest rosyjska taktyka, nazywana "przenikaniem". Ich żołnierz idzie na śmierć bez żadnej nadziei na pomoc, jest przecież sam, nikt mu nie pomoże. Straszna wojna…

Batalion realizuje swoje zadania w sposób kreatywny, opierając się na dostępnym arsenale środków bojowych. Przykładowo dowódca batalionu narzeka na tymczasowy brak ciężkich dronów bombowych — wszystkie są w naprawie. Tymczasem od batalionu wymaga się "rozebrania" improwizowanych schronów żelbetowych, których nie da się od razu zniszczyć zwykłym dronem FPV.

— Będziemy działać kompleksowo! — mówi dowódca do podwładnych. — Zdalne minowanie, bomby zapalające, zrzuty termobaryczne, miny przeciwpiechotne. Tak wszystkich tam dopadniemy.

Na dzień przed naszym spotkaniem z Wołodą znalazłem się z dala od strefy działań wojennych, 30-40 km od jego pozycji, w opuszczonym domu w opustoszałej wsi. Stacjonuje tu pluton inżynieryjno-saperowy. Jego członkowie, pracujący z materiałami wybuchowymi, i tak narażeni są na wystarczające ryzyko, dowódcy starają się więc rozmieścić ich tak, by znaleźli się poza zasięgiem dronów bojowych wroga. Dowódca batalionu ma do ogarnięcia skomplikowaną i rozgałęzioną strukturę: oprócz ludzi bezpośrednio na pozycjach jest tu stacja serwisowa dla licznych pojazdów, warsztat naprawy naziemnych systemów zrobotyzowanych, pluton wsparcia technicznego wszystkiego, co lata (nazwa ta brzmi jakoś wyjątkowo wyszukanie) — i inżynierowie-saperzy.

W zwykłej misce z wodą, w średniej wielkości rondlu na łaźni wodnej, mężczyzna w szortach i czapce z daszkiem podgrzewa papkę, która konsystencją przypomina karmę dla psów. W powietrzu unosi się zapach owczego nawozu — zdążyłem pomyśleć, że przygotowują jakąś mieszankę odżywczą. Nagle słyszę, jak ktoś radzi mężczyźnie: "dorzuć jeszcze trochę Sieriebrianki!". Tak właśnie wygląda tutaj laboratorium.

— Mieszamy tu zwykły trotyl z saletrą, Sieriebrianką i różnymi innymi składnikami. Otrzymujemy z tego materiał wybuchowy, który nie tylko wybucha, ale też podpala, tworzy coś w rodzaju wybuchu objętościowego — wyjaśnia mi były stolarz, którego również nazywają Wołodią.

Obok, na ziemi, stoi duże pudełko z korpusami przyszłych bomb — proste cylindry przeznaczone do wypełnienia dowolnym ładunkiem — na których zachowały się nawet fabryczne etykiety: "Termos 1.2, amunicja kumulacyjno-odłamkowa, kaliber 75 mm. Zalecana ilość materiału wybuchowego 500 g" — i tak dalej. Trzy mniej więcej takie same, ale nieco większe cylindry, napełnia się właśnie z tej samej miski z gotującą się mieszanką.

— To całkiem standardowy pocisk, waży 1,5 kg — wyjaśniają mi inżynierowie. — Dron FPV go przeniesie, w terenie się sprawdzi. [Rosjanie] chodzą teraz najczęściej pojedynczo, więcej materiałów wybuchowych po prostu nie potrzeba. To taka prosta mina przeciwpiechotna.

(...)

W przeciwieństwie do swojej partnerki Wołodia, który służy już ponad dwa lata, jest doświadczonym bojownikiem i potrafi przeanalizować, jak zmienia się rola jego oddziału.

— Nasza kompania stacjonowała w obwodzie kurskim i sumskim. Jeszcze rok temu wszystko wyglądało zupełnie inaczej — wyjaśnia. — Wjeżdżaliśmy samochodem z ładunkiem na pozycję — tak po prostu, załadowaliśmy się i ruszyliśmy. A teraz nie tylko nie da się dojechać, ale nawet pieszo nie da się dotrzeć na pozycje — trzeba iść 10-12 km, a do tego ciągnąć ładunek na plecach i na "krawczukach". Idziesz, a nad głową huczy. Nie każdy wytrzyma fizycznie 10–15 km, bo przecież nie idziesz na spacer: chowasz się, przyspieszasz, odpierasz ataki. Mam 42 lata, wydaje się, że z kondycją fizyczną wszystko w porządku — a jednak pojawia się zadyszka. Podczas ostatniej akcji bojowej wracaliśmy z pozycji w grupie, wszyscy tam byli młodsi ode mnie. Oni się spieszyli, przecież chcą żyć. A ja musiałem od czasu do czasu złapać oddech, schować się w kryjówce. Wszystko się zmieniło! Jeszcze rok temu takiej wojny nie było — mówi.

Nikt teraz nie biegnie z karabinem, nie przeprowadza szturmów. Operator wspomina szturmy, które jeszcze niedawno widział w obwodzie kurskim — tam, jak twierdzi, obserwował ataki, w których brali udział Koreańczycy z Północy.

— Broń Boże! — mówi Wołodia. — Czyste pole, jak podczas II wojny światowej. Na każdego Koreańczyka wystrzeliwano po pięć naszych dronów FPV. Wszyscy zginęli podczas tej akcji. Oni w ogóle nie rozumieli, czym jest współczesna wojna — po prostu wysłano ich do ataku na polu koło Sudży. Rosyjska jednostka systemów bezzałogowych Rubikon wyparła nas stamtąd — i to również za pomocą dronów FPV.

onet.pl\Nowa Gazieta


Geneza UPA jest zatem prosta, a jednocześnie skomplikowana. Kto w rzeczywistości jest twórcą UPA? Banderowcy? „No, z tym musimy uważać - twierdzi cytowany już prof. J. Pełenśkyj. - Historycznie biorąc pierwsze oddziały zorganizował na Wołyniu w 1942 roku ataman Bulba-Boroweć. Później dopiero banderowcy je przejęli i rozbudowali. Nie jestem sympatykiem Borowca; można uważać, że był on klasycznym ukraińskim atamanem, watażką z anarchistycznym zacięciem. Boroweć nie należał do-żadnej partii, po prostu zebrał sobie ludzi i założył UPA”.

(...)

Zarówno banderowcy, jak i melnykowcy natknęli się na tym obszarze na zorganizowane zastępy „Tarasa Bulby”, który z upoważnienia emigracyjnego prezydenta Ukraińskiej Republiki Ludowej Andrija Liwyćkiego jako ataman i komendant główny kierował petlurowską UPA. 

Ataman nowożytnych kozaków, bo taką nazwę mieli bulbowscy konspiratorzy, noszący imię i nazwisko gogolow- skiego bohatera, urodził się w tym samym 1909 roku, co Stepan Bandera. Ukończył cztery klasy szkoły podstawowej, a z zawodu był kamieniarzem. To on m.in. wykonał płytę granitową na grób matki marszałka Józefa Piłsudskiego w Wilnie. Historia jest przedziwna, lubi najmądrzejszym płatać figle. To właśnie jemu „...los kazał stanąć na czele ukraińskiej powstańczej siły” - jak to zauważa „Misija Ukrajiny” nr 1/16/ z 1964 roku.

Gdy OUN zaczęła się wysługiwać hitlerowcom, Boroweć także poszedł w jej ślady, nawiązując kontakt z Abwehrą. Wcześniej jednak stworzył antypolską organizację pod nazwą Ukraińskie Odrodzenie Narodowe (Ukrajinśke Nacionalne Widrodżennia - UNW), którą zwrócił na siebie uwagę niemieckiego wywiadu, ale nie tylko - dostrzegła to także polska defensywa, która spowodowała, że przyszły ataman znalazł się w Berezie Kartuskiej. Przed utworzeniem linii demarkacyjnej radziecko-niemieckiej we wrześniu 1939 roku Borowiec zbiegł z obozu wprost do Warszawy. Z Generalnej Guberni powrócił do USRR na wyraźny rozkaz A. Liwyćkiego i tu zaczął przeistaczać klityny (komórki) w antyradziecką UPA.

Gdy Niemcy w 1941 roku usadowili się już na Wołyniu, Boroweć przemianował zastępy UPA w oddziały ukraińskiej kolaboranckiej policji pomocniczej i zorganizował swój ośrodek dyspozycyjny w Sarnach. Tu także założył szkołę policyjną będącą faktycznie podoficerską szkołą wojskową szkolącą kadrę dla UPA.

Edward Prus - Atamania UPA



Po odtworzeniu (do stanu około 11.500 ludzi), pododdziały dywizji, zorganizowane w dwie grupy bojowe (SS-Kampfgruppe Wildner i SS-Kampfgruppe Wittenmeyer) walczyły z partyzantką na Słowacji w okolicach Żyliny. Dywizja zepchnęła partyzantów na północ, w kierunku Tatr, i ochraniała niemieckie linie komunikacyjne. Następnie skierowano dywizję do Austrii, gdzie 28 lutego 1945 zajęła pozycje w pobliżu granicy jugosłowiańskiej, skąd przerzucono ją w okolice Mariboru z zadaniem zwalczania komunistycznej partyzantki Tity oraz obrony Bad Gleichenberg. Od 1 kwietnia 1945 dywizja walczyła w rejonie Grazu w Austrii, gdzie w ciężkich walkach z Armią Czerwoną straciła około tysiąca zabitych i rannych.

19 kwietnia 1945 do sztabu dywizji przybył gen. Pawło Szandruk, od 15 marca 1945 przewodniczący Ukraińskiego Komitetu Narodowego i głównodowodzący Ukraińskiej Armii Narodowej, podporządkowując sobie SS-Brigadefuhrera Fritza Freitaga i przejmując bezpośrednio dowodzenie dywizją. Na rozkaz gen. Szandruka 25 kwietnia żołnierze dywizji złożyli przysięgę na wierność Ukrainie i nałożyli na czapki ukraińskie godło państwowe (tryzub).

Po opuszczeniu na rozkaz generała Pawło Szandruka linii frontu 7 maja 1945, oddziały dywizji przeszły rzekę Mur, przechodząc do brytyjskiej strefy okupacyjnej Austrii. 10 maja 1945 SS-Brigadeführer Fritz Freitag popełnił samobójstwo, bezpośrednią komendę nad dywizją przejął gen. Mychajło Krat. Oddziały dywizji skapitulowały przed Brytyjczykami i Amerykanami w rejonie Tamsweg. Po kapitulacji jeńcy zostali przez Brytyjczyków poprzez obóz w Spittal przewiezieni do obozu w Bellaria, a następnie Rimini (w Romanii), na terenie operacyjnym II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Generał Pawło Szandruk bezpośrednio po kapitulacji jednostki zażądał od Brytyjczyków spotkania w cztery oczy z generałem Władysławem Andersem, swym dowódcą z września 1939 r. (ówcześnie dowódcą II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie na froncie włoskim), które mu umożliwiono. W konsekwencji osobistej interwencji gen. Andersa w Londynie, a także stanowiska Stolicy Apostolskiej, Brytyjczycy mimo sowieckich żądań nie wydali żołnierzy ukraińskich Józefowi Stalinowi, gdyż uznali ich za obywateli polskich (byli nimi bezsprzecznie do 1939 – agresja i okupacja sowiecka z 17 września 1939 nie zmieniała ich statusu prawnego) i umożliwili im osiedlenie się w r. 1947 w Wielkiej Brytanii i krajach Wspólnoty Brytyjskiej.

Wbrew powszechnej opinii[30] dywizja nie uczestniczyła w tłumieniu powstania warszawskiego.

(...)

24 lipca 1944, w okolicach Iwonicza, SS Galizien przeprowadziła mord 72 osób, w tym. członków AK i BCh. W Polsce Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu wszczęła śledztwo w sprawie zbrodni wojennej popełnionej w Hucie Pieniackiej przez żołnierzy SS-Galizien i nacjonalistów ukraińskich gdzie 28 lutego 1944 zamordowano 868 Polaków. 16 kwietnia 1944 roku policjanci 4 pułku policji zamordowali Polaków w Chodaczkowie Wielkim, gdzie zginęło według różnych źródeł od 250 do 854 mieszkańców wsi.

Główna Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu prowadzi również śledztwa w sprawie okoliczności pacyfikacji wsi Prehoryłe i Smoligów. Dnia 2 lutego 1944 jednostka ukraińska brała udział w pacyfikacji wsi Borów oraz okolicznych wsi. Oddziały żandarmerii i SS w sile około 3 tysięcy żołnierzy wkroczyły w nocy do wsi całkowicie niszcząc całość 280 gospodarstw przy użyciu broni pancernej.

Sprawcami zbrodni na ludności polskiej w wymienionych miejscach były, według dotychczas poczynionych ustaleń śledczych, 4 i 5 galicyjskie pułki policyjne SS (w niemieckiej nomenklaturze określane jako Galizische SS Freiwillige Regimenten), skierowane do walk przeciwpartyzanckich na bezpośrednim zapleczu frontu wschodniego. Były one złożone z pierwszego naboru ukraińskich ochotników do 14 Dywizji, dokonanego przed jej formalnym powołaniem w lipcu 1943, odkomenderowanego przez Niemców do służby policyjnej. W śledztwie IPN w sprawie ustalenia sprawców zbrodni w Hucie Pieniackiej określa się 4 pułk policji SS jako 4 Pułk Dywizji „SS-Galizien”.

Po rozbiciu 14 Dywizji w bitwie pod Brodami policjanci ukraińscy z pułków policyjnych (rozbitych również w tym samym czasie na froncie wschodnim) zostali wcieleni do 14 Dywizji Grenadierów SS w ramach jej odtwarzania w obozie ćwiczebnym w Świętoszowie.

W październiku 1947 roku, po zgodzie rządu Wielkiej Brytanii na imigrację żołnierzy Ukraińskiej Armii Narodowej do Wielkiej Brytanii i odmowę ich wydania ZSRR, ówczesny rząd polski wniósł skargę do Organizacji Narodów Zjednoczonych przeciwko „SS-Galizien”, stwierdzając, że jej jednostki spacyfikowały Hutę Pieniacką, mordując 800 cywilów.

(...)

Formacje SS, w tym 14 Dywizja Waffen SS-Galizien, (z wyjątkiem SS-Reiterei), zostały uznane przez Międzynarodowy Trybunał Wojskowy w Norymberdze za organizację zbrodniczą.

pl.wikipedia.org