piątek, 2 października 2026



Druga połowa XX w. to okres dynamicznego rozwoju nauki o finansach. Pojawiły się nowe teorie i przełomowe prace naukowe, w tym te dotyczące instrumentów pochodnych (znanych też pod nazwą derywatów). Ich cena zależy od notowań danego rodzaju aktywów bazowych (np. ropy, akcji danej firmy lub całego indeksu giełdowego). W zależności od kierunku zmian ceny określonego rodzaju aktywów bazowych waha się również cena opartego na nim derywatu. Naukowców przez lata zaprzątała kwestia wyceny opcji. To asymetryczny instrument finansowy, nakładający obowiązek na wystawcę i przyznający określone w kontrakcie prawo dla nabywcy. To, czy do wypłaty ustalonej w kontrakcie opcyjnym dojdzie, zależy od tego, jaką wysokość w ustalonym momencie przyjmie cena lub inna cecha odnosząca się do instrumentu bazowego.

Badania w tym zakresie przyspieszyły w latach 60. minionego stulecia, a przełom przyszedł w latach 70. XX w. wraz z modelem wyceny opcji Blacka-Scholesa. Opiera się on na zaawansowanych narzędziach matematycznych, takich jak procesy stochastyczne i równania różniczkowe cząstkowe. Zasadniczym elementem tego modelu jest przyjęcie założenia o tym, że stopy zwrotu z instrumentu bazowego mają normalny rozkład prawdopodobieństwa.

Od tej pory wydawało się, że ryzyko jest pod kontrolą. Wystarczy ocenić prawdopodobieństwo danego zdarzenia, oczywiście korzystając z rozkładu normalnego, a następnie umiejętnie zarządzając ryzykiem, zabezpieczyć się przed nim, stosując odpowiednie narzędzia. Rozkład normalny, powszechnie stosowany przy wycenie opcji, był wykorzystywany przy inwestycjach, również tych za pożyczone pieniądze. Pożyczanie i stosowanie derywatów, przy nieznacznym nakładzie środków własnych, dawało ekspozycję na aktywa o wyraźnie większej wartości. Ruch ceny w oczekiwaną stronę pozwalał osiągać wysokie zyski dzięki tzw. efektowi dźwigni. Ale ruch w stronę przeciwną wiązał się z poniesieniem dotkliwej straty, włącznie z wyzerowaniem kapitału.

Dzięki, jak się okazało, złudnemu poczuciu kontroli, ryzyko, szczególnie to związane z tzw. lewarowaniem pozycji, przestało być traktowane jako coś, czego należy się obawiać. Duże banki lokowały zatem pieniądze w nazbyt zderegulowany rynek instrumentów pochodnych, do tego dochodziło wykorzystanie dźwigni finansowej, co jeszcze zwiększało i tak niemałe ryzyko tego typu aktywności. Oprócz tego wielkie podmioty finansowe były silnie powiązane siecią wzajemnych transakcji. To wszystko zdawało się działać w sposób niezakłócony niczym maszynka do zarabiania pieniędzy. Kiedy jednak wystąpiły pierwsze oznaki kryzysu, widoczny stał się też brak zaufania, a nawet panika. Nikt nikomu nie chciał już pożyczać, bo nie wiedział, jak bardzo potencjalny pożyczkobiorca jest zadłużony i czy w rezultacie będzie mógł zwrócić pieniądze.

Zjawiska opisane powyżej są podawane jako jeden z głównych powodów kryzysu lat 2007–2009. Szczególnie istotny jest tutaj tzw. efekt zarażania. To sytuacja, w której problemy jednego podmiotu stają się problemami jego kontrahenta itd. Kolejną, często wymienianą, przyczyną tego kryzysu jest niepohamowana rządza zysku, której towarzyszył rozwój sekurytyzacji. Polega ona na umieszczaniu części aktywów w „paczkach” i zamienianiu ich w instrumenty finansowe.

Ale od początku: pierwsze lata XXI w. to okres niskich stóp procentowych w Stanach Zjednoczonych (o tym więcej w dalszej części tekstu). To z kolei sprzyjało zaciąganiu różnego rodzaju kredytów i pożyczek, wśród nich były również kredyty hipoteczne. Wiązał się z tym pewien problem. Niektóre banki udzielały ich osobom, które w żadnym wypadku nie powinny ich otrzymać. Dochody (a często po prostu brak dochodów) dyskwalifikowały ich jako potencjalnych kredytobiorców. W tamtym czasie ukuto nawet specjalne określenie: ninja (od ang. no income – bez dochodu, no job – bez pracy, no assets – bez aktywów). Dlaczego jakakolwiek instytucja finansowa miałaby pożyczać pieniądze ludziom w takiej sytuacji?

I tu na scenę wchodzi rzeczona sekurytyzacja. Tego typu ryzykowne kredyty były sprzedawane bankom inwestycyjnym, a te je kompilowały, tworząc wspominane paczki o znanych na rynku finansowym akronimach, jak np. CDO – collateralized debt obligation, czyli obligacje zabezpieczone długiem. Następnie te paczki, po otrzymaniu najwyższego ratingu, szły w świat jako superbezpieczne inwestycje.

Zarówno udzielający kredytów, jak i ci, którzy następnie przerabiali je za pomocą sekurytyzacji, wiedzieli (przynajmniej niektórzy), że parają się zajęciem będącym na bakier z etyką. Całe ryzyko związane z niewypłacalnością kredytobiorcy było przerzucane na nieświadomego zagrożenia nabywcę finalnego, w tym m.in. fundusze emerytalne z różnych państw. Taki nabywca otrzymywał, za niemałe pieniądze, toksyczny instrument finansowy, który można porównać do odbezpieczonego granatu. Kiedy zatem niewypłacalni posiadacze kredytów hipotecznych przestali obsługiwać swoje długi, posiadacz tych finansowych toksyn zostawał z niczym. Bogacili się zaś ci, którzy zajmowali się handlem tym trefnym finansowym towarem, niejednokrotnie mając świadomość, że oszukują swoich klientów. Liczył się duży i szybki zysk, kompletnie ignorowano natomiast elementarne normy etyczne. To, że ktoś mógł stracić gigantyczne pieniądze, nie miało większego znaczenia. Kiedy cała ta machina przestała działać, doszło do wybuchu kryzysu na skalę światową.

Są i tacy komentatorzy, którzy uważają, że główną winę ponosił bank centralny USA, czyli Fed. Na czym miałoby to polegać? Otóż po pęknięciu bańki internetowej za oceanem Rezerwa Federalna systematycznie obniżała, aż do 1 proc., główną stopę procentową. To miało wspomóc zagrożoną kryzysem gospodarkę. Ale miało też inny skutek: ułatwiało zaciąganie kredytów, z czego Amerykanie ochoczo korzystali, o czym była mowa wyżej. Niskie stopy przyczyniły się do bańki na rynku nieruchomości, rosnące ceny domów dawały zabezpieczenie pod kolejne zobowiązania, ludzie więc zadłużali się coraz bardziej. Wszystko to jednak do czasu, ponieważ potem rozpoczął się cykl podwyżek stóp procentowych, co znacząco utrudniało obsługę długów, szczególnie gdy ich oprocentowanie było zmienne.

W efekcie wielu kredytobiorców stało się niewypłacalnych, a kiedy bańka nieruchomościowa pękła i ceny domów zaczęły spadać, nie mogli refinansować swoich długów poprzez zaciąganie kolejnych. Krytycy Fed wskazują na to, że przecież to wszystko było do przewidzenia. Całego kryzysu można było uniknąć, gdyby ta instytucja trzymała się np. tzw. reguły Taylora warunkującej wysokość stóp procentowych specjalnym równaniem opracowanym przez amerykańskiego ekonomistę Johna Taylora. Jeśliby trzymać się tej reguły, stopy procentowe byłyby wyższe od tych, które faktycznie ustaliła Rezerwa Federalna. Zatem to uznaniowe (dyskrecjonalne) działanie Fed było – zdaniem części analityków – zasadniczą przyczyną kryzysu.

obserwatorfinansowy.pl


Projekt budżetu Rosji na najbliższe trzy lata jest wreszcie dostępny i nie zawiera on samych fantazji. Oczywiście pomińmy plany sporządzone na lata 2028 i 2029. Plany na dwa i trzy lata naprzód zawsze powstają z przyzwyczajenia. Nigdy się ich nie przestrzega.

Do prognoz na 2027 r. można już jednak podchodzić z większym zaufaniem. Państwowi finansiści lubią i potrafią liczyć dochody i zazwyczaj nie popełniają zbyt wielkich błędów. Na przykład w bieżącym roku planują zebrać 41,2 bln rubli (1,92 bln zł). To zaledwie o 0,9 bln rubli (42 mld zł) więcej niż zapisano w pierwotnym projekcie budżetu na rok 2026. Całkiem akceptowalna dokładność.

Oznacza to, że plany budżetowe na 2027 r. (43,3 bln rubli, 2,02 bln zł) można traktować mniej lub bardziej poważnie. W ujęciu nominalnym jest to o 5,1 proc. więcej niż w bieżącym roku. Porównanie z przewidywaną inflacją wskazuje, że władze nie spodziewają się realnego wzrostu wpływów do budżetu.

(...)

Przyjrzyjmy się teraz wydatkom. W tym aspekcie mamy do czynienia z jawną fantazją. W planie na 2027 r. przewidziano ich wysokość na zaledwie 48,7 bln rubli (2,27 bln zł) — mniej więcej tyle samo, ile w bieżącym roku (48,5 bln rubli, 2,26 bln zł). Oznacza to, że po uwzględnieniu inflacji wydatki rzekomo spadną.

Sens tego jest jak najbardziej jasny. To niejako petycja państwowych finansistów i menedżerów cywilnych — w ten sposób informują przywódcę, że przerażają ich jego improwizacje w zakresie wydatków. I że te, ewidentnie zaniżone, wydatki doprowadzą budżet federalny do takiego deficytu (5,4 bln rubli), który jeszcze niedawno uważano za niemożliwy do pokrycia.

W bieżącym roku, zgodnie z pierwotnym planem, wydatki miały wynieść 44,1 bln rubli (2,05 bln zł), a według dzisiejszych szacunków będą one o 4,4 bln rubli (205,4 mld zł) wyższe od tego planu. Powodem tego jest fakt, że główny pakiet wydatków wojskowych (wydatki na "obronę narodową") w 2026 r. z jakiegoś powodu władze zaplanowały nawet nieco niżej niż w 2025 r. — 12,9 bln rubli w porównaniu z 13,5 bln rubli w poprzednim roku (602,4 mld zł w porównaniu z 630,5 mld zł).

Putin z jakiegoś powodu to zatwierdził, ale potem, oczywiście, skorygował ten błąd i w ramach improwizowanej procedury dodał do ogólnej listy wydatków publicznych kolejne 4-5 bln (187-234 mld zł) na wojnę. Łącznie wyszło 17 bln rubli (794 mld zł) lub nieco więcej.

Teraz spójrzmy na plan wydatków na 2027 r. — zobaczmy tam 17,1 bln rubli (799 mld zł) na "obronę narodową". Oczywiście nie jest to ostateczna kwota, po prostu powtarza ona tę, która wyszła w 2026 r. Kiedy nadejdzie 2027 r., prezydent doda do niej co najmniej kolejne 3-4 bln rubli (140-187 mld zł) i będzie to łącznie, powiedzmy, 21 bln rubli (981 mld zł). Trzeba przyznać, że brzmi to wiarygodnie.

W takim przypadku, jeśli Kreml nie wprowadzi cięć budżetowych, wydatki federalne wzrosną w 2027 r. do około 53 bln rubli (2,47 bln zł), deficyt federalny zbliży się do 10 bln rubli (467 mld zł), a deficyt całego systemu budżetowego może przekroczyć nawet 11 bln rubli (514 mld zł). W 2025 r. wyniósł on 8,3 bln rubli (388 mld zł) i został uznany za niedopuszczalny. W 2026 r., według wszelkich prognoz, wyniesie on 8,6 bln rubli (402 mld zł) i — nie ma co do tego wątpliwości — ponownie zostanie uznany za niedopuszczalny.

onet.pl\The Moscow Times


To, co dzieje się przed listopadowymi midterms w partii republikańskiej, to totalny haos i gigantyczne rekordy przepalonych pieniędzy. To ile wydaje pieniędzy republikański Super PAC (Senate Leadership Fund) to jest kosmos.

Texas PAC (powiązany z liderem większości Johnem Thune’em) wyłożył już ponad 100 milionów dolarów, a łączne wydatki na ratowanie Kena Paxtona przed Jamesem Talarico mają sięgnąć 200 milionów dolarów. W stanie, który jeszcze dwa lata temu uchodził za żelazny bastion GOP wygrany przez Trumpa o 14 punktów. 
  
W Karolinie Północnej prognozy sięgają łączne 1 miliarda dolarów na pojedynczy fotel senatorski. Komitet MAGA No Going Back PAC wydał we wrześniu 9,8 miliona dolarów na same SMS-y i ulotki pocztowe w Karolinie Północnej. 

Senate Leadership Fund wpompował 32 miliony dolarów w promowanie Michaela Whatleya. Gdy wewnętrzne sondaże pokazały, że Whatley i tak przegrywa z Royem Cooperem 39% do 51%, partia po prostu skasowała rezerwacje reklamowe, spisała 32 miliony na straty i przerzuciła 9,8 miliona dolarów na ratowanie Kansas...

Karolina Północna nie miała demokratycznego senatora od 2008 roku.🤡

x.com/Maciej__Czajka


"Jeśli [władze w Kijowie] będą nadal odmawiać uznania faktów i publicznych przeprosin, podejmiemy dodatkowe środki. Ponieważ jest sprawa dotycząca prestiżu narodu i państwa, nie może zostać zignorowana" — podkreślił południowokoreański przywódca.

Li nie sprecyzował, jakie jego administracja może podjąć działania wobec Ukrainy. "Wyrażam głębokie ubolewanie wobec Ukrainy, która (...) czyni z głowy obcego państwa kłamcę, a wezwana do uznania faktów i przeprosin, mówi o »rychłym starciu zbrojnym między Północą a Południem«, prowokując wybuch wojny na Półwyspie Koreańskim" — dodał.

W ocenie agencji Yonhap, oświadczenie Li to bezpośrednia reakcja na wpis Kyryła Budanowa, szefa gabinetu ukraińskiego prezydenta. Oznajmił on we wpisie w mediach społecznościowych, że walcząca po stronie Rosji północnokoreańska armia "uczy się na naszej wojnie i się zbroi", przede wszystkim po to, by przygotować się do "aktywnych walk we własnym regionie".

Spór dyplomatyczny na linii Kijów-Seul wybuchł po tym, gdy prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski niespodziewanie ujawnił w zeszłym tygodniu na forum ONZ informację o przekazaniu dwóch północnokoreańskich wojskowych schwytanych przez siły ukraińskie w rosyjskim obwodzie kurskim w 2025 r. do Korei Południowej.

Wywołało to oburzenie władz południowokoreańskich, gdyż według tamtejszego wywiadu to Kijów prosił o zachowanie całkowitej dyskrecji ze względu na obawę przed negatywnym wpływem ujawnienia sprawy przekazania żołnierzy na swoje rokowania z Rosją dotyczące wymiany jeńców.

onet.pl/PAP