poniedziałek, 2 listopada 2026



Rosja próbuje wykorzystać konflikt wokół Trybunału Konstytucyjnego w Polsce do osłabienia proeuropejskiego i proukraińskiego rządu w Warszawie oraz wsparcia dla Ukrainy - ocenił w poniedziałek "New York Times".

Gdy w piątek centrowy rząd Polski wysłał oddziały policji prewencyjnej, aby zabezpieczyły siedzibę Trybunału Konstytucyjnego w związku z trwającym od dawna sporem o kontrolę nad tym sądem, jego prawicowi przeciwnicy oskarżyli go o zorganizowanie "zamachu stanu" - czytamy w "NYT".

Teraz do sprawy włączyła się Rosja, "podsycając oskarżenia dotyczące puczu premiera Donalda Tuska i nagłaśniając ataki na prounijny polski rząd ze strony skrajnie prawicowych polityków w kraju i za granicą" - podkreśliła gazeta.

Dziennik zauważył, że Dmitrij Miedwiediew, były prezydent Rosji, obecnie pełniący funkcję wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa Federacji Rosyjskiej, oświadczył w niedzielę, że "w Polsce trwa konstytucyjny zamach stanu".

Jak zaznaczyła gazeta, oskarżenia o "zamach stanu" w Trybunale Konstytucyjnym, który od 10 lat stanowi centrum politycznego sporu o polskie sądownictwo, zdominowały w ostatnich dniach ataki na Tuska ze strony jego prawicowych przeciwników w kraju oraz prorosyjskich polityków europejskich, takich jak Marine Le Pen z Francji, Nigel Farage z Wielkiej Brytanii i Geert Wilders z Holandii.

Prawicowi sojusznicy zawieszonego w obowiązkach prezesa TK Bogdana Święczkowskiego oskarżyli swoich przeciwników o "popełnienie przestępstwa polegającego na dokonaniu zamachu stanu". Zarzut ten szybko podchwyciła cała rzesza komentatorów, m.in. na platformie X i Telegramie - zauważyła gazeta.

Zacytowała też Tuska, który w weekend mówił o "wykorzystywaniu w internecie armii rosyjskich botów".

"New York Times" napisał, że "Rosja oraz eurosceptyczna skrajna prawica w Europie wydają się zainteresowane podsycaniem napięć w Polsce, licząc na osłabienie zdecydowanie proukraińskiego i proeuropejskiego rządu Polski".

Według gazety dzieje się to w czasie, gdy Moskwa intensyfikuje działania mające na celu podważenie europejskiego poparcia dla Ukrainy. Działania te poniosły jednak porażkę po kwietniowej przegranej wyborczej premiera Węgier Viktora Orbana, a także po niedawnej porażce Aleksandara Vuczicia, wieloletniego przywódcy Serbii.

Gazeta podkreśliła, że Polska od dawna jest częstym celem ataków słownych, kampanii dezinformacyjnych oraz operacji sabotażowych prowadzonych przez Moskwę.

Maria Zacharowa, rzeczniczka rosyjskiego MSZ, napisała w niedzielę na Telegramie, że Polsce grożą "upadek i tragedia" podobne do tych, które towarzyszyły kryzysowi politycznemu w Ukrainie w 2014 roku i doprowadziły do obalenia prezydenta Wiktora Janukowycza. Również Miedwiediew porównał konflikt wokół Trybunału do wydarzeń w Ukrainie.

Jak podkreślił "NYT", "przedstawiciele rosyjskich władz i media propagandowe często nagłaśniają oskarżenia europejskich nacjonalistów oraz skrajnie lewicowych ugrupowań o brutalne represje ze strony głównych sił politycznych". Wyrażają przy tym poparcie zarówno dla niemieckiej partii Alternatywa dla Niemiec (AfD), jak i dla uczestników zamieszek we Francji i Albanii.

PAP


Plan zakłada sprzedaż rosyjskiego gazu przez amerykańskiego pośrednika, co pozwoliłoby obejść europejskie sankcje. Według rozmówców gazety stworzyłoby to lukratywną okazję dla amerykańskich inwestorów.

Zgodnie z przyjętym przez UE planem odejścia od rosyjskiego gazu wszelkie zakupy rosyjskiego surowca muszą zostać wygaszone do końca 2027 roku. Europejscy urzędnicy mieli sprzeciwić się propozycji. Plan został później odłożony, po tym jak Ukraina pod presją prezydenta Donalda Trumpa jednostronnie wstrzymała ataki na rosyjskie rafinerie. W ostatnich dniach ukraińskie siły wznowiły jednak uderzenia w obliczu kolejnych rosyjskich bombardowań obiektów energetycznych. Według WSJ może to oznaczać powrót do amerykańskiego pomysłu wznowienia eksportu gazu do Europy.

W opinii amerykańskich negocjatorów powrót Rosji na europejski rynek gazu ziemnego byłby dla prezydenta Władimira Putina silną zachętą do zgody na rozejm energetyczny, a Ukraina mogłaby znów pobierać opłaty tranzytowe.

Urzędnicy Białego Domu mieli zaproponować, by Rosja deponowała wpływy ze sprzedaży gazu do Europy na rachunku powierniczym (escrow) w państwie trzecim, tak aby Kreml nie mógł przeznaczyć tych pieniędzy na finansowanie wojny. Według Waszyngtonu byłby to również sposób na obniżenie cen energii przed zimą.

Dziennik przypomina, że pomysł oznacza całkowity zwrot w podejściu administracji Trumpa. Sam prezydent w przeszłości krytykował Niemcy i inne państwa za import rosyjskiego gazu i ropy. Według cytowanego przez WSJ amerykańskiego urzędnika błędem Niemiec było dążenie do budowy gazociągu Nord Stream bez „wcześniejszego wypracowania szerszego porozumienia w sprawie bezpieczeństwa z Rosją, które byłoby dla Moskwy satysfakcjonujące”.

Choć europejscy urzędnicy sprzeciwiają się pomysłowi, administracja Trumpa ma zakładać, że opór Europy da się przełamać. W prywatnych rozmowach niektórzy europejscy przedstawiciele mają jednak dawać do zrozumienia, że tak się nie stanie. Wysoki rangą urzędnik z jednego z krajów nordyckich stwierdził, że pomysł wznowienia zakupów rosyjskiego gazu jest sprzeczny ze wszystkim, co reprezentują Europejczycy. Z kolei wysoki rangą urzędnik z jednego z dużych państw europejskich porównał to z oddaniem Czechosłowacji Hitlerowi przed II wojną światową. /Trump to sprzedawczyk... ale Europa przesadza z kijkiem w dupie - red./

centrumeuropy.pl\PAP


Z kolei w nocy z 5 na 6 października doszło do aktu dywersji na pograniczu Łotwy z Białorusią. Uzbrojona grupa wkroczyła z białoruskiej strony, sterroryzowała bronią łotewskich funkcjonariuszy, zniszczyła elementy systemu monitoringu i wycofała się. I choć odpowiedzialność wzięła na siebie następnie grupa Czornyje Rusy, władze w Rydze nie mają wątpliwości, że stoją za tym służby specjalne reżimu Alaksandra Łukaszenki.

W odpowiedzi na ten atak Sejm Łotwy udzielił straży granicznej zgody na użycie broni palnej wobec dywersantów – także na strzelanie bez ostrzeżenia.

centrumeuropy.pl\PAP


Sukcesy Ukrainy na polu bitwy obaliły teorię zwycięstwa Putina, która opiera się na założeniu, że siły rosyjskie będą w stanie kontynuować powolne i zgrzytliwe postępy na polu bitwy dłużej, niż Zachód będzie wspierał Ukrainę. Siły rosyjskie poczyniły ujemne zyski terytorialne w ciągu ostatnich dwóch miesięcy, ponosząc jednocześnie prawie 100.000 strat w październiku i wrześniu 2026 r. Te realia na polu bitwy zmusiły Putina do zrewidowania swojej teorii zwycięstwa i oparcia się na przymusowej kampanii dronów i rakiet dalekiego zasięgu, aby zmusić Ukrainę do kapitulacji w nadchodzącej zimie 2026-2027. W 2026 r. w wyniku ataków dalekiego zasięgu zginęło lub zostało rannych ponad 7500 cywilów — prawie o 50 procent więcej niż w całym 2025 r. Siły rosyjskie wykorzystują ataki dzienne w ramach większych wysiłków mających na celu uczynienie codziennego życia na Ukrainie nie do utrzymania, spowodowanie znacznych ofiar wśród ludności cywilnej i degradację gospodarki Ukrainy, przeprowadzając co najmniej 10 ataków dziennych w październiku 2026 r. W szczególności siły rosyjskie przeprowadziły znaczące dzienne pakiety ataków na Ukrainę w dniach 15, 16 i 17 października, prawdopodobnie wykorzystując zakłócenia w usługach Starshield w dniach 14-24 października, wykorzystując tymczasowo osłabioną zdolność Ukrainy do przechwytywania dronów o napędzie odrzutowym.

(...)

(...)

(...)

Pierwsza Dama USA Melania Trump poinformowała 1 listopada, że misja humanitarna w okupowanych Oleshkach zakończyła się “sukcesem” i umożliwiła pomyślne dostarczenie pomocy humanitarnej do osady oraz ewakuację ponad 800 mieszkańców Oleshków. Zarówno ukraiński komisarz praw człowieka Dmytro Lubinets, jak i rosyjska komisarz praw człowieka Jana Lantratowa przyznali, że obie strony utrzymały ograniczone zawieszenie broni w Oleszkach i poinformowali, że zakończyło się ono zgodnie z planem 1 listopada.

understandingwar.org

niedziela, 1 listopada 2026



Największym problemem prawicy jest hiperinflacja wielkich słów. Wokół TK zaś odpalono pełen protokół histerii: Morawiecki krzyczy o wojnie domowej, Korwin wzywa wojsko do puczu, a Stanowski spod palmy w Afryce przywołuje Berię i ogłasza koniec demokracji.

Cały ten apokaliptyczny teatr - "seryjny samobójca", wnioski o przyspieszone wybory i wskrzeszanie Marka Jurka - rozgrywa się wyłącznie o to, czy Bogdan Święczkowski zachowa gabinet. Prawica zużywa atomową amunicję w banalnej wojnie o pieczątki, błyskawicznie przepalając emocje własnych wyborców.

Bańka polityczno-medialna nie chce przyjąć do wiadomości jednej rzeczy: po dekadzie awantur o sądy Polacy mają pełną znieczulicę na hasło "Trybunał Konstytucyjny". Dla zwykłego obywatela spór o to, kto tam jest legalny, a kto uzurpatorem, jest dziś kompletnie abstrakcyjny i przezroczysty.

Wybory wygrywa się i przegrywa przy dystrybutorze paliwa, w cenach mieszkań i zawartości portfela przy kasie. Ludzi obchodzi koszt życia, a nie rekonstrukcja stanu wojennego na X. Dopóki prawica grzeje histerię o Święczkowskiego zamiast gospodarki, robi rządowi darmową przysługę.

x.com/widzimysiejutro


W obliczu rekordowo wysokich deficytów budżetowych w regionach, rosyjskie władze rozpoczęły zwolnienia pracowników instytucji sektora publicznego. Gubernatorzy i przedstawiciele władz regionalnych tłumaczą te decyzje koniecznością oszczędzania i walki z biurokracją. Według obliczeń Vot Tak, rosyjskojęzycznej redakcji TVP, zwolnienia dotknęły już co najmniej 24 rosyjskie regiony.

29 października instytucje miejskie w Petersburgu otrzymały specjalne zarządzenie o redukcji personelu o 15 proc. O sprawie napisał lokalny portal Fontanka. Zmiany kadrowe mają zostać zakończone do kwietnia 2027 roku i obejmą szkoły, szpitale i instytucje, które wcześniej były częścią państwowego systemu drogowego.

Pracownicy trzech placówek oświatowych poinformowali z kolei portal Bumaga o planowanych zwolnieniach. Na przykład jedna ze szkół w rejonie kalininskim zlikwidowała już część wakatów, co doprowadziło do obniżenia premii nauczycielskich: wcześniej środki przeznaczone na nieobsadzone stanowiska były redystrybuowane na wypłatę premii.

Podobna sytuacja ma miejsce w obwodzie irkuckim. Gubernator Igor Kobziew ogłosił zamiar redukcji liczby urzędników regionalnych o 15 proc. A na najniższym szczeblu lokalnym zwolnienia dotyczą również zwykłych pracowników instytucji publicznych.

Na przykład w okręgu niżnielimskim zwolnienia dotknęły personel techniczny w szkołach, przedszkolach i instytucjach kulturalnych. Paweł Bieriezowski, starosta okręgu, mówił o trudnościach finansowych i konieczności zwolnień pracowników.

– Są poważne problemy z budżetem, tniemy wydatki (...). Sytuacja się pogarsza: doszliśmy do punktu, w którym planując przyszłoroczny budżet, jesteśmy zmuszeni do redukcji etatów w administracji i sektorze publicznym. To nie tylko problem naszego obwodu; „To problem dla regionu i innych jednostek wchodzących w skład Federacji Rosyjskiej – stwierdził Bieriezowski.

Według obliczeń Vota Taku, w co najmniej 24 regionach Rosji władze albo już dokonują redukcji etatów w agencjach i instytucjach rządowych, albo oficjalnie przygotowują się do redukcji etatów. W 16 regionach ogłoszono publicznie zmiany kadrowe, a w kolejnych ośmiu redukcje etatów są uwzględnione w zatwierdzonych programach „regionalnej odbudowy finansowej”.

W niektórych regionach zwolnienia rozpoczęły się rok temu. I tak, już w grudniu 2025 r. szef Republiki Jakucji, Aisen Nikołajew, poinformował, że ponad 300 pracowników zostało zwolnionych Już zwolniono pracowników agencji rządowych. Władze planują ponadto zwolnić około 2000 kolejnych osób w ciągu najbliższych kilku lat. Około 70 proc. zwolnień ma dotyczyć kadry administracyjnej i kierowniczej.

W maju 2026 r. gubernator obwodu kurskiego Aleksandr Chinsztejn poinformował o zwolnieniu 882 pracowników w 179 agencjach rządowych. Według niego liczba pracowników sektora publicznego w obwodzie zmniejszyła się o 4,4 proc.

W obwodzie astrachańskim skala cięć kadrowych była jeszcze większa. W maju władze obwodowe ogłosiły zwolnienie 1640 pracowników agencji i instytucji rządowych. Spośród nich tylko 153 stanowiska były bezpośrednio przypisane do agencji rządowych, a pozostałe 1487 do agencji rządowych. Zatem około 91 proc. stanowisk zlikwidowanych w obwodzie astrachańskim dotyczyło tych agencji, a nie biurokracji.

Od początku pełnowymiarowej wojny Liczba rosyjskich regionów z deficytem budżetowym wzrosła z 6 do 56. Władze regionalne uzasadniły podjęte działania jako niezbędne do zrównoważenia budżetu. Postanowiono przeznaczyć ponad 200 milionów rubli zaoszczędzonych na zwolnieniach na wsparcie weteranów wojny z Ukrainą i ich rodzin.

W obwodzie rostowskim rząd podjął decyzję o połączeniu państwowych centrów zatrudnienia w jedną strukturę. Zgodnie z dokumentem, do 1 września 2026 r. personel nowego regionalnego centrum kadrowego ma zostać zredukowany o 453 stanowiska.

W obwodzie samarskim trwa jedna z największych kampanii na rzecz zwolnień urzędników. W maju gubernator Wiaczesław Fiodoriszczew ogłosił zamiar redukcji liczby urzędników o około 17 proc., z 4800 do 4000.

W Moskwie mer Siergiej Sobianin zatwierdził w marcu 15 proc. redukcję liczby urzędników i kadry kierowniczej w podległych im organizacjach. 2026. Pracownicy bezpośrednio świadczący usługi socjalne mieli pozostać bez zmian.

W obwodzie biełgorodzkim gubernator Wiaczesław Gładkow zarządził natychmiastową redukcję o 20% liczby ministerstw, departamentów i organizacji w strukturze rządu.

centrumeuropy.pl

sobota, 31 października 2026



"»Ani jednego pocisku dla Ukrainy!« - grzmiał przed wyborami słowacki premier Robert Fico. Teraz okazuje się, że tylko w zeszłym roku Słowacja wyeksportowała amunicję wartą miliardy koron. A wszystko to mimo faktu, że Fico stara się poprawić stosunki z Rosją" - podaje aktualne.cz.

Czeski portal wskazuje, że Fico dotrzymał słowa nie tylko w kwestii wstrzymania darmowej pomocy dla Ukrainy. Zgodnie ze swoimi deklaracjami jednocześnie nie zakazał słowackim firmom sprzedaży uzbrojenia.

W efekcie słowacka zbrojeniówka kwitnie, corocznie zwiększając wpływy z eksportu. W 2025 r. przekroczony został pułap 2,3 mld euro, co było wynikiem o prawie 140 proc. lepszym niż w dotychczas rekordowym 2024 r. Dominującą rolę odgrywają w tym kontrakty dla Ukrainy.

"Część kontraktów dla ukraińskiej armii finansowana jest bezpośrednio przez Kijów, część przez jego europejskich sojuszników" - wskazuje aktualne.cz.

wp.pl


Nakręcony w 1939 roku "Czarnoksiężnik z Krainy Oz" był nie tylko wielkim triumfem kina, ale szybko stał się również niekończącym się źródłem popkulturowych odniesień. Jedno z nich na trwałe przywarło do Kansas.

Kiedy tornado porywa Dorotkę oraz jej psa Toto z farmy i przenosi ich do tytułowej krainy Oz, dziewczynka wypowiada słynną kwestię: "Toto, mam wrażenie, że nie jesteśmy już w Kansas".

(...)

Z czasem fraza wypowiadana przez młodą bohaterkę na stałe weszła do amerykańskiej wersji angielszczyny i w żartobliwy sposób oznacza, że ktoś znalazł się w nowej dziwnej lub trudnej sytuacji.

(...)

Przekonanie, że kiedy w Kansas ucieknie ci pies, to przez dwa dni widzisz, jak biegnie, dość dobrze współgrało z monotonią tutejszej polityki.

Od czasów premiery "Czarnoksiężnika z Krainy Oz" mieszkańcy Kansas tylko raz nie wybrali prezydenta z Partii Republikańskiej. Tylko w 1964 roku zagłosowali w większości za demokratą Lyndonem B. Johnsonem.

Od kiedy Kansas w 1861 roku zostało 34. stanem USA, w Senacie reprezentowali go niemal wyłącznie republikanie. Po raz ostatni kandydat Partii Demokratycznej został wybrany senatorem z Kansas 94 lata temu.

Wydawało się, że w zbliżających się wyborach połówkowych będzie jak zwykle - z łatwością wygra tu republikanin. W 2024 roku Donald Trump w wyborach prezydenckich pokonał Kamalę Harris z imponującą przewagą 16 pkt proc.

(...) 3 listopada, kiedy odbędą się wybory połówkowe, jest szansa, że wyborcy do Senatu nie zagłosują na urzędującego Rogera Marshalla z Partii Republikańskiej, ale reprezentującego demokratów Adama Hamiltona.

Zwycięstwo Partii Demokratycznej byłoby bodaj największą sensacją wyborów połówkowych i znacząco przybliżyło ją do przejęcia większości w Senacie. Nawet możliwe zwycięstwo demokratów w ultrarepublikańskim Teksasie mogłoby tego nie przebić.

W 2004 roku Thomas Frank wydał słynną książkę "Co z tym Kansas?", w której na przykładzie swojego rodzinnego stanu analizował przemianę Partii Republikańskiej i amerykańskiej polityki.

Przekonująco wyjaśniał w niej, że od początku lat 90. dawny republikański establishment w Kansas musiał ustąpić miejsca oddolnemu ruchowi partyjnemu i jego wizji polityki, która odrzucała w debacie publicznej kwestie ekonomiczne na rzecz wojen kulturowych.

W centrum sporu postawili kwestie aborcji, orientacji seksualnej czy obecności religii w życiu publicznym. Ten mikrokosmos Środkowego Zachodu USA eksplodował w całej amerykańskiej polityce.

Na tej fali budowali swoją pozycję polityczną i utwardzali bazę wyborczą na tak rozumianym konserwatyzmie.

Prezydentura Trumpa wystawiła na próbę tę wygodną strategię polityczną i zakwestionowała ją jako receptę na wieczne trwanie w konserwatywnych stanach.

Chociaż wojny kulturowe ciągle są ważne dla republikańskiej mobilizacji wyborczej, to w rolniczym Kansas rosnące ceny benzyny oraz nawozów sztucznych wzmocnione obawami o poluzowanie polityki celnej wobec importu wołowiny okazały się dla wielu wyborców prawicy dużo ważniejsze niż wojny kulturowe.

Kwestie ekonomiczne, które z takim sukcesem udało się republikanom eliminować z debaty, wracają nagle z całą mocą i zagrażają reelekcji Rogera Marshalla.

Republikański kandydat, w zgodnej opinii amerykańskich komentatorów, dość późno obudził się z letargu. Bardzo długo prognozy dotyczące wyborów do Senatu w Kansas dawały mu bowiem bezpieczny mandat.

Szanowany ośrodek analityczny The Cook Political Report początkowo uznawał, że Kansas jest stanem, gdzie istnieje prawdopodobieństwo wygranej republikanina.

Z czasem ich przewidywania stawały się coraz mniej optymistyczne dla Partii Republikańskiej, by na początku października wynik wyścigu senackiego w Kansas uznano za nieprzewidywalny. We wtorek 3 listopada może więc wydarzyć się wszystko.

Carrie Dann z The Cook Political Report zwracała uwagę na antenie stacji PBS, że już kilka miesięcy temu docierały do jej organizacji zmartwione głosy z Partii Republikańskiej, że Marshall nie brał możliwej konkurencji wystarczająco poważnie.

- W każdym cyklu wyborczym jest jakiś urzędujący senator, który jest przyłapany na drzemce i budzi się w rzeczywistości, w której ma do czynienia z wyrównaną rywalizacją - stwierdziła, wskazując Marshalla.

Dodała także, że rzeczywistość polityczna w tym arcyrepublikańskim stanie jest trochę bardziej skomplikowana niż sam fakt, że od prawie stu lat nie wybrano tam demokratycznego senatora.

Urzędującą gubernator stanu jest bowiem demokratka i chociaż, zdaniem Dann, Kansas jest bastionem Partii Republikańskiej, walka z jej kandydatem nie jest wyrokiem śmierci.

Republikanie zorientowali się, że wybory senackie w stanie wyraźnie się komplikują i zanim jeszcze zmieniono prognozy dotyczące ich wyników, zdecydowali się przesunąć wyborcze fundusze z Karoliny Północnej właśnie do Kansas.

Pogodzili się bowiem z faktem, że w tym pierwszym stanie utrzymanie republikańskiego mandatu senackiego będzie niezwykle trudne i uznali, że lepiej zainwestować w wyścig, w którym ciągle mają szansę się obronić.

Tę decyzję odczytano w USA jako przejście do głębokiej defensywy i to w stanie, który w ogóle nie miał być przedmiotem realnej walki wyborczej. Trudne czasy wymagają jednak drastycznych środków.

Problemem Marshalla nie są tylko nastroje elektoratu, który na jego spotkaniach wyborczych nie szczędzi krytyki republikanom. Kandydat Partii Republikańskiej mierzy się także z doniesieniami na temat jego praktyk.

Zanim wszedł do polityki, Marshall praktykował jako ginekolog-położnik. Jak donosił na początku września "The New York Times", pozwał ponad 700 pacjentów za zaległe rachunki.

Doliczano im 18 proc. rocznego oprocentowania od nieopłaconych usług medycznych, co wielokrotnie zwiększało dług pacjentów wobec Marshalla. 81 z nich trafiało do aresztu, kiedy nie pojawiali się w sali sądowej.

Członkowie sztabu twierdzili, że Marshall korzystał ze standardowych zewnętrznych agencji windykacyjnych, ale szkody, które przyniosła mu ta sprawa, wstrząsnęły wyścigiem wyborczym w Kansas.

Nie powinno to dziwić, bo na 3 mln mieszkańców stanu, nawet pół miliona mieszka w gospodarstwach domowych posiadających dług medyczny. Sprawa Marshalla poruszyła więc czułą strunę w elektoracie.

Jego demokratyczny konkurent Adam Hamilton od razu uczynił z niej oś swojej kampanii, zarzucając mu brak empatii i przyzwoitości.

Choć sam Marshall twierdzi, że doniesienia medialne to bezpardonowy atak, jego sztab uruchomił ogromną kampanię medialną, publikując spoty, w których oskarżano Hamiltona o zniesławienie i manipulowanie faktami.

Kłopoty Marshalla z polityką Trumpa i osobistymi oskarżeniami to jedna część tej historii.

Prognozy wyniku wyborów do Senatu w Kansas nie byłyby zapewne na żyletki, gdyby nie to, że demokratom udało się znaleźć kontrkandydata dobrze skrojonego pod konserwatywnych wyborców w tym stanie.

- Jestem innym rodzajem kandydata - mówi o sobie Adam Hamilton. I dodaje: - Jestem niezależnie myślącym demokratą.

Hamilton jest też pastorem największego kościoła w Kansas. W polityce jest nowicjuszem, ale nie jest osobą nieznaną. Wielu mieszkańców stanu widziało transmisje z jego mszy lub czytało jego książki na temat Biblii.

O takich kongregacjach jak jego w USA mówi się "megakościoły", ale jego sztab unika tego określenia, choć należy do niej 24 tys. osób nie tylko w Kansas, ale też w Ohio i Missouri.

Jest też byłym republikaninem, który rozważał w tych wyborach start jako kandydat niezależny, ale ostatecznie zdecydował się zawalczyć o nominację Partii Demokratycznej i ją zdobył.

Osią jego kampanii są koszty życia, benzyny i nawozów, ale chętnie też mówi o swoim życiu religijnym, opowiadając wyborcom m.in. o wizytach w szpitalach czy hospicjach. - Robię to dla siebie, ponieważ sprawia to, że moje serce jest ciągle żywe - stwierdził na jednym z wieców.

(...)

Jego start i rosnące poparcie zbiegają się z tym, co w Teksasie robi kandydat demokratów James Talarico, który na swojej religijności buduje wiarygodność wśród konserwatywnych wyborców rozczarowanych prezydenturą Trumpa.

Obaj toczą w swoich stanach trudną batalię przeciwko republikańskiej pamięci mięśniowej, unikając prostych oskarżeń o walkę z tradycyjnymi wartościami.

Status osoby duchownej może i łagodzi obawy konserwatystów, ale sprawia, że może mieć problem z mobilizacją elektoratu demokratycznego, który obawia się swoistego sojuszu tronu z ołtarzem.

W kampanii Adam Hamilton unika też otwartego krytykowania Trumpa, by nie zrazić do siebie wyborców, którzy ciągle mogą mieć słabość do prezydenta. Jednocześnie część wyborców Partii Demokratycznej może uznać, że nie jest wystarczająco krytyczny wobec lokatora Białego Domu.

I choć przed demokratami stoi historyczna szansa, by przełamać senackie fatum w Kansas, zwycięstwo Hamiltona ciągle wydaje się być bardziej w sferze marzeń Partii Demokratycznej niż pewnym scenariuszem. Istnieje bowiem ryzyko, że przedwyborcze sondaże nie doszacowują zwolenników Partii Republikańskiej.

Według sondażu CNN/SSRS przeprowadzonego w dniach 20-26 października Hamilton uzyskał 49 proc. poparcia, a Marshall 45 proc. Badanie objęło 838 prawdopodobnych wyborców, a deklarowany margines błędu wynosił 4,5 pkt proc.

Hamilton ma realną szansę na zwycięstwo, ale wynik pozostaje wysoce niepewny.

interia.pl


Próba odsunięcia kierownictwa Trybunału Konstytucyjnego, powiązanego z obozem nacjonalistycznym, wywołała oskarżenia o zamach stanu oraz starcia w Warszawie - napisał portal Politico. Podkreślono, że oznacza to zaostrzenie konfliktu między premierem Donaldem Tuskiem a prezydentem Karolem Nawrockim.

"W piątkowy wieczór w polskim Trybunale Konstytucyjnym zapanował chaos" - rozpoczął swoją relację portal. Politico przypomniało, że sędzia TK Anna Korwin-Piotrowska wydała decyzję o zawieszeniu prezesa Bogdana Święczkowskiego oraz jego zastępcy na miesiąc, ogłaszając jednocześnie, że przejmuje kierownictwo nad TK. Święczkowski zakwestionował jej uprawnienia, określając te działania mianem "zamachu stanu"; podkreślił też, że jego zastępcy odmówiono wstępu na teren budynku.

"Konfrontacja ta stanowi zaostrzenie sporu, w ramach którego rząd premiera Donalda Tuska dąży do odwrócenia zmian w sądownictwie, wprowadzonych przez poprzedni, nacjonalistyczny rząd Prawa i Sprawiedliwości (PiS)" - napisało Politico. Przypomniano, że w ciągu ośmiu lat rządów, PiS obsadziło TK własnymi nominatami, w tym Święczkowskim i jego zastępcą, czyniąc z tej instytucji centralny punkt sporu Polski z Brukselą o praworządność.

Portal przypomniał, że w sprawie TK orzekł w grudniu 2025 r. Trybunał Sprawiedliwości UE, który uznał, że polski Trybunał nie spełnia europejskich standardów niezawisłości sędziowskiej.

"Jednak próby zmiany składu sądu napotkały opór. Nawrocki odmówił przyjęcia ślubowania od pięciu sędziów wybranych przez większość parlamentarną Tuska. Złożyli oni ślubowanie w parlamencie, lecz Święczkowski uniemożliwił im orzekanie w sprawach sądowych" - zaznaczyło Politico.

Portal zacytował też wypowiedź ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego Waldemara Żurka, który obarczył odpowiedzialnością za zamieszanie Święczkowskiego, zarzucając mu przekształcenie TK w "prywatny folwark" oraz uniemożliwianie nowo wybranym sędziom wykonywania ich obowiązków.

"Teraz głos zabrali sędziowie" - powiedział Żurek Politico. Minister sprawiedliwości poinformował, że złożył pięć wniosków o uchylenie immunitetu Święczkowskiemu oraz jego zastępcy, dołączając do nich 50 tomów akt sprawy. Bronił decyzji Korwin-Piotrowskiej, podkreślając, że podjęła ją jako sędzia powołana zgodnie z prawem, i zaznaczył, że rząd nie miał z tym nic wspólnego. 
 
PAP


Minister spraw zagranicznych Rosji Siergiej Ławrow powiedział w piątek, że zaproszenie Polski na spotkanie G20 jest bezproduktywne i zrywa z praktyką dyplomatyczną polegającą na szukaniu konsensusu na takich rozmowach.

- Oczywiście jest to złamanie zasad dyplomacji, a szczególnie dyplomacji wielostronnej, gdzie członkowie stowarzyszeń takich jak G20 pracują na zasadzie konsensusu - powiedział Ławrow na marginesie spotkania szefów dyplomacji państw G20 w Atlancie, w USA.

- Dotyczy to programu, a także zapraszania nowych uczestników - dodał, cytowany przez rosyjskie media.

Polska - jak powiedział Ławrow - "nic nie wnosi" do tego spotkania.

Według niego Polska nie kwalifikuje się do uczestnictwa w spotkaniu, gdyż jej gospodarka nie jest wystarczająco duża. Ponadto - w jego opinii - w G20 jest już wystarczająco dużo przedstawicieli NATO i Unii Europejskiej.

Dodał, że nie wywierano na Rosję nacisku, by zaprosić Polskę. - Amerykanie po prostu zaprosili polskiego ministra (spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego - przyp. PAP), a on wszedł i usiadł na krześle, które dla niego przeznaczono - oznajmił Ławrow. /Ból d.py, bezcenny - red./

W tym roku USA przewodzą pracom G20, a Polska uczestniczy w nich na prawach pełnego członka na specjalne zaproszenie Stanów Zjednoczonych.

Minister przypomniał w Atlancie, że Wielka Brytania zaprosiła Polskę do przyszłorocznych prac grupy G20. Poinformował też, że Polska pracuje nad tym, by kolejne prezydencje - koreańska i meksykańska - także zaprosiły ją do udziału w grupie. Przyznał, że "nie spodziewa się entuzjazmu ze strony Rosji" w tej kwestii.

Spotkanie ministrów spraw zagranicznych G20 rozpoczęło się w piątek i zakończy w sobotę.

PAP


Ambasada USA w Moskwie ostrzegła w sobotę przed możliwym atakiem terrorystycznym w kompleksie pałacowo-parkowym Carycyno w południowej części Moskwy. Amerykanie przekazali rosyjskim służbom informacje o potencjalnym ataku.

"Ambasada Stanów Zjednoczonych w Moskwie otrzymała wiarygodne informacje o zagrożeniu wystąpieniem zdarzenia mogącego spowodować dużą liczbę ofiar śmiertelnych" - poinformowała placówka na swoim profilu na platformie X.

"Rząd Stanów Zjednoczonych koordynuje działania w odpowiedzi na zagrożenie z właściwymi organami władz Federacji Rosyjskiej" - dodała ambasada.

Amerykańska placówka zaleciła ostrożność i odradziła wizytę w Carycynie.

Cytowana przez agencję Reutera rosyjska Federalna Służba Bezpieczeństwa (FSB) oświadczyła, że otrzymała od USA informacje o przygotowaniach do zamachu terrorystycznego w Moskwie i że podejmuje odpowiednie działania. /Ustawka medialna jak w Korei Płn. - red./

Muzeum-rezerwat Carycyno to XVIII-wieczny kompleks pałacowo-parkowy na południu Moskwy, wzniesiony z inicjatywy carycy Katarzyny II. Obecnie jest popularnym miejscem wypoczynku i ośrodkiem kulturalnym z wystawami, koncertami i festiwalami. 

PAP