poniedziałek, 21 września 2026

 
 
20 września w wyborach do landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego (MVP) zwyciężyła AfD, uzyskując 38,2% głosów (+21,5 p.p. wobec wyniku z 2021 r.) i 32 mandaty w 71-osobowym parlamencie, przed współrządzącą tam dotychczas SPD – 35,5% (-4,1 p.p.; 29 mandatów). Po raz pierwszy w historii do landtagu nie weszła CDU (4,9%; -8,4 p.p.). Frekwencja wyniosła 78,1% (+7,3 p.p.).

(...)

Komentarz
  •     Wyborcy traktowali elekcję jako okazję do wyrażenia sprzeciwu wobec polityki rządu federalnego. W MVP 91% badanych było niezadowolonych z jego pracy, co zaważyło na historycznie niskim wyniku CDU. Nawet wśród sympatyków chadecji dominuje przekonanie (82%, badanie ośrodka Forschungsgruppe Wahlen), że to polityka Merza odpowiada za słaby rezultat partii. Kolejna porażka CDU wzmacnia presję na szefa rządu, przy czym część działaczy już wcześniej domagała się jego rezygnacji. Zarazem sytuacja wewnętrzna – katastrofalne wyniki CDU w wyborach landowych, spadające poparcie w sondażach na poziomie federalnym (20%, przy 30% dla prowadzącej w nich AfD), próba forsowania niepopularnych reform socjalnych oraz presja zewnętrzna spowodowana m.in. agresywnymi działaniami Rosji – powoduje, że na obecnym etapie w CDU brakuje chętnych do zastąpienia Merza.
  •     Erozja autorytetu Merza we własnej partii oraz wzmocnienie SPD po wyborach w MVP przyczynią się do pogłębienia w koalicji sporów o zakres i tempo reform. Socjaldemokraci będą dążyć do ograniczenia najradykalniejszych postulatów, a nawet wyostrzać profil partii w obliczu wyjątkowo słabych wyników SPD w Berlinie. Zarazem dalsze kompromisy na rzecz SPD będą trudne dla wyborców chadecji i mogą prowadzić do dalszego spadku poparcia dla CDU. Merz liczy, że wdrożenie zmian przyniesie ożywienie gospodarcze i pozwoli na utrzymanie się u władzy w landtagach po wyborach w Nadrenii Północnej-Westfalii i Szlezwiku-Holsztynie (oba w kwietniu 2027 r.), gdzie CDU przewodzi w sondażach. Gdyby Merz wytrwał na stanowisku, sukcesy w wyborach w tych landach mogłyby paradoksalnie zintensyfikować dyskusję o wymianie kanclerza na jednego z premierów tych landów (w szczególności na Hendrika Wüsta, premiera Nadrenii Północnej-Westfalii). Nowy lider chadecji miałby czas na zyskanie poparcia dla partii przed planowanymi na 2029 r. wyborami do Bundestagu.
  •     Dobry wynik premier MVP Manueli Schwesig (SPD) pozwoli jej na utrzymanie się u władzy – w koalicji z Lewicą i Zielonymi. Dzięki silnie spersonalizowanej kampanii i sprowadzeniu wyborów do rywalizacji pomiędzy nią a AfD Schwesig zdołała pozyskać wcześniejszych wyborców innych partii, w tym najwięcej z CDU (25 tys.). Kampania była wyraźnie skierowana do elektoratu chcącego nie dopuścić do zwycięstwa AfD, co sprzyjało głosowaniu taktycznemu. Liderka socjaldemokratów jest pozytywnie oceniana przez mieszkańców landu (61%), którzy przypisują SPD najwyższe kompetencje w rozwiązywaniu jego głównych problemów, dotyczących gospodarki i edukacji. Sukces Schwesig wynikał również z wyraźnego dystansowania się od federalnej SPD i rządu – na plakatach pomijano partyjne logo. Odrobienie strat w kampanii – przed rokiem SPD cieszyła się w sondażach poparciem 19%, a AfD 38% respondentów – i perspektywa utrzymania fotela premiera landu wzmacniają pozycję Schwesig wewnątrz SPD.
  •     Zwycięstwo Lewicy w Berlinie było możliwe dzięki koncentracji na najważniejszej z perspektywy mieszkańców, zwłaszcza młodszych, kwestii – dostępności i cen mieszkań. Na Lewicę głosowało 46% wyborców w wieku 16–24 lata, a 37% badanych przypisywało jej najwyższe kompetencje w zapewnieniu dostępnych cenowo mieszkań. Ugrupowanie konsekwentnie domaga się uspołecznienia (za odszkodowaniem) największych firm posiadających powyżej 3 tys. mieszkań. Będzie to, obok zarzutów o antysemityzm w Lewicy, najważniejsza przeszkoda do zawiązania koalicji z SPD i Zielonymi. W przypadku utworzenia rządu przez liderkę Lewicy w Berlinie Elif Eralp zostałaby ona drugą osobą tureckiego pochodzenia, która stanęłaby na czele rządu landowego, obok premiera Badenii-Wirtembergii Cema Özdemira. Eralp należy do nowego pokolenia działaczy partii, koncentrującego się na ruchach miejskich, prawach migrantów i kwestiach socjalnych; polityka zagraniczna nie mieści się wśród głównych tematów jego zainteresowań (z wyjątkiem krytyki Izraela, która również przyczynia się do popularności partii wśród młodych wyborców). W kampanii Lewica broniła suwerenności Ukrainy. W przypadku fiaska budowania koalicji wokół tego ugrupowania możliwy, ale mniej prawdopodobny, jest rząd CDU z Zielonymi i SPD.
  •     Pomimo zwycięstwa i ponad dwukrotnego zwiększenia poparcia AfD nie utworzy rządu w MVP z uwagi na brak zdolności koalicyjnej. Będzie bowiem jedyną partią opozycyjną wobec ewentualnego rządu SPD, Lewicy i Zielonych. Będzie także dysponować mniejszością blokującą, pozwalającą na zatrzymanie zmian konstytucji wymagających większości dwóch trzecich głosów. Partia będzie mogła też samodzielnie inicjować np. powołanie komisji śledczych. Stanie się również jedynym ugrupowaniem reprezentującym konserwatywnych wyborców w MVP, co prawdopodobnie przełoży się na umocnienie jej pozycji w landzie. Za wyborem AfD przemawiały rozczarowanie rządzącą landem od 1998 r. SPD, polityką federalną oraz rosnąca ocena jej kompetencji programowych. AfD pozyskała największą liczbę dotąd niegłosujących – 66 tys. – a ponadto 48 tys. dotychczasowych wyborców SPD i 32 tys. CDU. Ugrupowanie osiągnęło także najlepszy wynik wśród pracowników fizycznych – 44% wobec 35% dla SPD – oraz wygrało we wszystkich grupach wiekowych poniżej 60. roku życia. Wśród osób powyżej 60 lat zwyciężyła SPD z 46%, przy 32% dla AfD.
osw.waw.pl


Człowiek znajdujący się w centrum najnowszego skandalu ma publiczne i bliskie powiązania z Kremlem. Umar Kremlew, w przeszłości skazany za wymuszenie i pobicie, został promotorem boksu, a następnie zbudował fortunę dzięki osobistym kontaktom z Aleksiejem Rubieżnojem. Ten ostatni stoi obecnie na czele Służby Bezpieczeństwa Prezydenta Rosji.

Pierwsze poważne pieniądze Kremlew zdobył dzięki obsłudze płatności szybko rozwijającego się rosyjskiego przemysłu zakładów sportowych. Jak zwierzyło się jedno ze źródeł niezależnemu rosyjskiemu serwisowi Proekt, "Rubieżnoj po prostu kazał Putinowi podpisać wszystkie niezbędne decyzje".

To jednak boks zapewnił Kremlewowi międzynarodową rozpoznawalność i prawdopodobnie umożliwił pierwszy kontakt z Donaldem Trumpem Jr. Kremlew stoi na czele Międzynarodowego Stowarzyszenia Boksu, które przez lata korzystało ze wsparcia rosyjskiego państwowego giganta energetycznego Gazpromu.

Dopełnieniem jego biznesowego awansu było przejęcie największego rosyjskiego dealera samochodowego Rolf. Założyciel firmy, były deputowany do Dumy Państwowej Siergiej Pietrow, przebywa na emigracji.

W grudniu 2023 r. przedsiębiorstwo zostało na mocy dekretu prezydenckiego przekazane pod "tymczasowy zarząd państwowy". Niecały rok później Kremlew zapłacił około 35 mld rubli, czyli około 415 mln dolarów, za przejęcie firmy od państwa. Kwota ta odpowiadała mniej więcej jednej trzeciej przedwojennej wartości przedsiębiorstwa.

Innymi słowy, Kremlew zawdzięcza swój majątek wysoko postawionym rosyjskim koneksjom politycznym. Trudno zatem oddzielić jego "hojność" wobec rodziny Trumpów od szerszych celów Kremla.

W połowie maja Kremlew towarzyszył Putinowi podczas podróży do Chin. Kilka dni później wraz ze znaczną rosyjską grupą wystąpił w roli gospodarza przyjęcia dla około 50 osób.

Wśród gości znaleźli się Eric Trump oraz Jared Kushner, zięć prezydenta i jeden z dwóch głównych amerykańskich negocjatorów pokojowych. Kushner spotkał się z Putinem w Moskwie w styczniu i miał ponownie pojawić się na Kremlu we wrześniu.

Najbardziej zdumiewające jest to, że Kreml rzeczywiście uwierzył, iż tak spektakularny przejaw hojności przyniesie oczekiwany efekt. Cechą charakterystyczną rządów Trumpa pozostaje jednak niespójność. Na każdego darczyńcę, który kupił ułaskawienie, przypada kraj, który znalazł się w trudnej sytuacji, mimo że robił wszystko, aby zadowolić prezydenta USA.

Arabia Saudyjska musiała samodzielnie walczyć z Huti pomimo deklarowanych "świetnych relacji" z Trumpem. Katar także płaci wysoką cenę za decyzję Stanów Zjednoczonych o zaatakowaniu Iranu. Stał się łatwym celem i ma niewielkie możliwości wprowadzania gazu ziemnego na światowy rynek.

Rosja zaczynała z jeszcze gorszej pozycji, ponieważ przez cztery lata pozostawała jednym z głównych tematów federalnych śledztw dotyczących Trumpa. Nieuniknione było, że prezent Kremlewa zostanie w końcu ujawniony i wywoła ogromne poruszenie.

onet.pl\The Moscow Times


Kreml od lat zapowiadał odcięcie się od Zachodu i budowę nowego systemu finansowego BRICS. Gigantyczny wyciek z rosyjskiego fintechu A7 opublikowany przez Financial Times pokazuje, jak ta zapowiedz została zrealizowana w praktyce. Okazuje się, że to co ostatecznie stworzono to nic innego jak tylko zwykła, prymitywna fabryka lewych faktur i dokumentów.

Za fasadą rosyjskiej spółki krył się zorganizowany przemysł omijania sankcji: 
- tysiące sfałszowanych pieczątek i fałszywych faktur, 
- wojskowe celowniki termowizyjne wpisywane w dokumentach jako „szkło hartowane” lub „buty”, 
- precyzyjne obrabiarki CNC sprowadzane jako „złączki elektryczne”, 
- szlak przez podstawione spółki w Kirgistanie i Dubaju, kończący się zakupami w Chinach.
Co najbardziej uderza to przez brak szczelności procedur korespondenckich, w procederze nieświadomie uczestniczyły największe banki świata w tym Standard Chartered czy Citigroup.

Rosja nie stworzyła żadnego alternatywnego ładu finansowego. Funkcjonuje wyłącznie dzięki korupcyjnym korytarzom w Azji Centralnej i na Bliskim Wschodzie oraz potężnej machinie fałszowania dokumentów celnych. Ot cała Rosja.

Pytanie do Waszyngtonu i Brukseli, kiedy wreszcie odetniecie banki w Dubaju i Biszkeku od dolara i euro?

x.com/Maciej__Czajka


Dotychczasowe cięcia etatów miały nie przynieść oczekiwanych skutków - poinformował dziennik "Handelsblatt", powołując się na rekomendacje wydane przez sam koncern. Volkswagen, by utrzymać się na powierzchni, musi więc szukać dalszych oszczędności. Wskazuje na to m.in. prognoza zysków, którą tuż przed weekendem przedsiębiorstwo musiało obniżyć.

W tym roku Porsche zapowiadał dwie fale zwolnień, które miały objąć odpowiednio 4 tys. i 5 tys. pracowników. Teraz okazało się, że z pracą w koncernie pożegna się kolejne 4,1 tys. zatrudnionych.

Rozpoczęcie największej restrukturyzacji niemieckiego koncernu samochodowego [...] mają pozwolić rozwiązać problem deficytu kosztów, który oszacowano na 700 mln euro - podaje niemiecki dziennik. 

Skalę problemu doskonale widać po obniżonych przez Volkswagena prognozach. Jeszcze do piątku koncern utrzymywał, że marża operacyjna wyniesie od 4 do 5,5 proc. Analitycy szacowali, że będzie to raczej 4,1 proc. Teraz to nie więcej niż 1 proc. Jak bowiem wynika z szacunków Volkswagena, koszty restrukturyzacji zaczną zwracać się dopiero w 2037 r.

Volkswagen także zrewidował koszty. Plan restrukturyzacyjny, odpisy związane z Porsche i inne zakładają poziom ok. 10 mld euro. O problemach Porsche pisaliśmy już wcześniej - w producenta luksusowych samochodów uderzyły jednocześnie: spadek sprzedaży w Chinach i polityka celna USA. 

W poniedziałek w całych Niemczech zaplanowano ponad 280 wydarzeń protestacyjnych. Pracownicy Volkswagena, Audi czy Porsche, ale także Mercedes-Benz i BMW oraz największych poddostawców części będą domagać się od rządu kanclerza Friedricha Merza ochrony miejsc pracy, obniżenia kosztów energii oraz tarczy przed zalewem taniego importu.

Jak przypomina Bloomberg, z niemieckiej branży motoryzacyjnej już od 2019 roku wyparowało około 100 tysięcy miejsc pracy. Jeszcze gorsza sytuacja panuje u poddostawców, którzy w latach 2019-2025 zwolnili 74 tysiące osób (to prawie jedna czwarta całej ich siły roboczej). A to dopiero początek: Volkswagen rozważa globalne cięcia obejmujące nawet 100 tys. stanowisk, BMW redukuje 8 tys. etatów, a Mercedes-Benz wprost ogranicza produkcję w Niemczech, przenosząc ją do tańszych lokalizacji - w tym na Węgry, co dobitnie pokazuje trend ucieczki kapitału do Europy Środkowo-Wschodniej.

– Nie będziemy bezczynnie patrzeć, jak kluczowy przemysł jest krok po kroku wydrążany. Pracownicy nie są winni porażkom ostatnich lat i nie powinni teraz za nie płacić – grzmi cytowany przez Bloomberga Thorsten Gröger, szef potężnego związku zawodowego IG Metall w Dolnej Saksonii.

Ekonomiczne tąpnięcie przekłada się na politykę. Rządzący obecnie chadecy kanclerza Merza ponieśli właśnie druzgocące porażki w wyborach regionalnych (m.in. w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim czy Saksoni-Anhalt), ustępując miejsca skrajnej prawicy (AfD) i antykapitalistycznej Lewicy.

Chylący się rząd próbuje reagować, ogłaszając fundusz infrastrukturalny o wartości 500 mld euro oraz pakiety zachęt inwestycyjnych mających obniżyć ceny prądu. Problem w tym, że polityczne młyny mielą powoli. Kluczowe cięcia podatków dla korporacji mają wejść w życie dopiero w 2028 roku. Dla branży, która tu i teraz zwalnia dziesiątki tysięcy ludzi i walczy o przetrwanie, to stanowczo zbyt późno.

Aby w pełni zrozumieć obecny kryzys, trzeba spojrzeć szerzej. Niemiecki model gospodarczy przez dekady opierał się na trzech filarach: stosunkowo taniej energii (głównie z Rosji), otwartych rynkach zbytu i nienasyconym popycie z Chin. Dziś żaden z tych filarów już nie istnieje.

bankier.pl


Pomimo uszkodzeń saudyjskiego rurociągu Wschód-Zachód, dostawy ropy z Bliskiego Wschodu okazują się być na wyższym poziomie, niż obawiał się rynek. Aby ominąć zablokowany port w Yanbu, koncern Saudi Aramco podjął decyzję o przekierowaniu większych wolumenów surowca do eksportu przez Cieśninę Ormuz.

Firma analityczna Kpler podaje, że wrześniowy eksport ze strony saudyjskiego giganta powrócił do poziomu ponad 4 mln baryłek dziennie (bpd) po sierpniowym dołku na poziomie 2,4 mln baryłek. Dane satelitarne wskazują, że przez Cieśninę Ormuz przechodziło w ostatnich dniach do 2,9 mln baryłek ropy dziennie. 

Analitycy banku JPMorgan wyliczają w najnowszym raporcie, że całkowity przepływ ropy z Bliskiego Wschodu wyniósł w ostatnich 10 dniach średnio 17,1 mln bpd i kształtuje się o 6,1 mln bpd poniżej średniej z 2025 roku.

bankier.pl

niedziela, 20 września 2026



Głosować czy nie głosować? To wybory czy nie? Czy to ma sens, skoro lista kandydatów jest skrojona według odgórnego wzoru, bez elementów niepewnych, które mogą sprawiać kłopoty? Ktoś kogoś zmusza? A może iść i zagłosować na kogokolwiek byle nie na Jedną Rosję, partię Putina? A może jednak iść i wszystkich skreślić, zostawić na karcie do głosowania antywojenne hasło? A może zbojkotować? Te i inne pytania krążą dziś po Rosji i po skupiskach Rosjan za granicą.

Ten niepokój i dyskusje są wodą na młyn dyktatora. Dyktator potrzebuje poklasku. I wysokiej frekwencji przy urnach. I wygranej (choćby i narysowanej przez fałszerzy z Centralnej Komisji Wyborczej) partii swoich faworytów – Jednej Rosji. Duma Państwowa IX kadencji ma składać się z najbardziej zaufanych parteigenossen, którzy zawsze zagłosują tak jak trzeba, z trybuny nie będą wzywać do zachowania rozsądku, zaniechania stosowania terroryzmu w polityce międzynarodowej itd. A przede wszystkim przyjmą każdy wojenny budżet, choćby wyciskający ostatnie poty z ludności i rzucający wszystko na potrzeby frontu. Bez dyskusji, bez zbędnych słów. I słów zabronionych, jak na przykład „pokój”.

Dyktatorzy lubią wybory: to miłe dekoracje w tle ich portretów. – Oto demokratyczny proces daje mi władzę – powiadają, – ludzie mnie popierają, mogę rządzić, wypełniając karty do głosowania, oni też umazali się tym samym we krwi, stali się współuczestnikami zbrodni wojennych. Chcą walczyć aż do zwycięstwa, mojego zwycięstwa, które jest legitymacją mojej władzy, władzy bezbrzeżnej.

To dlatego Putin nie rezygnuje z żenującego spektaklu, który nazywa wyborami. Najpierw staranny dobór kandydatów, potem dla spokoju wyeliminowanie tych, którzy wypowiadają słowo „pokój” (m.in. partii Jabłoko, która opowiadała się za jak najszybszym osiągnięciem pokoju, a przynajmniej zawieszeniem broni), stworzenie iluzji ogólnonarodowego poparcia dla polityki (wojny). Fanfary, niezadowolonych dodusić. I tyle.

Głosowanie trwało trzy dni. Można było oddać głos online, można było przyjść do komisji wyborczej i pobrać kartę do głosowania. Sam Putin zachęcał do głosowania elektronicznego. Służba prasowa nagrała i rozpowszechniła filmik rejestrujący ten doniosły moment. Putin siedzi przy biurku, z marsem na obliczu wpatruje się jak kret w monitor komputera, niepewnie klika myszką, jeszcze raz przypatruje się ekranowi (Putin uparcie nie nosi okularów, choć nie da się ukryć, że powinien), wreszcie z ulgą mówi (nie wiadomo, do kogo): „dziękuję” (...). Jak ćwierkają kremlowskie wróble, Putin nie korzysta z komputera, internetu, smartfona, AI ani innych współczesnych potworów, pozostaje wierny teczkom z raportami, dostarczanym przez odpowiednie służby.

(...)

W środowiskach emigrantów za granicą doszło do zażartych dyskusji. Co czynić: iść na wybory czy nie iść? Część emigrantów dogadała się, choć przedtem toczyła spory – Julia Nawalna zawarła porozumienie z Maksimem Kacem, oboje opowiedzieli się za udziałem i głosowaniem na kogokolwiek, kto może przekroczyć 5-procentowy próg, byleby nie oddać głosu na przedstawiciela Jednej Rosji. Bo to ma niby zademonstrować antywojenną postawę. Gdyby do wyborów dopuszczono kogokolwiek spoza układu (startują tylko pomazańcy Kremla z systemowej opozycji), może miałoby to znaczenie i odniosło skutek. Naczelny „Nowej Gazety. Europa” Kiriłł Martynow skwitował ten pomysł Nawalnej i Kaca stwierdzeniem: „to tylko wybór pomiędzy gatunkami ekskrementów”. Inne skrzydło antyputinowskiej opozycji za granicą – członkowie Forum Wolnej Rosji (m.in. Garri Kasparow) apelowali do Rosjan za granicą, aby nie głosowali, bo głosowanie legitymizuje reżim (...).

labuszewska.pl

 
Mieszkańcy Berlina wybiorą w niedzielę nowy parlament miasta. Sondaże wskazują na wyrównaną rywalizację Lewicy i CDU o zwycięstwo przy wyraźnym wzroście poparcia dla prawicowo-populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Jednym z głównych tematów kampanii był kryzys na rynku mieszkaniowym oraz rosnące czynsze.

Zgodnie z badaniem Politbarometer dla stacji ZDF, opublikowanym w piątek, w wyborach w Berlinie powinna zwyciężyć Lewica, która może liczyć na wynik na poziomie 22 proc. Kolejne miejsca w badaniu przypadły CDU (20 proc.), AfD (18 proc.), Zielonym (15 proc.) oraz SPD (12 proc.).

Gdyby takie przewidywania sprawdziły się, to AfD podwoiłaby wynik jaki uzyskała w niemieckiej stolicy w poprzednich wyborach na poziomie kraju związkowego w 2023 roku. Byłby to kolejny dobry rezultat dla partii po głosowaniu w Saksonii-Anhalcie z 6 września, gdzie wygrała uzyskując 43,8 proc. głosów.

Obecnie w Berlinie rządzi koalicja CDU z SPD, ale według wszystkich sondaży po niedzieli straci większość. Chadekom nie pomógł skandal związany z reprezentującym tę partię burmistrzem Kaiem Wegnerem. Polityk ten kłamał na temat swoich działań w trakcie styczniowego blackoutu na południu Berlina.

Główną kandydatką na nowego burmistrza jest Elif Eralp z Lewicy. Jeśli do tego dojdzie, to 45-latka o korzeniach tureckich będzie pierwszą osobą o pochodzeniu migranckim na tym stanowisku. Byłby to także pierwszy przypadek, gdy w Czerwonym Ratuszu (siedziba burmistrza Berlina) zasiądzie polityk Lewicy, partii szczególnie popularnej na wschodzie miasta.

Jednym z głównych tematów kampanii był kryzys mieszkaniowy i wysokie czynsze. Lewica opowiada się m.in. za przejęciem części mieszkań należących do firmy wynajmujących tysiące mieszkań, podczas gdy CDU stawia przede wszystkim na szybszą budowę nowych lokali.

Spór dotyczy także słynnego Tempelhofer Feld, popularnego terenu rekreacyjnego na dawnym lotnisku, większego od nowojorskiego Central Parku. Zabudowę tej przestrzeni mieszkańcy Berlina odrzucili w referendum w 2014 roku. CDU chce jednak dopuścić budowę około 20 tys. mieszkań na obrzeżach pola. Przeciwne są temu Lewica, Zieloni i SPD.

Ważnymi tematami w kampanii były także bezpieczeństwo, porządek, komunikacja publiczna oraz edukacja. Berlińska AfD akcentowała sprawę migracji, domagając się m.in. natychmiastowego wstrzymania przyjmowania w mieście osób ubiegających się o azyl.

W wyborach uprawnionych do głosowania jest blisko 2,5 mln mieszkańców Berlina. Wyłoniony zostanie skład Izby Deputowanych, czyli parlamentu kraju związkowego Berlin, oraz dwunastu zgromadzeń dzielnicowych. Po raz pierwszy w wyborach do Izby Deputowanych będą mogli wziąć udział także 16- i 17-latkowie. Lokale wyborcze będą otwarte od godz. 8 do 18. Po ich zamknięciu podane będą prognozy exit poll, wstępny końcowy wynik znany będzie w nocy.

Głosowanie w Berlinie, połączone z z niedzielnymi wyborami w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, może mieć poważne konsekwencje na szczeblu federalnym. Kolejne po Saksonii-Anhalcie rozczarowujące dla chadeków wyniki mogą kosztować kanclerza Friedricha Merza nawet stanowisko. Szef rządu jest rekordowo niepopularny i powszechnie krytykowany za styl komunikacji. W ostatnich miesiącach jego pozycja w partii osłabła.

PAP


Nagranie opublikował na Telegramie deputowany do Dumy Państwowej z ramienia Partii Komunistycznej Federacji Rosyjskiej Siergiej Kazankow. Jak dodał, do incydentu - zarejestrowanego przez kamerę monitoringu - doszło w lokalu wyborczym nr 343 w Azanowie w Republice Mari El.

"Wykorzystując moment, w którym obserwatorzy wyszli z sali, członkini komisji wyborczej wrzuciła do urny dwa pliki kart do głosowania" - napisał Kazankow, dodając, że widocznej na nagraniu kobiety nie powstrzymała nawet kamera transmitująca przebieg głosowania na żywo.

"Wiele mówi się ostatnio o wrogach naszego kraju, którzy chcą zdyskredytować wybory. Wygląda na to, że prawdziwi wrogowie zasiadają w komisjach wyborczych" - ocenił deputowany.

(...)

Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa w rozmowie z rosyjskim Interfaxem potwierdziła, że otrzymała informację o możliwym fałszowaniu głosów w tym lokalu.

W niedzielę wieczorem rosyjska Centralna Komisja Wyborcza podała, że sprawujące władzę ugrupowanie Jedna Rosja otrzymało 57,54 proc. głosów.

Rosja przeprowadziła wybory do Dumy Państwowej na okupowanych terytoriach Ukrainy oraz w Naddniestrzu, Osetii Południowej i Abchazji. Głosowanie potępiła m.in. Komisja Europejska, a w niedzielę również polskie MSZ.

interia.pl


Wydane w sobotę oświadczenie czołowych postaci Zgromadzenia Narodowego stanowi wyraźny przełom w dotychczasowym przekazie partii. Marine Le Pen oraz Jordan Bardella kategorycznie zadeklarowali, że Francja nie ulegnie żadnym próbom nacisku ze strony władz na Kremlu.

Przedstawiciele francuskiej skrajnej prawicy podkreślili, że polityka zagraniczna i stanowisko państwa nie ulegną zmianie pod wpływem zewnętrznych działań destabilizujących.

"Żadna prowokacja, żadna tajna operacja i żadna destabilizująca akcja nie mogą skłonić Francji, by ułatwiła Rosji osiągnięcie jej celów w wojnie na Ukrainie" - komunikat Marine Le Pen i Jordana Bardelli, liderów Zgromadzenia Narodowego.

Wyrazisty sprzeciw wywołała m.in. decyzja władz w Moskwie o objęciu czasowym nadzorem państwowym majątku zachodnich koncernów działających na terenie Federacji Rosyjskiej, co dotknęło m.in. francuską sieć Auchan oraz koncern Nestle. Liderzy ugrupowania nazwali te ruchy wrogim aktem, uderzającym bezpośrednio w interesy i prawa francuskich przedsiębiorstw.

Ponadto politycy zadeklarowali pełne poparcie dla działań mających na celu ochronę i wzmocnienie bezpieczeństwa krajowej infrastruktury strategicznej.

Pomimo ostrzejszej retoryki wobec Rosji, liderzy skrajnej prawicy zaznaczyli, że kwestie wsparcia finansowego dla Kijowa powinny pozostać przedmiotem wewnętrznej dyskusji politycznej.

"Debaty na temat poziomu pomocy finansowej udzielanej Ukrainie i warunków tej pomocy są uprawnione, natomiast nie są uprawnione naciski z zagranicy" - podkreślili liderzy.

Oświadczenie wydano niedługo po piątkowym spotkaniu w Pałacu Elizejskim, gdzie prezydent Emmanuel Macron rozmawiał z liderami partii politycznych na temat sytuacji międzynarodowej. Szef państwa ostrzegał wówczas przed wyraźnym wzrostem rosyjskiego zagrożenia hybrydowego w Europie.

Zauważalna korekta stanowiska Le Pen i Bardelli stanowi zwrot w porównaniu z wcześniejszymi deklaracjami polityków ich formacji. Jeszcze na początku września wiceprzewodniczący Zgromadzenia Narodowego Louis Aliot sugerował możliwość całkowitego wstrzymania wsparcia dla Ukrainy. Wzmocnienie przekazu antyrosyjskiego następuje w kluczowym momencie - Marine Le Pen przygotowuje się do startu w wiosennych wyborach prezydenckich, w których według obecnych sondaży plasuje się na pozycji liderki.

gazeta.pl\PAP


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował w niedzielę, że podczas nocnego ataku na region moskiewski Siły Obrony wykorzystały szereg ukraińskich środków rażenia powietrznego dalekiego zasięgu, w tym Flamingo, Palianycia i Pelican.

"W regionie moskiewskim tej nocy nasze dalekosiężne ataki odniosły bardzo wyraźny skutek. Zniszczono jeden z kluczowych zakładów przemysłu naftowego Rosji oraz obiekt logistyczny agresora. To miliardy dolarów, które zasilają machinę wojenną. W akcji uczestniczyły w szczególności: FP-1, RZ-100, MICH-2000, Palianycia, Vendetta, Luty, Bars, Flamingo, Siczeń, Pelican" - napisał Zełenski w komunikatorze Telegram.

Według prezydenta w operacji wzięły udział: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Siły Systemów Bezzałogowych (SBS), Siły Operacji Specjalnych, Główny Wywiad Wojskowy (HUR) oraz Służba Wywiadu Zagranicznego.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy również przekazał o tym, że jednostki Sił Obrony Ukrainy zaatakowały w nocy z soboty na niedzielę rafinerię Gazpromnieft-Moskiewska Rafineria Naftowa w rejonie Kapotnia w Moskwie.

Według Sztabu Generalnego na terenie obiektu odnotowano rozległy pożar. Uszkodzone zostały instalacja destylacji atmosferyczno-próżniowej AVT-6, kompleksowa instalacja przerobu ropy naftowej oraz instalacja izomeryzacji.

Moskiewska Rafineria Naftowa jest jednym z największych zakładów rafineryjnych w Rosji. Zdolność przerobowa zakładu wynosi około 12 mln ton ropy naftowej rocznie. Zakład przetwarza ropę naftową oraz produkuje benzyny samochodowe, olej napędowy i paliwo lotnicze, mazut oraz inne produkty naftowe.

PAP


W wyniku ataków rakietowych Rosji Ukraina praktycznie utraciła swój przemysł stalowy, a trzy główne huty w kraju zostały całkowicie unieruchomione - napisał w niedzielę brytyjski dziennik "Financial Times", powołując się na przedstawicieli branży i władze w Kijowie.

Jak pisze "FT", na początku tego miesiąca rosyjskie rakiety balistyczne uderzyły w wielkie piece trzech największych zakładów hutniczych - w obwodzie dniepropietrowskim na środkowym wschodzie oraz w obwodzie zaporoskim na południu Ukrainy. Odpowiadały one dotychczas za 90 proc. produkcji stali w państwie. Zaatakowane zostały zakłady koncernu Metinvest oraz fabryka ArcelorMittal w Krzywym Rogu. W czwartek zakład w Zaporożu został zaatakowany ponownie dwiema rakietami balistycznymi - był to już czwarty ostrzał tego obiektu w ciągu niespełna miesiąca. We wrześniowych atakach zginęło 17 hutników.

"Obecnie Ukraina nie ma już przemysłu stalowego. Wiedzieli o zakładach wszystko, wiedzieli dokładnie, gdzie uderzyć" - oświadczył Ołeksandr Wodowiz, szef biura prezesa Metinvestu. Dodał, że w tej chwili nie sposób oszacować, czy naprawy potrwają tygodnie, miesiące, czy lata, co uderzy w podatki i zatrudnienie - same tylko zaatakowane huty zatrudniały ponad 15 tys. osób.

Dziennik podkreśla, że paraliż hutnictwa wpisuje się w szerszą, nową kampanię powietrzną Moskwy, której celem jest zniszczenie gospodarki i oporu Ukrainy. Rosyjskie rakiety i drony atakują centra logistyczne, porty, infrastrukturę kolejową i stacje paliw. Z 5 mln mkw. nowoczesnych magazynów na Ukrainie zniszczono już 2,1 mln mkw.

Według szacunków ukraińskiego premiera Serhija Koreckiego same tylko straty podatkowe wynikające z ostatnich ataków wyniosą około 1,5 mld dolarów, pogłębiając tegoroczny deficyt budżetowy kraju, szacowany na 27 mld dolarów.

"Mamy do czynienia z gospodarczą wojną na wycieńczenie. Rosja próbuje zaatakować ukraińską gospodarkę tak mocno, jak to możliwe" - podsumowała w rozmowie z gazetą Ołena Biłan, główna ekonomistka banku inwestycyjnego Dragon Capital.

Hutnictwo przez dziesięciolecia stanowiło jeden z głównych motorów napędowych ukraińskiej gospodarki i kluczowe źródło walut z eksportu. Rosyjska kampania przeciwko infrastrukturze przemysłowej i logistycznej jest odpowiedzią na ukraińskie uderzenia dronami dalekiego zasięgu w rosyjskie rafinerie i obiekty wojskowe. Według ekspertów doprowadzenie do zapaści ukraińskiego przemysłu ma na celu wymuszenie na Kijowie ustępstw politycznych. 

PAP