poniedziałek, 21 września 2026



Dotychczasowe cięcia etatów miały nie przynieść oczekiwanych skutków - poinformował dziennik "Handelsblatt", powołując się na rekomendacje wydane przez sam koncern. Volkswagen, by utrzymać się na powierzchni, musi więc szukać dalszych oszczędności. Wskazuje na to m.in. prognoza zysków, którą tuż przed weekendem przedsiębiorstwo musiało obniżyć.

W tym roku Porsche zapowiadał dwie fale zwolnień, które miały objąć odpowiednio 4 tys. i 5 tys. pracowników. Teraz okazało się, że z pracą w koncernie pożegna się kolejne 4,1 tys. zatrudnionych.

Rozpoczęcie największej restrukturyzacji niemieckiego koncernu samochodowego [...] mają pozwolić rozwiązać problem deficytu kosztów, który oszacowano na 700 mln euro - podaje niemiecki dziennik. 

Skalę problemu doskonale widać po obniżonych przez Volkswagena prognozach. Jeszcze do piątku koncern utrzymywał, że marża operacyjna wyniesie od 4 do 5,5 proc. Analitycy szacowali, że będzie to raczej 4,1 proc. Teraz to nie więcej niż 1 proc. Jak bowiem wynika z szacunków Volkswagena, koszty restrukturyzacji zaczną zwracać się dopiero w 2037 r.

Volkswagen także zrewidował koszty. Plan restrukturyzacyjny, odpisy związane z Porsche i inne zakładają poziom ok. 10 mld euro. O problemach Porsche pisaliśmy już wcześniej - w producenta luksusowych samochodów uderzyły jednocześnie: spadek sprzedaży w Chinach i polityka celna USA. 

W poniedziałek w całych Niemczech zaplanowano ponad 280 wydarzeń protestacyjnych. Pracownicy Volkswagena, Audi czy Porsche, ale także Mercedes-Benz i BMW oraz największych poddostawców części będą domagać się od rządu kanclerza Friedricha Merza ochrony miejsc pracy, obniżenia kosztów energii oraz tarczy przed zalewem taniego importu.

Jak przypomina Bloomberg, z niemieckiej branży motoryzacyjnej już od 2019 roku wyparowało około 100 tysięcy miejsc pracy. Jeszcze gorsza sytuacja panuje u poddostawców, którzy w latach 2019-2025 zwolnili 74 tysiące osób (to prawie jedna czwarta całej ich siły roboczej). A to dopiero początek: Volkswagen rozważa globalne cięcia obejmujące nawet 100 tys. stanowisk, BMW redukuje 8 tys. etatów, a Mercedes-Benz wprost ogranicza produkcję w Niemczech, przenosząc ją do tańszych lokalizacji - w tym na Węgry, co dobitnie pokazuje trend ucieczki kapitału do Europy Środkowo-Wschodniej.

– Nie będziemy bezczynnie patrzeć, jak kluczowy przemysł jest krok po kroku wydrążany. Pracownicy nie są winni porażkom ostatnich lat i nie powinni teraz za nie płacić – grzmi cytowany przez Bloomberga Thorsten Gröger, szef potężnego związku zawodowego IG Metall w Dolnej Saksonii.

Ekonomiczne tąpnięcie przekłada się na politykę. Rządzący obecnie chadecy kanclerza Merza ponieśli właśnie druzgocące porażki w wyborach regionalnych (m.in. w Berlinie i Meklemburgii-Pomorzu Przednim czy Saksoni-Anhalt), ustępując miejsca skrajnej prawicy (AfD) i antykapitalistycznej Lewicy.

Chylący się rząd próbuje reagować, ogłaszając fundusz infrastrukturalny o wartości 500 mld euro oraz pakiety zachęt inwestycyjnych mających obniżyć ceny prądu. Problem w tym, że polityczne młyny mielą powoli. Kluczowe cięcia podatków dla korporacji mają wejść w życie dopiero w 2028 roku. Dla branży, która tu i teraz zwalnia dziesiątki tysięcy ludzi i walczy o przetrwanie, to stanowczo zbyt późno.

Aby w pełni zrozumieć obecny kryzys, trzeba spojrzeć szerzej. Niemiecki model gospodarczy przez dekady opierał się na trzech filarach: stosunkowo taniej energii (głównie z Rosji), otwartych rynkach zbytu i nienasyconym popycie z Chin. Dziś żaden z tych filarów już nie istnieje.

bankier.pl


Pomimo uszkodzeń saudyjskiego rurociągu Wschód-Zachód, dostawy ropy z Bliskiego Wschodu okazują się być na wyższym poziomie, niż obawiał się rynek. Aby ominąć zablokowany port w Yanbu, koncern Saudi Aramco podjął decyzję o przekierowaniu większych wolumenów surowca do eksportu przez Cieśninę Ormuz.

Firma analityczna Kpler podaje, że wrześniowy eksport ze strony saudyjskiego giganta powrócił do poziomu ponad 4 mln baryłek dziennie (bpd) po sierpniowym dołku na poziomie 2,4 mln baryłek. Dane satelitarne wskazują, że przez Cieśninę Ormuz przechodziło w ostatnich dniach do 2,9 mln baryłek ropy dziennie. 

Analitycy banku JPMorgan wyliczają w najnowszym raporcie, że całkowity przepływ ropy z Bliskiego Wschodu wyniósł w ostatnich 10 dniach średnio 17,1 mln bpd i kształtuje się o 6,1 mln bpd poniżej średniej z 2025 roku.

bankier.pl

niedziela, 20 września 2026



Głosować czy nie głosować? To wybory czy nie? Czy to ma sens, skoro lista kandydatów jest skrojona według odgórnego wzoru, bez elementów niepewnych, które mogą sprawiać kłopoty? Ktoś kogoś zmusza? A może iść i zagłosować na kogokolwiek byle nie na Jedną Rosję, partię Putina? A może jednak iść i wszystkich skreślić, zostawić na karcie do głosowania antywojenne hasło? A może zbojkotować? Te i inne pytania krążą dziś po Rosji i po skupiskach Rosjan za granicą.

Ten niepokój i dyskusje są wodą na młyn dyktatora. Dyktator potrzebuje poklasku. I wysokiej frekwencji przy urnach. I wygranej (choćby i narysowanej przez fałszerzy z Centralnej Komisji Wyborczej) partii swoich faworytów – Jednej Rosji. Duma Państwowa IX kadencji ma składać się z najbardziej zaufanych parteigenossen, którzy zawsze zagłosują tak jak trzeba, z trybuny nie będą wzywać do zachowania rozsądku, zaniechania stosowania terroryzmu w polityce międzynarodowej itd. A przede wszystkim przyjmą każdy wojenny budżet, choćby wyciskający ostatnie poty z ludności i rzucający wszystko na potrzeby frontu. Bez dyskusji, bez zbędnych słów. I słów zabronionych, jak na przykład „pokój”.

Dyktatorzy lubią wybory: to miłe dekoracje w tle ich portretów. – Oto demokratyczny proces daje mi władzę – powiadają, – ludzie mnie popierają, mogę rządzić, wypełniając karty do głosowania, oni też umazali się tym samym we krwi, stali się współuczestnikami zbrodni wojennych. Chcą walczyć aż do zwycięstwa, mojego zwycięstwa, które jest legitymacją mojej władzy, władzy bezbrzeżnej.

To dlatego Putin nie rezygnuje z żenującego spektaklu, który nazywa wyborami. Najpierw staranny dobór kandydatów, potem dla spokoju wyeliminowanie tych, którzy wypowiadają słowo „pokój” (m.in. partii Jabłoko, która opowiadała się za jak najszybszym osiągnięciem pokoju, a przynajmniej zawieszeniem broni), stworzenie iluzji ogólnonarodowego poparcia dla polityki (wojny). Fanfary, niezadowolonych dodusić. I tyle.

Głosowanie trwało trzy dni. Można było oddać głos online, można było przyjść do komisji wyborczej i pobrać kartę do głosowania. Sam Putin zachęcał do głosowania elektronicznego. Służba prasowa nagrała i rozpowszechniła filmik rejestrujący ten doniosły moment. Putin siedzi przy biurku, z marsem na obliczu wpatruje się jak kret w monitor komputera, niepewnie klika myszką, jeszcze raz przypatruje się ekranowi (Putin uparcie nie nosi okularów, choć nie da się ukryć, że powinien), wreszcie z ulgą mówi (nie wiadomo, do kogo): „dziękuję” (...). Jak ćwierkają kremlowskie wróble, Putin nie korzysta z komputera, internetu, smartfona, AI ani innych współczesnych potworów, pozostaje wierny teczkom z raportami, dostarczanym przez odpowiednie służby.

(...)

W środowiskach emigrantów za granicą doszło do zażartych dyskusji. Co czynić: iść na wybory czy nie iść? Część emigrantów dogadała się, choć przedtem toczyła spory – Julia Nawalna zawarła porozumienie z Maksimem Kacem, oboje opowiedzieli się za udziałem i głosowaniem na kogokolwiek, kto może przekroczyć 5-procentowy próg, byleby nie oddać głosu na przedstawiciela Jednej Rosji. Bo to ma niby zademonstrować antywojenną postawę. Gdyby do wyborów dopuszczono kogokolwiek spoza układu (startują tylko pomazańcy Kremla z systemowej opozycji), może miałoby to znaczenie i odniosło skutek. Naczelny „Nowej Gazety. Europa” Kiriłł Martynow skwitował ten pomysł Nawalnej i Kaca stwierdzeniem: „to tylko wybór pomiędzy gatunkami ekskrementów”. Inne skrzydło antyputinowskiej opozycji za granicą – członkowie Forum Wolnej Rosji (m.in. Garri Kasparow) apelowali do Rosjan za granicą, aby nie głosowali, bo głosowanie legitymizuje reżim (...).

labuszewska.pl

 
Mieszkańcy Berlina wybiorą w niedzielę nowy parlament miasta. Sondaże wskazują na wyrównaną rywalizację Lewicy i CDU o zwycięstwo przy wyraźnym wzroście poparcia dla prawicowo-populistycznej Alternatywy dla Niemiec (AfD). Jednym z głównych tematów kampanii był kryzys na rynku mieszkaniowym oraz rosnące czynsze.

Zgodnie z badaniem Politbarometer dla stacji ZDF, opublikowanym w piątek, w wyborach w Berlinie powinna zwyciężyć Lewica, która może liczyć na wynik na poziomie 22 proc. Kolejne miejsca w badaniu przypadły CDU (20 proc.), AfD (18 proc.), Zielonym (15 proc.) oraz SPD (12 proc.).

Gdyby takie przewidywania sprawdziły się, to AfD podwoiłaby wynik jaki uzyskała w niemieckiej stolicy w poprzednich wyborach na poziomie kraju związkowego w 2023 roku. Byłby to kolejny dobry rezultat dla partii po głosowaniu w Saksonii-Anhalcie z 6 września, gdzie wygrała uzyskując 43,8 proc. głosów.

Obecnie w Berlinie rządzi koalicja CDU z SPD, ale według wszystkich sondaży po niedzieli straci większość. Chadekom nie pomógł skandal związany z reprezentującym tę partię burmistrzem Kaiem Wegnerem. Polityk ten kłamał na temat swoich działań w trakcie styczniowego blackoutu na południu Berlina.

Główną kandydatką na nowego burmistrza jest Elif Eralp z Lewicy. Jeśli do tego dojdzie, to 45-latka o korzeniach tureckich będzie pierwszą osobą o pochodzeniu migranckim na tym stanowisku. Byłby to także pierwszy przypadek, gdy w Czerwonym Ratuszu (siedziba burmistrza Berlina) zasiądzie polityk Lewicy, partii szczególnie popularnej na wschodzie miasta.

Jednym z głównych tematów kampanii był kryzys mieszkaniowy i wysokie czynsze. Lewica opowiada się m.in. za przejęciem części mieszkań należących do firmy wynajmujących tysiące mieszkań, podczas gdy CDU stawia przede wszystkim na szybszą budowę nowych lokali.

Spór dotyczy także słynnego Tempelhofer Feld, popularnego terenu rekreacyjnego na dawnym lotnisku, większego od nowojorskiego Central Parku. Zabudowę tej przestrzeni mieszkańcy Berlina odrzucili w referendum w 2014 roku. CDU chce jednak dopuścić budowę około 20 tys. mieszkań na obrzeżach pola. Przeciwne są temu Lewica, Zieloni i SPD.

Ważnymi tematami w kampanii były także bezpieczeństwo, porządek, komunikacja publiczna oraz edukacja. Berlińska AfD akcentowała sprawę migracji, domagając się m.in. natychmiastowego wstrzymania przyjmowania w mieście osób ubiegających się o azyl.

W wyborach uprawnionych do głosowania jest blisko 2,5 mln mieszkańców Berlina. Wyłoniony zostanie skład Izby Deputowanych, czyli parlamentu kraju związkowego Berlin, oraz dwunastu zgromadzeń dzielnicowych. Po raz pierwszy w wyborach do Izby Deputowanych będą mogli wziąć udział także 16- i 17-latkowie. Lokale wyborcze będą otwarte od godz. 8 do 18. Po ich zamknięciu podane będą prognozy exit poll, wstępny końcowy wynik znany będzie w nocy.

Głosowanie w Berlinie, połączone z z niedzielnymi wyborami w Meklemburgii-Pomorzu Przednim, może mieć poważne konsekwencje na szczeblu federalnym. Kolejne po Saksonii-Anhalcie rozczarowujące dla chadeków wyniki mogą kosztować kanclerza Friedricha Merza nawet stanowisko. Szef rządu jest rekordowo niepopularny i powszechnie krytykowany za styl komunikacji. W ostatnich miesiącach jego pozycja w partii osłabła.

PAP


Nagranie opublikował na Telegramie deputowany do Dumy Państwowej z ramienia Partii Komunistycznej Federacji Rosyjskiej Siergiej Kazankow. Jak dodał, do incydentu - zarejestrowanego przez kamerę monitoringu - doszło w lokalu wyborczym nr 343 w Azanowie w Republice Mari El.

"Wykorzystując moment, w którym obserwatorzy wyszli z sali, członkini komisji wyborczej wrzuciła do urny dwa pliki kart do głosowania" - napisał Kazankow, dodając, że widocznej na nagraniu kobiety nie powstrzymała nawet kamera transmitująca przebieg głosowania na żywo.

"Wiele mówi się ostatnio o wrogach naszego kraju, którzy chcą zdyskredytować wybory. Wygląda na to, że prawdziwi wrogowie zasiadają w komisjach wyborczych" - ocenił deputowany.

(...)

Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa w rozmowie z rosyjskim Interfaxem potwierdziła, że otrzymała informację o możliwym fałszowaniu głosów w tym lokalu.

W niedzielę wieczorem rosyjska Centralna Komisja Wyborcza podała, że sprawujące władzę ugrupowanie Jedna Rosja otrzymało 57,54 proc. głosów.

Rosja przeprowadziła wybory do Dumy Państwowej na okupowanych terytoriach Ukrainy oraz w Naddniestrzu, Osetii Południowej i Abchazji. Głosowanie potępiła m.in. Komisja Europejska, a w niedzielę również polskie MSZ.

interia.pl


Wydane w sobotę oświadczenie czołowych postaci Zgromadzenia Narodowego stanowi wyraźny przełom w dotychczasowym przekazie partii. Marine Le Pen oraz Jordan Bardella kategorycznie zadeklarowali, że Francja nie ulegnie żadnym próbom nacisku ze strony władz na Kremlu.

Przedstawiciele francuskiej skrajnej prawicy podkreślili, że polityka zagraniczna i stanowisko państwa nie ulegną zmianie pod wpływem zewnętrznych działań destabilizujących.

"Żadna prowokacja, żadna tajna operacja i żadna destabilizująca akcja nie mogą skłonić Francji, by ułatwiła Rosji osiągnięcie jej celów w wojnie na Ukrainie" - komunikat Marine Le Pen i Jordana Bardelli, liderów Zgromadzenia Narodowego.

Wyrazisty sprzeciw wywołała m.in. decyzja władz w Moskwie o objęciu czasowym nadzorem państwowym majątku zachodnich koncernów działających na terenie Federacji Rosyjskiej, co dotknęło m.in. francuską sieć Auchan oraz koncern Nestle. Liderzy ugrupowania nazwali te ruchy wrogim aktem, uderzającym bezpośrednio w interesy i prawa francuskich przedsiębiorstw.

Ponadto politycy zadeklarowali pełne poparcie dla działań mających na celu ochronę i wzmocnienie bezpieczeństwa krajowej infrastruktury strategicznej.

Pomimo ostrzejszej retoryki wobec Rosji, liderzy skrajnej prawicy zaznaczyli, że kwestie wsparcia finansowego dla Kijowa powinny pozostać przedmiotem wewnętrznej dyskusji politycznej.

"Debaty na temat poziomu pomocy finansowej udzielanej Ukrainie i warunków tej pomocy są uprawnione, natomiast nie są uprawnione naciski z zagranicy" - podkreślili liderzy.

Oświadczenie wydano niedługo po piątkowym spotkaniu w Pałacu Elizejskim, gdzie prezydent Emmanuel Macron rozmawiał z liderami partii politycznych na temat sytuacji międzynarodowej. Szef państwa ostrzegał wówczas przed wyraźnym wzrostem rosyjskiego zagrożenia hybrydowego w Europie.

Zauważalna korekta stanowiska Le Pen i Bardelli stanowi zwrot w porównaniu z wcześniejszymi deklaracjami polityków ich formacji. Jeszcze na początku września wiceprzewodniczący Zgromadzenia Narodowego Louis Aliot sugerował możliwość całkowitego wstrzymania wsparcia dla Ukrainy. Wzmocnienie przekazu antyrosyjskiego następuje w kluczowym momencie - Marine Le Pen przygotowuje się do startu w wiosennych wyborach prezydenckich, w których według obecnych sondaży plasuje się na pozycji liderki.

gazeta.pl\PAP


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował w niedzielę, że podczas nocnego ataku na region moskiewski Siły Obrony wykorzystały szereg ukraińskich środków rażenia powietrznego dalekiego zasięgu, w tym Flamingo, Palianycia i Pelican.

"W regionie moskiewskim tej nocy nasze dalekosiężne ataki odniosły bardzo wyraźny skutek. Zniszczono jeden z kluczowych zakładów przemysłu naftowego Rosji oraz obiekt logistyczny agresora. To miliardy dolarów, które zasilają machinę wojenną. W akcji uczestniczyły w szczególności: FP-1, RZ-100, MICH-2000, Palianycia, Vendetta, Luty, Bars, Flamingo, Siczeń, Pelican" - napisał Zełenski w komunikatorze Telegram.

Według prezydenta w operacji wzięły udział: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Siły Systemów Bezzałogowych (SBS), Siły Operacji Specjalnych, Główny Wywiad Wojskowy (HUR) oraz Służba Wywiadu Zagranicznego.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy również przekazał o tym, że jednostki Sił Obrony Ukrainy zaatakowały w nocy z soboty na niedzielę rafinerię Gazpromnieft-Moskiewska Rafineria Naftowa w rejonie Kapotnia w Moskwie.

Według Sztabu Generalnego na terenie obiektu odnotowano rozległy pożar. Uszkodzone zostały instalacja destylacji atmosferyczno-próżniowej AVT-6, kompleksowa instalacja przerobu ropy naftowej oraz instalacja izomeryzacji.

Moskiewska Rafineria Naftowa jest jednym z największych zakładów rafineryjnych w Rosji. Zdolność przerobowa zakładu wynosi około 12 mln ton ropy naftowej rocznie. Zakład przetwarza ropę naftową oraz produkuje benzyny samochodowe, olej napędowy i paliwo lotnicze, mazut oraz inne produkty naftowe.

PAP


W wyniku ataków rakietowych Rosji Ukraina praktycznie utraciła swój przemysł stalowy, a trzy główne huty w kraju zostały całkowicie unieruchomione - napisał w niedzielę brytyjski dziennik "Financial Times", powołując się na przedstawicieli branży i władze w Kijowie.

Jak pisze "FT", na początku tego miesiąca rosyjskie rakiety balistyczne uderzyły w wielkie piece trzech największych zakładów hutniczych - w obwodzie dniepropietrowskim na środkowym wschodzie oraz w obwodzie zaporoskim na południu Ukrainy. Odpowiadały one dotychczas za 90 proc. produkcji stali w państwie. Zaatakowane zostały zakłady koncernu Metinvest oraz fabryka ArcelorMittal w Krzywym Rogu. W czwartek zakład w Zaporożu został zaatakowany ponownie dwiema rakietami balistycznymi - był to już czwarty ostrzał tego obiektu w ciągu niespełna miesiąca. We wrześniowych atakach zginęło 17 hutników.

"Obecnie Ukraina nie ma już przemysłu stalowego. Wiedzieli o zakładach wszystko, wiedzieli dokładnie, gdzie uderzyć" - oświadczył Ołeksandr Wodowiz, szef biura prezesa Metinvestu. Dodał, że w tej chwili nie sposób oszacować, czy naprawy potrwają tygodnie, miesiące, czy lata, co uderzy w podatki i zatrudnienie - same tylko zaatakowane huty zatrudniały ponad 15 tys. osób.

Dziennik podkreśla, że paraliż hutnictwa wpisuje się w szerszą, nową kampanię powietrzną Moskwy, której celem jest zniszczenie gospodarki i oporu Ukrainy. Rosyjskie rakiety i drony atakują centra logistyczne, porty, infrastrukturę kolejową i stacje paliw. Z 5 mln mkw. nowoczesnych magazynów na Ukrainie zniszczono już 2,1 mln mkw.

Według szacunków ukraińskiego premiera Serhija Koreckiego same tylko straty podatkowe wynikające z ostatnich ataków wyniosą około 1,5 mld dolarów, pogłębiając tegoroczny deficyt budżetowy kraju, szacowany na 27 mld dolarów.

"Mamy do czynienia z gospodarczą wojną na wycieńczenie. Rosja próbuje zaatakować ukraińską gospodarkę tak mocno, jak to możliwe" - podsumowała w rozmowie z gazetą Ołena Biłan, główna ekonomistka banku inwestycyjnego Dragon Capital.

Hutnictwo przez dziesięciolecia stanowiło jeden z głównych motorów napędowych ukraińskiej gospodarki i kluczowe źródło walut z eksportu. Rosyjska kampania przeciwko infrastrukturze przemysłowej i logistycznej jest odpowiedzią na ukraińskie uderzenia dronami dalekiego zasięgu w rosyjskie rafinerie i obiekty wojskowe. Według ekspertów doprowadzenie do zapaści ukraińskiego przemysłu ma na celu wymuszenie na Kijowie ustępstw politycznych. 

PAP

sobota, 19 września 2026



Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło 19 września, że od początku 2026 r. siły rosyjskie zajęły ponad 5300 kilometrów kwadratowych i ponad 220 osiedli na Ukrainie, w tym ponad 670 kilometrów kwadratowych i 27 osiedli do tej pory we wrześniu 2026 r. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie zajęły jedynie 147,7 kilometrów kwadratowych i 40 osiedli, ale w 2026 r. straciły netto 20 osiedli. Uwzględnienie obszarów, na które siły rosyjskie zinfiltrowały się, ale których nie kontrolują, zwiększa całkowite rosyjskie zyski do 718,8 kilometrów kwadratowych w tym roku, co nadal jest znacznie poniżej roszczeń rosyjskiego Ministerstwa Obrony z 19 września. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że z drugiej strony siły ukraińskie wyzwoliły w 2026 r. co najmniej 972,56 km2 i 60 osiedli. 


(...)

Ta kremlowska kampania informacyjna jest szczególnie ważna w kontekście trwających w dniach 18-20 września wyborów do rosyjskiej Dumy Państwowej, gdyż Kreml stara się pozycjonować partię Jedna Rosja jako partię zwycięstwa na Ukrainie i przedstawia wybory jako referendum w sprawie wojny. Ta rosyjska operacja informacyjna prawdopodobnie ma również na celu przekonanie zachodniej publiczności, że wsparcie dla Ukrainy jest daremne tuż przed corocznymi sesjami Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które odbędą się w dniach 21-28 września.

(...)

Szef sztabu 3. Korpusu Armii Ukrainy i zastępca dowódcy Petro Horbatenko oświadczył 19 września, że siły ukraińskie utworzyły specjalne kanały koordynacyjne, przeprowadziły serię ataków na rosyjskie miejsca startu dronów, utworzyły systemy obrony powietrznej i walki elektronicznej (EW) oraz odcięły rosyjskie linie zaopatrzenia w sektorze, aby ukształtować pole bitwy przed kontrofensywą przeciwko rosyjskiemu występowi na północ od Łymania. Dowódca obrony powietrznej ukraińskiego 3. Korpusu Armii oświadczył 19 września, że siły ukraińskie priorytetowo traktują identyfikację i niszczenie rosyjskich miejsc startu dronów, aby przeciwdziałać rosnącej liczbie rosyjskich dronów rozpoznawczych i uderzeniowych. Dowódca oświadczył, że ukraińskie ataki na rosyjskich operatorów dronów odsunęły rosyjskie jednostki dronów dalej od linii frontu i zmusiły elitarne rosyjskie jednostki Centrum Zaawansowanych Systemów Bezzałogowych Rubikon do przeniesienia wszystkich sił rozmieszczonych na tym obszarze do innego sektora. Systematyczna, ukraińska kampania uderzeniowa średniego zasięgu przeciwko rosyjskiej logistyce w okupowanym obwodzie ługańskim zakłóciła rosyjską logistykę do 120 kilometrów od linii frontu i ograniczyła dostawy paliwa na linię frontu, nadwyrężając zdolność Rosji do wykorzystania dronów i EW do ochrony przed ukraińskimi dronami /EW potrzebuje generatorów prądu - red./.

W 2024 r. ISW oceniło, że przywrócenie manewrów na poziomie operacyjnym będzie wymagało zneutralizowania rosyjskiego kompleksu taktycznego rozpoznania (TRSC), aby ułatwić penetrację, (...). TRSC to wyrażenie używane przez ISW do szczegółowego opisu obecnego systemu ciągłego rozpoznania powietrznego i dronów uderzeniowych w połączeniu ze starszą bronią załogową, artylerią i przygotowaną obroną. (...) Ukraińska kampania uderzeniowa średniego zasięgu odizolowała rosyjskie siły frontowe od posiłków i zaopatrzenia. Siły ukraińskie utworzyły bańkę antydronową wykorzystującą głównie elektroniczne systemy bojowe nad siłami ukraińskimi, która tymczasowo zakłóciła rosyjski TRSC i poruszała się wraz z nacierającymi siłami ukraińskimi. Ten projekt kampanii jest zgodny z oceną ISW z 2024 r. dotyczącą tego, w jaki sposób można przywrócić manewr we współczesnej wojnie.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 7. Korpusu Szybkiego Reagowania Sił Powietrzno-Szturmowych oświadczył 19 września, że ukraińskie dowództwo wojskowe przydzieliło kierownictwo Hulyaipole obszarowi odpowiedzialności 7. Korpusu Szybkiego Reagowania. Rzecznik stwierdził, że kierunek Hulyaipole jest jednym z najważniejszych i najbardziej intensywnych sektorów wzdłuż południowej linii frontu, zauważając, że obszar ten jest mniej miejski i charakteryzuje się bardziej otwartym terenem, (...). Rzecznik oświadczył, że rosyjska 5. i 35. Armia Połączonych Broni (zarówno Wschodni Okręg Wojskowy [EMD], jak i część Wschodniego Ugrupowania Sił) prowadzą operacje ofensywne w kierunku Hulyaipole w celu ominięcia ukraińskich pozycji obronnych wokół Orichowa. Polewyj oświadczył, że siły rosyjskie próbują ominąć Małą Tokmaczkę (na południowy zachód od Hulaipola i na południowy wschód od Orichiwa) z północnego wschodu, aby ostatecznie dotrzeć na obrzeża miasta Zaporoże. Rzecznik dodał, że siły rosyjskie prawdopodobnie zgromadziły wystarczającą liczbę pojazdów opancerzonych, aby wzmocnić rosyjską piechotę i przeprowadzić taktyczne ataki zmechanizowane tam, gdzie siły rosyjskie “odniosły przynajmniej niewielkie sukcesy taktyczne”.


understandingwar.org


Na początku marca na platformie X pojawił się post zawierający krótkie, lecz dosadne hasło: "Ręce precz od Azji!".

Wpis został zamieszczony na koncie Vijaya Prashada, dyrektora Tricontinental: Institute for Social Research, czyli amerykańskiej organizacji politycznej finansowanej przez Neville’a Roya Singhama — mieszkającego w Szanghaju amerykańskiego milionera z branży technologicznej. Jeden z milionów wpisów opublikowanych tego dnia okazał się zaledwie początkiem nowej wojny politycznej.

(...)

Oficjalne rozpoczęcie kampanii przeciwko amerykańskim bazom wojskowym w sojuszniczych krajach Azji, takich jak Korea Południowa, Japonia czy Filipiny, miało miejsce 30 kwietnia podczas webinarium zatytułowanego "RĘCE PRECZ OD AZJI! Pokój, suwerenność i antyamerykański militaryzm". Spotkanie w Pekinie prowadziła Tings Chak, współkoordynatorka Tricontinental ds. Azji. Termin wydarzenia był nieprzypadkowy — 51. rocznica upadku Sajgonu, czyli amerykańskiej porażki w wojnie w Wietnamie, miała być wyraźnym sygnałem wymierzonym w USA.

— Obecność amerykańskich wojsk nie oznacza ochrony dla żadnego z narodów tego regionu — powiedziała Chak, odnosząc się do Bliskiego Wschodu i wskazując na "łuk infrastruktury wojskowej rozciągający się od Japonii, przez Koreę Południową, Filipiny, Guam, Australię, po wyspę Diego Garcia i państwa Zatoki Perskiej".

Wietnamka Luna Nguyen, określająca się jako "twórczyni treści marksistowsko-leninowskich", ostrzegała uczestników przed "imperializmem USA". Irańska naukowczyni Setareh Sadeqi wtórowała: "Bazy wojskowe USA nie tylko zapobiegają konfliktom. Potrafią również je przyciągać."

W połowie lipca w Kolombo wszystko przeniosło się do rzeczywistości. Podczas konferencji, w której udział wzięli liczni aktywiści z USA i Azji, powstała Deklaracja z Kolombo na rzecz Suwerenności i Solidarności Ludów, zawierająca przesłanie: "Wróg jest jeden i niepodzielny. Nasza odpowiedź też musi taka być. Ręce precz od Azji!". Kampania piętnuje wroga na płaszczyźnie wojskowej, ekonomicznej i politycznej, a także za tzw. "przechwytywanie umysłów", czyli ideologiczną kontrolę.

W sierpniu akcja dotarła do Filadelfii i Nowego Jorku, gdzie grupa starych i nowych organizacji antyimperialistycznych, w tym Anti-Imperialist South Asian Alliance oraz propółnocnokoreańska Nodutdol ("kamień milowy" po koreańsku), działająca przeciwko amerykańskim bazom w Korei Południowej, zorganizowała zamknięte spotkania i publiczne wiece z jednolitym przekazem. Główny cel — jak oceniają eksperci od chińskiej wojny politycznej — to wzbudzenie "sceptycyzmu wobec USA".

Gdy zaczniemy drążyć temat, szybko wyłoni się wzorzec: karuzela organizacji i resentymentów, sieć wzajemnie wzmacniających się wydarzeń, kampanii, hashtagów i narracji. To gigantyczny, globalny diagram Venna grup i osób, które ostatecznie sprowadzają swój przekaz do jednego hasła: "Nienawidzimy Ameryki".

W te działania zaangażowane są setki, a może i tysiące organizacji. Wiele z nichjest powiązana z Singhamem, który hojnie finansował kluczowe grupy, takie jak Tricontinental, a także głównego organizatora Deklaracji z Kolombo — International Peoples’ Assembly. Na instagramowym profilu tej ostatniej czytamy: "jesteśmy siecią ponad 200 organizacji ludowych, ruchów społecznych, partii politycznych i związków zawodowych".

Wszystkie te środowiska powielają te same punkty propagandowe, narracje i cele geopolityczne promowane przez KPCh. Na przykład twierdzenie, że Tajwan jest częścią Chin. Albo że Japonia niebezpiecznie się remilitaryzuje. Czy też że Stany Zjednoczone są hegemonem, którego należy usunąć z Azji. O tym, co najważniejsze, zwykle nie mówi się wprost: Chiny dążą do zajęcia miejsca USA w roli hegemona. KPCh otwarcie deklaruje, że najpóźniej do 2049 r. chce osiągnąć globalną dominację, czyli de facto status najpotężniejszego supermocarstwa świata. Nie kryje przy tym przekonania, że Stany Zjednoczone nie są już zdolne do pełnienia tej roli.

W Szanghaju finansujący działalność aktywistów Neville Singham regularnie spotyka się i publicznie występuje z ideologami oraz propagandystami KPCh związanymi z uczelniami, firmami i władzami lokalnymi. Wspólnie promują różnego rodzaju projekty, w tym organizację ważnych wydarzeń, takich jak ubiegłoroczne spotkanie działającego w Szanghaju Global South Academic Forum.

Jest to narracja podsycająca podziały.

(...)

Analitycy wywiadu szukają wzorców. A ten wzorzec jest wyraźny: setki powiązanych ze sobą organizacji, często z nakładającym się kierownictwem i członkostwem, rozpowszechniających te same przekazy w różnych częściach świata.

(...)

Istnieją również dowody na to, że internetowa kampania "Ręce precz od Azji!" jest sztucznie napędzana, by rozprzestrzeniać się szybciej niż byłoby to możliwe w sposób naturalny. Według analizy izraelskiego start-upu SpringAI, który zajmuje się transparentnością algorytmów mediów społecznościowych, kampania jest nienaturalnie wzmacniana na TikToku przynajmniej w trzech azjatyckich krajach, przy czym niektóre jej przekazy są faworyzowane w stopniu wręcz astronomicznym. Narracje te przedostały się również do Stanów Zjednoczonych za pośrednictwem debat geopolitycznych na TikToku, ale także na X i Instagramie.

TikTok został założony przez chińską firmę ByteDance. W Stanach Zjednoczonych platforma należy obecnie głównie do konsorcjum amerykańskich spółek, po tym jak prezydent Donald Trump wymusił sprzedaż udziałów. ByteDance zachował jednak kontrolę nad algorytmem oraz niemal 20 proc. udziałów w firmie. Poza USA, na przykład w Azji, gdzie kampania wydaje się najsilniejsza, TikTok pozostaje w pełni własnością ByteDance.

SpringAI twierdzi również, że znalazło dowody algorytmicznego promowania treści antytrumpowych na TikToku w USA.

(...)

— Przeciwko USA i ich interesom w Azji działa szerokie spektrum grup związanych z United Front, KPCh, marksistowskich i innych radykalnie lewicowych — mówi Kerry Gershaneck, wykładowca na Tajwańskim Uniwersytecie Chengchi, ekspert kontrwywiadu i wojny politycznej z wieloletnim doświadczeniem. — Ostatecznym celem jest zniszczenie USA i naszych wartości poprzez wojnę psychologiczną, dezinformację, ataki poznawcze i przemoc, które mają rozbić naszą tożsamość narodową i spójność. Jeśli Chiny spełnią groźby użycia siły militarnej, by zająć Tajwan i terytoria naszych sojuszników, takich jak Japonia czy Filipiny, te grupy gwałtownie nasilą propagandę, zamieszki i inne działania mające zablokować amerykańską reakcję.

Brzmi to może jak przesada, ale w niedawnym raporcie Kongresu USA przedstawiono podobne wnioski. "Nasi przeciwnicy aktywnie wykorzystują otwartość i wolności naszego społeczeństwa, a przy tym w kreatywny sposób dążą do realizacji swoich strategicznych celów" — napisano w opublikowanym 31 sierpnia raporcie podsumowującym prace Komisji 9/11, przygotowanym przez Komisję Wywiadu Izby Reprezentantów.

(...)

W badaniach nad wywiadem i propagandą od dawna funkcjonuje zasada, że najskuteczniejsze operacje wpływu zawierają ziarno prawdy. Radzieckie służby specjalne często opierały na tym założeniu swoje kampanie dezinformacyjne i tzw. działania aktywne. "Ręce precz od Azji!" działa podobnie.

Istnieją autentyczne lokalne problemy, np. w japońskiej Okinawie, gdzie znajduje się wiele baz, w tym słynna Kadena ("centrum sił powietrznych na Pacyfiku"). Mieszkańcy skarżą się na wypadki wojskowe, zanieczyszczenie gleby i hałas, a także przestępstwa, przy czym amerykańscy żołnierze podlegają pewnym ochronom prawnym. Nacjonalizm i kwestie etniczne powodują też napięcia wokół baz USA w Korei Południowej i na Filipinach, gdzie niezadowolenie z warunków gospodarczych jest autentyczne. W Sri Lance, będącej centrum kampanii i miejscem przyjęcia Deklaracji z Kolombo, panuje niepokój z powodu paraliżującego zadłużenia zagranicznego — choć jednym z głównych wierzycieli są właśnie Chiny. Ale jakimś cudem Chiny nigdy nie są wskazywane jako problem. Zawsze tylko USA.

Gershaneck, który z własnego doświadczenia zna sytuację w Japonii i na Filipinach, przyznaje, że lokalne skargi są realne i często poważne.

— Tak, istnieją uzasadnione powody do niezadowolenia — mówi. — Kluczowe jest jednak to, w jaki sposób te problemy są wzmacniane i wykorzystywane. O to właśnie chodzi w całej tej operacji. To wykorzystywanie prawdziwych problemów społecznych. To próba zagłuszenia każdej narracji, która mówi o Stanach Zjednoczonych coś pozytywnego.

(...)

Yehonatan Dodeles i Omer Kafri ze SpringAI przez miesiące badali kampanię "Ręce precz od Azji!" na TikToku w trzech azjatyckich krajach. Zidentyfikowali siedem narracji regularnie promowanych przez kampanię, które wykazywały wysoki lub wręcz astronomiczny poziom uprzywilejowania przez algorytm.

Najczęściej powtarzały się następujące przekazy: amerykańskie bazy wojskowe są zapalnikiem potencjalnego konfliktu; Stany Zjednoczone sztucznie kreują zagrożenia w Azji; Morze Południowochińskie należy do Chin; oraz że USA prowadzą propagandową wojnę o umysły mieszkańców Azji.

Metodologia badań jest złożona i obejmuje wykorzystanie równoległej aplikacji, paneli złożonych z ludzi oraz botów. Według SpringAI od 30 kwietnia, czyli od oficjalnego internetowego startu kampanii w Pekinie, do 7 września dziesiątki tysięcy filmów rozpowszechniały siedem konkretnych przekazów powiązanych z kampanią. Jej główna narracja, zgodnie z którą amerykańskie bazy wojskowe są obciążeniem, a nie atutem, została wyświetlona około 450 kontom-botom ponad 300 tys. razy.

W praktyce oznacza to, że filmy promujące poszczególne elementy tej narracji są wyświetlane znacznie częściej, niż wynikałoby to z normalnego działania algorytmu. Trafiają do spersonalizowanej zakładki "Dla Ciebie" na TikToku zdecydowanie częściej, niż powinny. Maksymalny poziom odchylenia od normy wyniósł 9,5 odchylenia standardowego.

Dla zobrazowania: to tak, jakby podrzucić monetę sto razy i niemal za każdym razem otrzymać orła. Prawdopodobieństwo takiego wyniku jest na tyle małe, że statystycznie uznaje się je za niemożliwe. Spośród dziewięciu antyamerykańskich narracji monitorowanych przez firmę aż siedem wykazywało odchylenie przekraczające 5,6 odchylenia standardowego, co odpowiada sytuacji, w której na sto rzutów monetą aż 78 kończy się tym samym wynikiem.

Kafri, prezes i współzałożyciel SpringAI, śledzi zachowanie algorytmu i jest przekonany, że jest on wykorzystywany przez chińskie grupy interesu "do kontroli na całym świecie". Firma skupia się wyłącznie na algorytmach i deklaruje, że jej misją jest "ujawnianie ukrytych mechanizmów algorytmów mediów społecznościowych, by bronić demokracji przed sztuczną inteligencją".

— To niezwykle potężne narzędzie — mówi Dodeles, dyrektor ds. technologii w SpringAI. — Znacznie skuteczniejsze niż zwykła kampania botów czy nawet dobrze finansowana akcja mająca osiągnąć konkretny cel. W tym przypadku mamy do czynienia z kampanią wielowarstwową, której elementem jest również manipulacja algorytmiczna.

Dodeles podkreśla jednak, że SpringAI nie oskarża TikToka o celowe prowadzenie takiej operacji.

— Nie twierdzimy, że istnieje zamiar czy świadome działanie. To, co wynika z danych, to fakt, że pewne treści są wzmacniane w stopniu, którego nie da się wyjaśnić wyłącznie ich popularnością czy zaangażowaniem użytkowników. Niezależnie od przyczyny odpowiedzialność za sposób działania systemu spoczywa na platformie — powiedział.

Dodeles dodał, że badanie wykazało, iż źródło manipulacji znajduje się wewnątrz samej platformy TikTok, choć badaczom nie udało się dotąd ustalić, gdzie dokładnie.

— Nasza technologia wykrywa manipulację tylko wtedy, gdy pochodzi ona z wnętrza platformy — stwierdził. Dodał, że nawet jeśli algorytm po prostu popełnia błędy, to "wszystkie te błędy w niezwykle dużym stopniu pokrywają się z wartościami i interesami KPCh".

(...)

— Chińska Ludowa Armia Wyzwolenia (PLA) oficjalnie używa pojęcia "wojna w mediach społecznościowych" co najmniej od 2015 r. — mówi Gershaneck, autor powstającej na ten temat książki, który zeznawał w Kongresie na temat wyzwań, jakie jego zdaniem stoją przed USA w związku z Chinami. — Dla PLA media społecznościowe to broń, a broni używa się, by wygrywać konfrontacje. KPCh prowadzi nieustępliwe, hojnie finansowane operacje propagandowe przeciwko USA w ramach swojej wszechogarniającej wojny politycznej. Jesteśmy celem numer jeden. Bo to nas, hegemona, trzeba obalić, żeby samemu się nim stać.

Pekin wielokrotnie deklarował, że chce się rozwijać pokojowo, nie dąży do roli hegemona i opowiada się za wielobiegunowym ładem światowym. By to osiągnąć, ogłosił szeroki program globalnych "inicjatyw" gospodarczych, cywilizacyjnych i dotyczących zarządzania. Jednak Xi Jinping wezwał także do "komunikacji celowanej", dostosowanej do "różnych regionów, krajów i grup demograficznych", by zapewnić "segmentowane rozpowszechnianie chińskich opowieści i głosu Chin".

W artykule z 2024 r. opublikowanym w "Military Digest" badacz Chen Changxiao z Akademii Wczesnego Ostrzegania Sił Powietrznych PLA opisał wykorzystanie algorytmów online do "sterowania wojną opinii publicznej". Jak twierdzi Gershaneck, USA są dziś kompletnie nieprzygotowane i niezdolne do podjęcia walki z tym narastającym wyzwaniem. Lewis przyznaje mu rację.

— USA zdemontowały większość swoich możliwości prowadzenia wojny politycznej po zimnej wojnie i nie stworzyły nic w zamian. Czas to zmienić — ocenia.

— USA były kiedyś dobre w wojnie politycznej — mówi Gershaneck. — To pomogło wygrać zimną wojnę. Teraz czas na poważną odpowiedź. Nie mamy obowiązku popełniać narodowego samobójstwa.

onet.pl\Newsweek


To brzmi jak scenariusz politycznego pastiszu. Konfederacja uczestniczy w operacji zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Podpisy udaje się zebrać, co więcej — pozostawiony na lodzie przez swych towarzyszy z Koalicji Obywatelskiej Miszalski przegrywa referendum i traci stanowisko. Ponieważ trzeba wybrać nowego prezydenta, partie prześcigają się w wystawianiu kandydatów. Swojego czempiona wystawia także Konfederacja — to Bartosz Bocheńczak. I tu ta piękna opowieść się kończy. Bo kandydaci wszystkich głównych partii — łącznie z Koroną Brauna — zbierają po 3 tys. podpisów, żeby się zarejestrować w wyborach, konfederata zaś nie. Bocheńczak dysponował co prawda autografami nieboszczyków, ale Państwowa Komisja Wyborcza nie uznaje poparcia z zaświatów.

To nie jest opis przypadkowej porażki. Konfederata został zatopiony przez swych towarzyszy z Konfederacji.

Rozbierzmy to na czynniki pierwsze. Konfederację tworzą dwie odrębne partie. Nowa Nadzieja Sławomira Mentzena wyrosła z libertariańskich ugrupowań Janusza Korwin-Mikkego. Z kolei Ruch Narodowy Krzysztofa Bosaka to kontynuacja przedwojennej endecji, wskrzeszonej po upadku komuny przez 18-letniego Romana Giertycha.

Przez długie lata tak narodowcy, jak i korwinowcy dramatycznie walczyli we wszelkich możliwych wyborach o przekroczenie progu — zazwyczaj widowiskowo przegrywając. Sytuacja zmieniła się wiosną 2019 r. Z badań Mentzenowi wyszło, że korwinowcy muszą się poszerzyć: szukać wśród liberalnego elektoratu wielkomiejskiego albo przyciągnąć narodowo-konserwatywnych wyborców z mniejszych miejscowości. Mieszczuchy miały już swoją Platformę i Lewicę. Postawił więc na sojusz z Ruchem Narodowym, bo obie partie walczyły o różne elektoraty i były silne w odmiennych częściach kraju. "Wyszło nam pięć postulatów. Nazwałem je piątką Konfederacji: nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej" — rzucił Mentzen.

Konfederacja weszła do Sejmu, mimo dramatycznych ataków PiS, które w finale kampanii wzięło na sztandary nawet antysemickie hasła bliskie części konfederatów.

Od początku w tym sojuszu radykałów zgrzytało. W 2020 r. partyjne prawybory prezydenckie wygrał Bosak, mimo że korwinowcy próbowali go zablokować. Atmosfera zgęstniała w roku 2025, gdy na prezydenta wystartował Mentzen i zajął dobre trzecie miejsce. Bawił się swym poparciem przed drugą turą — pielgrzymowali do niego i Nawrocki, i Trzaskowski. Wtedy uwierzył, że to on jest jedynym motorem Konfederacji.

Z jednej strony od tego czasu aż do dziś trwa dobra sondażowa passa formacji, z drugiej — styl Mentzena rozsadza ją od środka. Najpierw brutalnie spacyfikował ludzi we własnej partii, czego finałem stało się odejście popularnej europosłanki Ewy Zajączkowskiej-Hernik. Na to mu jeszcze narodowcy pozwalali — nie ich cyrk, małpy tym bardziej. Ale problemy zaczęły się, gdy Mentzen i jego ludzie zaczęli marginalizować narodowców.

Tak stało się właśnie w Krakowie, gdzie podpisy za odwołaniem Miszalskiego zebrali silni tam narodowcy. Mimo to Konfederacja wystawiła na prezydenta mentzenowca Bocheńczaka, który ma narodowców gdzieś. Więc narodowcy zebrali mu 18 podpisów. W akcie zemsty Mentzen — za plecami Bosaka — zaczął negocjować poparcie Konfederacji dla faworyta wyborów krakowskich Łukasza Gibały, byłego posła Ruchu Palikota.

Takich tarć było i jest więcej — Bosak poparł Nawrockiego w wyborach, a Mentzen tego nie zrobił. Bosak odcina się od lobbysty Zondy Przemysława Wiplera, którego Mentzen wciągnął do Sejmu. I broni szefa sztabu generalnego Wiesława Kukuły, którego Mentzen wyzywa.

Mentzen to milioner, egotyk i król mediów społecznościowych. Bosak latami miał łatkę pryszczatego narodowca, który tańczy z gwiazdami i pływa na desce. Ale od dłuższego czasu pracuje nad wizerunkiem — rodzina, czworo dzieci, wicemarszałek w Sejmie.

Mają kompetnie różne plany. Mentzen chce być królem słońce na prawicy, gdy PiS się rozleci. Ma czas i sporo krypto na koncie.

Bosak nie chce już czekać, wszak jest starszy od prezydenta. Marzy mu się resort obrony albo fotel marszałka w nowym Sejmie. Pójdzie z każdym na prawicy, kto mu to da. Nawet jeśli będzie to oznaczać rozstanie z Mentzenem.

Nie, przed wyborami Konfederacja się nie podzieli. Mentzen i Bosak nie są idiotami, by niweczyć projekt, który w sondażach zbliża się do PiS. Ale pęknięcie po wyborach jest wielce prawdopodobne. Po prawdzie to główna nadzieja Kaczyńskiego na powrót do władzy — ponowne zjednoczenie z Morawieckim i przyciągnięcie Bosaka.

onet.pl\Newsweek