niedziela, 6 września 2026

 
 
Największym zagrożeniem dla Tajwanu była Chińska Republika Ludowa. W 1976 roku zmarł Mao Zedong, co zmniejszyło wprawdzie niebezpieczeństwo bezpośredniej inwazji na wyspę, ale za to Chiny stawały się coraz większym wyzwaniem gospodarczym. Pod nowym przywództwem zaczęły integrować się ze światową gospodarką i przyciągały do siebie firmy, które tworzyły miejsca pracy przy produkcji i montażu prostych urządzeń. Wcześniej, żeby wydźwignąć się z biedy, podobne działania podjął Tajwan. W Chinach płace były jednak niższe, a kilkaset milionów rolników z ochotą zrezygnowałoby z pracy na roli na rzecz zatrudnienia w fabrykach, dlatego wejście Państwa Środka do branży montażu urządzeń elektronicznych zagrażało gospodarce Tajwanu. Tajwańscy urzędnicy spotykający się z kierownictwem Texas Instruments skarżyli się, że taka sytuacja jest równoznaczna z „wojną” gospodarczą. Nie mogąc konkurować z Chinami w zakresie cen, Tajwan sam musiał zacząć produkować zaawansowane technologicznie urządzenia.

K.T. Li zwrócił się o pomoc do Morrisa Changa, osoby, która w największym stopniu przyczyniła się do sprowadzenia firm montażowych na Tajwan. Na początku lat osiemdziesiątych Chang został pominięty w awansie na stanowisko prezesa Texas Instruments („wysłali mnie na zieloną trawkę” – stwierdził później) i po ponad dwudziestu latach pracy opuścił firmę. Przeniósł się do Nowego Jorku, gdzie prowadził firmę elektroniczną General Instrument, ale niezadowolony z pracy, po roku z niej zrezygnował. W przeszłości osobiście pomagał budować przemysł półprzewodników. Niezwykle wydajne procesy produkcyjne TI były wynikiem jego eksperymentów i wiedzy w zakresie zwiększania wydajności. Stanowisko, o którym marzył – prezesa zarządu TI – zapewniłoby mu w branży prominentną pozycję porównywalną ze statusem Boba Noyce’a czy Gordona Moore’a. Kiedy więc otrzymał od tajwańskiego rządu propozycję objęcia kierownictwa nad przemysłem półprzewodnikowym na wyspie, popartą czekiem in blanco na sfinansowanie tych ambitnych planów, Chang uznał ofertę za intrygującą. Miał pięćdziesiąt cztery lata i wciąż szukał nowych wyzwań.

Chociaż większość mówi o „powrocie” Changa na Tajwan, jego związki z wyspą ograniczały się w zasadzie do zakładów Texas Instruments, które pomagał tworzyć, i problematycznej zwierzchności Tajwanu nad rządem jego ojczystych Chin. Chang po ucieczce z ojczyzny przez czterdzieści lat jej nie odwiedzał, a miejscem, w którym mieszkał najdłużej, był Teksas. Posiadał amerykańskie poświadczenie bezpieczeństwa uprawniające go do prac nad urządzeniami dla wojska. Był zapewne bardziej Teksańczykiem niż Tajwańczykiem. „Tajwan był dla mnie dziwnym miejscem” – wspominał później.

Jednak budowa tajwańskiego przemysłu półprzewodnikowego wydawała się ekscytującym wyzwaniem. Kierowanie rządowym Industrial Technology Research Institute – takie stanowisko formalnie zaproponowano Changowi – stawiało go w centrum tajwańskich wysiłków na rzecz rozwoju branży układów scalonych. Obietnica rządowego wsparcia finansowego dodatkowo osładzała umowę. Rzeczywiste objęcie pieczy nad przemysłem półprzewodnikowym na wyspie gwarantowało, że Chang nie musiał odpowiadać przed nikim poza ministrami takimi jak K.T. Li, którzy i tak obiecali mu dużą swobodę działania. Firma Texas Instruments nigdy nie dawała czeków in blanco. Chang wiedział, że będzie potrzebować dużo pieniędzy, ponieważ jego plan opierał się na rewolucyjnym pomyśle. Gdyby udało się go zrealizować, układ sił w przemyśle elektronicznym zostałby zdefiniowany na nowo, dając Changowi – i Tajwanowi – kontrolę nad najbardziej zaawansowaną technologią na świecie.

Już w połowie lat siedemdziesiątych, będąc jeszcze w TI, Chang wpadł na pomysł stworzenia firmy, która produkowałaby chipy samodzielnie zaprojektowane przez klientów. W tamtym czasie firmy takie jak TI, Intel czy Motorola produkowały chipy zaprojektowane głównie przez siebie.

Chang przedstawił ten nowy model biznesowy innym dyrektorom TI w marcu 1976 roku. „Niski koszt mocy obliczeniowej sprawi – wyjaśniał współpracownikom – że układy znajdą zastosowanie w zupełnie nowych obszarach”, tworząc nowe źródła popytu na chipy, które wkrótce miały być używane we wszystkich urządzeniach – od telefonów po samochody i zmywarki do naczyń. Zakładał, że firmy wytwarzające te towary nie mają doświadczenia w produkcji układów scalonych, więc będą wolały zlecić ich wytwarzanie wyspecjalizowanym przedsiębiorstwom. Co więcej, wraz z postępem technicznym i zmniejszaniem się wielkości tranzystorów koszty maszyn produkcyjnych i prac badawczo-rozwojowych będą rosły. Tylko firmy produkujące duże ilości chipów mogą być konkurencyjne cenowo.

Kierownictwo TI nie było do tego pomysłu przekonane. W tamtym czasie, w 1976 roku, nie było jeszcze żadnych firm, które mimo braku własnych fabryk zajmowałyby się projektowaniem układów scalonych. Jednak Chang przewidywał, że wkrótce takie firmy się pojawią. Texas Instruments miał duże zyski, więc wchodzenie na rynki, które dopiero się tworzyły, wydawało się ryzykowne. Pomysł został dyskretnie odrzucony.

Chang nigdy nie zapomniał o swojej idei. Uważał, że wraz z upływem czasu staje się ona coraz bardziej realistyczna, szczególnie po tym, jak przełomowe rozwiązania Lynn Conway i Carvera Meada w zakresie projektowania chipów znacznie ułatwiły oddzielenie tego procesu od produkcji układów scalonych. Według autorów pomysłu mogło to być kamieniem milowym w branży półprzewodnikowej porównywalnym do „rewolucji Gutenberga” w piśmiennictwie.
 
Na Tajwanie niektórzy inżynierowie myśleli w podobny sposób. Chintay Shih, który pomagał kierować tajwańskim Industrial Technology Research Institute, w połowie lat osiemdziesiątych zaprosił Meada na wyspę, aby podzielić się z nim swoją wizją „rewolucji Gutenberga” w przemyśle półprzewodnikowym. Pomysł rozdzielenia projektowania i wytwarzania chipów dojrzewał więc na Tajwanie już kilka lat przed tym, zanim minister K.T. Li zaoferował Morrisowi Changowi czek in blanco na budowę tajwańskiego przemysłu półprzewodnikowego.

Minister Li spełnił swoją obietnicę i znalazł środki na sporządzony przez Changa biznesplan. Tajwański rząd zdecydował się pokryć 48 procent kapitału początkowego TSMC, ale postawił jeden warunek – Chang miał znaleźć zagraniczną firmę, która zapewni dostęp do zaawansowanych technologii produkcyjnych. Byli koledzy Changa z TI i Intela nie poparli go. „Morris, kiedyś miałeś wiele dobrych pomysłów – powiedział mu Gordon Moore. – Ale to nie jest jeden z nich”. Tymczasem Chang przekonał Philipsa, holenderską firmę z branży półprzewodnikowej, do wyłożenia 58 milionów dolarów, transferu technologii produkcyjnych i udostępnienia odpowiednich licencji w zamian za 27,5 procent udziałów w TSMC.

Resztę kapitału pozyskano od zamożnych Tajwańczyków, których rząd „poprosił” o zainwestowanie w TSMC. „Zwykle wyglądało to tak, że jeden z ministrów dzwonił do tajwańskiego biznesmena – wyjaśnił Chang – aby skłonić go do inwestycji”. Rząd poprosił o wyłożenie pieniędzy kilka najbogatszych rodzin na wyspie, które były właścicielami firm specjalizujących się w tworzywach sztucznych, tekstyliach i chemikaliach. Kiedy pewien biznesmen po trzech spotkaniach z Changiem odmówił, premier Tajwanu zadzwonił do skąpego prezesa i przypomniał mu: „Rząd był dla ciebie bardzo dobry przez ostatnie dwadzieścia lat. Teraz ty zrób coś dla rządu”. Niedługo potem przyszedł od niego czek na budowę zakładów produkcyjnych Changa. Rząd przyznał również TSMC duże ulgi podatkowe, dzięki czemu firma mogła przeznaczyć pokaźne środki na inwestycje. Od pierwszego dnia TSMC nie był tak naprawdę prywatną firmą: był to projekt tajwańskiego państwa.

Podstawą sukcesu TSMC były głębokie powiązania z amerykańskim przemysłem półprzewodnikowym. Klientami firmy byli w większości amerykańscy projektanci układów scalonych, a wiele zatrudnionych w niej osób pracowało wcześniej w Dolinie Krzemowej. W latach 1991–1997 prezesem TSMC był Don Brooks, były dyrektor w Texas Instruments. „Większość podlegających mi osób – wspominał Brooks – miała za sobą jakieś doświadczenia pracy w Stanach Zjednoczonych (…) wszyscy zatrudnieni byli w Motoroli, Intelu lub TI”. Przez większą część lat dziewięćdziesiątych połowa sprzedaży TSMC przypadała na firmy amerykańskie. W tym samym czasie duża część kadry kierowniczej robiła doktoraty na najlepszych amerykańskich uczelniach.

Ta symbioza przynosiła korzyści zarówno Tajwanowi, jak i Dolinie Krzemowej. Przed powstaniem TSMC kilka małych firm, głównie z Doliny Krzemowej, próbowało budować swój biznes wokół projektowania chipów. Starały się uniknąć poniesienia kosztów budowy własnych fabryk poprzez zlecanie produkcji innym podmiotom. Czasami firmy, które nie posiadały własnych fabryk – stąd nazwa „fabless” – były w stanie przekonać do współpracy dużego producenta układów scalonych dysponującego wolnymi mocami produkcyjnymi. Jednak zawsze miały dla niego status drugiej kategorii, ponieważ priorytetem była realizacja jego własnych planów. Co gorsza, ciągle narażały się na ryzyko, że firmy, którym zlecały produkcję, ukradną ich pomysły. Ponadto musiały uwzględniać różnice w procesach produkcyjnych, które w każdej fabryce były nieco inne. Brak konieczności budowania fabryk zdecydowanie obniżał koszty rozpoczęcia działalności, ale poleganie na konkurencji w zakresie produkcji układów scalonych zawsze było ryzykownym modelem biznesowym. 

Założenie TSMC dało wszystkim projektantom układów scalonych niezawodnego partnera. Chang obiecał nigdy nie projektować chipów, tylko je budować. TSMC nie konkurował ze swoimi klientami; zarabiał, jeśli oni odnosili sukcesy na rynku.

(...)

W branży układów scalonych model biznesowy Changa, dzięki któremu start-upy mogły obniżać koszty rozpoczęcia działalności, przyczynił się do powstania dziesiątek nowych „twórców” – firm typu fabless projektujących układy scalone, ale nieposiadających własnych zakładów produkcyjnych. Dzięki nim można było umieścić układy scalone we wszelkiego rodzaju urządzeniach, a to całkowicie przekształciło branżę technologiczną. Jednakże postępująca demokratyzacja w zakresie projektowania układów scalonych zbiegła się w czasie z monopolizacją „cyfrowej prasy drukarskiej”. Ekonomika produkcji chipów wymagała nieustannego wzmacniania pozycji rynkowej. Firma, która produkowała najwięcej chipów, zyskiwała przewagę konkurencyjną dzięki rozłożeniu kosztów inwestycji kapitałowych na większą liczbę klientów. TSMC rozkwitł w latach dziewięćdziesiątych i nieustannie doskonalił swoje procesy produkcyjne.

Chris Miller - Wielka wojna o czipy

sobota, 5 września 2026



Przeciwnicy napędzanej posępnymi nastrojami społecznymi Alternatywy dla Niemiec (AfD) próbują zatrzymać jej marsz po władzę w Saksonii-Anhalcie, mobilizując wyborców do "strategicznego głosowania" na partie walczące o przekroczenie progu wyborczego.

W niedzielę mieszkańcy Saksonii-Anhaltu wybiorą nowy landtag. Prawicowo-populistyczna Alternatywa dla Niemiec jest zdecydowanym faworytem wyborów. W ostatnich sondażach to antyestablishmentowe ugrupowanie uzyskuje od 40 do 43 proc. poparcia. Stoi przed szansą, by po raz pierwszy sięgnąć po władze na poziomie kraju związkowego.

Niemiecka prasa głosowanie w Saksonii-Anhalcie określa jako "potencjalnie historyczne", nazywa także "wyborami ostatniej szansy dla kanclerza Friedricha Merza". Wszyscy rozmówcy PAP w Saksonii-Anhalcie podkreślają jedno - kwestia poparcia lub sprzeciwu wobec AfD absolutnie zdominowała kampanię, spychając na dalszy plan sprawy lokalne.

Przeciwnicy AfD są optymistami, bo ich zdaniem sukces przyniesie kampania promowania "głosowania strategicznego". Chodzi w niej o to, by głosować na walczące o przekroczenie wyborczego progu SPD lub Zielonych i w ten sposób pomóc im wejść do landtagu. Założenie jest proste: jeśli oba ugrupowania znajdą się w parlamencie, to zwiększy się liczba mandatów przypadających partiom innym niż AfD i zmniejszy szansa, że to ugrupowanie utworzy rząd.

W Magdeburgu, stolicy Saksonii-Anhaltu, mobilizacja przeciwko AfD jest szeroka, od kościołów przez organizacje pozarządowe po związki zawodowe. Pod koniec sierpnia w mieście odbył się "strajk migrantów". Na kilka godzin zamknięto ponad setkę lokali, w tym sklepów, restauracji czy zakładów fryzjerskich, prowadzonych przez osoby o takim pochodzeniu. Była to odpowiedź na postulaty niektórych polityków AfD dotyczące konieczności masowych deportacji, wzorowanych na tych w USA.

Na sobotę, dzień przed wyborami, w mieście planowana jest masowa demonstracja, nazywana "Festiwalem Demokracji". Współorganizuje ją Pascal Begrich, dyrektor zarządzający w organizacji pozarządowej Miteinander, która zajmuje się przeciwdziałaniem ekstremizmowi, prowadzi szkolenia dla szkół i samorządów oraz pracuje z osobami ulegającymi radykalizacji. Begrich uważa, że jednym z problemów obecnej kampanii jest dominacja narracji o kryzysie i upadku. - Ludzie odnoszą wrażenie, że wszystko staje się coraz gorsze, że Niemcy i Europa stoją nad przepaścią, że projekt europejski się rozpada. To poważny problem debaty politycznej - ocenia w rozmowie z PAP.

Według niego problemy gospodarcze czy społeczne są realne, ale nie odpowiadają apokaliptycznemu obrazowi obecnemu często w mediach społecznościowych. - Są powody do niepokoju, ale nie ma powodów do paniki - podkreśla.

Profesor socjologii na Uniwersytecie Nauk Stosowanych Magdeburg-Stendal Rahim Hajji wskazuje, że na wschodzie Niemiec jest słabsze zaufanie do instytucji oraz większa podatność na teorie spiskowe. Znaczenie mają odmienne postawy wobec migracji, polityki klimatycznej oraz wojny Rosji przeciwko Ukrainie.

- Są ludzie, którzy czują się niepewnie ekonomicznie, podkreślam słowo "czują" - mówi PAP Hajji.

W rozmowach prowadzonych w Saksonii-Anhalcie regularnie wraca też doświadczenie transformacji po 1990 roku - poczucie, że instytucje i zasady zostały "urządzone przez innych", wraz z odpływem młodych ludzi na zachód i osłabieniem zakorzenienia tradycyjnych partii. Jak zauważa Hajji, AfD jest dziś szczególnie silna wśród robotników i osób o średnim poziomie wykształcenia, ale nie można jej opisywać wyłącznie jako partii ekonomicznego protestu.

Napięcie widać chociażby na plakat wyborczych. Na posterach AfD na prowincji widać hasła: "By ratować kraj" czy "By znów można było powiedzieć to, co się myśli". Towarzyszą one plakatom wzywającym do odbudowy gazociągu Nord Stream i ponownego importu gazu z Rosji. Afisze drugiej strony oskarżają natomiast AfD wprost o nazizm.

Na wynik wyborów oddziałuje jednocześnie polityka federalna. W rozmowach z PAP lokalni politycy w Magdeburgu przyznają nieoficjalnie, że rząd CDU/SPD w Berlinie powoduje, że mają "wiatr w oczy". Powszechne niezadowolenie z kanclerza, polityki gospodarczej, emerytalnej czy systemu ochrony zdrowia ma być przenoszone na wybory, które formalnie dotyczą władz landu.

Merz mimo tego zaangażował się w ostatnią fazę kampanii. Jego wizycie w landzie nie towarzyszył jednak wiec ani spotkania z mieszkańcami. Tygodnik "Der Spiegel" oceniał, że szef rządu prowadzi kampanię w "trybie incognito" i stał się obecnie raczej obciążeniem niż atutem dla polityków CDU prowadzących kampanię.

PAP

piątek, 4 września 2026


 
Ukraińska przestrzeń powietrzna jest całkowicie zamknięta od lutego 2022 r., natomiast w Rosji zamknięte są jedynie niektóre regiony przyfrontowe. Rosja nie dopuści do znaczących przerw w funkcjonowaniu lotnictwa cywilnego — oświadczył 2 września minister transportu Andriej Nikitin.

"Ukraina nie stanowi zagrożenia dla lotnictwa cywilnego jako takiego — ani dla żadnego samolotu cywilnego. Po prostu na rosyjskim niebie będą latać drony, więc trzeba się z tym liczyć" — napisał wcześniej Zełenski. Według danych FlightRadar24, w pierwszych trzech dniach września z powodu ataków dronów w Rosji odwoływano średnio 86 lotów dziennie. W sierpniu ta liczba została przekroczona tylko dwukrotnie — 10 sierpnia (104 odwołane loty) i 18 sierpnia (93 odwołane loty).

Siergiej Bratczuk, rzecznik Ukraińskiej Armii Ochotniczej, broniącej południowych regionów kraju, wyjaśnił w rozmowie z "WSJ": - To już nie jest tylko powtórka pojedynczych, odosobnionych ostrzeżeń o sytuacjach nadzwyczajnych; to przejście do stałej presji, mającej na celu sparaliżowanie działalności lotnictwa cywilnego w europejskiej części Federacji Rosyjskiej.

Ukraińskie władze planują rozszerzyć zakres tak zwanej Operacji Dywan, w ramach której drony mają krążyć w pobliżu rosyjskich lotnisk, zmuszając służby kontroli ruchu lotniczego do wstrzymywania startów i lądowań samolotów — pisze "WSJ". O tym, że po oświadczeniu Zełenskiego Siły Zbrojne Ukrainy rozpoczęły operację blokowania moskiewskich lotnisk za pomocą tysięcy dronów, pisał w czwartek również amerykański The Atlantic.

onet.pl\The Moscow Times

czwartek, 3 września 2026



W dniu 23 lutego 1917 r., w związku z obchodami Międzynarodowego Dnia Kobiet, w nękanym konsekwencjami wojny Piotrogrodzie odbyły się masowe demonstracje, w czasie których wybrzmiewały hasła dotyczące polepszenia sytuacji aprowizacyjno-ekonomicznej. Nowoczesna wojna, wyniszczająca dopiero co rozwijającą się rosyjską gospodarkę kapitalistyczną, doprowadziła m.in. do zaburzenia łańcuchów dostaw, drożyzny, spekulacji i ogólnego spadku dochodów. Na początku 1917 r. w stolicy Imperium Rosyjskiego wystąpiły braki w dostarczaniu mąki i chleba, co jak stwierdził Aleksander W. Szubin, stwarzało podstawy do „zaopatrzeniowej paniki”. W maju 1915 r. rosyjski ekonomista Władymir G. Groman, wyliczał, że wzrost cen „produktów chlebowych” w stosunku do poprzedniego roku wyniósł 170%. Do tego doszło obniżenie poziomu produkcji i wynagrodzeń w fabrykach. Dlatego też robotnicy tworzyli „niebezpiecznie wybuchowe środowisko”, któremu brakowało tylko „detonatora”.

W związku z wojną załamywały się również finanse publiczne państwa. W publikacji napisanej w latach 1915–1916 r., a wydanej rok później, rosyjski ekonomista i minister w Rządzie Tymczasowym Siergiej M. Prokopowicz twierdził, że rzeczywiste wydatki na wojnę znacznie przekroczyły szacunki rosyjskich ekonomistów. W opracowaniu z 1917 r. pt. Wojna i finansowo-ekonomiczne położenie Rosji autorstwa ekonomisty i prawnika Zacharija S. Kacenelenbauma określono, że Rosja na cele wojenne do dnia 1 września 1917 r., a więc w okresie obejmującym 3 lata i półtora miesiąca od wybuchu wojny, wydała blisko 40 miliardów rubli. Była to suma gigantyczna, dwunastokrotnie przekraczająca wydatki budżetowe z 1913 r. Z.S. Kacenelenbaum szacował, że po wojnie Rosja pozostanie z długiem państwowym w granicach 65–70 miliardów rubli, gdzie same procenty wyniosą w skali rocznej blisko 3 miliardy rubli. Ówcześnie pojawiły się również ogólne oceny makroekonomiczne, jak np. ekonomisty Wasilija A. Mukosiejewa, który wskazał, że w ostatnich 200 latach Rosja poświęciła na wojny 129 lat i skupiła się przede wszystkim na rozroście terytorialnym. W związku z tym państwo rosyjskie, przede wszystkim rolnicze, nie zdążyło zbudować nowoczesnej gospodarki i finansów bazujących na stosunkach kapitalistycznych, które pozwoliłyby efektywnie rywalizować z innymi mocarstwami w globalnej polityce. Z kolei wojna jeszcze bardziej wyostrzyła te niekorzystne dla Rosji zależności. Wyliczenia te, dokonane jeszcze w czasie rewolucyjnej burzy, wskazują na skalę problemów  gospodarczych, przed którymi stanęła Rosja w 1917 r.

Co jednak charakterystyczne dla początków rewolucji lutowej, wydarzeń z 23 lutego 1917 r. wielu współczesnych obserwatorów nie odebrało jako preludium do wielkiego buntu, w wyniku którego nastąpi radykalna zmiana polityczna lub ustrojowa. Strajki połączone ze starciami ze służbami porządkowymi, zwłaszcza w początku XX w. w carskiej Rosji, były bowiem czymś częstym. W tym kontekście historyk rewolucji 1917 r. W.I. Starcew stwierdził, że 24 lutego deputowani Dumy Państwowej „nie zobaczyli w rozpoczynającym się ruchu czegoś większego od zwykłych zaopatrzeniowych rozruchów”, podobnie zresztą jak piotrogrodzcy bolszewicy. Świadek tych wydarzeń Nikołaj N. Suchanow napisał, że żadna z partii nie brała jeszcze kursu na rewolucję w związku z rozruchami społecznymi w Piotrogrodzie, wykorzystując je jedynie w celach agitacyjnych. W tym kontekście ważne są również słowa Rozy G. Winawer, żony jednego z liderów partii kadeckiej, która napisała o atmosferze tego czasu: „Niezależnie od niezadowolenia z rządu i od wszelkich śmiałych  dumskich przemówień, wyrażających oburzenie z powodu jego poczynań, IV Duma bała się rewolucji, szczególnie w czasie działań wojennych”.

O obawach opozycyjnych polityków przed „ludowym wystąpieniem”, które mogło zniweczyć plan usunięcia Mikołaja II z tronu na rzecz innego przedstawiciela dynastii Romanowów, pisał też Władymir B. Stankiewicz. Z kolei Prezes IV Dumy Państwowej Michaił W. Rodzianko, który dość szczegółowo opisał w swoich wspomnieniach ten okres, stwierdził, że mimo niezadowolenia i marazmu opozycji „Duma nie dążyła do otwartego zerwania z rządem”. W podobnym tonie wydarzenia z końca lutego 1917 r. opisywał współpracownik i biograf księcia Lwowa, Tichon I. Polner: 

(…) mało kto myślał o rewolucji. Dla wielu wydawała się ona nieunikniona w bardziej lub mniej odległej przyszłości. Teraz (do zakończenia wojny) rewolucję uważano za katastrofę.

Również Władymir M. Kokowcow, były carski premier i minister finansów, stwierdzał w swoich wspomnieniach, że w ówczesnych warunkach dało się wyczuć pewien niepokój, co mogło być przejawem zbliżającego się przewrotu pałacowego, ograniczenia wpływu imperatorowej lub zmiany formy zarządzania państwem. Nie było natomiast mowy o rewolucji, która zniszczy wszelkie dotychczasowe formy państwa rosyjskiego. W.M. Kokowcow stwierdził kategorycznie:„Powiem tylko jedno: kto by się chwalił, że przewidział wszystko, co zaszło, powiedziałby jawną nieprawdę”.

(...)

Świadek tych wydarzeń, członek władz partii kadeckiej, książę Władymir A. Oboleńskij napisał w swoich wspomnieniach, że gdyby carski rząd uporządkował sprawy aprowizacyjne i umiejętnie wprowadził system kartkowy na chleb, może nie doszłoby do „zaopatrzeniowego buntu”, który zrodził bunt żołnierski. Z kolei działacz partii kadetów i prawnik Walerij Lewickij, który na przełomie lutego i marca 1917 r. znajdował się w Kijowie, o początkach rewolucji lutowej napisał w ten sposób:

Rewolucja spadła jak śnieg na głowę. Piersi dowiedzieli się o niej pracownicy kolei z telegramu komisarza Bublikowa. W Kijowie było całkowicie spokojnie. Przecież nie było u nas żadnych fabryk i zakładów. Na obrzeżach syto i bezpiecznie mieszkali drobni kupcy, ogrodnicy i sadownicy. Wojna przyniosła im górę pieniędzy.

Natomiast nieco inaczej o wydarzeniach z przełomu lutego i marca 1917 r. napisał Roman Dmowski:

Na kilka tygodni przed wybuchem rewolucji pewien cudzoziemiec, biorący żywy udział w sprawach rosyjskich, powiedział mi, że rewolucja jest pewna i że wkrótce wybuchnie. Nie wierzyłem temu. O ile moje wiadomości sięgały, organizacje rewolucyjne w Rosji nie przedstawiały wielkiej siły, co zresztą było prawdą; nadto nie sądziłem, żeby rewolucja była możliwa podczas wojny w państwie mającym tylu ludzi pod bronią.

Dmowski dodał, że cudzoziemiec ten był „wielkim przyjacielem Rosji, a jednocześnie zwolennikiem rewolucji”. Miał on być przekonany, że po rewolucji Rosja stanie się liberalnym państwem konstytucyjnym. Tym samym polski polityk chciał zapewne zwrócić uwagę na nadzieje części zachodnich elit na pozytywne zmiany w Rosji. Dmowski sam zresztą okres od 1905 r. w Rosji nazwał „ewolucją konstytucyjną”, stwierdzając, że państwo rosyjskie „miało widoki przekształcenia się w duchu zachodnioeuropejskim na drodze ewolucyjnej, z niewielkimi może wstrząśnieniami”.

Natomiast jako jedną z głównych przyczyn rewolucji lutowej 1917 r. Dmowski uznał działania rządu carskiego. W tym sensie insynuował on współpracę ministra Protopopowa z Niemcami, którzy tracąc nadzieję na możliwość porozumienia z Rosją, chcieli doprowadzić do rewolucji w Rosji (w pewnym sensie na wzór wydarzeń z 1904–1905). W takiej konstelacji wybuch rewolucji miał zmusić cara Mikołaja II do negocjacji niemiecko-rosyjskich, a nie do upadku rządku i ogólnie, całego systemu państwowo-ustrojowego caratu. Widać więc, że Dmowski przywiązywał zbyt dużą wagę do czynnika zewnętrznego w opisie przyczyn wydarzeń lutowych 1917 r. w Rosji. /Dmowski żył na Księżycu swych wyobrażeń? - red./

W tym kontekście warto przytoczyć opinię historyka Aleksandra Rabinowicza, który w stulecie rewolucji 1917 r. stwierdził, że ówczesne wydarzenia nie były efektem żadnego spisku,  gdyż stanowiły zaskoczenie dla rosyjskich partii i grup politycznych. Według niego, „upadek carskiego reżimu był rezultatem głębokiej, w swojej istocie spontanicznej ogólnonarodowej rewolucji”. 

Dopiero dzień później, 25 lutego, kiedy sytuacja nie ulegała zmianie, w czasie kolejnych obrad Dumy trwających tylko 46 minut wysunięto postulat, żeby sprawy dotyczące zaopatrzenia miasta, będące przyczyną strajków, przekazać samorządowi miejskiemu, czyli Piotrogrodzkiej Dumie Miejskiej. Występujący na tym posiedzeniu Dumy carski minister rolnictwa Aleksander A. Rittich zgodził się na to, a kolejne posiedzenie parlamentu, mające rozstrzygnąć tę kwestię, wyznaczono na 28 lutego. Co istotne, zgłoszony w czasie posiedzenia przez A.F. Kiereńskiego projekt rewolucyjnej rezolucji, zakładający m.in. wezwanie do dymisji carskiej Rady Ministrów, utworzenie rządu odpowiedzialnego przed narodem i zapewnienie gwarancji takich praw jak wolność słowa i zebrań, nie został przyjęty do głosowania. Dalsze wypadki potoczyły się jednak tak, że było to ostatnie posiedzenie IV Dumy Państwowej carskiej Rosji, która rozpoczęła swoją kadencję w 1912 r.

Strajki i rozruchy obejmowały coraz więcej fabryk i centrum Piotrogrodu zalewały tłumy protestujących. Przestała wychodzić prasa. W dniu 26 lutego, na podstawie rozkazu cara, na ulice wyszło wojsko. Padły strzały, pojawiły się ofiary, ale część żołnierzy pułku pawłowskiego podjęła nieudaną próbę wsparcia protestujących. Jednocześnie Rada Ministrów, czując się pewniej po pacyfikacji, wydała ukaz o zawieszeniu sesji Dumy i wznowieniu jej obrad nie później niż w kwietniu 1917 r., a minister A. Protopopow w nocnym telegramie z 26 na 27 lutego 1917 r. uspokajał cara, że już następnego dnia część robotników powróci do pracy. Tymi działaniami rząd zakończył też wszelkie rozmowy z opozycją skupioną w Dumie na temat możliwości utworzenia odpowiedzialnego przed nią rządu lub rządu, na którego czele stanęłaby osoba ciesząca się popularnością i zdolna opanować sytuację. Celem tych zdecydowanych i zaskakujących dla opozycji działań najwyższych dygnitarzy carskich była chwilowa eliminacja opozycyjnego parlamentu aż do czasu spacyfikowania stolicy.

W dniu 27 lutego 1917 r. nastąpił jednak przełom. Od wczesnego ranka część oddziałów zaczęła przechodzić na stronę protestujących i około godziny 14:00 zajęto Pałac Taurydzki, czyli siedzibę carskiej Dumy Państwowej będącej centrum ówczesnej opozycji. Doszło tym samym do bezprecedensowej sytuacji, gdzie zrewoltowany tłum zajął budynek parlamentu, którego sesję zawiesił carski rząd. Co równie ważne, do budynku Dumy zbuntowane masy przyprowadzały zatrzymanych przez siebie carskich działaczy i urzędników. Deputowani Dumy musieli więc określić swój stosunek wobec zachodzących wydarzeń.

Oznaczało to, że bunt społeczny i wybuchła w jego wyniku rewolucja wtargnęły w gmach Dumy Państwowej, której przedstawiciele w postaci opozycyjnych kadetów i październikowców do końca próbowali nakłonić cara Mikołaja II i rząd do ustępstw. Ustępstw w postaci stworzenia monarchii, gdzie rząd odpowiadałby przed parlamentem, i która miała przecież uchronić państwo rosyjskie przed wyniszczającym buntem, rewolucją i wojną domową. Dlatego też jeszcze wieczorem 26 lutego i rankiem dnia następnego zaniepokojony tym, co się dzieje w Piotrogrodzie, przewodniczący Dumy październikowiec Michaił W. Rodzianko telegraficznie informował cara Mikołaja II o konieczności takiego kompromisu. Car jednak, przekonany w pierwszych dniach rewolucji o możliwości jej siłowego zdławienia, zbył milczeniem tę propozycję. Jest to jeden z największych paradoksów w rosyjskich dziejach, że mimo intencji uratowania monarchii, jej przedstawiciele przyczynili się nie tylko do jej upadku, ale i rewolucji, której następstwa miał odczuć świat. W tym miejscu należy stwierdzić, że wypadki mające miejsce w Pałacu Taurydzkim i podjęte wówczas decyzje miały bezpośredni wpływ na przyszły kształt ustrojowy Rosji i dlatego warto je bliżej przeanalizować.

Z jednej strony, deputowani Dumy częściowo podporządkowali się carskiej decyzji z dnia 26 lutego 1917 r. o zawieszeniu jej obrad, kierując się legalizmem, strachem przed możliwością karnej ekspedycji i perspektywami stłumienia buntu, a być może pewną nadzieją na porozumienie z carem. Dlatego też po porannym wysłuchaniu przez deputowanych decyzji o zawieszeniu obrad Dumy nie zdecydowano się na przyjęcie radykalnych wariantów, np. odrzucenia carskiego ukazu i pełnego kontynuowania prac parlamentu. Z drugiej strony jednak, obradujący od godz. 11:00 27 lutego 1917 r. Konwent Seniorów Dumy przyjął postanowienia o tym, że deputowani nie mogą rozjeżdżać się do domów w związku z zawieszeniem sesji Dumy oraz o tym, że w danym momencie naczelnym hasłem pozostaje zmiana starej władzy, ale przy zachowaniu porządku i spokoju. Zakazano więc rozjeżdżania się deputowanych w prowincję, ale samowolnie obrad parlamentu nie wznowiono. To podporządkowanie z prawnego, ale i politycznego punktu widzenia, należy określić jako częściowe i wyczekujące. Po zajęciu budynku Dumy przez żołnierskie masy nie można już było zwlekać. W tym momencie Duma Państwowa nie mogła być już tylko biernym obserwatorem wypadków w Piotrogrodzie. Jej przewodniczący Michaił W. Rodzianko zwołał tzw. prywatną naradę członków Dumy, czyli nieoficjalne spotkanie, mające na celu zastanowienie się, jaką pozycję zająć wobec wydarzeń w Piotrogrodzie. Po zaciętych dyskusjach54 prezes Dumy poddał pod głosowanie cztery propozycje:

1) przekazać władzę Konwentowi Seniorów Dumy;
2) utworzyć nowy komitet, mający reprezentować Dumę w kontekście zachodzących w Piotrogrodzie wydarzeń;
3) ogłosić Dumę Państwową Zgromadzeniem Konstytucyjnym;
4) wybrać Komisję i powierzyć jej organizację nowej władzy.

Wybrano drugi, najbardziej kompromisowy i wyważony wariant i członkowie prywatnej narady powierzyli Konwentowi Seniorów Dumy powołanie członków nowego podmiotu – Tymczasowego Komitetu Dumy Państwowej (TKDP, pełna nazwa: Komitet Członków Dumy Państwowej dla zaprowadzenia porządków w stolicy i dla kontaktu z urzędami i osobami). W gmachu Dumy powstała więc nieoficjalna struktura, niebędąca żadnym organem państwowym w ramach carskiego systemu władzy, ale składająca się z bardziej lub mniej opozycyjnych parlamentarzystów, traktowanych w przestrzeni publicznej jako alternatywa nie tylko dla obecnej Rady Ministrów, ale wobec całego centrum decyzyjnego państwa, z carem włącznie.
 
Taka percepcja Dumy wynikła z faktu, że od czasu jej powołania w 1905 r., a szczególnie od 1915 r., liberalno-konserwatywna opozycja, skupiona w tzw. Bloku Postępowym, znajdowała się w stałej konfrontacji z carem i Radą Ministrów, domagając się powołania z ich grona rządu odpowiedzialnego przed Dumą. Siły skupione w Bloku Postępowym, a więc głównie kadeci, październikowcy i progresiści, dążyli tym samym do przekształcenia rosyjskiej monarchii, będącej w swojej końcowej fazie syntezą samodzierżawia i monarchii przedstawicielskiej56, w konstytucyjno-parlamentarną i prawną. Stanowiłoby to osiągnięcie zmian ustrojowych, które w ujęciu rosyjskiej liberalnej doktryny prawnej były charakterystyczne dla najbardziej rozwiniętych państw. Dążyli oni do zapewnienia nie tylko wolności cywilnej/obywatelskiej (ros. grażdańskiej), ale i politycznej, co oznaczało możliwość zagwarantowanego prawem udziału jednostki i społeczeństwa we władzy państwowej. W sensie politycznym natomiast te dążenia, jak określił to w swoich wspomnieniach W.D. Nabokow, motywowane były chęcią powołania takiego rządu, który byłby w stanie efektywniej prowadzić wojnę, zwłaszcza w kontekście coraz znaczniejszych klęsk armii rosyjskiej. Poza tym członkami Dumy byli również przedstawiciele radykalniejszych sił politycznych: mienszewików, trudowików oraz eserów i bolszewików. Stąd też, jak słusznie zauważył N.N. Suchanow, uliczny ruch mas w początku rewolucji lutowej nie kierował się żadnym planem ani nie posiadał żadnego kierownictwa i Duma, jako centrum opozycji wobec caratu, stała się naturalnym miejscem, do którego udał się zbuntowany tłum i w którym rozpoczęło się centrum politycznego życia rewolucji. Równie istotny był ten fakt, że Duma Państwowa, którą mimo wszystko, przynajmniej formalnie, należało uznać za jeden z najważniejszych organów w carskim systemie władzy, nie została w przeciwieństwie do innych organów zniszczona przez rewolucyjną falę na przełomie lutego i marca 1917 r. Dlatego też istniejąca w ramach Dumy struktura organizacyjna, mimo zarządzania przerwy w jej działaniach, mogła być i w praktyce została wykorzystana do organizacji nowych władz.

To spowodowało, że zaczęto traktować Komitet wyłoniony w Dumie jako nowy organ władzy lub też po prostu jako organ występujący w imieniu Dumy Państwowej. Natomiast konieczność reakcji na bieżące wydarzenia sprawiła, że działania Komitetu same zaczęły kształtować charakter rozpoczynającej się rewolucji i stawał się on nowym ośrodkiem rewolucyjnych władz. Prezes Dumy M.W. Rodzianko w wydanej już w czasie wojny domowej w 1919 r. w Rostowie nad Donem książce o roli Dumy w tych wydarzeniach, górnolotnie napisał, że musiała ona wówczas stanąć na czele rewolucji, gdyż w przeciwnym wypadku krajowi groziłaby anarchia i klęska. Sama natomiast Duma byłaby aresztowana i wybita przez żołnierzy, co oznaczałoby możliwość przejęcia władzy przez bolszewików64. I, co się tyczy fizycznego zagrożenia, M.W. Rodzianko miał zapewne rację, ale jeszcze za wcześnie było mówić o stanięciu przez Dumę na czele rewolucji. Zwłaszcza że jak sam przyznał w 1922 r., Duma Państwowa: „(…) nie była wewnętrznie przygotowana na wybuch rewolucji i dla jej zneutralizowania nie miała żadnego planu i żadnej przygotowanej struktury”.
 
A.W. Szubin stwierdził, że powołując TKDP, deputowani przyjęli neutralną formułę, która pozwalała im działać w zależności od rozwoju wypadków. W przypadku bowiem stłumienia powstania mieli oni argument, że nie wznowili samowolnie prac Dumy, a jedynie powołali komitet, który miał na celu zaprowadzenie porządku. Podkreśla to A.A. Bublikow, który mówi, że sama długa nazwa Komitetu podkreślała jego nierewolucyjność. Milukow, uznający się za autora pomysłu powołania komitetu z takimi kompetencjami, tak pisał o tym w swoich wspomnieniach:

Ta niezdarna formuła posiadała tę przewagę, że czyniła zadość potrzebom chwili, nie decydując o niczym w przyszłości. Ograniczając się do minimum, powoływała ona organ i nie prowadziła deputowanych do kryminału.
 
W tym kontekście należy wspomnieć, że Rodzianko, po nieudanych próbach porozumienia się z carem w sprawie powołania odpowiedzialnego rządu, chciał rozwiązać Komitet, ale spotkało się to z oporem jego członków. Gdy zadzwoniono z Banku Państwowego z prośbą o pomoc (ochrona banku porzuciła swoje posterunki), Komitet zdecydował się wysłać żołnierzy Preobrażeńskiego Pułku, by zabezpieczyli aktywa instytucji. Działanie takie w sposób jasny świadczyło, że powstała nowa jednostka władzy, chociaż na ten moment działania Komitetu były jeszcze powściągliwe, gdyż odrzucono koncepcję przejęcia władzy, a jego członkowie sondowali sytuację i próbowali pertraktować z caratem w sprawie powołania odpowiedzialnego przed nimi rządu. Dzięki buntowi społecznemu w Piotrogrodzie progresiści mogli zrealizować swój najważniejszy od lat cel, czyli transformację Rosji w monarchię konstytucyjno-parlamentarną. Choć dla autorów koncepcji ewolucyjnej zmiany ustroju Rosji miała ona dokonać się poprzez wymuszenie reform na carze lub w wyniku przewrotu pałacowego, to zbuntowany lud w Piotrogrodzie przyniósł de facto władzę do budynku Dumy, co paradoksalnie komplikowało działania jej liberalno-demokratycznych kręgów. Dość krytycznie, ale zarazem jednostronnie, taką postawę ówczesnej opozycji dumskiej określił R. Pipes, który stwierdził: „Rewolucyjny przewrót, który od tak dawna przewidywali, zaskoczył ich; doświadczeni w pojedynkach z ministrami, nie mieli pojęcia, jak postępować z rozszalałym tłumem”.

Dość dobrze atmosferę tego momentu oddaje relacja W.A. Oboleńskiego, który przebywał wówczas w Pałacu Taurydzkim:

Wszyscy podnieceni, wszyscy odczuwają potrzebę jakiegoś działania… Ale nie ma żadnego centrum kierowniczego. Tam, na ulicach, przewalają się tłumy narodu i zbuntowani żołnierze bez żadnego kierownictwa, a tutaj – snujący się jak cienie deputowani i ich niekończący się naradzać liderzy… Nikt nie stoi na czele rewolucji… Boże, kiedy oni skończą się naradzać!

Z drugiej jednak strony kadet W.A. Oboleńskij przyznaje, że bunt, rewolucja i konieczność objęcia całej władzy zaskoczyła oraz zburzyła koncepcje polityczno-ustrojowe jego środowiska w Dumie:

Dobrze pamiętam, jak trudno było Dumie, w swojej większości składającej się z umiarkowanych i prawicowych deputowanych, podjąć decyzję o utworzeniu władzy rewolucyjnej. My wszyscy, zebrani w kuluarach Dumy, rozumieliśmy to. Ale fakt owego rozumienia powodował, że było jeszcze ciężej na duszy.

Podobną relację i takie same spostrzeżenia opisał w swoich wspomnieniach W.B. Stankiewicz74. Trafnie ujął on paradoks, że „burżuazyjne kręgi Dumy” stworzyły atmosferę rewolucyjną, ale zupełnie nie były przygotowane do wybuchu, który nastąpił w wyniku tej atmosfery. Paweł N. Milukow napisał, że niektórzy opozycyjni członkowie Dumy byli gotowi do działania w przypadku przewrotu pałacowego. Problem polegał jednak na tym, że przewrót wystąpił od dołu, a nie od góry. W sierpniu 1917 r. Milukow twierdził również, że w istocie Duma nie wytworzyła rewolucji, ani też nie zapobiegła jej. Nieco inaczej wydarzenia te określał jeden z głównych liderów ruchu czarnosecinnego, czyli Mikołaj J. Markow. Według niego monarchiści (rosyjska prawica) przed lutym 1917 r. oczekiwali, w przeciwieństwie do Milukowa, rewolucji z dołu, czyli ze strony radykalniejszych socjalistów, rewolucjonistów i robotników. Nie spodziewali się natomiast, że w rewolucyjną zmianę władzy zaangażują się głównie przedstawiciele arystokracji oraz generalicji. W przeciwieństwie do Milukowa lider Związku Narodu Rosyjskiego za głównego sprawcę wydarzeń rewolucyjnych z przełomu lutego i marca 1917 r. uznawał elitę państwa rosyjskiego (biurokrację, arystokrację, generalicję oraz opozycję), czyli „górę”, a nie „doły”. Ci drudzy, czyli „lud” był według Markowa tylko przedmiotem w rękach głównych spiskowców (używał on również terminu „zdrajców”) przeciwko państwu rosyjskiemu. Zgodnie z taką narracją zbuntowani żołnierze na ulicach Piotrgordu byli tylko przedmiotem a nie podmiotem w rozgrywającym się scenariuszu rewolucyjnego obalenia władzy carskiej.

W tym kontekście istotne jest, że w tym samym dniu i praktycznie w tym samym czasie, również w gmachu Dumy, powstała nowa struktura, też nieoficjalna, ale nawiązująca wprost do wydarzeń z 1905 r., czyli składający się z socjalistów Tymczasowy Komitet Wykonawczy Rady Delegatów Robotniczych. Socjaliści jednak, w przeciwieństwie do liberałów i konserwatystów, nie mieli żadnych wątpliwości co do tego, że należy tworzyć nowe struktury władzy. W związku z tym Tymczasowy Komitet wydał odezwę wzywającą robotników do wybrania deputowanych na pierwsze posiedzenie Rady, które miało się odbyć o godz. 19:00. Przed tym posiedzeniem Tymczasowy Komitet Wykonawczy zdołał jeszcze powołać tzw. powstańczy sztab oraz Komisję Zaopatrzeniową. Oznaczało to, że socjaliści przystąpili do organizacji swoich struktur i przejęcia niekontrolowanego buntu pod swoją jurysdykcję. Samo zdecydowanie oraz sukcesy w tworzeniu rad przez socjalistów wynikały również stąd, że o koncepcji powstania Rady Delegatów Robotniczych zaczęli rozmawiać już w dniach 24–25 lutego 1917 r., korzystając z siedziby Piotrogrodzkiego Związku Robotniczych Stowarzyszeń Konsumenckich. Podjęto wtedy również decyzję, żeby swoje działania skoordynować z siłami politycznymi z Dumy Miejskiej Piotrogrodu oraz resztkami Grupy Robotniczej Centralnego Komitetu Wojenno-Przemysłowego. W chwili opanowania budynku Dumy Państwowej przez rewolucję rosyjscy socjaliści byli więc częściowo gotowi do tworzenia swoich struktur w celu forsowania własnej koncepcji państwa rosyjskiego. Na samym starcie rewolucji niejako wyparli siły liberalne i liberalno-konserwatywne z pola walki z caratem.

Zaczęły się tworzyć podstawy układu dwuwładzy, a raczej w tamtym momencie historycznym trójwładzy, bo kiedy powstał Komitet i Rada, car i rząd nadal stanowili główny punkt odniesienia co do potencjalnej zmiany sytuacji politycznej i ustroju. Gdy ten ośrodek władzy zniknął, rozpoczęła się dwuwładza nazwana przez Rodziankę „grzechem pierworodnym” nowej władzy.

Około 16:00 w pałacu Maryjskim zebrała się – na swoje ostatnie w historii posiedzenie – carska Rada Ministrów. Podjęto decyzję o konieczności wysłania do Mikołaja II telegramu, w którym wskazywano, że obecny rząd nie może sprostać pojawiającym się wyzwaniom i car powinien wyznaczyć prezesa cieszącego się społecznym poparciem, który stworzy odpowiedzialny przed parlamentem rząd. Po tej uchwale członkowie rządu rozeszli się. Ostatnie w historii posiedzenie carskiego rządu dotyczyło, jak widać, głównie ustąpienia i przekazania władzy opozycji parlamentarnej, która walczyła o to zaciekle od 1915 r. Ostatni rząd zresztą nie cieszył się poparciem i był raczej nierozpoznawalny, co wynikało z bardzo częstych zmian personalnych w tym organie w czasie wojny. W tym miejscu trzeba wspomnieć, że od momentu wybuchu wojny w 1914 r. nastąpił dualizm administracyjny w sferze zarządzania Rosją. Polegał on na tym, że zgodnie z tzw. Regulaminem o polowym zarządzaniu armią administracja cywilna w sferze frontowej i przyfrontowej podlegała kierownictwu armii, a nie rządowi. Temu zaś podlegała administracja cywilna na reszcie terytorium, czyli na tyłach. Wynikało to m.in. z założeń, że sama wojna może być krótkim konfliktem. Niemniej z czasem zaczęło to generować problemy na linii kierownictwo armii – rząd, zwłaszcza że od 1914 r. głównodowodzącym został wielki książę Mikołaj Mikołajewicz. W praktyce w czasie wojny wystąpiło kilka ośrodków władzy administracyjnej na poziomie centralnym: tzw. Stawka (kierownictwo armii); Rada Ministrów; Duma Państwowa; Ziemgor oraz tzw. specjalne narady (w kluczowych sprawach dla prowadzenia wojny). To wszystko utrudniało efektywne zarządzanie wysiłkami wojennymi państwa rosyjskiego.

Mimo to centralny aparat administracyjny, w tym ministerstwa, pozostał jeszcze nienaruszony, co potencjalnie stwarzało przyszłej władzy możliwość objęcia szybkiej kontroli nad państwem.

(...)

Po rozmowach Rodzianki, prezesa carskiej Dumy oraz prezesa nowego organu, czyli Tymczasowego Komitetu Dumy, z bratem cara Michałem Aleksandrowiczem, ten drugi wezwał Mikołaja II, żeby poszedł na ustępstwa. Ten, nie do końca rozumiejąc sytuację, nie zgodził się na taką propozycję i kazał rządowi trwać na swoich pozycjach. Nie zmieniło to w niczym sytuacji. Tymczasem w budynku Dumy rozpoczęły się już obrady nowo wybranej Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych, a Piotrogród w coraz większym stopniu stawał się strefą poza jakąkolwiek kontrolą aparatu administracji carskiej.
 
Michał Patryk Sadłowski - Między Mikołajem II a Leninem

środa, 2 września 2026



Rosja odpowiada za sierpniowy incydent z dronem z materiałem wybuchowym na lotnisku w Lipsku - ogłosił we wtorek szef niemieckiego MSW Alexander Dobrindt. W ramach odpowiedzi rząd Niemiec zdecydował, że zamknie konsulat generalny Rosji w Bonn oraz Rosyjski Dom w Berlinie.

Przypisanie Rosji odpowiedzialności za incydent Dobrindt uzasadnił wynikami śledztwa, schematem działania sprawców oraz ustaleniami służb wywiadowczych. Jak zaznaczył, przedstawił stanowisko całego niemieckiego rządu.

- Nie znajdujemy się w stanie wojny, ale każdego dnia jesteśmy celem działań w ramach wojny hybrydowej - podkreślił.

Na wspólnej konferencji prasowej z szefem niemieckiej dyplomacji Johannem Wadephulem w Berlinie Dobrindt dodał, że "od dłuższego czasu służby bezpieczeństwa obserwują hybrydowe akcje w Niemczech i europejskim sąsiedztwie". Ostrzegł, że Niemcy w przyszłości pozostaną celem rosyjskich ataków hybrydowych.

W ramach odpowiedzi wobec Rosji 18 września zamknięty zostanie konsulat Rosji w Bonn, a także Rosyjski Dom, ośrodek promujący rosyjską kulturę, z siedzibą w centrum Berlina - poinformował Wadephul. Do siedziby niemieckiego MSZ wezwano rosyjskiego ambasadora.

Zgodnie z informacjami niemieckiego MSZ konsulat generalny w Bonn jest ostatnią taką rosyjską placówką działającą w Niemczech. W Berlinie działa jeszcze ambasada Rosji z wydziałem konsularnym oraz rosyjski konsulat honorowy w Norymberdze.

Rosyjski Dom jest finansowany przez rosyjskie MSZ i uznawany za narzędzie propagandy Kremla. Władze Niemiec nie zadecydowały się na zamknięcie ośrodka po rozpoczęciu przez Rosję inwazji przeciwko Ukrainie na pełną skalę w lutym 2022 roku. Pod Rosyjskim Domem cyklicznie odbywały się demonstracje poparcia Ukrainy.

Wadephul zapewnił we wtorek na konferencji prasowej, że Niemcy nadal będą wspierać zmagającą się z rosyjską agresją Ukrainę. - Nasze przesłanie do rosyjskich władz jest jasne: nie pozwolimy, by rosyjskie ataki podzieliły nasze społeczeństwo ani by nas zastraszyły - powiedział.

W nocy z 4 na 5 sierpnia samolot transportowy zderzył się z niezidentyfikowanym obiektem w pobliżu lotniska w Lipsku na wschodzie Niemiec. Samolot przekierowano do Hanoweru, gdzie stwierdzono jego niewielkie uszkodzenia. Krótko wcześniej lotnisko w Lipsku wstrzymało działalność z powodu znalezienia na płycie, przy ukraińskim samolocie transportowym Antonow, drona z detonatorem oraz materiałów wybuchowych.

Zgodnie z ustaleniami niemieckich służb dron znaleziony na lotnisku celowo uderzył wcześniej w skrzydło zaparkowanego na płycie Antonowa. Materiały wybuchowe nie eksplodowały jednak po zetknięciu z maszyną; według dziennika "Bild" do wybuchu nie doszło z powodu uszkodzonego zapalnika.

Niemieckie służby podejrzewały, że za próbą sabotażu stała Rosja. Kanclerz Friedrich Merz zapowiedział, że odpowiedzialni za ataki hybrydowe "zapłacą za nie". W ostatnich tygodniach w rządzie trwały dyskusje na temat konsekwencji, jakie należy wyciągnąć wobec Rosji po oficjalnym przypisaniu temu państwu próby ataku w Lipsku.

PAP


Nieznany obiekt eksplodował w środę rano na dworcu kolejowym w Augsburgu na południowym zachodzie Niemiec; dwie osoby zostały lekko ranne, wybuch uszkodził okna - przekazała agencja dpa. Nie poinformowano dotychczas, co spowodowało eksplozję.

Na miejscu zdarzenia obecni są eksperci ds. materiałów wybuchowych z Landowego Urzędu Kryminalnego - poinformował rzecznik policji.

Dostęp do budynku dworca jest ograniczony, z użytku został wyłączony jeden z peronów; odjeżdżające z niego pociągi zostaną przekierowane - przekazała Deutsche Bahn.

PAP

wtorek, 1 września 2026



Według agencji RBK-Ukraina, która powołuje się na serwis Agentstwo, Władimir Putin w ostatniej chwili odwołał zaplanowane spotkanie z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffe'em, gdy tylko poznał cel jego sierpniowej wizyty w Moskwie. Szef amerykańskiego wywiadu przybył do Rosji z kategorycznym wezwaniem do jak najszybszego zakończenia wojny w Ukrainie.

Podczas pobytu w stolicy Ratcliffe spotkał się z szefami rosyjskich służb, Siergiejem Naryszkinem z wywiadu zagranicznego (SWR) i Aleksandrem Bortnikowem z FSB. Przekazał im surową ocenę obecnej sytuacji: według Amerykanów pozycja militarna i gospodarcza Rosji nieustannie słabnie, dlatego natychmiastowe podjęcie negocjacji pokojowych to dla Kremla najkorzystniejsze wyjście z sytuacji.

Jak informują serwisy Agentstwo oraz "New York Times", otoczenie Putina uznało tę diagnozę za całkowicie nierealistyczną i nieakceptowalną, co ostatecznie przesądziło o anulowaniu rozmów na najwyższym szczeblu. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow potwierdził brak spotkania, zaznaczając przy tym, że rosyjski przywódca był na bieżąco informowany o przebiegu dyskusji.

Zachodnie media, w tym "Wall Street Journal" i Politico, wskazują, że misja Ratcliffe'a miała szerszy wymiar. Amerykanin stanowczo ostrzegał Rosję przed prowokacjami wobec państw NATO, a jednocześnie badał grunt pod ewentualną organizację trójstronnego szczytu z udziałem Donalda Trumpa, Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina. 

gazeta.pl\PAP


Celem ataku była stacja elektroenergetyczna w gminie Turnow-Preilack, położonej niedaleko elektrowni węglowej Jaenschwalde w powiecie Spree-Neisse (Brandenburgia). Według informacji dziennika "Bild" do ataku użyto rakiet domowej roboty.

Policja otrzymała zgłoszenie tuż przed godz. 8 rano. Pracownicy poinformowali funkcjonariuszy o uszkodzeniach kilku linii napowietrznych w stacji transformatorowej. Około 40 min później służby ratownicze na miejscu zdarzenia potwierdziły te uszkodzenia. Ponadto odkryły podejrzane przedmioty i wezwały saperów.

Policja do tej pory nie potwierdziła, że doszło do ataku rakietowego. Rzeczniczka lokalnych służb przekazała, że w pobliżu elektrowni Jaenschwalde znalezione zostało "niekonwencjonalne urządzenie wybuchowo-podpalające", które jednak nie eksplodowało.

Policja traktuje incydent "bardzo poważnie". Funkcjonariusze ustalają, czy zostały wyrządzone jakieś szkody. Śledztwo przejął Urząd Kryminalny Brandenburgii (LKA).

onet.pl\BILD


— W Rosji zbliżają się wybory. Muszą też pokazać swoim wyborcom jakiś imponujący obraz zwycięstwa, ponieważ nie odczuwają zwycięstwa na polu bitwy. Podobnie jak cały świat — powiedział Budanow.

— Dlatego właśnie stosują terror. Nie wiedzą, jak postąpić inaczej. Przynajmniej do czasu wyborów — dodał, odnosząc się do trwających ataków dronów typu Szahid. Polityk zapewnił także, że "wszyscy pracują również nad środkami przeciwdziałania".

onet.pl\Kyiv Post


Wyciekające dokumenty, do których dotarł niezależny rosyjski serwis informacyjny Wierstka, ujawniają majątki niektórych z czołowych rzeczników prezydenta Rosji. Są oni "sprzedawcami" wojny Putina. Grupa obejmuje prezenterów telewizji państwowej, korespondentów wojennych, ultranacjonalistycznych blogerów oraz influencerów.

Serwis przeanalizował zarobki 63 propagandystów.

Ich łączne dochody wyniosły 3 mld rubli rocznie (według aktualnego kursu 129 mln zł).

Zaledwie 6 proc. tych środków trafiło jednak do blogerów popierających wojnę i innych osób z tej kategorii.

Ok. jedna czwarta pieniędzy trafiła do prezenterów telewizyjnych, których średnie roczne dochody były trzykrotnie wyższe od dochodów blogerów, pomimo spadających wyników oglądalności programów informacyjnych.

Jednym z najlepiej zarabiających jest Dimitri Simes, rosyjsko-amerykański komentator i były nieoficjalny doradca Richarda Nixona ds. polityki zagranicznej, który zarabia ok. 97,32 mln rubli (4,2 mln zł) rocznie. Simes współprowadzi geopolityczny talk-show "Bolszaja Igra" (Wielka gra) w państwowej stacji Pierwyj Kanał.

Dmitrij Kisielow, ultrakonserwatywny dyrektor generalny kontrolowanej przez państwo grupy agencji informacyjnych Rossija Segodnia oraz wieloletni prowadzący programu publicystycznego "Wiesti Niedieli" (Wiadomości tygodnia), zarabia 70,58 mln rubli rocznie (3 mln zł).

Wynagrodzenia przewyższają zarobki większości blogerów wojskowych. Serwis Wierstka ustalił, że osoby działające najbliżej linii frontu często mogą liczyć na najniższe wynagrodzenia.

Na czele rankingu znajduje się Borys Rożin, analityk wojskowy prowadzący blog pod pseudonimem Colonelcassad z prawie 750 tys. subskrybentów na Telegramie. Rożin często pojawia się w telewizji państwowej jako ekspert-gość, ale został oskarżony o przedrukowywanie znacznej części swoich treści z innych kanałów.

Stały gość Pierwyj Kanał zarabia 2,6 mln rubli miesięcznie (112 tys. zł), z czego większość pochodziła z wypłat przekazanych przez firmę produkcyjną realizującą programy polityczne dla stacji.

Niższe są dochody Mariany Naumowej, byłej nastoletniej zawodniczki w trójboju siłowym, która w 2016 r. została zdyskwalifikowana za doping, a później, po ukończeniu kursu zorganizowanego przez najemników Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, stała się korespondentką z linii frontu.

Naumowa, objęta przez Kijów sankcjami za częste wizyty na terytoriach okupowanych, pracuje obecnie jako prezenterka w społeczno-politycznym talk-show "Wriemia Pokażet" (Czas pokaże) stacji Pierwyj Kanał, a także prowadzi bloga na Telegramie. Zarabia ok. 9 mln rubli rocznie (389 tys. zł).

Irina Kuksenkowa, kolejna korespondentka Pierwyj Kanał pracująca na linii ognia, zarabia rocznie 6,263 mln rubli (270 tys. zł).

W tym roku popularność trzech głównych rosyjskich kanałów państwowych gwałtownie spadła — wynika z danych organizacji monitorującej media Mediascope. W okresie od stycznia do kwietnia odnotowano 33-procentowy spadek oglądalności.

Było to następstwem 40-procentowego spadku oglądalności telewizji państwowej w latach 2017–2024, co odpowiada ok. 25 mln widzów.

Na początku tego miesiąca rosyjskie media doniosły, że Putin rozważa zwolnienie Kisielowa w związku z gwałtownym spadkiem zainteresowania widzów jego programem.

onet.pl\The Telegraph


W tym miejscu należy wyjaśnić jeden fakt. Gdy w budżecie występuje deficyt, czyli wydatki przewyższają dochody, tę dziurę można załatać na kilka sposobów. Rosyjskie Ministerstwo Finansów stosuje trzy główne sposoby:
  • pożyczka (emisja obligacji OFZ),
  • wykorzystanie środków z Funduszu Narodowego Dobrobytu,
  • wykorzystanie wolnych środków na rachunkach skarbowych.
Dwa ostatnie sposoby są barbarzyńskie. Fundusz Narodowego Dobrobytu został utworzony po pierwszej reformie emerytalnej, aby w z góry znanym okresie deficytu Funduszu Emerytalnego uzupełnić jego niedobór. Początkowo jednak środki te były wykorzystywane do zakupu akcji spółek — tyle że w przeciwieństwie do norweskiego funduszu emerytalnego nie były to akcje zagraniczne i przynoszące zyski, lecz krajowe i znajdujące się w trudnej sytuacji.

Następnie władze zaczęły inwestować środki w projekty infrastrukturalne — ponownie takie, w których wydatki są gigantyczne i to już teraz, a dochody wątpliwe i gdzieś za horyzontem. Później rządzący w ogóle przestali się krępować i w momencie, gdy rosyjski budżet przeszedł z nadwyżki do deficytu, sięgali po środki z Funduszu Narodowego Dobrobytu tak desperacko, jak narkoman sięga do znalezionego przez siebie zapasu pieniędzy swoich bliskich, przestając nieśmiało wyciągać po jednym banknocie z pliku.

Jeśli chodzi o Skarb Państwa, Kodeks Budżetowy zezwala na wykorzystanie dostępnych na nim sald do pokrycia deficytów. Pierwotnym zamysłem było jednak pokrycie śródrocznych luk w przepływach pieniężnych — w przypadkach, gdy pieniądze wpłyną jutro, a płacić trzeba już teraz. I oczywiście finansowanie deficytu jest dozwolone jedynie z dostępnych sald, a nie ze środków przeznaczonych na płatności.

Aukcje Ministerstwa Finansów mające na celu wprowadzenie nowych obligacji (OFZ) szły jednak coraz gorzej — banki, główni nabywcy długu publicznego, domagały się wyższej rentowności, coraz bardziej wątpiąc w wiarygodność tych papierów wartościowych. Skończyło się na tym, że w lipcu Ministerstwo Finansów zawiesiło aukcje — ostatnie trzy zakończyły się fiaskiem.

Jeśli chodzi o Fundusz Narodowego Dobrobytu, w momencie lipcowego załamania na moskiewskiej giełdzie krążyły pogłoski, że akcje wyprzedaje jakiś "gruby gracz" — na sesjach notowano ogromne wolumeny sprzedaży. Kim był ten podmiot? To pozostało tajemnicą. Istniało jednak podejrzenie, że to Fundusz Narodowego Dobrobytu sprzedaje akcje, które kiedyś nabył. Jeśli tak było, można stwierdzić, że w tamtym momencie nawet w "skarbonce" funduszu nie pozostały już żadne wolne środki.

Oprócz trzech głównych metod finansowania deficytu istnieją też inne, mniej przyjemne lub trudne do zrealizowania w rosyjskich warunkach.

Najlepszym rozwiązaniem jest zwiększenie dochodów. Zostało to już zrealizowane poprzez podwyższenie stawki VAT z 20 proc. do 22 proc. oraz rozszerzenie obowiązku jego płacenia na część małych przedsiębiorstw od 1 stycznia tego roku. I przyniosło to efekt — w ciągu pierwszych sześciu miesięcy dochody wzrosły o 426 mld rubli (18,4 mld zł). Blokada cieśniny Ormuz w trakcie konfliktu USA i Izraela z Iranem tylko w lipcu przyniosła wzrost dochodów budżetowych z ropy i gazu o 291 mld rubli (12,5 mld zł). Z powodu załamania cen na początku roku, silnego rubla oraz mechanizmu wyrównawczego w sektorze paliwowym (gdy budżet dopłaca do sprzedaży produktów naftowych na rynku krajowym po cenie niższej od światowej) wynik nadal jest jednak ujemny. Wpływy są niższe od ubiegłorocznych o około 17 proc.

Oczywiście wysokie ceny ropy nadal przynoszą budżetowi dodatkowe środki.

(...)

Deficyt budżetowy już w lipcu sięgnął prawie 6,5 bln rubli (259 mld zł) i nadal szybko rośnie. Oczywiste jest, że nie uda się go już pokryć wyłącznie dzięki wzrostowi dochodów z ropy i gazu, zadłużeniu, podatkom oraz korzyściom wynikającym z dewaluacji rubla. Skarbiec został opróżniony. Oznacza to, że nadszedł czas na bolesne decyzje.

onet.pl\The Moscow Times