niedziela, 8 marca 2026



Podobnie jak Dalajlama III (Sönam Gjaco) również jego następca Dalajlama IV (Jönten Gjaco / Yon-tan rgya-mtsho), mimo otrzymania w 1616 roku pompatycznych tytułów i złotej pieczęci na znak uznania swojej pozycji oraz zaproszeń ze strony dworu Mingów, nie odwiedził stolicy cesarskiej. W 1615 roku poświęcił świątynię w Nankinie na odległość, odmawiając spotkania z cesarzem Wanli.

W tym samym roku Dalajlama IV posłał życzenia noworoczne wodzowi mandżurskiemu, Nurhacziemu i nadał mu tytuł nawiązujący do Mańdżuśri (od czego pochodzi nazwa Mandżurii), co oznaczało uznanie go za wcielenie bóstwa. Z kolei Nurhaczi, który ogłosił się cesarzem, już w 1621 roku na swojego nauczyciela wyznaczył tybetańskiego lamę.

Jönten Gjaco był jedynym dalajlamą, wywodzącym się z rodu arystokratycznego i politycznie znaczącego (tj. rodu Altan-chana), podczas gdy wszyscy inni pochodzili z rodzin biednych. Równocześnie jako Mongoł był jedynym wśród dalajlamów nie-Tybetańczykiem. Według Thubtena Dżigme Norbu, brata Dalajlamy XIV, „Chińczycy próbowali wpływać na wybór [dalajlamów] co najmniej raz, mając na względzie własne korzyści polityczne”. Wybór Dalajlamy IV był ewidentnie podyktowany względami politycznymi, a nie religijnymi: szkoła Gelugpa w centralnym regionie Tybetu potrzebowała silnego wsparcia politycznego i militarnego przeciwko konkurentom z Cangu, a to z racji swojej potęgi mogli zapewnić wówczas tylko tumedzcy Mongołowie z linii Altan-chana. Nikt nie odwoływał się ani do Chin z czasów dynastii Ming, ani do rosnących w potęgę, ale odległych Mandżurów. 

W 1636 roku chan mongolskiego plemienia Choszutów, Guszri (1582–1655) podbił Kham, a następnie centralny Tybet, po czym w 1642 roku wprowadził na tron Dalajlamę V i przekazał mu władzę zwierzchnią nad całym obszarem Tybetu (podobnie jak swego czasu Kubilaj-chan uczynił to wobec Phagba Lamy), podczas gdy administracją kierował regent (tyb. desi/sde-srid) Sönam Czöphel / bSod-nams chos-phel. Wcześniej Dalajlama V nadał Guszri-chanowi tytuł Króla Dharmy (tyb. Tenzin czökji gjelpo / bsTan-’dzin chos-kyi rgyal-po), tj. nominalny tytuł władcy Tybetu, co Guszri-chana w zupełności zadowalało, bowiem nie przepadał za warunkami życia w Tybecie i chętniej przebywał poza jego granicami. Kontynuowano historyczną więź czöjön między politycznym patronem a przewodnikiem duchowym – tu między Guszri-chanem a Dalajlamą V. Dalajlama polegał na wojskach mongolskich, ale Tybet był faktycznie niezależny (stolicę ofi cjalnie ustanowiono w Lhasie) i pierwszy raz od 800 lat – zjednoczony, chociaż oparcie się na obcej potędze stało się niebezpiecznym precedensem, mającym przynieść tragiczne skutki w przyszłości. System centralnej władzy teokratycznej, łączącej zwierzchność religijną i polityczną w osobie dalajlamy i jego aparatu (tj. rządu pod nazwą Ganden Phodrang Czogle Namgjel / dGa’-ldan pho-brang phyogs-las rnam-rgyal), przyjął się w Tybecie bez przeszkód, ponieważ teokracja na poziomie poszczególnych regionów funkcjonowała już od czasu dezintegracji imperium tybetańskiego, tj. od połowy IX wieku.

Chiny nie odgrywały w tych wydarzeniach żadnej roli – ani pod koniec panowania Mingów, ani w początkowych latach władzy Qingów, aczkolwiek wiedzione własną wizją świata i imaginacją polityczną wydawały edykty, nadawały tytuły, przyznawały stanowiska i prowadziły mocarstwową korespondencję dyplomatyczną, tworząc fikcję w postaci rzekomego sprawowania kontroli nad Tybetem. Do tej fikcji sięga obecnie chińska literatura propagandowa, usiłując wbrew faktom przetworzyć ją na rzeczywistość. Jednym z przykładów jest twierdzenie, że w 1653 roku cesarz dynastii Qing uczynił Guszri-chana „najwyższym zwierzchnikiem politycznym w Tybecie”, a także nadał Dalajlamie V tytuł uprawniający go do sprawowania władzy w Tybecie, bowiem „tytuł od Guszri-chana obejmował tylko Mongolię”. Samo zestawienie wyżej przytoczonych dat nie ma jednak pokrycia w faktach.

Dalajlama V już w 1639 roku, tzn. jeszcze za czasów tybetańskiego Drugiego Królestwa, pozytywnie odpowiedział na zaproszenie ówczesnego władcy mandżurskiego Aberhaia (chiń. Huangtaiji, również występujący pod imieniem Taizong lub pod dewizami panowania Tiancong i Chongde), który już jako władca założonej w 1636 roku dynastii Qing wystosował je do szkoły Gelugpa, zachęcając ją do szerzenia tybetańskiego buddyzmu w państwie mandżurskim. Tym samym Dalajlama V zainicjował relację czöjön wobec władcy mandżurskiego, ale do Mandżurii się nie udał. Zaproszenie było zatem ponawiane kolejno w latach 1648, 1650 i 1651, gdy Qingowie usadowili się już na chińskim tronie cesarskim w Pekinie. Zdaniem części badaczy chińskich, za kontaktami z Mandżurami miał optować Panczenlama IV.

W ten sposób Dalajlama V zaakceptował polityczny patronat władcy mandżurskiego, tak jak niegdyś duchowni tybetańscy korzystali z politycznej opieki chanów mongolskich. W odróżnieniu od epoki mongolskiej nie wiązało się to jednak z żadnymi obowiązkami tybetańskich mnichów na dworze mandżurskim. Przywrócenie więzi czöjön nastąpiło zanim mandżurska dynastia Qing przejęła władzę nad Chinami, o czym historycy chińscy (podobnie jak w przypadku założenia dynastii Yuan i jej związków z Tybetem) wygodnie zapominają, koncentrując się na ocenianiu stosunków między dalajlamami a cesarzami w kategoriach „poddany–władca”, a nie „kapłan–patron”. Natomiast Qingowie poprzez legitymizację ze strony Dalajlamy uzyskiwali możliwość oddziaływania na groźne plemiona mongolskie.

Cesarz Taizong z dynastii Qing w 1643 roku przesłał pozdrowienia dalajlamie i panczenlamie, odwzajemnione przez nich w rok później posłaniem do mandżurskiej stolicy, Mukdenu (dawniej Shengjing, obecnie Shenyang), a także akceptacją zaoferowanego przez mandżurskiego władcę politycznego patronatu nad dalajlamą i hierarchiczną strukturą lamajską. W posłaniu Taizonga do wielkich lamów Tybetu – podobnie jak w późniejszej korespondencji – jest mowa o szerzeniu wiary buddyjskiej, a zarazem o roli władcy, przy czym treści te są utrzymane w ramach tradycyjnej chińskiej teorii wszechwładzy cesarza.

Poparcie Mandżurów dla hierarchów tybetańskich było całkowicie nominalne i nie pociągało za sobą żadnej ingerencji w wewnętrzne sprawy Tybetu, bowiem Mukden nie interesował się ani rywalizacją między tybetańskimi szkołami buddyjskimi, ani perturbacjami politycznymi, mając na uwadze wyłącznie pozyskanie od Tybetańczyków uznania dla własnej dominacji politycznej w walce z chińskimi Mingami. W odróżnieniu od dynastii Ming, Mandżurowie nie rozdawali pustych tytułów. Tybetańczycy żyli natomiast w przekonaniu o tym, iż Mandżurowie przywrócą praktykowaną za czasów mongolskich formułę politycznych rządów hierarchii buddyjskiej. W tamtym okresie władzę polityczną nad Tybetem sprawował jeszcze Guszri-chan. Takie stawianie sprawy było wygodne dla obu stron.

Natomiast w interpretacji chińskiej posłanie Dalajlamy V i Panczenlamy IV do dworu Qing wiązało się z „gratulacjami po zjednoczeniu ojczyzny”, tzn. Chin.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet


Wbrew urzędowej propagandzie chińskiej to nie Chiny, ale na przemian dzieląca się wówczas i jednocząca Mongolia z licznymi chanami, książętami i wodzami była dla Tybetu głównym punktem odniesienia w kontaktach ze światem. To wódz tumedzkich (Tümed) Mongołów, Altan-chan, który dążył do reaktywowania relacji kapłan–patron, z uwagi na legitymizację własnej władzy w Mongolii i chęć zapewnienia sobie przewagi nad wszystkimi rywalami, podczas uroczystego spotkania 15 maja 1578 roku w specjalnie wybudowanej (rok wcześniej) w tym celu świątyni Yanghuasi (Yănghuásì) w Czabczijal nadał zaproszonemu zwierzchnikowi szkoły Gelugpa, Sönamowi Gjaco / bSod-nams rgya-mtsho (1543–1588) tytuł dalajlamy – jako trzeciemu wcieleniu, tj. Dalajlamie III – wraz ze stosowną złotą pieczęcią w kwadratowym piśmie Phagba. Pośmiertnie tytuł przyznano także jego dwóm pierwszym inkarnacjom: Gendün Drupie / gDe-’dun grub-pa (1931–1474) jako Dalajlamie I oraz Gendün Gjaco / dGe-‘dun rgya-mtsho (1476–1542) jako Dalajlamie II.

Dalajlama XIV uważa, że Mongołowie w zasadzie tylko przetłumaczyli drugi człon tybetańskiego imienia, bowiem mongolskie słowo dalai – ocean – jest równoważnikiem tybetańskiego gjaco/rgya-mtsho. Niejako na zasadzie „wymiany kurtuazji” Altan-chan przyjął od dalajlamy buddyzm i tytuł Króla [obracającego] krąg wiary (tyb. czökji khorlo gjelpo / chos-kyi’khor-lo rgyal-po, sanskr. cakravartin) oraz Króla Dharmy, boskiej czystości (tyb. czökji gjalpo lhaj cangpa / chos kyi rgyal-po lha’i tshang-pa). Dodatkowo dalajlama uznał Altan-chana za wcielenie Kubilaj-chana, co znakomicie wspierało i roszczenia władcy do panowania nad wszystkimi Mongołami i starania o reaktywowanie czöjön. Altan-chan widział z kolei w Dalajlamie III wcielenie Phagba Lamy, co stwarzało dodatkową, niejako „historyczną”, płaszczyznę porozumienia z wzajemnymi odniesieniami. Obopólne obdarzenie się tytułami i znalezienie odpowiedniości we wcześniejszych wcieleniach było – według biografi i Dalajlamy III – jednym z przejawów zbliżenia tybetańsko-mongolskiego.

Ta relacja między kapłanem w osobie dalajlamy a patronem przetrwała do 1717 roku, tj. do końca piastowania przez potomków Altan-chana godności króla Tybetu. Dla Sönama Gjaco sojusz z Altan-chanem stawał się natomiast ważkim atutem w sytuacji wewnętrznych napięć, konfliktu społeczno-religijnego, a także politycznego w Tybecie, tj. rywalizacji z władcami Cangu, którzy przy poparciu ze strony m.in. szkół Sakjapa i Dżonangpa oraz ich klasztorów dążyli do eliminacji rosnącej w potęgę na obszarze Ü (głównie w Lhasie) szkoły Gelugpa, reprezentowanej przez Dalajlamę. Właśnie sojusz z Altan-chanem zapewnił szkole Gelugpa przewagę i wygraną w tej rywalizacji. Dalajlama III, z racji swojego statusu, musiał jednak podjąć się niewdzięcznej roli mediatora w sporze między szkołami, chociaż równocześnie należał do jednej z nich. Był to pierwszy przypadek wypełnienia funkcji politycznej przez dalajlamę.

(...)

Sönam Gjaco umyślnie odwoływał się do pomocy władców mongolskich, aby uniknąć ingerencji ze strony Chin w sprawy Tybetu. Raz jednak spełnił prośbę cesarza Shenzonga i podjął się roli pośrednika między władcą Chin a Altan-chanem. Cesarstwo czuło się wówczas coraz bardziej zagrożone mongolskimi najazdami, a nawet perspektywą większej inwazji. Shenzong poprzez gubernatora Gansu i Qinghai zwrócił się do tybetańskiego hierarchy o nakłonienie mongolskiego władcy do wycofania wojsk z Qinghaiu na obszar obecnie nazywany Mongolią Wewnętrzną, co też nastąpiło – groźba mongolskiej inwazji na cesarstwo Ming zniknęła. Chiny występowały zatem w ówczesnym życiu politycznym Tybetu i Mongolii wyłącznie jako obiekt, tj. cel najazdów i oddziaływania politycznego, a nie jako podmiot, tj. inicjator, a tym bardziej decydent. Sam Altan-chan – w proklamacji dotyczącej sponsorowania buddyzmu przy okazji spotkania z Dalajlamą III – wspomniał o Chinach wyłącznie jako o obszarze, na który rozciągała się władza imperium mongolskiego.

W chińskiej literaturze historyczno-propagandowej można jednak spotkać i taką wersję ówczesnych wydarzeń, według której to Sönam Gjaco zabiegał o uznanie swojego tytułu przez chińskiego cesarza i o „zgodę na złożenie trybutu” na dworze Mingów (którą to zgodę uzyskał – jako „szczególną łaskę”), a nawet i to, że „złożył hołd dynastii Ming”, i dzięki temu „uzyskał nadanie tytułu”, co nie ma pokrycia w faktach. Historycy chińscy dowodzą, że Dalajlama III zamierzał wybrać się do Pekinu, ale zmarł w drodze z Mongolii do Tybetu w marcu 1588 roku, co ma oznaczać, że dwór uznał status dalajlamy za równy guoshi (tj. Nauczycielowi Państwowemu), bowiem nikomu o niższej pozycji zaszczyt składania hołdu nie przysługiwał. Jednocześnie pomijają fakt odrzucenia przez Sönama Gjaco zaproszenia na dwór Mingów jeszcze w 1580 roku, chociaż Dalajlama III przebywał wówczas w Höhhot, tj. w niewielkiej odległości od Pekinu. Również podczas drugiej podróży do Mongolii, dokąd dotarł w 1585 roku (cała wyprawa trwała od 1582 do 1588 roku), hierarcha „nie znalazł czasu” na złożenie wizyty w Pekinie. Wiele wskazuje na to, że dwór Mingów, zdając sobie sprawę z rosnących wpływów i politycznego znaczenia szkoły Gelugpa, starał się pozyskać jej zwierzchnika dla własnych celów, chociaż Pekin otwarcie popierał władców Cangu, dla których duchowym oparciem była szkoła Kargjupa, tj. przeciwnicy Gelugpa – szkoły dalajlamy.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

sobota, 7 marca 2026



Z doniesień amerykańskich mediów wynika, że możliwym powodem dymisji Noem było rozczarowanie Trumpa jej zeznaniami podczas przesłuchań w Kongresie, gdzie była wielokrotnie pytana o swoją rolę w zatwierdzaniu kontraktów, w tym dotyczących kampanii reklamowej wartej 220 mln dol. (ok. 810 mln zł), mającej zachęcić imigrantów do dobrowolnej deportacji. Polityczka twierdziła, że kampania została zatwierdzona przez Biały Dom, lecz prezydent Trump powiedział w czwartek w wywiadzie dla Agencji Reutera, że nic nie wiedział o sprawie.

onet.pl

piątek, 6 marca 2026



Trwająca już prawie tydzień wojna USA i Izraela z Iranem dotyka coraz mocniej sąsiednie państwa Zatoki Perskiej – eksporterów ropy naftowej. Utrzymująca się od kilku dni blokada cieśniny Ormuz ogranicza dostępność surowca na świecie. Zazwyczaj przepływa przez nią ok. 20 mln baryłek ropy i produktów naftowych dziennie, co stanowi ok. 25% ich globalnej sprzedaży. W rezultacie wojny i blokady ceny ropy Brent skoczyły do tej pory (6 marca 2026 r.) o ok. 18% w porównaniu z cenami z 27 lutego do ponad 87 dolarów za baryłkę. Równocześnie rosną notowania produktów importowanych z państw Zatoki – przede wszystkim paliwa lotniczego i oleju napędowego.

Wzrosty cen i potencjalne dłuższe ograniczenie podaży na rynku generują doraźnie największy problem dla będących głównymi importerami z rejonu konfliktu państw azjatyckich. Zarazem stanowią też wyzwanie dla borykającej się z wysokimi cenami energii i starającej się dokończyć odchodzenie od importu surowców z Rosji UE. Już teraz wpływają na wzrosty cen na giełdach, reagujących na zmiany podażowe i sytuację na świecie. Ewentualne przedłużanie się blokady cieśniny wiązałoby się z poważniejszymi skutkami zarówno dla rynków naftowo-petrochemicznych, jak i całych gospodarek. Na problemach na Bliskim Wschodzie zyskać może natomiast w wymiarze energetycznym Rosja.

Cieśnina Ormuz jest kluczowym szlakiem eksportowym dla sześciu państw producentów ropy z Zatoki Perskiej. W Iranie, Iraku, Arabii Saudyjskiej, Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Kuwejcie i Katarze znajduje się ok. 55% światowych zasobów surowca. Kraje te odpowiadały w 2024 r. za ok. 30% globalnej produkcji ropy i ok. 35% jej eksportu. Dodatkowo są one ważnymi producentami i eksporterami surowej benzyny, LPG, oleju napędowego, paliwa lotniczego i innych produktów naftowych (odpowiadają średnio za ponad 16% ich światowej sprzedaży).

W dostawach na rynki światowe całkowicie lub w olbrzymim stopniu od cieśniny Ormuz zależą wszystkie państwa Zatoki. Arabia Saudyjska eksportuje przez nią prawie 90% swojej ropy i produktów naftowych, a najmniej zależne Zjednoczone Emiraty Arabskie – dwie trzecie.

Według danych Energy Information Agency w pierwszej połowie 2025 r. zdecydowana większość eksportu surowej ropy z regionu trafiała do państw azjatyckich, z czego najwięcej do Chin (około jednej trzeciej całego eksportu), Indii, Korei Południowej i Japonii. Do państw europejskich płynęło mniej niż 4% surowca eksportowanego trasą przez Ormuz.

W rezultacie to państwa azjatyckie najszybciej i najmocniej odczuwają konsekwencje zamknięcia Ormuzu. Poza notowaniami surowej ropy mocno rosną ceny przede wszystkim paliwa lotniczego – na giełdzie w Singapurze skoczyła ona 4 marca o 140% w porównaniu z przedwojennymi notowaniami – ale także oleju napędowego czy LPG. W efekcie już odczuwalnych spadków dostaw surowej ropy Chiny wezwały rafinerie krajowe do wstrzymania eksportu ich produktów, a rafinerie chińskie, hinduskie czy singapurskie zmniejszają produkcję, powołując się czasem na klauzulę siły wyższej. Bangladesz zaczął zmniejszać dostawy do stacji benzynowych (ma mieć rezerwy benzyny i oleju napędowego na ok. 2 tygodnie).

Sytuacja w Europie nie jest aż tak trudna. Dostawy ropy i produktów naftowych z sześciu państw Zatoki Perskiej stanowią ponad 12% całego unijnego importu (dane z 2024 r.), jednak zależność ta wygląda różnie w poszczególnych państwach. Najbardziej od bliskowschodniego kierunku zależne są w przypadku surowej ropy Polska (52%) oraz Litwa i Grecja (ok. 42% importu), natomiast wiele państw UE w ogóle nie importuje stamtąd surowca.

Poza surową ropą UE i Wielka Brytania są mocno zależne od importu z Zatoki paliwa lotniczego (w ponad 50% w 2025 r.) oraz oleju napędowego (ponad 20%). Wielkości sprowadzane z Bliskiego Wschodu rosły w ostatnich latach w związku z embargiem na dostawy z Rosji oraz spadkiem przetwórstwa ropy w samej UE.

Doraźnie Europejczycy mogą ograniczać obecne i możliwe przyszłe poważniejsze problemy z ropą i produktami dzięki utrzymywanym obowiązkowym zapasom surowca. Państwa UE są zobowiązane do utrzymywania rezerw ropy i/lub produktów naftowych odpowiadających wielkości co najmniej 90 dni ich średniego importu lub 61 dni konsumpcji. Dodatkowo wiosna oznacza spadek popytu na część produktów (m.in. olej opałowy). Przedłużające się trudności z dostawami zarówno ropy, jak i produktów naftowych z Zatoki będą jednak miały wyraźne, bezpośrednie konsekwencje dla rynku unijnego.

(...)

W odróżnieniu od eksportu LNG państwa Zatoki – przede wszystkim Arabia Saudyjska i Zjednoczone Emiraty Arabskie – mogą przekierować część eksportu swojej ropy i produktów naftowych na alternatywne szlaki. Saudyjskie Aramco jest operatorem ropociągu o nominalnej przepustowości 5 mln baryłek dziennie (najpewniej podniesionej obecnie do 7 mld bbl/d), biegnącego do portu Yanbu nad Morzem Czerwonym. Dostępne moce szacuje się na ok. 5 mln bbl/d, a Saudowie od kilku dni zwiększają eksport właśnie tym szlakiem. Teoretycznie pozwalałby on na przekierowanie większości ich własnej surowej ropy wysyłanej zazwyczaj via Ormuz.

Mniejszym ropociągiem (niecałe 2 mln bbl/d) omijającym Zatokę Perską i biegnącym do kluczowego terminalu Fudżajra w Zatoce Omańskiej dysponują Zjednoczone Emiraty Arabskie. W sumie wolne przepustowości obu tych szlaków mogłyby pomieścić ok. 40% regionalnego eksportu surowca dotychczas realizowanego przez wody Zatoki Perskiej. Wiąże się to jednak z bardziej skomplikowaną logistyką i wyższymi kosztami transportu. Dodatkowo zarówno szlak przez Morze Czerwone, jak i Zatoka Omańska nie są obecnie w pełni bezpieczne, ze względu przede wszystkim na możliwe ataki Huti lub samego Iranu. Potwierdzają to uderzenia na Fudżajrę i powoływanie się na klauzulę siły wyższej przez część dostawców do tamtejszego terminalu (głównie paliwa bunkrowego). Ograniczone przepustowości alternatywnych szlaków i zdolności magazynowe będą prowadzić najpewniej w najbliższym czasie do cięć produkcji przez kolejnych producentów z Zatoki.

Podobną alternatywą nie dysponuje kolejny duży regionalny eksporter, czyli Irak. Jedynie ok. 3–5% jego eksportu realizowane jest przez ropociąg z Kirkuku do Turcji. Jednocześnie Irak ma też najmniejsze (w stosunku do krajowej produkcji) pojemności magazynowe wśród państw regionu. W rezultacie już 3 marca Bagdad ogłosił ograniczenie wydobycia na części swoich pól naftowych. W sumie spadło ono w pierwszych dniach o 1,5 mln baryłek dziennie, a cięcia dotykają głównie największe złoża w kraju, czyli Rumailę i Zachodnią Kurnę-2. Spadek może się w najbliższych dniach podwoić, jeśli szlak eksportowy nie zostanie odblokowany. Dodatkowo do ograniczania poziomu produkcji przyczyniają się ataki dotykające także infrastrukturę wydobywczą.

Niewielkie alternatywne możliwości eksportowe posiada sam Iran. Ropociąg Goreh–Jask biegnie do Zatoki Omańskiej, lecz był do tej pory wyłącznie raz użyty (testowo) i nie wiadomo, czy jest zdatny do trwalszego wykorzystania. Ponadto jego przepustowość (ok. 1 mln bbl/d, najprawdopodobniej nie w pełni dostępna) pozwoliłaby przekierować tylko część przedwojennych wolumenów irańskiego eksportu. Wyzwaniem w przypadku Iranu jest jednak brak informacji o stanie jego sektora naftowego, w tym infrastruktury eksportowej (m.in. na kluczowej do eksportu przez Ormuz wyspie Chark), po atakach amerykańsko-izraelskich.

Ataki irańskie uderzają też w regionalne moce przetwórcze, w tym w największy na Bliskim Wschodzie kompleks rafineryjny Ras Tanura w Arabii Saudyjskiej. Przekłada się to na zmniejszanie regionalnych mocy produkcyjnych również w tym segmencie rynku.

Poza trwającą blokadą cieśniny Ormuz wyzwaniem dla produkcji i krótkoterminowej przyszłości eksportu z regionu jest to, że infrastruktura energetyczna państw Zatoki oraz tankowce, także poza samą cieśniną, stały się celem ataków Teheranu. Iran liczy tym samym zapewne na zwiększenie kosztów konfliktu dla sąsiadów i ich działania na rzecz jego wygaszenia.

osw.waw.pl


Od kilku tygodni narasta napięcie w stosunkach węgiersko-ukraińskich. Przyczyną obecnej eskalacji było zniszczenie pod koniec stycznia w wyniku rosyjskiego ostrzału w okolicy Brodów stacji pompującej ropociągu Drużba, transportującego rosyjską ropę na Węgry i Słowację. Rząd w Budapeszcie (i Bratysławie) oskarża Kijów o celowe wstrzymywanie dostaw, z kolei ten deklaruje wolę remontu, lecz zasłania się dużą skalą zniszczeń. W odpowiedzi Węgry zablokowały unijną pożyczkę w wysokości 90 mld euro dla Ukrainy, a także 20. pakiet sankcji UE na Rosję. Do rozszerzenia wzajemnych oskarżeń doszło 5 marca, gdy premier Viktor Orbán zapowiedział przełamanie siłą – za pomocą środków politycznych i finansowych – ukraińskiej „blokady” Drużby, zaś prezydent Wołodymyr Zełenski zagroził mu, że dalsze blokowanie pożyczki unijnej poskutkuje „przekazaniem jego numeru telefonu ukraińskim siłom zbrojnym” i „żołnierską rozmową”.

Tego samego dnia na Węgrzech doszło do zatrzymania siedmiu ukraińskich inkasentów państwowego Oszczadbanku, przewożących na Ukrainę prawie 100 mln dolarów w walucie i złocie w ramach umowy z austriackim Raiffeisen Bank. Węgierski Narodowy Urząd Skarbowy i Celny (NAV) poinformował, że prowadzone jest wobec nich postępowanie karne w sprawie podejrzenia popełnienia przestępstwa polegającego na praniu pieniędzy. Z kolei szef MSZ Ukrainy Andrij Sybiha oskarżył Budapeszt o „branie zakładników, reket i państwowy terroryzm”.

Niefortunne wypowiedzi Zełenskiego i eskalacja sporów będą dodawały paliwa kampanii Fideszu, który zwietrzył szansę na odwrócenie negatywnego trendu w sondażach przed wyborami 12 kwietnia. Już wcześniej partia Orbána budowała swój przekaz na hasłach antyukraińskich, kreując się na jedynego gwaranta, że Węgry nie będą wspierać finansowo i wojskowo Ukrainy, oraz przedstawiając lidera opozycji Pétera Magyara jako marionetkę Kijowa i Brukseli.

Komentarz

Fidesz wykorzystuje wzrost napięć węgiersko-ukraińskich do budowania atmosfery zagrożenia dla interesów kraju. Kampania wyborcza tej partii opiera się przede wszystkim na straszeniu, że w przypadku jej przegranej dojdzie do władzy kandydat popierany przez Kijów i Brukselę, który zgodzi się na transfery finansowe i wsparcie militarne dla Ukrainy, jej przyspieszoną akcesję do UE czy nawet wysłanie żołnierzy węgierskich na front (choć Magyar żadnej z tych kwestii nie postuluje).

Kluczowym antybohaterem kampanii Fideszu jest sam Zełenski, który widnieje na tysiącach plakatów i billboardów rozwieszonych w całym kraju. Dodatkowo Fidesz przekonuje, że gwarancją niskich cen energii (i dobrobytu na Węgrzech) jest import surowców rosyjskich, który Ukraina ma uniemożliwiać. Taka strategia pozwala skupiać się na rzekomych zewnętrznych zagrożeniach dla państwa i odciągać uwagę od kampanii opozycyjnej TISZY, która koncentruje się na niewygodnych dla partii rządzącej tematach korupcji, oligarchizacji, problemów gospodarczych i zapaści w usługach publicznych. Jak dotąd taka strategia Fideszu nie przynosiła efektu, a partia Magyara utrzymywała kilku–kilkunastoprocentową przewagę w sondażach agencji niezależnych od władzy.

Świadome eskalowanie sporu z Ukrainą to dla Orbána szansa skierowania kampanii w pożądaną dla niego stronę. Magyar, starając się uniknąć przypięcia mu etykiety polityka proukraińskiego, potępił pogróżki Zełenskiego wobec Orbána. Podkreślił też, że jako premier nie będzie ulegał groźbom ani prezydenta Ukrainy, ani Władimira Putina. Ten ostatni – w rozmowie z węgierskim szefem MSZ 4 marca w Moskwie – podkreślił, że surowce będą płynąć na Węgry, o ile te nadal będą prowadzić taką politykę jak obecnie. Rosja podsyca spór węgiersko-ukraiński i czyni przedwyborcze gesty wobec Orbána – m.in. przekazała Budapesztowi dwóch jeńców wojennych, obywateli Ukrainy pochodzenia węgierskiego.

Kijów kibicuje zwycięstwu opozycyjnej TISZY, lecz atakami na Orbána mimowolnie napędza kampanię Fideszu. Potencjalne utworzenie rządu przez Magyara postrzega się na Ukrainie jako szansę na zmianę stanowiska Budapesztu w przynajmniej kilku kluczowych kwestiach: uruchomienia unijnego kredytu dla Ukrainy (...) i cofnięcia weta dla otwarcia negocjacji na temat akcesji do UE oraz  przyjęcia przez UE 20. pakietu sankcji na Rosję. Zełenski poddaje się prowokacjom Budapesztu, a do osobistych ataków na węgierskiego premiera i niekonstruktywnej komunikacji w sprawie uruchomienia Drużby popychają go zarówno osobista niechęć (już wcześniej personalnie i niedyplomatycznie krytykował Orbána podczas wystąpień w Davos i Monachium), jak i antywęgierskie nastroje większości społeczeństwa. W grudniu 2025 r. Orbánowi nie ufało ponad 80% Ukraińców, co wynika z prorosyjskiej polityki Budapesztu oraz blokowania na forum NATO i UE działań na rzecz pomocy dla Kijowa. 

Stosunki dwustronne znajdują się w systemowym kryzysie – nasycone są konfliktami na tle praw mniejszości węgierskiej na Ukrainie co najmniej od 2017 r. (...), gdy przyjęto tam ustawę ograniczającą użycie węgierskiego (i innych języków) w szkolnictwie. Wobec zmian wprowadzonych w ostatnim czasie (...), łagodzących te przepisy i uzgodnionych z KE, rzekome łamanie praw mniejszości węgierskiej będzie pretekstem dla Budapesztu do uderzania w Ukrainę.

osw.waw.pl


Od siedmiu dni Izrael i USA prowadzą wojnę z reżimem mułłów w Iranie. Amerykanie i Izraelczycy przekonują, że ataki przebiegają niezwykle pomyślnie i przekraczają oczekiwania przywódców politycznych. Połączone siły miały zniszczyć aż 75 proc. irańskich zdolności rakietowych. Chodzi o stałe wyrzutnie i mobilne urządzenia. Poza tym Teheran podobno stracił 73 proc. swoich rakiet średniego zasięgu i ponad połowę rakiet krótkiego zasięgu.

Choć statystyki są nieubłagane dla reżimu mułłów, irańska armia pozostaje niezwykle niebezpieczna. Donald Trump grozi, że "nie będzie żadnego porozumienia z Iranem poza bezwarunkową kapitulacją".

Tyle że Teheran nic sobie z tego nie robi i sieje spustoszenie w krajach regionu. Na celowniku znalazły się m.in. Turcja, Azerbejdżan, a nawet Cypr. I to ponoć nie jest koniec. Zapowiedzi Iranu są ambitne. Władze stawiają wszystko na jedną kartę, bo wiedzą, że mogą ryzykować. Mogą, bo właśnie znalazły sposób na Zachód. Jeśli ten w porę się nie zorganizuje, Waszyngton może być w tarapatach.

onet.pl

czwartek, 5 marca 2026



Dr Aleksander Olech: Czy Polska – biorąc pod uwagę stan wiedzy, doświadczenie, potencjał gospodarczy oraz kapitał ludzki – dysponuje realnymi zdolnościami do opracowania własnej broni jądrowej?

Arture Kacprzyk (Polski Instytut Spraw Międzynarodowy): Polska nie ma teraz takich zdolności. Ma potencjał do tego, by je rozwinąć, choć byłoby to trudne, czasochłonne i pociągałoby za sobą istotne koszty.

Broń jądrową udało się zdobyć państwom od Polski mniejszym lub słabiej rozwiniętym gospodarczo, ale trzeba od razu zaznaczyć, że borykalibyśmy się z innymi trudnościami niż one. Obecnie nie możemy liczyć na podobną pomoc czy pobłażliwość. Korea Północna korzystała z ochrony i pomocy Chin, co pomagało w odstraszaniu interwencji USA i łagodzeniu skutków sankcji. Również Chiny przekazały istotne komponenty i technologie Pakistanowi, a Izraelowi na początku mocno pomogła Francja. USA podtrzymywały pomoc gospodarczą i wojskową dla Pakistanu i Izraela, bo miały wówczas w relacjach z tymi krajami ważniejsze interesy niż nieproliferacja. Izrael był (i jest) istotny dla wpływów USA na Bliskim Wschodzie, a Pakistan dla zaopatrzenia Afgańczyków walczących z ZSRR. Ponadto ani Izrael ani Pakistan nie były i nie są formalnymi sojusznikami USA – Amerykanie nie byli zobowiązani do ich obrony, więc nie musieli obawiać się wciągnięcia w wojnę w związku z proliferacją. Zresztą żadnemu z tych państw nie zagrażał bezpośrednio przeciwnik zdolny do dokonania ataku nuklearnego na USA. Amerykanie nie naciskali też za mocno na RPA, bo była postrzegana jako partner przydatny w powstrzymywaniu komunizmu w Afryce.

Jeśli chodzi o koszty dla Polski, trudno o dokładne prognozy, nawet pomijając wpływ możliwej reakcji międzynarodowej. Prawdopodobnie musielibyśmy wydać dziesiątki miliardów złotych na opracowanie pierwszych ładunków nuklearnych. Szacunkowo i w przełożeniu na dzisiejsze ceny, USA kosztowało to ponad 100 mld zł, a Francję nieco mniej niż 100 mld zł. Ułatwieniem dla naszych badań byłoby to, że wiedza na ten temat jest współcześnie większa i bardziej powszechna. Niemniej wciąż konieczne byłyby inwestycje w odpowiednią infrastrukturę, materiały i personel. A dodatkowe środki byłyby potrzebne na budowę kolejnych głowic, systemów ich przenoszenia, a następnie utrzymanie oraz modernizację arsenału. Posiadająca ok. 300 głowic Francja wydaje teraz co roku na siły nuklearne 20-25 mld zł. W świetle wynoszących ok. 200 mld zł rocznie wydatków obronnych Polski nie mówimy więc o kwotach niewyobrażalnych, ale wciąż dużych, zwłaszcza że budżet ten już jest napięty. Jeszcze inna sprawa, że takie wydatki bardzo ciężko byłoby ukryć.

Jeszcze ciężej oszacować, ile z technicznego punktu widzenia czasu zająłby nam program nuklearny. Zaryzykuję ocenę, że Polska mogłaby wyprodukować pierwsze ładunki w ciągu 5-10 lat. Ale więcej czasu potrzebowalibyśmy na dopracowanie i rozbudowanie tego arsenału, tak by wiarygodnie móc zagrozić użyciem go przeciw Rosji. Prawdopodobnie co najmniej kilkunastu lat. W momencie wykrycia irańskiego programu nuklearnego w 2002 r. trwał on już 13 lat i Irańczycy najwyraźniej byli blisko skonstruowania prymitywnego ładunku do próbnej eksplozji. Ale wciąż pracowali nad wyprodukowaniem materiałów dla znacznie większej ilości głowic i zminiaturyzowaniu tych ładunków do montażu na pociskach, mimo że wcześniej uzyskali od Pakistanu pomoc w tych kwestiach. Z kolei Francja i RPA zbudowały pierwsze ładunki w ok. 10 lat od rozpoczęcia prac nad materiałem rozszczepialnym, aczkolwiek nie musiały się z nimi kryć. Dysponujące o wiele większymi środkami USA i ZSRR zbudowały pierwsze, choć bardzo duże rozmiarami, bomby w odpowiednio 3 i 4 lata.

AO: Jakie przygotowania musiałby poczynić nasz kraj pod względem technicznym, infrastrukturalnym i wojskowym, aby w ogóle myśleć o budowie własnego arsenału nuklearnego?

AK: Jest szereg kroków, których wykonanie ułatwiłoby pozyskanie broni jądrowej. Zaczynając od gruntownego planowania – nie tylko procesu budowy głowic i pozyskania niezbędnych do tego materiałów, ale też struktury sił nuklearnych i strategii ich użycia.

Najtrudniejsze byłoby dla nas ustanowienie produkcji materiałów rozszczepialnych do wykorzystania w paliwie do cywilnych reaktorów. Posiadanie takiej infrastruktury dawałoby możliwość wykorzystania jej do budowy broni jądrowej w razie podjęcia takiej decyzji. Nie eliminowałoby to zagrożenia atakiem prewencyjnym, ale skracałoby okres tego podwyższonego zagrożenia. Chodzi albo o wzbogacanie uranu, albo odzyskiwanie plutonu z wypalonego paliwa z reaktorów. Pierwsze robią Niemcy, a Japonia zarówno odzyskuje, jak i wzbogaca. Czyni to od dawna te kraje tzw. państwami progowymi.

Jednak państwa są współcześnie znacznie ostrożniejsze w sprzedaży najbardziej wrażliwych technologii i materiałów nuklearnych, zwłaszcza że powszechnie dostępne są bezpieczniejsze rozwiązania. Np. Polska kupuje za granicą nisko wzbogacone paliwo nuklearne do reaktora badawczego w Świerku i ma kupować je do naszych przyszłych elektrowni. Takiego paliwa nie można bezpośrednio użyć do budowy głowicy nuklearnej, jak również mocno ograniczone są możliwości odzyskiwania z niego plutonu. Lepszym rozwiązaniem byłoby więc najprawdopodobniej wznowienie wydobycia uranu w Polsce (choć Sowieci wyeksploatowali najlepsze złoża) i jego wzbogacanie w kraju. Ale biorąc pod uwagę koszty wzbogacania (lub odzyskiwania) oraz planowane rozmiary naszego sektora energetyki nuklearnej prawdopodobnie ciężko byłoby uzasadnić to ekonomicznie. Można zaś argumentować, że produkcja materiałów do paliwa nuklearnego w kraju dawałaby większą stabilność jego dostaw, pomimo potencjalnych zakłóceń jak niedawne wyrzucenie francuskich firm z kopalń uranu w Nigrze. 

Cywilne uzasadnienie dla wzbogacania uranu (lub odzyskiwania plutonu) byłoby ważne, by nie wzbudzać podejrzeń o prace nad bronią nuklearną oraz presji międzynarodowej. I być może udałoby się pozyskać gotową i zaawansowaną technologię z zagranicy. No i nawet gdybyśmy opracowali ją sami, to prawdopodobnie przy produkcji paliwa i tak potrzebna byłaby jakaś współpraca z zagranicznymi producentami reaktorów. W każdym razie budowa odpowiedniej infrastruktury dla celów cywilnych może być uzasadniona dopiero wraz z rozwojem polskiej energetyki jądrowej – a pierwsze reaktory mają zacząć działać w połowie lat 30. Inną opcją jest potajemne prowadzenie badań laboratoryjnych nad pozyskaniem materiałów rozszczepialnych, co robiła Korea Południowa. Byłoby to cięższe do wykrycia i być może nie aż tak alarmujące dla innych państw, jak skryte lub nieuzasadnione cywilnie prace na skalę przemysłową. Eksperymenty mogą ułatwić zbudowanie większej infrastruktury w razie próby proliferacji, ale wciąż będzie to wymagało dodatkowego czasu.

Znacznie bardziej osiągalne, choć wcale niełatwe, będzie pozyskanie pocisków do potencjalnego przenoszenia głowic nuklearnych. Polska i tak planuje zakup pocisków o zasięgu 1-3 tys. km i z głowicami konwencjonalnymi, zdolnych do rażenia celów w głębi Rosji. Przy czym by móc zintegrować z takimi pociskami głowice nuklearne, musielibyśmy albo takie pociski produkować sami, albo przynajmniej we współpracy z partnerem wspierającym nasze nuklearne ambicje. Warto też podkreślić, że choć ewentualność uderzenia choćby jednej głowicy nuklearnej w Moskwę czy Petersburg może istotnie wzmocnić odstraszanie, to jego wysoka wiarygodność wymagałaby o wiele większych sił. Na tyle dużych, żeby Rosja nie mogła liczyć na zniszczenie ich wszystkich na ziemi lub w locie.

Głębokiego przemyślenia wymagałoby także wiele innych problematycznych kwestii. Np. zaprojektowanie odpornego na duży i szybki atak jądrowy systemu kontroli i dowodzenia nad siłami nuklearnymi, a także określenie miejsca, w którym Polska mogłaby dokonać próbnej eksplozji jądrowej.

AO: Czy kraje nordyckie faktycznie mają (lub mogą rozwinąć) własne zdolności nuklearne? Jeśli tak – na jakim poziomie i w jakim horyzoncie czasowym?

AK: Szwecja mogłaby pozyskać broń nuklearną znacznie szybciej niż my, jednak nie tak szybko, jak czasem się komentuje. Szwedzi pracowali kiedyś nad nią, a w połowie lat 60. oceniano, że byli 2 lata, czy nawet pół roku, od zbudowania pierwszych ładunków. Nie zrobili tego z różnych powodów: od silnych nastrojów pacyfistycznych w społeczeństwie, przez duże koszty i preferencje wojska do inwestycji w siły konwencjonalne, po sygnały od Amerykanów, że wsparliby Szwecję w razie radzieckiego ataku, mimo że nie była członkiem NATO.

W każdym razie dziś Szwecja nie posiada już tej samej infrastruktury i zasobów, więc nie może po prostu wznowić programu nuklearnego od stanu sprzed 50-60 lat. Pluton wywieziono z kraju, a nowe elektrownie nuklearne słabo się nadają do jego produkcji. Szwedzi pewnie musieliby zacząć wzbogacać uran, którego wznowienie wydobycia akurat planują. Dużym ułatwieniem byłoby natomiast to, że dawniej przeprowadzili szereg badań nie tylko nad budową ładunku wybuchowego, ale i zmniejszeniem jego rozmiarów do użycia w pocisku. No i szwedzki przemysł ma spore kompetencje w produkcji pocisków manewrujących, zwłaszcza jako współproducent Taurusów.

Można więc spekulować, że Szwedzi byliby w stanie stworzyć pierwsze pociski nuklearne z głowicami jądrowymi w kilka lat. Zwłaszcza gdyby pozostałe państwa nordyckie wsparły taki program finansowo i zaangażowały swoich naukowców. Ponadto Norwegia i Finlandia też mają na swoim terytorium złoża uranu (z kolei Dania ma je wyłącznie na Grenlandii, gdzie trudno o ich eksploatację). Być może państwa nordyckie byłyby też otwarte na współpracę z innymi, w tym nami czy Ukrainą, która ma duży cywilny program jądrowy i rozwija coraz lepsze pociski.

Jednak obecnie wygląda na to, że odpowiedzią państw nordyckich na wątpliwości co do wiarygodności USA będzie większe poleganie na Francji i Wielkiej Brytanii oraz ich odstraszaniu nuklearnym. Tak wskazują ostatnie wypowiedzi rządzących, np. premiera Szwecji czy ekspertów z tych krajów. Nawet dla Szwecji czy grupy państw nordyckich, pozyskanie broni nuklearnej wciąż byłoby niebezpiecznym i trudnym procesem.

defence24.pl


Prezydent USA Donald Trump ogłosił w czwartek dymisję szefowej Ministerstwa Bezpieczeństwa Krajowego (DHS) Kristi Noem i nominował na jej stanowisko senatora Markwayne'a Mullina z Oklahomy. Noem ma zostać specjalną wysłanniczką ds. "tarczy Ameryk", nowej inicjatywy prezydenta.

"Z przyjemnością ogłaszam, że szanowny Senator Stanów Zjednoczonych z Oklahomy, Markwayne Mullin, obejmie stanowisko Ministra Bezpieczeństwa Krajowego Stanów Zjednoczonych (DHS) z dniem 31 marca 2026 r." - ogłosił Trump we wpisie na Truth Social.

"Kristi Noem, która dobrze nam służyła i osiągnęła liczne i spektakularne wyniki (szczególnie na granicy!), obejmie stanowisko Specjalnego Wysłannika ds. Tarczy Ameryk, naszej nowej Inicjatywy Bezpieczeństwa na Półkuli Zachodniej którą ogłaszamy w sobotę w Doral na Florydzie" - dodał prezydent. 

PAP

środa, 4 marca 2026



3 marca IDF uderzyło w Najwyższą Radę Bezpieczeństwa Narodowego (SNSC), Biuro Prezydenta i budynek Zgromadzenia Ekspertów w Teheranie. Izraelskie media podały, że około 100 myśliwców zrzuciło ponad 250 bomb na irański "ompleks przywódczy", który zawiera powyższe miejsca. SNSC jest najwyższym organem decyzyjnym Iranu w zakresie bezpieczeństwa narodowego i polityki zagranicznej. Atak na SNSC jest następstwem wcześniejszych ataków amerykańsko-izraelskich, w wyniku których zginęli wyżsi urzędnicy będący członkami rady, w tym były dowódca Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej (IRGC), generał dywizji Mohammad Pakpour i były szef sztabu generalnego sił zbrojnych (AFGS) generał dywizji Abdol Rahim Mousavi. Zgromadzenie Ekspertów jest 88-osobowym organem duchownym odpowiedzialnym za mianowanie i nadzorowanie Najwyższego Przywódcy, zgodnie z irańską konstytucją. Strajki, które zakłócają lub uniemożliwiają Zgromadzeniu Ekspertów wypełnienie konstytucyjnego obowiązku wyboru kolejnego Najwyższego Przywódcy, podważyłyby legitymację reżimu, ponieważ reżim opiera się na zasadzie Velayat-e Faqih, w której prawnik, Najwyższy Przywódca, kontroluje Iran.

(...)

Przywódcy irańscy przekazali uprawnienia urzędnikom niższego szczebla w odpowiedzi na strajki połączonych sił wymierzone w urzędników wyższego szczebla i centralne instytucje decyzyjne. Prezydent Masoud Pezeshkian oświadczył 3 marca, że rząd centralny przekazał władze wojewodom, aby mogli podejmować szybsze decyzje w oparciu o lokalne warunki. Organy te prawdopodobnie obejmują administracyjne i gospodarcze uprawnienia decyzyjne oraz szerszą władzę wykonawczą, aby zapewnić dalsze funkcje państwa pomimo zakłóceń w centralnym kierownictwie Iranu.

(...)

Reuters opublikował zestawienie statystyk kilku ministerstw obrony /państw/ Zatoki Perskiej na temat dronów i rakiet, które Iran wystrzelił w ich stronę od 28 lutego.

Ministerstwo Obrony Emiratów oświadczyło:
  • Wykryto 186 irańskich rakiet balistycznych, przechwycono 172 rakiety balistyczne, 13 spadło do morza, a jedena wylądowała w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Ministerstwo Obrony oświadczyło również, że wykryło i przechwyciło 8 irańskich rakiet manewrujących.
  • Wykryto 812 irańskich dronów, przechwycono 755 dronów, a 57 dronów uderzyło w terytorium Zjednoczonych Emiratów Arabskich.
Ministerstwo Obrony Kataru oświadczyło:
  • Wykryto 101 rakiet balistycznych i przechwycono 98 rakiet balistycznych, co sugeruje, że w Katarze wylądowały 3 rakiety. Ministerstwo Obrony oświadczyło również, że wykryło i przechwyciło 3 irańskie rakiety manewrujące.
  • Wykryto 39 dronów i przechwycono 24 drony, co sugeruje, że 15 dronów uderzyło w Katar.
Ministerstwo Obrony Bahrajnu oświadczyło:
  • Przechwycono 73 irańskie rakiety i 91 dronów, ale nie podano liczby uderzeń w Bahrajnie. Od początku konfliktu ISW obserwowało wiele irańskich dronów uderzających w pozycje wojskowe USA i infrastrukturę cywilną w Bahrajnie.
Ministerstwo Obrony Kuwejtu oświadczyło:
  • Wykryto i przechwycono 178 irańskich rakiet balistycznych.
  • Wykryto i przechwycono 384 irańskie drony. Ministerstwo Obrony Kuwejtu nie podało liczby irańskich uderzeń rakietowych ani dronów na swoim terytorium, ale od początku konfliktu ISW zaobserwowało wiele irańskich ataków w Kuwejcie.
/Arabia Saudyjska - odpalono w jej kierunku 5 rakiet, 12 dronów; Irak - ? rakiet, >12 dronów, Oman - 2 drony, Cypr - 2 rakiety, 1 dron - red./

(...)

Huti potępili operacje Izraela w Libanie 3 marca, ale nie przeprowadzili jeszcze żadnych ataków odwetowych na Stany Zjednoczone ani Izrael. Ciągła bierność Hutich jest godna uwagi, biorąc pod uwagę, że Houthi byli jedynymi członkami Osi Oporu, którzy brali udział w wojnie izraelsko-irańskiej w czerwcu 2025 r.

understandingwar.org


W poniedziałek (23 lutego) do Donalda Trumpa zadzwonił premier Izraela i przekazał informacje o sobotnim (28 lutego) spotkaniu ajatollaha Alego Chameneiego ze swoimi wysokimi rangą doradcami - podaje Axios, powołując się na trzy źródła. Benjamin Netanjahu miał podczas tej rozmowy przekazać prezydentowi USA: wszyscy oni mogą być zabici w jednym niszczycielskim nalocie. Jak podkreśla portal, była to rozmowa, która "uruchomiła wojnę" i zmieniła Bliski Wschód. 

(...)

Prezydent USA już wcześniej skłaniał się ku uderzeniu na Iran, lecz wahał się w sprawie terminu. Zmieniło się to po telefonie od Netanjahu - podał Axios. Jak zaznaczają przedstawiciele władz USA i Izraela, rozmowa telefoniczna z 23 lutego to część wielomiesięcznej intensywnej koordynacji między oboma przywódcami. W ciągu dwóch miesięcy poprzedzających atak na Iran liderzy spotkali się dwukrotnie i rozmawiali telefonicznie 15 razy.

(...)

Na polecenie Trumpa po poniedziałkowej rozmowie CIA potwierdziła wstępnie dane wywiadowcze Izraela w sprawie Chameneiego. Przygotowania nabrały tempa, gdy Trump powiedział Netanjahu, że rozważy podjęcie dalszych działań. Najpierw jednak prezydent miał wygłosić przed Kongresem orędzie o stanie państwa we wtorek wieczorem.

Przedstawiciele amerykańskich władz przekazali, że Trump podjął decyzję, że nie będzie koncentrować się nadmiernie na Iranie, aby nie wystraszyć ajatollaha, który mógłby ukryć się przed atakiem. Do czwartku CIA "w pełni potwierdziła, że wszyscy ci ludzie będą razem i że musimy to wykorzystać" - podało źródło Axios. Tego dnia wysłannicy Trumpa Steve Witkoff i Jared Kushner zadzwonili do prezydenta z Genewy, gdzie rozmawiali ze stroną irańską, i przyznali, że negocjacje zmierzają donikąd.

- Jeśli zdecydujesz się na dyplomację, będziemy naciskać i walczyć o porozumienie. Ale ci ludzie pokazali, że nie są skłonni do zawarcia umowy, która cię zadowoli - miał usłyszeć Trump. W tym momencie Trump był już przekonany, że dane wywiadowcze są wiarygodne, a dyplomacja nie zadziała. W piątek o godz. 15.38 czasu wschodnioamerykańskiego wydał ostateczny rozkaz. 11 godzin później bomby spadły na Teheran, Chamenei zginął i rozpoczęła się wojna - podkreślił Axios. 

gazeta.pl

wtorek, 3 marca 2026



Wojskowi, z którymi rozmawiała Verstka, odnoszą się do „zerowania” nie tylko jako do bezpośrednich zamachów. Popularnym sposobem pozbycia się niechcianego żołnierza jest wysłanie go na szturm, gdzie przeżycie jest praktycznie niemożliwe, często bez kamizelki kuloodpornej i broni.

Ten rodzaj „zerowania” jest powszechny w wielu jednostkach Ministerstwa Obrony. Na przykład w 114. Samodzielnej Brygadzie Strzelców Zmotoryzowanych – nowej jednostce armii rosyjskiej, której historia sięga donieckiego batalionu separatystów „Wostok”. Od początku wojny na pełną skalę brygada brała udział między innymi w walkach o Awdijiwkę i Awdijiwską Koksownię. (...)

Jednym z dowódców brygady jest pułkownik Igor Istratij, Bohater Rosji i Bohater „DRL”, zwany „Saidem”. Wojskowi opisują tego niesławnego dowódcę jako osobiście wydającego rozkazy egzekucji i zachęcającego do tortur. „Said” najłatwiej eliminuje tych, którzy popadli w niełaskę, atakując. Jurij, który służył w 114. Brygadzie, opowiada, jak zostali wysłani do szturmu bez broni i sprzętu, a „Said” nalegał, aby żołnierze „zdobyli wszystko, czego potrzebują w walce”. „Żebyście zrozumieli, walczyliśmy z dwoma lub trzema plutonami z czterema magazynkami po 120 naboi każdy” – wspomina źródło w Wierstce. „A oni przywitali nas czołgami, Gradami, Tszmelami i granatnikami przeciwpancernymi”. „Pierwsza bitwa miała miejsce zimą 2023 roku, kiedy właśnie wkraczaliśmy do Krasnogorowki. Było nas 47. Pięciu z nich dotarło do samej wioski. Trzy minuty walki”.

„Wiesz, tam jest taki bałagan, że... Nigdy nie wiesz, kto cię zastrzeli: twoi ludzie czy herby” – mówi żołnierz Dmitrij z tej samej brygady.

(...)

Tak było również podczas szturmu na wieś Oriechowoje w obwodzie donieckim na Ukrainie, którego zdobycie zajęło kilka miesięcy. Wojsko określa walkę o nią mianem samobójczej. Żołnierz szturmowy o pseudonimie „Fix” z 80. Pułku Pancernego 90. Dywizji Pancernej Grupy Centrum w czerwcu 2025 roku odmówił wykonania misji „ujawnienia pozycji ogniowych” Sił Zbrojnych Ukrainy bez kamizelki kuloodpornej i broni. W wojsku tę rolę nazywa się „latarnią” – żołnierz jest wykorzystywany jako przynęta, wysyłany do przodu, aby sprowokować wroga do otwarcia ognia i w ten sposób poznać jego dokładne położenie. „Biegniesz tylko w jedną stronę, a za tobą blokuje cię oddział, który uniemożliwia ci powrót. Jedyną szansą na przeżycie jest zranienie i schwytanie przez Ukraińców” – wyjaśnia jeden z żołnierzy.

Po usłyszeniu, że „Fix” odmówił pełnienia funkcji „latarni”, dowódca kompanii szturmowej „B” „Kemer” nakazał go pobić. Dwóch jego towarzyszy broni z 80. pułku powiedziało o tym Wierstce. Tortury zostały sfilmowane: bili go rękami, kijami i paralizatorem. „Tak, to „Fix” na nagraniu. To ludzie „Kemera” pobili go prawie na śmierć, a potem on go zastrzelił. Pochowali go w pasie lasu” – powiedział Wierstce jego towarzysz broni o pseudonimie „Kurgan”. Jego rodzinie powiedziano, że mężczyzna rzekomo opuścił swoją jednostkę bez pozwolenia.

(...)

Wojsko również uważa tortury w dołach i piwnicach za formę „zerowania” – ponieważ najczęściej kończą się śmiercią ofiary. Zmobilizowany żołnierz Aleksiej wspomina, jak koledzy żołnierze, którzy upili się po powrocie na tyły po trzech, czterech miesiącach służby, byli wysyłani do dołów. „Nazywaliśmy to banią: myli się tam, przygotowywali się cały dzień. I oczywiście w ciągu dnia mężczyzna znajdował alkohol, upijał się do nieprzytomności, a następnego dnia musiał wracać i był kompletnie bezużyteczny. Więc był wysyłany do dołu w kajdankach”.

Dół miał dwa metry głębokości i szerokości, a na nim umieszczano kratę. Następnie przyjeżdżał samochód ciężarowy Kamaz z beczką wody, którą dostarczano żołnierzom, i dół napełniano aż do rusztu. „Więc mężczyzna po prostu, jak ryba, próbował łykać powietrze przez kratę. Tak go torturowali dowódcy”. Ci ukarani żołnierze umierali stopniowo: wyciągano ich żywych, ale po kilku godzinach w zimnej wodzie „naturalnie nabawisz się zapalenia płuc, obrzęku nerek i wszystkiego, co się z tym wiąże”. „Jeśli będzie miał szczęście, trafi do szpitala. To zależało od dowódcy, w jakim był nastroju. Jeśli będzie miał pecha, wróci na swoje pozycje. Jaka więc jest opieka medyczna na pozycjach? Poza bandażami i promedolem nie ma nic. Więc po prostu umrze tam z powodu obrzęku płuc lub niewydolności nerek”.

Ludzie nie tylko siedzą w dołach, ale także zabijają się nawzajem. Mówi o tym były żołnierz Jurij ze 114. Brygady Strzelców Zmotoryzowanych.

„Kiedy ktoś zaczyna pytać, na przykład o pensję, albo narzekać, zamykają go w dole z kratą” – wyjaśnia Jurij, żołnierz brygady. „Nie dają im nic do picia, nic do jedzenia, biją ich dwa, trzy, cztery razy dziennie, każdego dnia, wyprowadzają ich i biją. I takich ludzi jest tam mnóstwo. Ktoś ginie w tym dole”.

Aby ukryć to „wyzerowanie”, mówi żołnierz, „po prostu rzucają zwłoki na linię frontu i rozstrzeliwują je gdzieś”, jakby padły w bitwie. Kiedy w dole zostają dwie lub trzy osoby, mówi się im: „Chłopaki, jeśli chcecie wyjść, to walczcie. Ktokolwiek zostanie, wyjdzie”.

„Wyobraź sobie, oto towarzysz, który osłania mnie swoją piersią, a ja muszę z nim walczyć, muszę go pobić”. „Więc wolałbym sam umrzeć. Rozumiesz tam sytuację?” – pyta Jurij.

verstka.media