poniedziałek, 16 lutego 2026



W Norwegii o korupcję oskarżony został były premier Thorbjørn Jagland, a rodzina królewska – ze względu na korespondencję małżonki następcy tronu ze skompromitowanym finansistą - znalazła się w poważnym kryzysie wizerunkowym. W Słowacji ustąpić musiał doradca premiera Fico Miroslav Lajčák, a we Francji były minister kultury Jack Lang pożegnać się ze stanowiskiem dyrektora Instytutu Świata Arabskiego.

Tymczasem w państwie stanowiącym centrum afery, Stanach Zjednoczonych, jak dotąd rewelacje z akt Epsteina nie przyniosły ani spektakularnych dymisji, ani zarzutów. Ze stanowiska głównej prawniczki banku Goldman Sachs musiała co prawda odejść Kathryn Ruemmler - obficie korespondująca z Epsteinem i nazywająca go "wujkiem". Już sekretarz handlu Howard Lutnick, który, jak pokazały maile, wprowadził wcześniej w błąd Kongres na temat czasowego zakresu swoich relacji z Epsteinem, a nawet odwiedził niesławną karaibską wyspę finansisty już po tym, gdy został on po raz pierwszy skazany za przestępstwa seksualne, nigdzie się nie wybiera i ma pełne wsparcie prezydenta Trumpa. Nie widać też, by Departament Sprawiedliwości chciał komuś postawić zarzuty.

Jednocześnie sprawa Epsteina budzi potężne emocje amerykańskiej opinii publicznej i będzie miała znaczenie dla amerykańskiej polityki. Przynajmniej na razie bardziej wydaje się ona szkodzić obecnej administracji, która wyraźnie nie potrafi zapanować nad narracją w sprawie Epsteina.

Ten brak kontroli najlepiej było widać w środę, gdy przed Komisją ds. Sądownictwa Izby Reprezentantów w sprawie Epsteina zeznawała prokuratorka generalna, Pam Bondi. Jej przesłuchanie było zupełną polityczną katastrofą, bardziej niż z parlamentarną polityką kojarzyć się mogło z show Jerry’ego Springera. Springer, ikona amerykańskiej śmieciowej telewizji, sadzał w studio osoby z dołów społecznych, których toczone przed kamerami kłótnie o pieniądze, zdrady i inne sprawy często przeradzały się w rękoczyny.

W trakcie przesłuchania Bondi do rękoczynów co prawda nie doszło, ale czasem wyglądało, jakby niewiele brakowało. Na pytania kongresmenów Bondi reagowała agresją, osobistymi zniewagami pod adresem pytających, w wielu momentach wyglądała jakby była na granicy zupełnego załamania. W jednym z najbardziej absurdalnych fragmentów przesłuchania zaatakowała kongresmenów za to, że nie doceniają gospodarczych sukcesów Trumpa i zaczęła recytować, jak dzięki prezydentowi rośnie amerykańska giełda.

Bondi nie odpowiedziała przy tym na kluczowe pytania, na czele z tym, czemu ofiary Epsteina - obecne w trakcie przesłuchania - miały takie problemy z kontaktem z nią, a dane niektórych z nich zostały ujawnione. Prokuratorka nie wyjaśniła też, czemu dane niektórych osób z niebanalnym prawdopodobieństwem uczestniczących w przestępczych działaniach finansisty zostały zaczernione w ujawnionych przez rząd plikach ani dlaczego nikomu jak dotąd nie postawiono zarzutów.

Jeśli występ Bondi przed kongresową komisją miał rozwiać wątpliwości Amerykanów, czy rząd w sprawie Epsteina działa transparentnie i kompetentnie i robi wszystko, by odpowiedzialni ponieśli karę, to odniósł przeciwny skutek. Kongres przy tym nie odpuści sprawy i będzie zadawać dalsze pytania.

wp.pl

niedziela, 15 lutego 2026



Sikorski wystąpił w ostatnim sobotnim panelu dyskusyjnym w Monachium na temat stanu relacji transatlantyckich. Szef polskiej dyplomacji twierdząco odpowiedział na pytanie "czy Zachód wciąż istnieje", lecz zaznaczył, że między obiema stronami Atlantyku zawsze istniały różnice. Jak wspominał, kiedy po raz pierwszy przyjeżdżał do Waszyngtonu, uważał się za konserwatystę, lecz ze zdziwieniem uznał, że jego pojęcie prawa do opieki zdrowotnej czy posiadania broni czyniły go w Ameryce "komuchem". Zaznaczył, że podobne "cywilizacyjne" różnice istnieją w postrzeganiu wolności słowa, która w Ameryce jest niemal nieograniczona.

- W Europie, z ważnych powodów historycznych, na przykład w Polsce, opowiadanie się za faszyzmem i komunizmem jest zabronione z bardzo ważnych powodów historycznych. Wierzymy w wolność słowa z odpowiedzialnością. A to, co wydarzyło się tutaj rok temu, polegało na tym, że wiceprezydent Stanów Zjednoczonych powiedział nam, że nasza koncepcja wolności słowa to cenzura, a ja po prostu tego nie akceptuję - powiedział Sikorski. - I tak trudność, z którą się teraz zmagamy, polega na tym, że jedna strona Atlantyku próbuje narzucić swoje wartości drugiej stronie i to jest niedopuszczalne - dodał.

W dalszej części dyskusji szef MSZ krytykował również łamanie przez administrację Trumpa dotychczasowej niepisanej zasady o wzajemnym nieingerowaniu w proces polityczny wewnątrz zachodnich demokracji. Przywołał przykład poparcia przez Trumpa Karola Nawrockiego w wyborach prezydenckich.

- Dawniej nie ingerowaliśmy (w sprawy sojuszników), ale ingerowaliśmy w imię demokracji w politykę autokracji, a teraz jest odwrotnie - ocenił Sikorski. - To całkowicie oburzające. I w Polsce, na przykład, jest to irracjonalne - dodał. Jak zaznaczył, Polska była przez lata najbardziej proamerykańskim krajem w Europie, a "Stany Zjednoczone miały wspaniałą sytuację, w której rząd i opozycja, rywalizowały o to, kto będzie bardziej proamerykański".

- Kiedy zaczniesz wybierać strony, zaczyna się inna dynamika - zaznaczył.

PAP


Tekst opublikowany na łamach "The New Yorker" uzupełnia dotychczasowy obraz rosyjskich działań sabotażowych — autorzy koncentrują się na operacyjnym sposobie funkcjonowania rosyjskiego wywiadu. Joshua Yaffa powołuje się na źródła w organach ścigania, zeznania świadków oraz wypowiedzi ekspertów i opisuje przypadki, w których młode osoby były werbowane do wykonywania pozornie prostych zadań, takich jak dostarczenie paczki, fotografowanie infrastruktury czy pozostawienie przedmiotu w określonym miejscu. Rekrutowani, nazywani jednorazowymi agentami (ang. single-use agents), często nie zdawali sobie początkowo sprawy z rzeczywistego znaczenia swoich działań ani z charakteru operacji, której stawali się częścią.

Według ustaleń proces rekrutacji ma charakter rozproszony i niskokosztowy. Zleceniodawcy unikają bezpośredniego kontaktu z wykonawcami, porozumiewają się za pośrednictwem komunikatorów, takich jak ormiańska aplikacja Zangi czy rosyjski Telegram. Oferowane wynagrodzenie jest stosunkowo niewielkie, a w niektórych przypadkach — wypłacane z opóźnieniem lub wcale. Taki model działania ma ograniczać ryzyko po stronie organizatorów oraz utrudniać jednoznaczne przypisanie odpowiedzialności państwu rosyjskiemu.

Artykuł Joshuy Yaffy wprowadza również nową perspektywę odnośnie do działalności jednorazowych agentów na terenie Polski. Autor łączy sprawę Daniila Bardadima, skazanego w ubiegłym roku za podpalenie sklepu IKEA na Litwie, z Serhijem Chaliyem, poszukiwanym między innymi za pośredni udział w podpaleniu Centrum Handlowego Marywilska na warszawskiej Białołęce. Bardadim został zwerbowany przez Chaliya po swoim przyjeździe do Polski w 2024 r. Po schwytaniu przez litewskie służby przyznał się do popełnionych czynów i opowiedział swoją historię.

demagog.org.pl

sobota, 14 lutego 2026



Amerykanie w Monachium podkreślili, że są zadowoleni ze wzrostu wydatków na obronność, ponieważ Stany Zjednoczone znów skupiają się na własnej półkuli i regionie Azji i Pacyfiku.

USA chcą "energicznych, zdolnych i bardziej samowystarczalnych europejskich sojuszników" — powiedział podsekretarz obrony Elbridge Colby, dodając, że Ameryka od dawna dźwiga "nieproporcjonalnie dużą część" ciężaru. Pochwalił przy tym Niemcy za "historyczną, ogromną zmianę" w wydatkach na obronność.

To wyraźna różnica w stosunku do tonu zeszłego roku, kiedy to wiceprezydent USA J.D. Vance wywołał burzę na konferencji w Monachium, ostro atakując europejskie wartości i politykę.

Obecnie obie strony twierdzą, że pozostają zaangażowane w NATO. Jednak ostatni rok — od przemówienia Vance'a, przez groźby Trumpa dotyczące włączenia Kanady (do USA jako 51. stanu), jego lekceważenie sojuszników, którzy walczyli u boku USA w Afganistanie, a zwłaszcza jego powtarzające się wezwania do aneksji Grenlandii — pozostawił swoje ślady.

Stosunki europejsko-amerykańskie przypominają stare małżeństwo, które się nie rozwodzi, ale przenosi do oddzielnych sypialni.

(...)

Przed wyjazdem do Niemiec sekretarz stanu USA Rubio podkreślił, że sojusz będzie kontynuowany. Przyszłość Ameryki i Europy "zawsze była powiązana i tak pozostanie... więc musimy po prostu porozmawiać o tym, jak ta przyszłość będzie wyglądać" — powiedział.

(...)

Jednak przed nami mogą pojawić się punkty zapalne, a europejscy przywódcy wyznaczyli granice, jeśli chodzi o cła handlowe i wysiłki Make America Great Again mające na celu kształtowanie europejskiej polityki na wzór Trumpa poprzez wspieranie partii populistycznych.

— Wojna kulturowa ruchu MAGA nie jest naszą wojną — powiedział Merz. — Wolność słowa kończy się u nas, gdy wypowiedzi te są sprzeczne z godnością ludzką i konstytucją. Nie wierzymy w cła i protekcjonizm, ale w wolny handel.

W swoim przemówieniu Macron podkreślił, jak bardzo Europa różni się od Ameryki pod przewodnictwem Trumpa we wszystkich kwestiach, od wolności słowa po regulacje technologiczne i szacunek dla nauki.

— Taka Europa będzie dobrym sojusznikiem i partnerem dla Stanów Zjednoczonych. Będzie partnerem, który jest szanowany, [bo] musimy być szanowani. Zrobiliśmy wiele i zrobimy jeszcze więcej — stwierdził Macron.

onet.pl\POLITICO


Z jednej strony sobotnie przemówienie Marco Rubio wyglądało jak misja ratunkowa, która ma załagodzić dotychczasowe spory administracji Trumpa z Europejczykami wokół Grenlandii, ceł czy też polityki wobec Ukrainy.

Rubio przybrał zupełnie inny ton niż J.D. Vance w ubiegłym roku. Nie zarzucał Europejczykom odejścia od demokracji, wolności słowa i fundamentów cywilizacji zachodniej. Zwracał się do nich per "przyjaciele", dużo mówił o wspólnych korzeniach cywilizacyjnych Europy i USA i przekonywał, że nadal tworzą one jedną, zachodnią cywilizację, która nie jest tylko jedną z wielu, ale jest wyjątkowa i — mówiąc wprost — lepsza niż wszystkie pozostałe.

Z drugiej jednak strony Rubio powtórzył ubiegłoroczny przekaz Vance'a: nie chcemy, żeby Europa była słaba, bo to osłabia też Amerykę; Europa musi być silna, bo wtedy odżyje cywilizacja zachodnia.

(...)

Sekretarz stanu chciał uspokoić Europejczyków i zapewnić ich, że USA nadal chcą współpracy i dobrych relacji, ale przekazał też wprost, że zasady gry w sojuszu transatlantyckim się zmieniły i że Ameryka oczekuje, iż Europa wzmocni się militarnie oraz duchowo i że ponownie będzie "dumna ze swojego dziedzictwa, ze swojej tradycji i historii".

W praktyce oznacza to, że USA oczekują od Europy tego wszystkiego, co u siebie w kraju robi administracja Trumpa: zatrzymania imigracji z krajów globalnego południa, walki z ideologią woke w przestrzeni publicznej, na uczelniach itd., czyli odwrócenia "wymazania cywilizacyjnego", które — jak stwierdził Rubio — zagraża zarówno USA, jak i Europie.

Oznacza to też utrzymanie poparcia Ameryki Trumpa dla państw narodowych w Europie, a nie dla Unii Europejskiej. W swoim przemówieniu Rubio sięgnął do idei, którą Vance głosi od dawna: Amerykanie nie mogą walczyć i umierać za abstrakcyjne wartości, tylko za konkretnych ludzi, konkretne miejsce na ziemi i konkretny naród. Naturalnie jest to sposób myślenia pokrewny klasycznemu europejskiemu nacjonalizmowi. Choć amerykański sekretarz stanu tego nie dodał, w tym sposobie myślenia ukryta jest oczywista intencja: Amerykanom dużo łatwiej będzie wpływać na politykę Europy, kiedy każde z państw europejskich z Waszyngtonem będzie rozmawiało osobno.

Bezpośrednio po Marco Rubio w Monachium przemawiał szef dyplomacji Chin Wang Yi. Potępił amerykański unilateralizm i protekcjonizm, i stwierdził, że w ostatnich miesiącach na arenie międzynarodowej zapanowało prawo dżungli. W tym kontekście przedstawiał Chiny jako fundament globalnej stabilności i przewidywalności, a następnie apelował o reformę "globalnego systemu zarządzania".

Wang Yi nie tylko potępił konkretne działania USA, ale też zdecydowanie je napominał. Odnosząc się do ataku na Wenezuelę i porwania Nicolasa Maduro, stwierdził, że Waszyngton przekroczył linię, której nie wolno przekraczać, a mówiąc o sytuacji w Iranie, przekonywał, że USA powinny zachować się "roztropnie" i odstąpić od dalszej eskalacji napięcia.

Jednocześnie szef chińskiej dyplomacji zwrócił się do Europejczyków. W obliczu sporów z administracją Trumpa największe państwa europejskie coraz chętniej dywersyfikują swoje partnerstwa. Stąd m.in. zatwierdzenie umowy z Mercosurem, negocjacje handlowe z Indiami, a także liczne wizyty przywódców europejskich — premiera Wielkiej Brytanii Keira Starmera, prezydenta Francji Emmanuela Macrona, a niedługo również kanclerza Merza — w Chinach.

W tym właśnie kontekście Wang Yi mówił, że Europa i Chiny to dwie wielkie cywilizacje, "dwa nieodzowne bieguny w świecie wielobiegunowym", które są partnerami, a nie rywalami. — Dopóki będziemy o tym pamiętać, będziemy mogli podejmować prawidłowe wybory w obliczu wyzwań. Będziemy mogli zatrzymać ruch w kierunku coraz większych podziałów i będziemy mogli razem działać, by stworzyć lepszy świat — mówił szef chińskiej dyplomacji. Dodał też, że Europa i Chiny mogą "osiągnąć harmonię bez uniformizacji" i zaapelował, by Europejczycy przyłączyli się do reformy globalnego systemu zarządzania zdefiniowanego przez Xi Jinpinga.

To wprost zaproszenie dla Europy do zrywania z USA, odrzucenia amerykańskiego unilateralizmu i protekcjonizmu oraz przyłączenia się do działań na rzecz zwiększenia głosu tzw. globalnego południa w instytucjach międzynarodowych.

/Raczej propozycja dialogu - red./

Wang Yi postawił jednak warunek: Europa powinna "mieć odwagę rozmawiać z Rosją" na temat zakończenia wojny w Ukrainie i powinna wyjść w tym zakresie z nowymi inicjatywami. Jego zdaniem Europa powinna włączyć się w rozwiązanie "podstawowych przyczyn konfliktu" (tego zwrotu używa również Moskwa), z czego następnie powinna wyłonić się "nowa architektura bezpieczeństwa" na kontynencie.

/Czyli Europa powinna być silniejsza - red./

(...)

Europa zamierza więc pozostać bliżej USA, ale jednocześnie równoważyć ten sojusz partnerstwami z państwami niezachodnimi. Nie zamierza jednak spełniać warunków postawionych ani przez Rubio, ani przez Wanga Yi. Merz stwierdził, że "wojny kulturowe MAGA nie są naszymi wojnami", tym samym dając do zrozumienia, że nie podziela diagnozy Rubio i Vance'a o "cywilizacyjnym wymazywaniu" Europy. Wbrew oczekiwaniom Pekinu nic nie mówił też o rozmowach z Putinem ani o konstruowaniu nowej architektury bezpieczeństwa w Europie — w domyśle wespół z Moskwą.

onet.pl


Prezydent Trump twierdzi, że prezydent Izraela Herzog powinien wstydzić się z tego powodu, że nie ułaskawił premiera Netanjahu.

Tu kilka słów wyjaśnienia:

👉 Na Netanjahu ciążą zarzuty korupcji i nadużycia władzy (Sprawa 1000: przyjęcie prezentów o wartości do 260 000 USD; Sprawa 2000: proponowanie niekorzystnych dla rozwiązań prawnych dla jednego medium w zamian za przychylną obsługę medialną; Sprawa 4000: zapewnienie zmian legislacyjnych wartych setki milionów dolarów spółce telekomunikacyjnej i medialnej w zamian za obsługę medialną korzystną dla premiera i jego rodziny). Proces trwa.

👉 Trump żąda od prezydenta Izraela  ułaskawienia Netanjahu, który nie został uznany jeszcze za winnego. Brzmi znajomo. W Izraelu to jest możliwe do przeprowadzenia zgodnie z prawem, ale ułaskawiony najpierw musiałby przyznać się do winy i zobowiązać do poprawy, co by oznaczało odejście z polityki. Tymczasem nie taki jest cel zabiegów. 

🗣️Trump jako suzeren dba o wasali, dopóki ci są w pełni posłuszni. Tak jest z Netanjahu. Może liczyć na poparcie, dobre słowo i przywileje, ale do momentu, w którym nie wyjdzie z szeregu. Netanjahu zaatakował Katar wbrew interesom USA, co jest uznawane przez analityków izraelskich za "katastrofę strategiczną". Izrael naruszył interesy suzerena, który brutalnie przywołał go do porządku, zmusił do przerwania wojny w Gazie, a teraz narzuca kolejne warunki także wbrew wasalowi (potencjalne zaangażowanie Turcji i Kataru w odbudowę Gazy). 

Relacje USA - Izrael pokazują, że globalny feudalizm budowany przez Trumpa jest korzystny dla jego wasali, ale na poziomie personalnym, ale już niekoniecznie na poziomie państw, które tracą suwerenność na rzecz seniora. 

To paradoks, bo Netanjahu przekonuje, że walczy o suwerenność Izraela i pod tym hasłem prawdopodobnie wystartuje w wyborach jesienią 2026. Relacje USA - Izrael w warunkach hołdu złożonego Trumpowi przez Netanjahu powinny dawać do myślenia każdemu  politykowi, który rozważa taką relację. 

x.com/JarekKociszewsk

piątek, 13 lutego 2026



Bezprecedensowa w historii powojennej Japonii skala zwycięstwa Partii Liberalno-Demokratycznej w przedterminowych wyborach do Izby Reprezentantów (izby niższej parlamentu) zaskoczyła przywódców ChRL. Nie postrzegają jednak oni swojej trwającej kilka miesięcy eskalacji dyplomatycznej skierowanej przeciwko premier Takaichi Sanae jako jednoznacznej porażki. Japonia może stać się teraz celem nawet bardziej zażartej kampanii politycznej wewnątrz Chin, która pozwoli na odnowienie legitymizacji wewnętrznej KPCh pod nacjonalistycznymi i antyjapońskimi hasłami. W sytuacji dyplomatycznego zawieszenia broni z USA Pekin potrzebuje innego celu, na którym może skupić negatywne emocje opinii publicznej.

Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP) zdobyła 8 lutego 315 mandatów w Izbie Reprezentantów, a koalicyjna Japońska Partia Innowacji (JIP) uzyskała 36 mandatów, dzięki czemu rządząca koalicja ma obecnie 351 posłów w 465-osobowej izbie niższej parlamentu. LDP samodzielnie posiada teraz więcej niż wymagane dwie trzecie głosów (310) do zainicjowania zmiany konstytucji. Do tego jednak potrzeba również większości dwóch trzecich głosów w zdominowanej przez opozycję izbie wyższej – Izbie Radców. Osiągnięta „super większość” pozwala jednak LDP odrzucić weto Izby Radców do ustaw przyjętych przez Izbę Reprezentantów. Da to premier duże możliwości realizowania jej ambitnej agendy gospodarczej, ale też wprowadzania fundamentalnych zmian w polityce bezpieczeństwa narodowego Japonii. W pierwszej kolejności dotyczy to trwającej rewizji strategii bezpieczeństwa, a także znaczącego zwiększenia wydatków na cele obronne, na co Takaichi uzyskała jednoznaczny mandat wyborczy.

Japonia, wychodząca z nowym impulsem rozwojowym z wieloletniej stagnacji gospodarczej, może równocześnie zostać ważnym aktorem w sferze bezpieczeństwa w Azji Wschodniej. W ten sposób może stać się istotną przeszkodą w realizacji przez Pekin ambicji przejęcia Tajwanu czy zdominowania gospodarczo-politycznego tego regionu. Wydaje się, że bezprecedensowa kampania nacisku dyplomatycznego na premier Takaichi (zob. Pekin eskaluje konflikt dyplomatyczny z Tokio) miała na celu co najmniej rozbicie rządzącej w Tokio koalicji, a w wypadku przedterminowych wyborów – doprowadzenie do przegranej LDP. Mimo że tak się nie stało, kierownictwo Komunistycznej Partii Chin (KPCh) niekoniecznie musi uznać swoją strategię za porażkę, choć presja na premier bezpośrednio przed wyborami mogła de facto wzmocnić LDP.

Oficjalna reakcja chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych na wynik japońskich wyborów wpisuje się w dotychczasową eskalację napięć dyplomatycznych. Rzecznik MSZ ChRL Lin Jian potwierdził, że co prawda wybory są sprawą wewnętrzną Japonii, ale ich wynik odzwierciedla „pewne głęboko zakorzenione problemy strukturalne, nurty myślowe i trendy”, które powinny skłonić społeczeństwo japońskie i międzynarodową opinię publiczną do refleksji. Wezwał rząd Japonii do zmierzenia się z międzynarodowymi obawami, do „dążenia do pokojowego rozwoju” i „niepowtarzania militaryzmu”. Ostrzegł też, że jeśli „skrajnie prawicowe siły” w Japonii „źle ocenią sytuację i będą działać lekkomyślnie, spotkają się z oporem ze strony społeczeństwa japońskiego i społeczności międzynarodowej”. Ponowił również żądanie wycofania się premier Takaichi z tego, co nazwał „błędnymi uwagami” na temat Tajwanu, podkreślając, że naród chiński jest „zdecydowany bronić swoich podstawowych interesów”.

Równocześnie KPCh kontynuuje operację propagandową przeciwko Japonii. Wiele chińskich mediów nie tylko powtarza oficjalny komunikat MSZ, lecz także propaguje wypowiedzi komentatorów powiązanych z tym ugrupowaniem – zazwyczaj „ekspertów” z finansowanych przez państwowe firmy think tanków i instytutów badawczych. Przedstawiają oni wyniki wyborów w alarmistycznym tonie. Podsycają obawy wielu Chińczyków, że Takaichi i LDP dążą do zmiany japońskiej konstytucji i powrotu do militarystycznej, ekspansjonistycznej polityki sprzed II wojny światowej. Straszą też zachwianiem równowagi regionalnej i wzrostem prawdopodobieństwa wybuchu wojny, jeśli Japonia pod nowymi rządami odejdzie od pacyfistycznej konstytucji. Taka narracja jest powielana i powtarzana zarówno w propagandzie wewnętrznej, jak i zagranicznej. W chińskich mediach społecznościowych pojawiły się mało wyszukane karykatury Takaichi i ultranacjonalistyczne komentarze. Nawet jeżeli część z nich powstała spontanicznie, to aparat propagandowy je wzmacnia i powiela.

osw.waw.pl


TS: Chciałbym wrócić na chwilę do wątku CNN i percepcji Chin. W Stanach Zjednoczonych czy w Polsce jednak mamy możliwość podjęcia decyzji, trzymając w ręku pilota od telewizora. W Chinach tej możliwości nie ma. Ważnym elementem lęku przed Chinami jest także to, że społeczeństwo chińskie żyje dosłownie w orwellowskim świecie, ponieważ jest to świat jedynego obowiązującego przekazu, ubrany we wszystkie nowoczesne technologie, w piękne portale, ale to jest jednak świat orwellowski.

MJ: I znów ja rozumiem to trochę inaczej. Zobacz, Chińczycy bez problemu za pomocą VPN od lat korzystają z dostępnej na świecie pornografii, z gier video, z innych rzeczy. Oni mają dostęp do wiadomości.

TS: Zgadzam się.

MJ: Ale ich to nie interesuje.

TS: Dokładnie.

MJ: I to jest problem.

TS: Tak. A dlaczego ich to nie interesuje?

BG: Ponieważ mają zakodowane, żeby władzy nie tykać. W DNA to mają.

MJ: Z jednej strony, wiedzą czym to grozi. Z drugiej – nie ma środowisk, które stanowiłyby fundament…

BG: Tak, środowisk dysydenckich.

MJ: Po prostu nie ma tego. Z trzeciej strony natomiast jest jedna rzecz, której my nie zauważamy. To dyskurs intelektualny w Chinach. Chiny nie są pustynią intelektualną.

BG: Nie są.

MJ: Ten dyskurs istnieje. Jest on jednak diametralnie różny od tego, co my mówimy dzisiaj, tutaj, i co mówi się za granicą – tak różny, że trudno nam to sobie czasem wyobrazić. Ale toczą się dyskusje dotyczące miejsca Chin w świecie, realizowanej polityki, relacji z Rosją. Nie żeby te dyskusje tętniły życiem, ale debata intelektualna istnieje, choć jest niestety niezwykle silnie nacjonalistyczna. Możemy określić Chiny jako ultranacjonalistyczne państwo, w którym nie możesz krytykować Chin i nie możesz krytykować władzy, bo wówczas stajesz się wrogiem ludu. To tak, jakbyśmy politykę PiS podkręcili jeszcze stukrotnie – wtedy wyjdzie nam coś podobnego. Na przykład, jeżeli powiem w Polsce, że powinniśmy utrzymywać dobre relacje ekonomiczne z Niemcami, to według niektórych naszych środowisk nacjonalistycznych jestem zdrajcą. Jeżeli w Chinach intelektualista powie, że np. być może powinniśmy jednak słuchać Europy jeśli chodzi o respektowanie praw człowieka, to nie jest Chińczykiem. Tu moim zdaniem tkwi problem, dlaczego ludzie nie szukają informacji w mediach zagranicznych, dlaczego nie podważają pewnych rzeczy. Uważają, że zagranica kłamie i jest antychińska, nie ufają jej. Natomiast dyskurs antypartyjny dotyczący wolności indywidualnych również w Chinach istnieje, tylko jest on tak subtelny, że łatwo go przeoczyć.

Tomasz Sajewicz Marcin Jacoby Bogdan Góralczyk - Nowa gra w Chińczyka

czwartek, 12 lutego 2026



Kontrowersje tybetańsko-chińskie w epoce Tubo/Tang znalazły odzwierciedlenie również w sferze duchowej. Dysputa między dwiema szkołami buddyzmu – chińską i indyjską (tyb. döndzen dzödba/ston-rtsen rtsod-pa) – w klasztorze Samje/bSam-yas w latach 792–794, w obecności króla Trisonga Decena jako arbitra, znana w historiografi i tybetańskiej jako Rada Lhasy, przyniosła zwycięstwo indyjskiej logiczno-epistemologicznej szkole stopniowego oświecenia Madhjamaka (tyb. rimgjipa/rim-gyis-pa, chiń. jiànwù, jiànménpài), reprezentowanej przez indyjskiego mnicha Kamalaśilę (Kamalaśīla, chiń. Liánhuáróng), nad chińską szkołą olśnienia (tyb. czigczardu togba / cig-car-du rtogs-ba, chiń. dùnwù, dùnménpài), prowadzącego do prawdy (chiń. chán, jap. zen). Jej przedstawicielem był chiński mnich Moheyan (tj. Mahajana), a szkoła cieszyła się przychylnością tybetańskiej arystokracji. Debata doktrynalna skoncentrowała się na problemie drogi do wyzwolenia, przy czym Kamalaśila rozróżniał między samą drogą a jej celem, kładąc nacisk na przestrzeganie zasad moralnych, medytację oraz podążanie ku mądrości poprzez nieustanną pracę nad sobą, naukę i samodoskonalenie. Moheyan natomiast negował znaczenie działania i myślenia jako metody osiągania doskonałości, a wyzwolenia upatrywał w przebudzeniu. W teorii Moheyana wyraźnie przebijały elementy taoizmu i jednej z naczelnych jego zasad: niedziałania (chiń. wúwèi). Kamalaśila argumentował obrazowo, porównując drogę do wyzwolenia ze wspinaczką, wymagającą systematycznego, wytrwałego stawiania kroków (co bardzo przemawiało do Tybetańczyków), natomiast teorię Moheyana skomentował ironicznie, przyrównując ją do stanu alkoholowego delirium.

Płaszczyzną odniesienia kulturowego stała się zatem dla Tybetu cywilizacja indyjska, a nie chińska. Król zarządził, że przegrani w sporze muszą opuścić Tybet. W rezultacie chińscy mnisi oraz uczeni buddyjscy wyjechali, po czym nie odgrywali już więcej żadnej roli w religijno-teologicznej ewolucji Tybetu, który przyjął tradycję indyjską. Po tej debacie król Trisong Decen ogłosił buddyzm (w wersji indyjskiej) religią państwową. Skrócona wersja tego edyktu widnieje na kamiennej kolumnie w Samje.

Wskazanie na buddyzm indyjski jako źródło inspiracji było bardzo ważną decyzją, o znaczeniu historycznym, w ten bowiem sposób Trisong Decen wybrał indyjski model kulturowy, odrzucając chiński. Tybet pozostał zatem w sferze oddziaływania przede wszystkim kultury i cywilizacji Indii, choć z Chin również zaczerpnął wiele. Sam również mocno oddziaływał kulturowo na Chiny w późniejszych wiekach, nie tylko bezpośrednio, lecz także poprzez wiernych buddyzmowi tybetańskiemu Mongołów i Mandżurów.

Nie jest zatem prawdziwa teza chińskich propagandzistów, w myśl której „lamaizm jest wersją buddyzmu chińskiego”, a także stwierdzenie, że po jedenastu latach głoszenia przez Moheyana nauk „w Tybecie rozkwitł buddyzm chiński” i to z Chin buddyzm tybetański zaczerpnął nauki mahajany, natomiast z Nepalu i Indii – mistycyzm i nauki ezoteryczne. Tylko jedna chińska publikacja propagandowa – Religie tybetańskie z 2003 roku – przyznaje, że Moheyan poniósł porażkę.

(...)

Debata religijna – wielu badaczy ma poważne wątpliwości, czy w ogóle się odbyła – nie ograniczała się jedynie do kręgu spraw wiary, w istocie odzwierciedlała bowiem rywalizację między arystokratycznymi stronnictwami a władcą o wpływy w państwie, reformatorskie intencje króla, a także realia polityczno-militarne, w których Chiny były głównym adwersarzem Tybetu, natomiast Indie nie stanowiły dlań żadnego zagrożenia. Wypędzenie mnichów chińskich z Tybetu i zakaz wyznawania ich doktryny najwyraźniej miały podłoże polityczne i wynikały ze świadomości wzrostu wpływów chińskich oraz przemyślanej potrzeby jak najszybszego ich ograniczenia, co też zostało skutecznie wykonane. W ten sposób Tybet odciął się od wpływów nie tylko chińskiego buddyzmu, ale także szerszego oddziaływania kultury chińskiej.

Jerzy Bayer Waldemar J. Dziak - Tybet

środa, 11 lutego 2026



W dniach 8–9 lutego siły ukraińskie zaatakowały we wschodniej części obwodu zaporoskiego, zagrażając pozycjom agresora w rejonie Dobropilli i Ternuwatego. Według niektórych źródeł stanowiło to początek działań zaczepnych na większą skalę, czemu zaprzeczyły ukraińskie źródła wojskowe. Natarcie uległo wyhamowaniu, jednak w rejonie Dobropilli obrońcy mieli wbić się w pozycje kontrolowane przez wroga na głębokość 5 km. Przekaz ten podważała część źródeł ukraińskich (m.in. DeepState), donosząc, że miejscowości te nie zostały przez Rosjan zajęte i znajdowały się w szarej strefie. Siły rosyjskie miały z kolei odeprzeć Ukraińców od Hulajpola, a 10 lutego w niektórych źródłach pojawiła się informacja, że zajęły leżące na zachód od tego miasta Zaliznyczne, które bezskutecznie atakowały od kilku tygodni.

Rosjanie rozwijają natarcie na południowy wschód od Słowiańska. Zajęli kolejne wsie i tereny na północ od prowadzącej do tego miasta autostrady M03, zbliżając się do niego na odległość ok. 15 km. Podobny dystans dzieli agresora od Kramatorska. Najeźdźcy uzyskali też dalsze postępy terenowe pomiędzy Siewierskiem a Łymanem, umacniając się po południowej stronie drogi łączącej oba miasta. Według niektórych źródeł mieli także osiągnąć północne obrzeża Łymanu, lecz nie udało im się wkroczyć do niego z tego kierunku.

Siły rosyjskie zaktywizowały się na północ od aglomeracji pokrowskiej, gdzie wyprowadziły natarcie w kierunku Drużkiwki. Po wielomiesięcznych walkach zajęły węzłowe Szachowe i – wedle części źródeł – kolejne dwie miejscowości na północny wschód od niego. Trwają walki w centrum Konstantynówki, gdzie pod kontrolę rosyjską przeszły następne kwartały. Siły agresora poczyniły również postępy na południowy zachód od tego miasta, umacniając się po północnej stronie przebiegającej przez nie drogi Pokrowsk–Bachmut. Rosjanie częściowo odzyskali też inicjatywę w Kupiańsku, zajmując część utraconych wcześniej kwartałów, oraz wyparli obrońców z kolejnych terenów na wschód od tego miasta, gdzie logistykę ukraińską utrudnia rzeka Oskoł. Wkroczyli także do następnych miejscowości przygranicznych w obwodach charkowskim i sumskim, z których części wyparły ich ukraińskie kontrataki.

5 lutego amerykańska firma SpaceX odcięła sygnał dla niezarejestrowanych na Ukrainie terminali Starlink, co przyczyniło się m.in. do pogorszenia łączności wykorzystujących je jednostek rosyjskich. Nie spowodowało natomiast poważniejszych problemów dla sił ukraińskich, o czym poinformował odpowiedzialny za tę kwestię doradca ukraińskiego ministra obrony Serhij „Flash” Beskrestnow. Zdecydowana większość użytkowników po stronie obrońców zdążyła bowiem zarejestrować użytkowane przez siebie terminale. Przez kilka dni siły agresora zmuszone były korzystać głównie z tradycyjnych środków łączności, co według niektórych źródeł wpłynęło na ograniczenie ich aktywności. 9 lutego Beskrestnow powiadomił, że Rosjanie rozpoczęli masowe dostarczanie na front własnych terminali umożliwiających korzystanie z internetu za pośrednictwem satelitów serii Jamał i Ekspres. Problem nawigacji dronów rozwiązali zaś, zwiększając wykorzystanie sieci Mesh. Kwestią otwartą pozostaje, w jakim stopniu zdołają oni w ten sposób zastąpić system Starlink, z którego korzystali ze względu na dużą dostępność, niezawodność i wygodę użytkowania.

W kolejnym zmasowanym ataku na infrastrukturę energetyczną 7 lutego ucierpiała głównie zachodnia część Ukrainy. Poważnie uszkodzone zostały elektrownie cieplne Dobrotwirska w obwodzie lwowskim i Bursztyńska w obwodzie iwanofrankiwskim (druga z wymienionych przejściowo wstrzymała pracę), a także podstacje w obwodach kijowskim, lwowskim i rówieńskim. Szczególnie niebezpieczne dla systemu energetycznego okazało się uszkodzenie podstacji Zachodnioukraińskiej w obwodzie lwowskim (750/330 kV), przez którą m.in. przesyłano energię importowaną z Węgier. Do uszkodzenia infrastruktury energetycznej doszło w ośmiu obwodach, a awaryjne wyłączenia prądu zaprowadzono w większości regionów Ukrainy. W elektrowniach jądrowych Chmielnickiej i Rówieńskiej nastąpiło częściowe wygaszenie reaktorów i ograniczenie mocy produkcyjnych. W obwodzie kijowskim uszkodzone zostały też magazyny i centrum logistyczne. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych agresor wykorzystał w ataku 408 bezzałogowców (w tym 250 uderzeniowych „szahedów”), z których unieszkodliwione miały zostać 382, a także 37 pocisków manewrujących (24 zestrzelono) i dwa hipersoniczne. Naprawiane obiekty w obwodzie lwowskim stały się celem wrogich dronów również następnej doby, a 9 lutego uszkodzona została podstacja w Nowowołyńsku.

Stałymi celami dronów agresora były obiekty energetyczne w regionach przygranicznych i przyfrontowych. Po raz kolejny trafione zostały m.in. podstacja w Zaporożu (4 lutego), elektrociepłownia w Charkowie (TEC-5) i podstacja w obwodzie sumskim (5 lutego), elektrownia cieplna (TES) k. Słowiańska i podstacja k. Kropywnyckiego (6 lutego) oraz obiekt należący do DTEK (najprawdopodobniej podstacja) w obwodzie odeskim (10 lutego). Ponadto 6 lutego rosyjska artyleria po raz kolejny ostrzelała elektrociepłownię w Chersoniu. 9 lutego prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w rezultacie wcześniejszych ataków wciąż bez ogrzewania pozostaje 1400 bloków mieszkalnych w Kijowie.

(...)

Wieczorem 8 lutego Rosjanie przeprowadzili dwa uderzenia rakietowe na Kijów i leżący na południe od niego Wasylków. Ze skąpego ukraińskiego przekazu wynika, że celami były najprawdopodobniej obiekty stricte wojskowe (m.in. lotnisko w Wasylkowie). Agresor miał wykorzystać 11 pocisków balistycznych Iskander-M, z których tylko jeden udało się zestrzelić, co stanowi najgorszy deklarowany wskaźnik skuteczności obrony powietrznej stolicy Ukrainy od 2022 r. Kijów został zaatakowany także 5 lutego dronami. Donoszono wówczas o pożarach i zniszczeniach w trzech rejonach miasta. 6 lutego Rosjanie uderzyli w rejonie Kropywnyckiego pociskami hipersonicznymi Kindżał, gdzie – według niektórych źródeł – celem było lotnisko Kanatowe. Zgodnie z danymi ukraińskimi od wieczora 3 lutego do rana 10 lutego agresor wykorzystał łącznie – wliczając zmasowany atak z 7 lutego – 1399 dronów (w tym 870 „szahedów”) i 63 rakiety. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 1218 bezzałogowców oraz zestrzelenie 24 pocisków manewrujących (wszystkie 7 lutego) i jednego balistycznego.

osw.waw.pl

wtorek, 10 lutego 2026



Pierwszy odcinek reportażu Marii Wiernikowskiej z Kanału Zero o jej wyjeździe do Rosji wzbudził szerokie zainteresowanie medialne. Odbił się szerokim echem w środowiskach zajmujących się sprawami międzynarodowymi, a zwłaszcza obszarem poradzieckim i samą Rosją. To nie może dziwić – w końcu mówimy o największym państwie na świecie, które z racji przeszłości i swojej polityki często wywołuje fascynację lub uzasadnione obawy czy po prostu przerażenie. Natomiast z powodu zaostrzania represji, a następnie inwazji na Ukrainę polscy dziennikarze, analitycy i naukowcy zajmujący się Rosją nie mają tam generalnie wstępu. W tym również ja, piszący te słowa – zostałem zatrzymany i wydalony z Federacji Rosyjskiej latem 2018 r. W taki sposób Rosja zmniejsza krąg ludzi opowiadających o niej. Stąd nie dziwi fakt, że wielu odbiorców usiłuje zaspokoić swoją ciekawość. Zwłaszcza że w ostatnich latach część środowisk medialno-eksperckich sama rozhuśtała narrację o sytuacji w Rosji, na zmianę wieszcząc jej upadek albo wróżąc nową Jałtę. Wróćmy jednak do kluczowego pytania.

Czy Maria Wiernikowska udźwignęła wyzwanie?

Nie jestem dziennikarzem, więc moja krytyka ograniczy się do kilku bardziej naukowych uwag. Po pierwsze, odnoszę wrażenie, że autorka reportażu uległa złudzeniu „prostego ludu rosyjskiego”. W pierwszym odcinku rozmawia ona głównie z przechodniami, pracownikami drobnego handlu czy też kelnerami, którzy kolektywnie odpowiadają: A my, prosty lud, na nikogo nie napadamy. Niektórzy z nich dodają, że na Ukrainie Rosja się broni, a generalnie winni są ci na Zachodzie. Rozmowy te są naturalne, prowadzone w sposób spontaniczny, a sami Rosjanie jawią się przyjaźnie.

Problem w tym, że mimo naszej bliskości językowej oraz częściowo etnicznej, przedstawiciele „prostego ludu” żyją w innym, mało znanym Polakom świecie. Przez zdecydowaną większość dziejów Rosji lud żył niejako obok państwa, bo instytucja państwa została tam stworzona odgórnie – przez władcę i jego wojskowe otoczenie. Dlatego w tym scentralizowanym, zbiurokratyzowanym i zmilitaryzowanym kraju ludność jest przedmiotem, a nie źródłem władzy. I lud ma tego świadomość, utwierdzoną indoktrynacją, poczuciem niemocy i brakiem ustrojowo-politycznej sprawczości. Jak opowiada mi jeden z liderów rosyjskiej emigracji, wielu Rosjan, nawet tych nastawionych antyputinowsko, oburzają sankcje czy ograniczenia wizowe dla nich na terenie Unii Europejskiej, bo w ich świadomości to państwo rosyjskie, w tym sam Putin, jest winne wojny, a nie „prosty lud”. Nie odczuwają winy, bo postrzegają się jako byt odrębny od państwa.

Dodam, że nigdy w Rosji nie doświadczyłem dyskryminacji, a ten „prosty lud” pomagał lub gościł mnie, jak tylko mógł i potrafił. Jednocześnie nie mam żadnych złudzeń, że kiedy władze państwa wezwą do boju czy innego politycznego szaleństwa, część tego ludu lojalnie stanie w szeregu i pomaszeruje, choćby nawet na Warszawę. Pozostała część wycofa się w życie prywatne lub skupi się na sferze zawodowej, żeby po prostu przeżyć. Sam reżim zresztą lubi wysyłać komunikat do świata zewnętrznego: jesteśmy pokojowym państwem, spójrzcie tylko na ten dobry, prosty lud.

gazetaprawna.pl