niedziela, 20 września 2026



Nagranie opublikował na Telegramie deputowany do Dumy Państwowej z ramienia Partii Komunistycznej Federacji Rosyjskiej Siergiej Kazankow. Jak dodał, do incydentu - zarejestrowanego przez kamerę monitoringu - doszło w lokalu wyborczym nr 343 w Azanowie w Republice Mari El.

"Wykorzystując moment, w którym obserwatorzy wyszli z sali, członkini komisji wyborczej wrzuciła do urny dwa pliki kart do głosowania" - napisał Kazankow, dodając, że widocznej na nagraniu kobiety nie powstrzymała nawet kamera transmitująca przebieg głosowania na żywo.

"Wiele mówi się ostatnio o wrogach naszego kraju, którzy chcą zdyskredytować wybory. Wygląda na to, że prawdziwi wrogowie zasiadają w komisjach wyborczych" - ocenił deputowany.

(...)

Przewodnicząca Centralnej Komisji Wyborczej Ella Pamfiłowa w rozmowie z rosyjskim Interfaxem potwierdziła, że otrzymała informację o możliwym fałszowaniu głosów w tym lokalu.

W niedzielę wieczorem rosyjska Centralna Komisja Wyborcza podała, że sprawujące władzę ugrupowanie Jedna Rosja otrzymało 57,54 proc. głosów.

Rosja przeprowadziła wybory do Dumy Państwowej na okupowanych terytoriach Ukrainy oraz w Naddniestrzu, Osetii Południowej i Abchazji. Głosowanie potępiła m.in. Komisja Europejska, a w niedzielę również polskie MSZ.

interia.pl


Wydane w sobotę oświadczenie czołowych postaci Zgromadzenia Narodowego stanowi wyraźny przełom w dotychczasowym przekazie partii. Marine Le Pen oraz Jordan Bardella kategorycznie zadeklarowali, że Francja nie ulegnie żadnym próbom nacisku ze strony władz na Kremlu.

Przedstawiciele francuskiej skrajnej prawicy podkreślili, że polityka zagraniczna i stanowisko państwa nie ulegną zmianie pod wpływem zewnętrznych działań destabilizujących.

"Żadna prowokacja, żadna tajna operacja i żadna destabilizująca akcja nie mogą skłonić Francji, by ułatwiła Rosji osiągnięcie jej celów w wojnie na Ukrainie" - komunikat Marine Le Pen i Jordana Bardelli, liderów Zgromadzenia Narodowego.

Wyrazisty sprzeciw wywołała m.in. decyzja władz w Moskwie o objęciu czasowym nadzorem państwowym majątku zachodnich koncernów działających na terenie Federacji Rosyjskiej, co dotknęło m.in. francuską sieć Auchan oraz koncern Nestle. Liderzy ugrupowania nazwali te ruchy wrogim aktem, uderzającym bezpośrednio w interesy i prawa francuskich przedsiębiorstw.

Ponadto politycy zadeklarowali pełne poparcie dla działań mających na celu ochronę i wzmocnienie bezpieczeństwa krajowej infrastruktury strategicznej.

Pomimo ostrzejszej retoryki wobec Rosji, liderzy skrajnej prawicy zaznaczyli, że kwestie wsparcia finansowego dla Kijowa powinny pozostać przedmiotem wewnętrznej dyskusji politycznej.

"Debaty na temat poziomu pomocy finansowej udzielanej Ukrainie i warunków tej pomocy są uprawnione, natomiast nie są uprawnione naciski z zagranicy" - podkreślili liderzy.

Oświadczenie wydano niedługo po piątkowym spotkaniu w Pałacu Elizejskim, gdzie prezydent Emmanuel Macron rozmawiał z liderami partii politycznych na temat sytuacji międzynarodowej. Szef państwa ostrzegał wówczas przed wyraźnym wzrostem rosyjskiego zagrożenia hybrydowego w Europie.

Zauważalna korekta stanowiska Le Pen i Bardelli stanowi zwrot w porównaniu z wcześniejszymi deklaracjami polityków ich formacji. Jeszcze na początku września wiceprzewodniczący Zgromadzenia Narodowego Louis Aliot sugerował możliwość całkowitego wstrzymania wsparcia dla Ukrainy. Wzmocnienie przekazu antyrosyjskiego następuje w kluczowym momencie - Marine Le Pen przygotowuje się do startu w wiosennych wyborach prezydenckich, w których według obecnych sondaży plasuje się na pozycji liderki.

gazeta.pl\PAP


Prezydent Ukrainy Wołodymyr Zełenski poinformował w niedzielę, że podczas nocnego ataku na region moskiewski Siły Obrony wykorzystały szereg ukraińskich środków rażenia powietrznego dalekiego zasięgu, w tym Flamingo, Palianycia i Pelican.

"W regionie moskiewskim tej nocy nasze dalekosiężne ataki odniosły bardzo wyraźny skutek. Zniszczono jeden z kluczowych zakładów przemysłu naftowego Rosji oraz obiekt logistyczny agresora. To miliardy dolarów, które zasilają machinę wojenną. W akcji uczestniczyły w szczególności: FP-1, RZ-100, MICH-2000, Palianycia, Vendetta, Luty, Bars, Flamingo, Siczeń, Pelican" - napisał Zełenski w komunikatorze Telegram.

Według prezydenta w operacji wzięły udział: Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU), Siły Systemów Bezzałogowych (SBS), Siły Operacji Specjalnych, Główny Wywiad Wojskowy (HUR) oraz Służba Wywiadu Zagranicznego.

Sztab Generalny Sił Zbrojnych Ukrainy również przekazał o tym, że jednostki Sił Obrony Ukrainy zaatakowały w nocy z soboty na niedzielę rafinerię Gazpromnieft-Moskiewska Rafineria Naftowa w rejonie Kapotnia w Moskwie.

Według Sztabu Generalnego na terenie obiektu odnotowano rozległy pożar. Uszkodzone zostały instalacja destylacji atmosferyczno-próżniowej AVT-6, kompleksowa instalacja przerobu ropy naftowej oraz instalacja izomeryzacji.

Moskiewska Rafineria Naftowa jest jednym z największych zakładów rafineryjnych w Rosji. Zdolność przerobowa zakładu wynosi około 12 mln ton ropy naftowej rocznie. Zakład przetwarza ropę naftową oraz produkuje benzyny samochodowe, olej napędowy i paliwo lotnicze, mazut oraz inne produkty naftowe.

PAP


W wyniku ataków rakietowych Rosji Ukraina praktycznie utraciła swój przemysł stalowy, a trzy główne huty w kraju zostały całkowicie unieruchomione - napisał w niedzielę brytyjski dziennik "Financial Times", powołując się na przedstawicieli branży i władze w Kijowie.

Jak pisze "FT", na początku tego miesiąca rosyjskie rakiety balistyczne uderzyły w wielkie piece trzech największych zakładów hutniczych - w obwodzie dniepropietrowskim na środkowym wschodzie oraz w obwodzie zaporoskim na południu Ukrainy. Odpowiadały one dotychczas za 90 proc. produkcji stali w państwie. Zaatakowane zostały zakłady koncernu Metinvest oraz fabryka ArcelorMittal w Krzywym Rogu. W czwartek zakład w Zaporożu został zaatakowany ponownie dwiema rakietami balistycznymi - był to już czwarty ostrzał tego obiektu w ciągu niespełna miesiąca. We wrześniowych atakach zginęło 17 hutników.

"Obecnie Ukraina nie ma już przemysłu stalowego. Wiedzieli o zakładach wszystko, wiedzieli dokładnie, gdzie uderzyć" - oświadczył Ołeksandr Wodowiz, szef biura prezesa Metinvestu. Dodał, że w tej chwili nie sposób oszacować, czy naprawy potrwają tygodnie, miesiące, czy lata, co uderzy w podatki i zatrudnienie - same tylko zaatakowane huty zatrudniały ponad 15 tys. osób.

Dziennik podkreśla, że paraliż hutnictwa wpisuje się w szerszą, nową kampanię powietrzną Moskwy, której celem jest zniszczenie gospodarki i oporu Ukrainy. Rosyjskie rakiety i drony atakują centra logistyczne, porty, infrastrukturę kolejową i stacje paliw. Z 5 mln mkw. nowoczesnych magazynów na Ukrainie zniszczono już 2,1 mln mkw.

Według szacunków ukraińskiego premiera Serhija Koreckiego same tylko straty podatkowe wynikające z ostatnich ataków wyniosą około 1,5 mld dolarów, pogłębiając tegoroczny deficyt budżetowy kraju, szacowany na 27 mld dolarów.

"Mamy do czynienia z gospodarczą wojną na wycieńczenie. Rosja próbuje zaatakować ukraińską gospodarkę tak mocno, jak to możliwe" - podsumowała w rozmowie z gazetą Ołena Biłan, główna ekonomistka banku inwestycyjnego Dragon Capital.

Hutnictwo przez dziesięciolecia stanowiło jeden z głównych motorów napędowych ukraińskiej gospodarki i kluczowe źródło walut z eksportu. Rosyjska kampania przeciwko infrastrukturze przemysłowej i logistycznej jest odpowiedzią na ukraińskie uderzenia dronami dalekiego zasięgu w rosyjskie rafinerie i obiekty wojskowe. Według ekspertów doprowadzenie do zapaści ukraińskiego przemysłu ma na celu wymuszenie na Kijowie ustępstw politycznych. 

PAP

sobota, 19 września 2026



Rosyjskie Ministerstwo Obrony stwierdziło 19 września, że od początku 2026 r. siły rosyjskie zajęły ponad 5300 kilometrów kwadratowych i ponad 220 osiedli na Ukrainie, w tym ponad 670 kilometrów kwadratowych i 27 osiedli do tej pory we wrześniu 2026 r. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że siły rosyjskie zajęły jedynie 147,7 kilometrów kwadratowych i 40 osiedli, ale w 2026 r. straciły netto 20 osiedli. Uwzględnienie obszarów, na które siły rosyjskie zinfiltrowały się, ale których nie kontrolują, zwiększa całkowite rosyjskie zyski do 718,8 kilometrów kwadratowych w tym roku, co nadal jest znacznie poniżej roszczeń rosyjskiego Ministerstwa Obrony z 19 września. ISW zaobserwowało dowody pozwalające ocenić, że z drugiej strony siły ukraińskie wyzwoliły w 2026 r. co najmniej 972,56 km2 i 60 osiedli. 


(...)

Ta kremlowska kampania informacyjna jest szczególnie ważna w kontekście trwających w dniach 18-20 września wyborów do rosyjskiej Dumy Państwowej, gdyż Kreml stara się pozycjonować partię Jedna Rosja jako partię zwycięstwa na Ukrainie i przedstawia wybory jako referendum w sprawie wojny. Ta rosyjska operacja informacyjna prawdopodobnie ma również na celu przekonanie zachodniej publiczności, że wsparcie dla Ukrainy jest daremne tuż przed corocznymi sesjami Zgromadzenia Ogólnego ONZ, które odbędą się w dniach 21-28 września.

(...)

Szef sztabu 3. Korpusu Armii Ukrainy i zastępca dowódcy Petro Horbatenko oświadczył 19 września, że siły ukraińskie utworzyły specjalne kanały koordynacyjne, przeprowadziły serię ataków na rosyjskie miejsca startu dronów, utworzyły systemy obrony powietrznej i walki elektronicznej (EW) oraz odcięły rosyjskie linie zaopatrzenia w sektorze, aby ukształtować pole bitwy przed kontrofensywą przeciwko rosyjskiemu występowi na północ od Łymania. Dowódca obrony powietrznej ukraińskiego 3. Korpusu Armii oświadczył 19 września, że siły ukraińskie priorytetowo traktują identyfikację i niszczenie rosyjskich miejsc startu dronów, aby przeciwdziałać rosnącej liczbie rosyjskich dronów rozpoznawczych i uderzeniowych. Dowódca oświadczył, że ukraińskie ataki na rosyjskich operatorów dronów odsunęły rosyjskie jednostki dronów dalej od linii frontu i zmusiły elitarne rosyjskie jednostki Centrum Zaawansowanych Systemów Bezzałogowych Rubikon do przeniesienia wszystkich sił rozmieszczonych na tym obszarze do innego sektora. Systematyczna, ukraińska kampania uderzeniowa średniego zasięgu przeciwko rosyjskiej logistyce w okupowanym obwodzie ługańskim zakłóciła rosyjską logistykę do 120 kilometrów od linii frontu i ograniczyła dostawy paliwa na linię frontu, nadwyrężając zdolność Rosji do wykorzystania dronów i EW do ochrony przed ukraińskimi dronami /EW potrzebuje generatorów prądu - red./.

W 2024 r. ISW oceniło, że przywrócenie manewrów na poziomie operacyjnym będzie wymagało zneutralizowania rosyjskiego kompleksu taktycznego rozpoznania (TRSC), aby ułatwić penetrację, (...). TRSC to wyrażenie używane przez ISW do szczegółowego opisu obecnego systemu ciągłego rozpoznania powietrznego i dronów uderzeniowych w połączeniu ze starszą bronią załogową, artylerią i przygotowaną obroną. (...) Ukraińska kampania uderzeniowa średniego zasięgu odizolowała rosyjskie siły frontowe od posiłków i zaopatrzenia. Siły ukraińskie utworzyły bańkę antydronową wykorzystującą głównie elektroniczne systemy bojowe nad siłami ukraińskimi, która tymczasowo zakłóciła rosyjski TRSC i poruszała się wraz z nacierającymi siłami ukraińskimi. Ten projekt kampanii jest zgodny z oceną ISW z 2024 r. dotyczącą tego, w jaki sposób można przywrócić manewr we współczesnej wojnie.

(...)

Rzecznik ukraińskiego 7. Korpusu Szybkiego Reagowania Sił Powietrzno-Szturmowych oświadczył 19 września, że ukraińskie dowództwo wojskowe przydzieliło kierownictwo Hulyaipole obszarowi odpowiedzialności 7. Korpusu Szybkiego Reagowania. Rzecznik stwierdził, że kierunek Hulyaipole jest jednym z najważniejszych i najbardziej intensywnych sektorów wzdłuż południowej linii frontu, zauważając, że obszar ten jest mniej miejski i charakteryzuje się bardziej otwartym terenem, (...). Rzecznik oświadczył, że rosyjska 5. i 35. Armia Połączonych Broni (zarówno Wschodni Okręg Wojskowy [EMD], jak i część Wschodniego Ugrupowania Sił) prowadzą operacje ofensywne w kierunku Hulyaipole w celu ominięcia ukraińskich pozycji obronnych wokół Orichowa. Polewyj oświadczył, że siły rosyjskie próbują ominąć Małą Tokmaczkę (na południowy zachód od Hulaipola i na południowy wschód od Orichiwa) z północnego wschodu, aby ostatecznie dotrzeć na obrzeża miasta Zaporoże. Rzecznik dodał, że siły rosyjskie prawdopodobnie zgromadziły wystarczającą liczbę pojazdów opancerzonych, aby wzmocnić rosyjską piechotę i przeprowadzić taktyczne ataki zmechanizowane tam, gdzie siły rosyjskie “odniosły przynajmniej niewielkie sukcesy taktyczne”.


understandingwar.org


Na początku marca na platformie X pojawił się post zawierający krótkie, lecz dosadne hasło: "Ręce precz od Azji!".

Wpis został zamieszczony na koncie Vijaya Prashada, dyrektora Tricontinental: Institute for Social Research, czyli amerykańskiej organizacji politycznej finansowanej przez Neville’a Roya Singhama — mieszkającego w Szanghaju amerykańskiego milionera z branży technologicznej. Jeden z milionów wpisów opublikowanych tego dnia okazał się zaledwie początkiem nowej wojny politycznej.

(...)

Oficjalne rozpoczęcie kampanii przeciwko amerykańskim bazom wojskowym w sojuszniczych krajach Azji, takich jak Korea Południowa, Japonia czy Filipiny, miało miejsce 30 kwietnia podczas webinarium zatytułowanego "RĘCE PRECZ OD AZJI! Pokój, suwerenność i antyamerykański militaryzm". Spotkanie w Pekinie prowadziła Tings Chak, współkoordynatorka Tricontinental ds. Azji. Termin wydarzenia był nieprzypadkowy — 51. rocznica upadku Sajgonu, czyli amerykańskiej porażki w wojnie w Wietnamie, miała być wyraźnym sygnałem wymierzonym w USA.

— Obecność amerykańskich wojsk nie oznacza ochrony dla żadnego z narodów tego regionu — powiedziała Chak, odnosząc się do Bliskiego Wschodu i wskazując na "łuk infrastruktury wojskowej rozciągający się od Japonii, przez Koreę Południową, Filipiny, Guam, Australię, po wyspę Diego Garcia i państwa Zatoki Perskiej".

Wietnamka Luna Nguyen, określająca się jako "twórczyni treści marksistowsko-leninowskich", ostrzegała uczestników przed "imperializmem USA". Irańska naukowczyni Setareh Sadeqi wtórowała: "Bazy wojskowe USA nie tylko zapobiegają konfliktom. Potrafią również je przyciągać."

W połowie lipca w Kolombo wszystko przeniosło się do rzeczywistości. Podczas konferencji, w której udział wzięli liczni aktywiści z USA i Azji, powstała Deklaracja z Kolombo na rzecz Suwerenności i Solidarności Ludów, zawierająca przesłanie: "Wróg jest jeden i niepodzielny. Nasza odpowiedź też musi taka być. Ręce precz od Azji!". Kampania piętnuje wroga na płaszczyźnie wojskowej, ekonomicznej i politycznej, a także za tzw. "przechwytywanie umysłów", czyli ideologiczną kontrolę.

W sierpniu akcja dotarła do Filadelfii i Nowego Jorku, gdzie grupa starych i nowych organizacji antyimperialistycznych, w tym Anti-Imperialist South Asian Alliance oraz propółnocnokoreańska Nodutdol ("kamień milowy" po koreańsku), działająca przeciwko amerykańskim bazom w Korei Południowej, zorganizowała zamknięte spotkania i publiczne wiece z jednolitym przekazem. Główny cel — jak oceniają eksperci od chińskiej wojny politycznej — to wzbudzenie "sceptycyzmu wobec USA".

Gdy zaczniemy drążyć temat, szybko wyłoni się wzorzec: karuzela organizacji i resentymentów, sieć wzajemnie wzmacniających się wydarzeń, kampanii, hashtagów i narracji. To gigantyczny, globalny diagram Venna grup i osób, które ostatecznie sprowadzają swój przekaz do jednego hasła: "Nienawidzimy Ameryki".

W te działania zaangażowane są setki, a może i tysiące organizacji. Wiele z nichjest powiązana z Singhamem, który hojnie finansował kluczowe grupy, takie jak Tricontinental, a także głównego organizatora Deklaracji z Kolombo — International Peoples’ Assembly. Na instagramowym profilu tej ostatniej czytamy: "jesteśmy siecią ponad 200 organizacji ludowych, ruchów społecznych, partii politycznych i związków zawodowych".

Wszystkie te środowiska powielają te same punkty propagandowe, narracje i cele geopolityczne promowane przez KPCh. Na przykład twierdzenie, że Tajwan jest częścią Chin. Albo że Japonia niebezpiecznie się remilitaryzuje. Czy też że Stany Zjednoczone są hegemonem, którego należy usunąć z Azji. O tym, co najważniejsze, zwykle nie mówi się wprost: Chiny dążą do zajęcia miejsca USA w roli hegemona. KPCh otwarcie deklaruje, że najpóźniej do 2049 r. chce osiągnąć globalną dominację, czyli de facto status najpotężniejszego supermocarstwa świata. Nie kryje przy tym przekonania, że Stany Zjednoczone nie są już zdolne do pełnienia tej roli.

W Szanghaju finansujący działalność aktywistów Neville Singham regularnie spotyka się i publicznie występuje z ideologami oraz propagandystami KPCh związanymi z uczelniami, firmami i władzami lokalnymi. Wspólnie promują różnego rodzaju projekty, w tym organizację ważnych wydarzeń, takich jak ubiegłoroczne spotkanie działającego w Szanghaju Global South Academic Forum.

Jest to narracja podsycająca podziały.

(...)

Analitycy wywiadu szukają wzorców. A ten wzorzec jest wyraźny: setki powiązanych ze sobą organizacji, często z nakładającym się kierownictwem i członkostwem, rozpowszechniających te same przekazy w różnych częściach świata.

(...)

Istnieją również dowody na to, że internetowa kampania "Ręce precz od Azji!" jest sztucznie napędzana, by rozprzestrzeniać się szybciej niż byłoby to możliwe w sposób naturalny. Według analizy izraelskiego start-upu SpringAI, który zajmuje się transparentnością algorytmów mediów społecznościowych, kampania jest nienaturalnie wzmacniana na TikToku przynajmniej w trzech azjatyckich krajach, przy czym niektóre jej przekazy są faworyzowane w stopniu wręcz astronomicznym. Narracje te przedostały się również do Stanów Zjednoczonych za pośrednictwem debat geopolitycznych na TikToku, ale także na X i Instagramie.

TikTok został założony przez chińską firmę ByteDance. W Stanach Zjednoczonych platforma należy obecnie głównie do konsorcjum amerykańskich spółek, po tym jak prezydent Donald Trump wymusił sprzedaż udziałów. ByteDance zachował jednak kontrolę nad algorytmem oraz niemal 20 proc. udziałów w firmie. Poza USA, na przykład w Azji, gdzie kampania wydaje się najsilniejsza, TikTok pozostaje w pełni własnością ByteDance.

SpringAI twierdzi również, że znalazło dowody algorytmicznego promowania treści antytrumpowych na TikToku w USA.

(...)

— Przeciwko USA i ich interesom w Azji działa szerokie spektrum grup związanych z United Front, KPCh, marksistowskich i innych radykalnie lewicowych — mówi Kerry Gershaneck, wykładowca na Tajwańskim Uniwersytecie Chengchi, ekspert kontrwywiadu i wojny politycznej z wieloletnim doświadczeniem. — Ostatecznym celem jest zniszczenie USA i naszych wartości poprzez wojnę psychologiczną, dezinformację, ataki poznawcze i przemoc, które mają rozbić naszą tożsamość narodową i spójność. Jeśli Chiny spełnią groźby użycia siły militarnej, by zająć Tajwan i terytoria naszych sojuszników, takich jak Japonia czy Filipiny, te grupy gwałtownie nasilą propagandę, zamieszki i inne działania mające zablokować amerykańską reakcję.

Brzmi to może jak przesada, ale w niedawnym raporcie Kongresu USA przedstawiono podobne wnioski. "Nasi przeciwnicy aktywnie wykorzystują otwartość i wolności naszego społeczeństwa, a przy tym w kreatywny sposób dążą do realizacji swoich strategicznych celów" — napisano w opublikowanym 31 sierpnia raporcie podsumowującym prace Komisji 9/11, przygotowanym przez Komisję Wywiadu Izby Reprezentantów.

(...)

W badaniach nad wywiadem i propagandą od dawna funkcjonuje zasada, że najskuteczniejsze operacje wpływu zawierają ziarno prawdy. Radzieckie służby specjalne często opierały na tym założeniu swoje kampanie dezinformacyjne i tzw. działania aktywne. "Ręce precz od Azji!" działa podobnie.

Istnieją autentyczne lokalne problemy, np. w japońskiej Okinawie, gdzie znajduje się wiele baz, w tym słynna Kadena ("centrum sił powietrznych na Pacyfiku"). Mieszkańcy skarżą się na wypadki wojskowe, zanieczyszczenie gleby i hałas, a także przestępstwa, przy czym amerykańscy żołnierze podlegają pewnym ochronom prawnym. Nacjonalizm i kwestie etniczne powodują też napięcia wokół baz USA w Korei Południowej i na Filipinach, gdzie niezadowolenie z warunków gospodarczych jest autentyczne. W Sri Lance, będącej centrum kampanii i miejscem przyjęcia Deklaracji z Kolombo, panuje niepokój z powodu paraliżującego zadłużenia zagranicznego — choć jednym z głównych wierzycieli są właśnie Chiny. Ale jakimś cudem Chiny nigdy nie są wskazywane jako problem. Zawsze tylko USA.

Gershaneck, który z własnego doświadczenia zna sytuację w Japonii i na Filipinach, przyznaje, że lokalne skargi są realne i często poważne.

— Tak, istnieją uzasadnione powody do niezadowolenia — mówi. — Kluczowe jest jednak to, w jaki sposób te problemy są wzmacniane i wykorzystywane. O to właśnie chodzi w całej tej operacji. To wykorzystywanie prawdziwych problemów społecznych. To próba zagłuszenia każdej narracji, która mówi o Stanach Zjednoczonych coś pozytywnego.

(...)

Yehonatan Dodeles i Omer Kafri ze SpringAI przez miesiące badali kampanię "Ręce precz od Azji!" na TikToku w trzech azjatyckich krajach. Zidentyfikowali siedem narracji regularnie promowanych przez kampanię, które wykazywały wysoki lub wręcz astronomiczny poziom uprzywilejowania przez algorytm.

Najczęściej powtarzały się następujące przekazy: amerykańskie bazy wojskowe są zapalnikiem potencjalnego konfliktu; Stany Zjednoczone sztucznie kreują zagrożenia w Azji; Morze Południowochińskie należy do Chin; oraz że USA prowadzą propagandową wojnę o umysły mieszkańców Azji.

Metodologia badań jest złożona i obejmuje wykorzystanie równoległej aplikacji, paneli złożonych z ludzi oraz botów. Według SpringAI od 30 kwietnia, czyli od oficjalnego internetowego startu kampanii w Pekinie, do 7 września dziesiątki tysięcy filmów rozpowszechniały siedem konkretnych przekazów powiązanych z kampanią. Jej główna narracja, zgodnie z którą amerykańskie bazy wojskowe są obciążeniem, a nie atutem, została wyświetlona około 450 kontom-botom ponad 300 tys. razy.

W praktyce oznacza to, że filmy promujące poszczególne elementy tej narracji są wyświetlane znacznie częściej, niż wynikałoby to z normalnego działania algorytmu. Trafiają do spersonalizowanej zakładki "Dla Ciebie" na TikToku zdecydowanie częściej, niż powinny. Maksymalny poziom odchylenia od normy wyniósł 9,5 odchylenia standardowego.

Dla zobrazowania: to tak, jakby podrzucić monetę sto razy i niemal za każdym razem otrzymać orła. Prawdopodobieństwo takiego wyniku jest na tyle małe, że statystycznie uznaje się je za niemożliwe. Spośród dziewięciu antyamerykańskich narracji monitorowanych przez firmę aż siedem wykazywało odchylenie przekraczające 5,6 odchylenia standardowego, co odpowiada sytuacji, w której na sto rzutów monetą aż 78 kończy się tym samym wynikiem.

Kafri, prezes i współzałożyciel SpringAI, śledzi zachowanie algorytmu i jest przekonany, że jest on wykorzystywany przez chińskie grupy interesu "do kontroli na całym świecie". Firma skupia się wyłącznie na algorytmach i deklaruje, że jej misją jest "ujawnianie ukrytych mechanizmów algorytmów mediów społecznościowych, by bronić demokracji przed sztuczną inteligencją".

— To niezwykle potężne narzędzie — mówi Dodeles, dyrektor ds. technologii w SpringAI. — Znacznie skuteczniejsze niż zwykła kampania botów czy nawet dobrze finansowana akcja mająca osiągnąć konkretny cel. W tym przypadku mamy do czynienia z kampanią wielowarstwową, której elementem jest również manipulacja algorytmiczna.

Dodeles podkreśla jednak, że SpringAI nie oskarża TikToka o celowe prowadzenie takiej operacji.

— Nie twierdzimy, że istnieje zamiar czy świadome działanie. To, co wynika z danych, to fakt, że pewne treści są wzmacniane w stopniu, którego nie da się wyjaśnić wyłącznie ich popularnością czy zaangażowaniem użytkowników. Niezależnie od przyczyny odpowiedzialność za sposób działania systemu spoczywa na platformie — powiedział.

Dodeles dodał, że badanie wykazało, iż źródło manipulacji znajduje się wewnątrz samej platformy TikTok, choć badaczom nie udało się dotąd ustalić, gdzie dokładnie.

— Nasza technologia wykrywa manipulację tylko wtedy, gdy pochodzi ona z wnętrza platformy — stwierdził. Dodał, że nawet jeśli algorytm po prostu popełnia błędy, to "wszystkie te błędy w niezwykle dużym stopniu pokrywają się z wartościami i interesami KPCh".

(...)

— Chińska Ludowa Armia Wyzwolenia (PLA) oficjalnie używa pojęcia "wojna w mediach społecznościowych" co najmniej od 2015 r. — mówi Gershaneck, autor powstającej na ten temat książki, który zeznawał w Kongresie na temat wyzwań, jakie jego zdaniem stoją przed USA w związku z Chinami. — Dla PLA media społecznościowe to broń, a broni używa się, by wygrywać konfrontacje. KPCh prowadzi nieustępliwe, hojnie finansowane operacje propagandowe przeciwko USA w ramach swojej wszechogarniającej wojny politycznej. Jesteśmy celem numer jeden. Bo to nas, hegemona, trzeba obalić, żeby samemu się nim stać.

Pekin wielokrotnie deklarował, że chce się rozwijać pokojowo, nie dąży do roli hegemona i opowiada się za wielobiegunowym ładem światowym. By to osiągnąć, ogłosił szeroki program globalnych "inicjatyw" gospodarczych, cywilizacyjnych i dotyczących zarządzania. Jednak Xi Jinping wezwał także do "komunikacji celowanej", dostosowanej do "różnych regionów, krajów i grup demograficznych", by zapewnić "segmentowane rozpowszechnianie chińskich opowieści i głosu Chin".

W artykule z 2024 r. opublikowanym w "Military Digest" badacz Chen Changxiao z Akademii Wczesnego Ostrzegania Sił Powietrznych PLA opisał wykorzystanie algorytmów online do "sterowania wojną opinii publicznej". Jak twierdzi Gershaneck, USA są dziś kompletnie nieprzygotowane i niezdolne do podjęcia walki z tym narastającym wyzwaniem. Lewis przyznaje mu rację.

— USA zdemontowały większość swoich możliwości prowadzenia wojny politycznej po zimnej wojnie i nie stworzyły nic w zamian. Czas to zmienić — ocenia.

— USA były kiedyś dobre w wojnie politycznej — mówi Gershaneck. — To pomogło wygrać zimną wojnę. Teraz czas na poważną odpowiedź. Nie mamy obowiązku popełniać narodowego samobójstwa.

onet.pl\Newsweek


To brzmi jak scenariusz politycznego pastiszu. Konfederacja uczestniczy w operacji zbierania podpisów pod wnioskiem o referendum w sprawie odwołania prezydenta Krakowa Aleksandra Miszalskiego. Podpisy udaje się zebrać, co więcej — pozostawiony na lodzie przez swych towarzyszy z Koalicji Obywatelskiej Miszalski przegrywa referendum i traci stanowisko. Ponieważ trzeba wybrać nowego prezydenta, partie prześcigają się w wystawianiu kandydatów. Swojego czempiona wystawia także Konfederacja — to Bartosz Bocheńczak. I tu ta piękna opowieść się kończy. Bo kandydaci wszystkich głównych partii — łącznie z Koroną Brauna — zbierają po 3 tys. podpisów, żeby się zarejestrować w wyborach, konfederata zaś nie. Bocheńczak dysponował co prawda autografami nieboszczyków, ale Państwowa Komisja Wyborcza nie uznaje poparcia z zaświatów.

To nie jest opis przypadkowej porażki. Konfederata został zatopiony przez swych towarzyszy z Konfederacji.

Rozbierzmy to na czynniki pierwsze. Konfederację tworzą dwie odrębne partie. Nowa Nadzieja Sławomira Mentzena wyrosła z libertariańskich ugrupowań Janusza Korwin-Mikkego. Z kolei Ruch Narodowy Krzysztofa Bosaka to kontynuacja przedwojennej endecji, wskrzeszonej po upadku komuny przez 18-letniego Romana Giertycha.

Przez długie lata tak narodowcy, jak i korwinowcy dramatycznie walczyli we wszelkich możliwych wyborach o przekroczenie progu — zazwyczaj widowiskowo przegrywając. Sytuacja zmieniła się wiosną 2019 r. Z badań Mentzenowi wyszło, że korwinowcy muszą się poszerzyć: szukać wśród liberalnego elektoratu wielkomiejskiego albo przyciągnąć narodowo-konserwatywnych wyborców z mniejszych miejscowości. Mieszczuchy miały już swoją Platformę i Lewicę. Postawił więc na sojusz z Ruchem Narodowym, bo obie partie walczyły o różne elektoraty i były silne w odmiennych częściach kraju. "Wyszło nam pięć postulatów. Nazwałem je piątką Konfederacji: nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej" — rzucił Mentzen.

Konfederacja weszła do Sejmu, mimo dramatycznych ataków PiS, które w finale kampanii wzięło na sztandary nawet antysemickie hasła bliskie części konfederatów.

Od początku w tym sojuszu radykałów zgrzytało. W 2020 r. partyjne prawybory prezydenckie wygrał Bosak, mimo że korwinowcy próbowali go zablokować. Atmosfera zgęstniała w roku 2025, gdy na prezydenta wystartował Mentzen i zajął dobre trzecie miejsce. Bawił się swym poparciem przed drugą turą — pielgrzymowali do niego i Nawrocki, i Trzaskowski. Wtedy uwierzył, że to on jest jedynym motorem Konfederacji.

Z jednej strony od tego czasu aż do dziś trwa dobra sondażowa passa formacji, z drugiej — styl Mentzena rozsadza ją od środka. Najpierw brutalnie spacyfikował ludzi we własnej partii, czego finałem stało się odejście popularnej europosłanki Ewy Zajączkowskiej-Hernik. Na to mu jeszcze narodowcy pozwalali — nie ich cyrk, małpy tym bardziej. Ale problemy zaczęły się, gdy Mentzen i jego ludzie zaczęli marginalizować narodowców.

Tak stało się właśnie w Krakowie, gdzie podpisy za odwołaniem Miszalskiego zebrali silni tam narodowcy. Mimo to Konfederacja wystawiła na prezydenta mentzenowca Bocheńczaka, który ma narodowców gdzieś. Więc narodowcy zebrali mu 18 podpisów. W akcie zemsty Mentzen — za plecami Bosaka — zaczął negocjować poparcie Konfederacji dla faworyta wyborów krakowskich Łukasza Gibały, byłego posła Ruchu Palikota.

Takich tarć było i jest więcej — Bosak poparł Nawrockiego w wyborach, a Mentzen tego nie zrobił. Bosak odcina się od lobbysty Zondy Przemysława Wiplera, którego Mentzen wciągnął do Sejmu. I broni szefa sztabu generalnego Wiesława Kukuły, którego Mentzen wyzywa.

Mentzen to milioner, egotyk i król mediów społecznościowych. Bosak latami miał łatkę pryszczatego narodowca, który tańczy z gwiazdami i pływa na desce. Ale od dłuższego czasu pracuje nad wizerunkiem — rodzina, czworo dzieci, wicemarszałek w Sejmie.

Mają kompetnie różne plany. Mentzen chce być królem słońce na prawicy, gdy PiS się rozleci. Ma czas i sporo krypto na koncie.

Bosak nie chce już czekać, wszak jest starszy od prezydenta. Marzy mu się resort obrony albo fotel marszałka w nowym Sejmie. Pójdzie z każdym na prawicy, kto mu to da. Nawet jeśli będzie to oznaczać rozstanie z Mentzenem.

Nie, przed wyborami Konfederacja się nie podzieli. Mentzen i Bosak nie są idiotami, by niweczyć projekt, który w sondażach zbliża się do PiS. Ale pęknięcie po wyborach jest wielce prawdopodobne. Po prawdzie to główna nadzieja Kaczyńskiego na powrót do władzy — ponowne zjednoczenie z Morawieckim i przyciągnięcie Bosaka.

onet.pl\Newsweek

piątek, 18 września 2026



Od początku pełnoskalowej inwazji w 2022 r. ataki Moskwy uszkodziły lub zniszczyły ponad 500 lokomotyw. Ponad 60 proc. z nich zostało trafionych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Koleje Ukraińskie tracą obecnie od 37 do 40 lokomotyw miesięcznie.

Rosyjskie ministerstwo obrony przyznało, że uderza w pociągi, opisując ataki jako część strategii, której celem jest zniszczenie ukraińskiej logistyki wykorzystywanej do transportu zagranicznej broni na potrzeby działań wojennych Kijowa.

Ukraińcy twierdzą, że cel jest szerszy. — Rosjanie dążą do odizolowania naszych społeczności na linii frontu, zasiania paniki i strachu wśród i tak już wyczerpanej ludności oraz sparaliżowania gospodarki — mówi Ołeksandr Percowski, prezes zarządu JSC Ukrzaliznycia, państwowego operatora kolejowego Ukrainy.

Rosja rozpoczęła ataki na pociągi pasażerskie jesienią ubiegłego roku po zdobyciu anten sieciowych — dodaje Percowski. Technologia ta pozwala dronom na wymianę sygnałów lub łączenie się z naziemnymi nadajnikami w Białorusi albo na okupowanych terenach Ukrainy. To umożliwia operatorom sterowanie bezzałogowcami w czasie rzeczywistym pomimo środków wojny elektronicznej. Pomaga też w trafianiu w ruchome cele, takie jak pociągi.

— Jesienią ubiegłego roku [Rosjanie] trafili pociąg w pobliżu Łozowej, miasta w obwodzie charkowskim, zabijając sześć osób. Od tego czasu wprowadziliśmy procedury ewakuacyjne. Udało nam się uratować większość ludzi, ale Rosjanie wciąż niszczą nasze lokomotywy — mówi Percowski.

Rosja wykorzystuje przeciwko pociągom przede wszystkim drony z napędem odrzutowym. To zagrożenie, któremu Ukraina nie była jeszcze w stanie w pełni przeciwdziałać. Podczas gdy ukraińskie ministerstwo obrony pracuje nad rozwiązaniami we współpracy z producentami systemów przeciwdziałania dronom, Ukrzaliznycia opracowuje zintegrowany model transportowy, który w przypadku zatrzymania lub trafienia pociągu pozwoliłby operatorom przewozić pasażerów autobusami.

Chociaż większość ataków ma miejsce w promieniu 200 km od linii styku z siłami rosyjskimi lub granicy z Rosją i dotyka zwłaszcza regionów na wschodzie i południu Ukrainy, Moskwa rozszerzyła ostatnio zarówno zasięg geograficzny, jak i potencjalne cele. — Obecnie Rosjanie wykorzystują anteny i repeatery w Białorusi, by atakować również zachodnie regiony Ukrainy — wyjaśnia Percowski.

(...)

— Najnowsze ataki w pobliżu granicy z Polską pokazują, że dodatkowym celem jest zwiększenie zagrożenia dla naszych zagranicznych gości, partnerów, dyplomatów, polityków i dziennikarzy. Rosjanie chcą, aby oni również bali się podróżować do Ukrainy, ponieważ fakt, że pomimo wszystkich prób izolacji Ukrainy nadal jesteśmy otwarci i interesujący dla świata, doprowadza Rosjan do szału — twierdzi Percowski.

onet.pl\Politico
 

Nie jest zupełnie jasne, czy teraz to tylko amerykańska administracja próbuje zachęcić rosyjskiego przywódcę do podjęcia poważnych rozmów pokojowych za pomocą ustępstw i ofert, czy też jest to próba nawiązania współpracy inicjowana przez Rosjan lub obie strony. Magazyn „The New Yorker” pisze w tekście poświęconym dyplomacji i biznesom Kushnera, że to Rosjanie jako pierwsi zaoferowali Amerykanom „deale biznesowe w zamian za korzystne dla nich porozumienie pokojowe” z Ukrainą.

- Tak się powszechnie uważa - powiedział magazynowi były przedstawiciel USA w tym regionie.

Autor tekstu w „TNY” dotarł do kopii poufnego raportu przygotowanego przez europejską agencję wywiadowczą, z którego wynika, że sam Trump i ludzie z jego otoczenia omawiali różne możliwe kontrakty z Rosją. We współpracę biznesową miałaby być zaangażowana rodzina Trumpa, jego wysłannik do Rosji Steve Witkoff, były wysłannik Richard Grenell i przyjaciel Donalda Trumpa juniora Gentry Beach.

Z drugiej strony „New York Times” zwraca uwagę, że niezależnie od prób wdrożenia nowych sankcji na rosyjską ropę, zainicjowanych przez zmarłego niedawno senatora Lindsaya Grahama, administracja Trumpa z coraz większą determinacją próbuje innych sposobów, by skłonić Putina do zakończenia wojny na Ukrainie.

„Według osób znających przebieg tych rozmów Biały Dom rozważa teraz podpisanie umów biznesowych z Rosją jeszcze przed zakończeniem walk w Ukrainie (...), co miałoby pokazać, że USA myślą poważne o resecie w stosunkach z Rosją” - relacjonuje dziennik.

Oznacza to, że wysłannicy Trumpa, Kushner i Witkoff „szukają po omacku nowych sposobów, by nakłonić Rosję do zaprzestania walk” - komentuje „NYT”. Rozmówcy dziennika oceniają, że Waszyngton rozważa daleko idące ustępstwa na rzecz Kremla.

Należy też pamiętać, że Trump jest pod wrażeniem ekonomicznego potencjału Rosji, który ocenia jako „kolosalny”, a Kreml od początku jego drugiej kadencji proponował mu porozumienia biznesowe dotyczące np. wydobycia metali ziem rzadkich i aluminium, tworzenia spółek joint venture w Arktyce, a nawet zaangażowanie amerykańskich firm z sprzedaż rosyjskiego gazu w Europie - wylicza dziennik.

Może to też oznaczać - spekuluje dalej - że Kushner i Witkoff nie mają już żadnych nowych pomysłów na prowadzenie negocjacji z Kremlem.

„The Nowe Yorker” podkreśla, że ani Witkoff, ani Kushner, który ma 45 lat, nie mają żadnego doświadczenia w dyplomacji, a ponadto zięć Trumpa nie szanuje zawodowych dyplomatów, polega raczej na radach biznesmenów i utrzymuje, że „porozumienia pokojowe są jak deale w nieruchomościach”.

W administracji Trumpa funkcjonuje jako „minister bez teki”. A gdy wraz z Witkoffem otrzymali misję mediowania w sprawie wojny przeciw Ukrainie „obaj wierzyli, że Putin to porządny facet (...) a rosyjska armia jest niezwyciężona” - powiedział magazynowi dyplomata, który pragnął zachować anonimowość.

Były doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa John Bolton ocenił niedawno w artykule na łamach „Washington Post” że nieudolne negocjacje wysłanników USA tylko skłaniają Putina do eskalowania konfliktów. Uznał też, że rozmowy pokojowe, jakie prowadzą Witkoff i Kushner, „zakrawają na desperację”, są „bezwartościowe”, a strona amerykańska nie wniosła ostatnio w te rozmowy żadnej nowej inicjatywy. Taka dyplomacja „może przynieść więcej strat niż pożytku” - podsumował autor, który był ambasadorem USA przy ONZ.

PAP



Francuska sieć supermarketów Auchan to jedna z nielicznych wielkich zachodnich firm, która nie chciała opuścić Rosji po jej inwazji na Ukrainę. "Wyjście z Rosji jest nie do pomyślenia z punktu widzenia ludzkiego życia" - utrzymywał Yves Claude, szef francuskiej sieci handlowej. I odpowiadając na krytykę tej decyzji przez prezydenta Ukrainy Wołodymyra Zełenskiego przekonywał w dzienniku "Le Journal Du Dimanche":

Najważniejsze jest utrzymanie naszych pracowników i zagwarantowanie naszej głównej misji, którą jest kontynuacja żywienia ludności obu tych krajów [Rosji i Ukrainy].

Teraz Francuzi mogą pluć sobie w brodę. 

Wieczorem w czwartek 17 września prezydent Rosji Władimir Putin ogłosił dekret o "tymczasowym" przejęciu przez państwo rosyjskiej filii Auchan, do której należy 230 supermarketów w 100 rosyjskich miastach. To jeden z liderów handlu detalicznego w Rosji. 

W tym samym dekrecie Putin zdecydował o "tymczasowym" przejęciu sześciu fabryk szwajcarskiego koncernu spożywczego Nestle, produkujących kawę, słodycze, jedzenie dla dzieci i karmę dla zwierząt domowych. Ten sam los spotkał również sieć ponad 100 marketów budowlanych Leroy Merlin, należących do francuskiego koncernu Adeo. Pod koniec 2023 r. Francuzi sprzedali je spółce Scenari Holding ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, którą według mediów założyli menedżerowie rosyjskiej filii Leroy Merlin. W następnym roku markety zaczęły działać pod szyldem "Lemana Pro". 

Do tych łupów prezydent Rosji dorzucił rosyjską filię francuskiej firmy logistycznej FM Logistics, która ma w Rosji 25 kompleksów magazynowych o powierzchni 865 tys. m2 i wykonuje 830 tys. operacji transportowych rocznie. A także spółki międzynarodowej firmy logistycznej Bati Logistics. 

Majątek firm przejętych dekretem Putina jest warty co najmniej 600 mld rubli, co obecnie stanowi równowartość 6 mld euro - napisał dziennik "Kommiersant". Ofiary dekretu Putina nie odniosły się jeszcze do jego decyzji. 

Przejętego przez Putina majątku zachodnich firm nie dostały rosyjskie państwowe koncerny. Całość akcji rosyjskich filii tych firm prezydent Rosji przekazał w zarząd spółce "L.E.W. Management". 

Według dziennika "RBK" spółka ta została zarejestrowana pod koniec 2024 r. z kapitałem zakładowym wynoszącym 15 tys. rubli, co obecnie stanowi równowartość 150 euro. Zeszły rok zakończyła stratą 15 tys. rubli.

Nie wiadomo, do kogo należą akcje tej spółki. Jej szefem od tygodnia jest Andriej Krajuszkin.

Dziennik "Nowaja gazieta Jewropa" napisał, że to generał rosyjskiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych (MSW). Od 2016 r. do co najmniej 2020 r. był zastępcą szefa zarządu MSW ds. migracji. W marcu 2020 r. media pisały, że Krajuszkin miał potrącić swoim samochodem na przejściu dla pieszych 5-letnie dziecko, a potem wdał się w awanturę z jego ojcem. Jednak potem nigdy nie informowano, czy stracił stanowisko w MSW i co się z nim dzieje. 

Formalnie, przejęcie przez państwo spółki w tymczasowy zarząd nie oznacza jej konfiskaty. W Rosji w praktyce oznacza to jednak zwykle bezterminowe zawłaszczenie majątku zachodniego inwestora. Tak było z elektrowniami fińskich koncernów Fortum i niemieckiego Uniper, które Putin przejął "tymczasowo" wiosną 2023 r. 

Takie przejęcie może być także metodą wymuszenia sprzedaży majątku za ułamek jego wartości. W taki właśnie sposób Kreml przejął browary duńskiego koncernu Carlsberg, a francuski koncern Danone zmusił do sprzedaży największych w Rosji zakładów mleczarskich.

gazeta.pl

czwartek, 17 września 2026



Prezydent USA Donald Trump zagroził w środę, że może nałożyć "bardzo ciężkie cła" na Unię Europejską, jeśli uzna potencjalne przyjęcie Kanady jako członka stowarzyszonego Unii za "wrogi akt".

Trump skomentował w ten sposób możliwość przystąpienia Kanady do UE jako "członka stowarzyszonego". Uznał, że to "śmieszne", bo Kanada jest "okropnym partnerem handlowym". Zagroził jednak, że może z tego powodu nałożyć cła na UE.

- Jeśli uznam, że to wrogi akt, nałożę bardzo poważne cła, albo przestanę handlować z Europą w wielu kwestiach - powiedział Trump podczas rozmowy z dziennikarzami w Karolinie Północnej. - Jeśli więc to zrobią, jeśli Europa zrobi to ze złymi intencjami - jeśli to dobre intencje, to w porządku - ale jeśli stoją za tym złe intencje, nałożę bardzo ciężkie cła - dodał.

O możliwości akcesji Kanady mówiła w środę przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen. Szefowa KE zadeklarowała w orędziu o stanie Unii, że chce współpracować z premierem Kanady nad otwarciem dla jego kraju drogi do uzyskania statusu pierwszego członka stowarzyszonego UE. Biuro premiera Kanady Marka Carneya przekazało, że szef rządu z zadowoleniem przyjął propozycję.

Współpraca miałaby dotyczyć m.in. minerałów krytycznych, możliwości przemysłu obronnego, sztucznej inteligencji (AI), możliwości obliczeniowych, bezpieczeństwa energetycznego, przestrzeni kosmicznej oraz usług finansowych i płatności. Rozmowa Carneya i von der Leyen dotyczyła też handlu cyfrowego poza sektorem rolnym oraz "szerokiego zakresu usług".

W orędziu o stanie UE von der Leyen mówiła, że chodzi o stworzenie z Kanadą "przestrzeni wspólnego dobrobytu i bezpieczeństwa gospodarczego". Zapowiedziała też współpracę w dziedzinie inteligentnej produkcji, stworzenie sojuszu technologicznego, integrację "przemysłowych baz obronnych", a Arktyka ma się stać "sztandarowym projektem".

PAP