czwartek, 21 maja 2026



„Prezydent powiedział podczas rozmów, że ogólnie rzecz biorąc, istnieje już wspólne porozumienie co do głównych parametrów projektu Siła Syberii 2” – powiedział rosyjskim mediom rzecznik Kremla, Dmitrij Pieskow, którego słowa cytuje Reuters. „Istnieje porozumienie co do trasy i sposobu realizacji projektu. Niektóre szczegóły wymagają jeszcze doprecyzowania, ale generalnie takie porozumienie już istnieje” – dodał.

Ale to wszystko już było. Putin próbuje przekonać Xi do wspólnej budowy gazociągu od dekady i zawsze kończy się na ogólnikowych ustaleniach. Projekt Siły Syberii 2 pojawił się na stole już w 2015 r. Rzecz jasna, od 2022 r. Putinowi zależy na jego realizacji bardziej niż kiedyś, bo międzynarodowe sankcje, nałożone na Rosję po jej agresji na Ukrainę, sprawiły, że Kreml stracił dużą część rynku zbytu dla swojego gazu. Dodatkowo nowe unijne regulacje, przyjęte na początku br., przewidują zaprzestanie importowania rosyjskiego skroplonego gazu ziemnego (LNG) przez kraje UE do końca 2026 r., a gazu dostarczanego rurociągami – do 30 września 2027 r.

Od wybuchu pełnoskalowej wojny w Ukrainie Chiny zwiększyły zakupy rosyjskiej ropy i gazu. W 2025 r. eksport błękitnego paliwa z Rosji do Chin wzrósł o około jedną czwartą, do 38,8 mld m sześc., przekraczając lekko obecną przepustowość rurociągu Siła Syberii. To właśnie nim rosyjski gigant energetyczny Gazprom dostarcza gaz ziemny do Państwa Środka. Oba kraje łączy 30-letnia umowa na dostawy gazu umowy o wartości 400 mld dol. (podpisana w 2019 r.).

Kiedy Putin poprzednio bawił w Chinach – we wrześniu 2025r. – obie strony zgodziły się, że łączny roczny wolumen przesyłu gazu z Rosji do Chin zostanie zwiększony o 6 mld m sześc. do 44 mld m sześc.

Rosja ma jednak apetyt na więcej, dlatego uparcie forsuje budowę nowej nitki, którą błękitne paliwo popłynęłoby do Chin. Chińczycy z kolei upierają się przy tym, by kupować ten gaz jak najtaniej. Marzy im się cena taka, jak na rosyjskim rynku – jednak tam zakupy gazu są dotowane przez państwo. Pekin nie widzi powodu, by pójść na ustępstwa.

– Chiny doskonale wiedzą, że Rosja jest pod ścianą po utracie rynku europejskiego, po rozpoczęciu wojny na Ukrainie i nałożeniu na nich sankcji i nie mają alternatywnych dróg przekierowania gazu z pól zachodniosyberyjskich (Jamał) – mówi Zero.pl Łukasz Kobierski, współzałożyciel i prezes Instytutu Nowej Europy. – Pekin oczekuje niskich cen, zbliżonych do krajowych cen gazu w samej Rosji. Gazprom nie chce się na to zgodzić, bo projekt Siła Syberii 2 byłby wtedy nierentowny.

Z kolei Rosja dąży do narzucenia sztywnych warunków finansowych i twardych klauzul take-or-pay (weź lub zapłać) w negocjacjach z Chinami w sprawie Siły Syberii 2 – tłumaczy ekspert. – Moskwa zabezpiecza w ten sposób rentowność gigantycznej inwestycji szacowanej na 55 mld m sześc. gazu rocznie. Pekin jest przeciwko, bo woli zachować elastyczność.

Kolejny problem polega na tym, że trasa Siły Syberii 2 miałaby biec z zachodniej Syberii przez Mongolię do Chin – a Mongolia bardzo zachowawczo podchodzi do uczestnictwa w projekcie.

Można jednak zadać pytanie, czy Chińczykom (ze względu na cele związane ze wzrostem gospodarczym) nie powinno jednak zależeć na rosyjskim gazie. Piętnasty Plan Pięcioletni na lata 2026–2030, zatwierdzony w marcu br., zakłada wzrost zużycia energii pochodzącej z paliw kopalnych o 8-10 proc.

– Chiny oczywiście potrzebują dużych ilości energii, ale w swojej strategii dywersyfikacji energetycznej nie chcą uzależniać się w znacznym stopniu od jednego dostawcy – zauważa Łukasz Kobierski. – Obecnie mają to dobrze zaplanowane. W ogóle aspekt dywersyfikacji, nie tylko energetycznej, jest ważny dla Przewodniczącego Komunistycznej Partii Chin Xi Jinpinga.

zero.pl
 
 
 I choć uważam, że oś Moskwa-Pekin ma niezwykle silne fundamenty i jest dla nas wielkim zagrożeniem, to nie ma tam sentymentów. Chińczycy będą bezwzględnie korzystać z rosnącej zależności Rosji, wyciskając najlepsze dla siebie warunki. W odniesieniu do gazociągu Siła Syberii II, o którą tak bardzo zabiega Putin, warunki chińskie to zrównanie cen surowca z rosyjskimi cenami wewnętrznymi, a także wyłożenie pieniędzy na rurę przez Rosjan. 

Jeśli Moskwa na takie zbójeckie warunki zgodzić się nie chce, to znaczy, że jeszcze nie dojrzała. I tak nie ma żadnego innego wyjścia, bo od inwazji na Ukrainę wpadła w spiralę gospodarczej zależności od Pekinu, wobec której nie ma dobrych alternatyw. Z resztą, z perspektywy rosyjskiego reżimu, wsparcie Chin na poziomie strategicznym, dyplomatycznym, propagandowym i wojskowym (bez chińskich komponentów rosyjska machina wojenna nie mogłaby działać), jest tego wszystkiego warte. Putin jest w stanie poświęcić gospodarcze interesy Rosji, płacąc "jarłyk" Chinom, w walce o przetrwanie całego reżimu.

Uważam, przewrotnie, że to dla nas fantastyczna sytuacja. Jako Polska (a nawet Europa...) nie mamy realnych narzędzi, by powstrzymać Chiny przed zakupami surowców z Rosji. Jeśli więc to robią, niech robią to na najgorszych dla Rosji warunkach, zbójeckich i niszczących ich potencjał. Niech importują surowce najtaniej jak się da, zalewając Rosję swoimi produktami  (o ile to nie komponenty wojskowe) i czyniąc z niej przemysłową pustynię. Im bardziej się jako Polska i Europa od Rosji trwale odetniemy, tym bardziej Kreml będzie w sytuacji bez wyjścia, a Pekin będzie mógł strzyc go przy samej skórze.

Rosjanom trzeba komunikować, że taka jest właśnie cena ich imperializmu - tak wygląda Pax Sinica, będą musieli sprzedać nawet własne buty. Może będzie to budować sprzeciw wobec Kremla, a temat bardzo żywo rezonuje w rosyjskiej elity. Chińczykom za to warto mówić, że drenowanie Rosji nam nie przeszkadza - tak długo, jak nie buduje ich potencjału wojskowego. Byle nie mogli kąsać. Może to zbudować też pewną wiarygodność w rozmowie z Pekinem - pojawia się wspólny interes, by Rosja zbiedniała i spróchniała.

x.com/J_Jakobowski
 
 
Rosja nadal wykorzystuje swoje rezerwy złota, aby pokryć deficyt budżetowy. Rosyjski Bank Centralny poinformował 20 maja, że rezerwy złota Rosji spadły czwarty miesiąc z rzędu w kwietniu 2026 roku. Bank poinformował, że rezerwy wyniosły 73,9 mln uncji sztabek złota na dzień 1 maja, najniższego od marca 2022 r. W raporcie stwierdzono, że wolumen sztabek złota zmniejszył się o 200 tys. uncji w kwietniu 2026 r. i o 900 tys. uncji od stycznia 2026 r. Rosyjska niezależna gazeta "The Moscow Times" poinformowała, powołując się na Światową Radę Złota, że Rosja straciła od stycznia do kwietnia 2026 roku 27,9 tony metrycznych rezerw złota, ustanawiając rekordowy spadek od 2002 roku. Rosyjski Bank Centralny po raz pierwszy w listopadzie 2025 r. uciekł się do sprzedaży swoich rezerw złota, aby utrzymać wysokie wydatki wojenne, podczas gdy Rosja stale wyczerpywała płynne rezerwy swojego państwowego funduszu majątkowego, aby sfinansować swoją wojnę na Ukrainie. Rosnąca zależność Rosji od jej rezerw złota podkreśla rosnącą presję zadłużenia, ponieważ podejmuje trudne decyzje, aby podtrzymać wojnę w Ukrainie.

(...)

Ukraina nadal rozszerza swoją zdolność do przeciwdziałania dronom typu Shahed, w tym Shaheds napędzanym odrzutowcem. Minister obrony Ukrainy Mychajło Fedorow oświadczył 21 maja, że siły ukraińskie podwoiły tempo przechwytywania rosyjskich dronów dalekiego zasięgu za pomocą dronów przechwytujących od stycznia do maja 2026 r., mimo że siły rosyjskie zwiększyły również liczbę dronów w swoich pakietach uderzeniowych o około 35 procent w tym samym okresie. Fedorow stwierdził, że Ukraina zwiększyła również podaż swoich dronów przechwytujących o 2,6 razy od stycznia do maja i zamierza zwiększyć produkcję o „dziesiątki razy” w celu gromadzenia dronów przechwytujących do użycia przeciwko dronom Shahed z napędem odrzutowym przed jesienno-zimową 2026.

Ukraina rozszerza swój parasol obrony powietrznej o wolontariuszy z prywatnych firm i formacji regionalnych lub lokalnych. Fedorow poinformował, że 27 ukraińskich przedsiębiorstw przyłączyło się do prywatnego projektu obrony powietrznej, upoważniając ukraińskie firmy do wykonywania działań kontrdronicznych we współpracy z Ukraińskimi Siłami Powietrznymi. Fedorow poinformował, że dwa z tych biznesów w pełni wykonują operacje obrony powietrznej w obwodzie Charków i Odesa. Ukraińskie ministerstwo obrony (MoD) poinformowało, że ukraińskie samorządy lokalne mogą finansować grupy obrony powietrznej w ramach społeczności terytorialnych, których kierownictwo operacyjne znajduje się w Ukraińskich Siłach Powietrznych i Ukraińskich Siłach Zbrojnych.

understandingwar.org
 
 
W dniach 19–20 maja Władimir Putin złożył wizytę państwową w ChRL. Pretekstem do podróży była rocznica podpisania Traktatu o dobrosąsiedztwie i przyjaznej współpracy z 2001 r., który przedłużono o kolejne pięć lat. Strony odbyły szereg spotkań w różnych formatach, z których najważniejsze były rozmowy Putina z Xi Jinpingiem oraz z premierem Li Qiangiem. Podpisano 42 porozumienia sektorowe i biznesowe oraz dwa dokumenty o znaczeniu politycznym: Wspólne oświadczenie ws. dalszego umacniania wszechstronnego partnerstwa i współpracy strategicznej oraz pogłębiania stosunków dobrosąsiedzkich, przyjaźni i współpracy oraz Wspólną deklarację ws. kształtowania wielobiegunowego świata i stosunków międzynarodowych nowego typu. Putin i Xi Jinping wzięli udział w ceremonii otwarcia dwuletniego programu współpracy w dziedzinie oświaty oraz wygłosili oświadczenia dla mediów.

Mimo nadzwyczajnej oprawy medialnej wizyta miała rutynowy charakter i nie wniosła nic nowego do stosunków między stronami. Od wielu lat mają one znamiona de facto sojuszu, nastawionego na fundamentalną rewizję ładu międzynarodowego oraz zastąpienie porządku ukształtowanego po zakończeniu zimnej wojny porządkiem skupionym wokół Chin i wspierającej je Rosji. Wizyta jest też sygnałem, że partnerstwo ChRL i FR pozostaje jednym z filarów polityki zagranicznej obu państw, a próby jego rozluźnienia są skazane na niepowodzenie. Pekin i Moskwa wzmacniają też w ten sposób swoją pozycję wobec USA. Przekaz komunikatów stron jest zbudowany wokół tezy, że świat jest coraz bardziej niestabilny, Zachód jest źródłem presji i chaosu, a Chiny wraz z Rosją są przewidywalnym rdzeniem nowego, „sprawiedliwszego” wielobiegunowego ładu międzynarodowego opartego na multilateralizmie.

Komentarz

    Dla Pekinu wizyta Putina miała dużą wartość polityczną, wzmacniając narrację o pozycji mocarstwowej Chin. ChRL pokazała, że jest w stanie utrzymywać równoległe kanały komunikacji z USA i Rosją, a jednocześnie budować obraz świata, w którym to Pekin, a nie Waszyngton, jest stabilizatorem i arbitrem nowego porządku. Politycznie Xi Jinping zademonstrował swobodę strategiczną i kolejny raz zignorował oczekiwania Zachodu, że wpłynie na Putina w sprawie Ukrainy. Temat ten pojawił się tylko w komunikacie jedynie jako element wymiany poglądów i bez szczegółów. Pekin czerpie korzyści z rosyjskiej konfrontacji z Zachodem, dlatego wspiera Moskwę politycznie i gospodarczo, lecz oficjalnie utrzymuje język neutralności i nazywa wojnę „kryzysem ukraińskim”, ponieważ nie chce ponosić kosztów konfliktu. Rosja zgodziła się natomiast na ostre sformułowania wobec planów Japonii dotyczących zmiany polityki bezpieczeństwa narodowego. Równocześnie brak porozumień, które mogłyby w znaczący sposób złagodzić asymetrię gospodarczą między stronami, wskazuje, że Chiny przeciągają rozmowy i wzmacniają pozycję przetargową wobec Rosji.

    Mimo dużej liczby porozumień, nie wprowadzają one nowej dynamiki w relacje gospodarcze ChRL i Rosji. Mimo że Putinowi towarzyszyła liczna delegacja, obejmująca m.in. pięciu wicepremierów, ministra finansów, szefową Banku Centralnego i szefów głównych firm energetycznych (Gazpromu, Rosniefti, Rosatomu), dyrektora Federalnej Służby Współpracy Wojskowo-Technicznej z Zagranicą oraz wiceministra obrony, to podpisane dokumenty będą miały minimalny wpływ na stosunki gospodarcze między obydwoma państwami. Zawarto dziewięć porozumień między instytucjami edukacyjnymi i siedem między organizacjami medialnymi, co sygnalizuje dalsze zacieśnianie współpracy i koordynacji w propagandzie i dezinformacji. Pozostałe to memoranda (MoU) lub protokoły ustaleń. Jedyna konkretna umowa gospodarcza dotyczy wspólnej budowy drugiej nitki kolejowej na przejściu granicznym Zabajkalsk–Mandżuria.

    Kluczowym problemem dla Moskwy jest niepodpisanie kontraktu na budowę gazociągu Chiny–Rosja (trasa zachodnia), czyli Siła Syberii 2. Przed wizytą dawała ona do zrozumienia, że ta umowa byłaby dla niej najważniejszym rezultatem wizyty i sugerowała duże prawdopodobieństwo jej podpisania. Z publicznie dostępnych informacji nie wynika jednak, aby strony dokonały postępu w rozmowach o tym kontrakcie. W tym sensie szczyt był porażką polityki rosyjskiej. Demonstracja poparcia dla Moskwy i osobiście dla rosyjskiego przywódcy ze strony Pekinu i zapewnienia o kontynuacji dotychczasowego kursu na pogłębianie i intensyfikację relacji z Rosją są jednak cenne dla Kremla w obliczu rosnących trudności wewnętrznych, patowej sytuacji na froncie i skuteczności ukraińskiej strategii atakowania rosyjskiej infrastruktury energetycznej oraz słabnącego zainteresowania Białego Domu zakończeniem wojny. Kreml uzyskał też chińskie oficjalne poparcie w wielu ważnych dla niego kwestiach geopolitycznych. Najważniejsza dotyczy wsparcia rosyjskich wysiłków dla zabezpieczenia swojej suwerenności i integralności terytorialnej, co oznacza lekko zawoalowane oficjalne uznanie i aprobatę dla działań FR zmierzających do ustanowienia kontroli nad formalnie anektowanymi przez nią obwodami Ukrainy.

    Pekin poparł rosyjskie stanowisko wobec Waszyngtonu w sferze strategicznej broni nuklearnej. Chodzi o zamrożenie jej pułapów na poziomie przyjętym przez wygasły w lutym br. traktat o redukcji strategicznych zbrojeń – Nowy START – oraz krytykę planów budowy amerykańskiego systemu obrony przeciwrakietowej „Złota Kopuła”, a także uznawanie europejskich planów i inicjatyw wzmocnienia mechanizmów nuklearnego i konwencjonalnego odstraszania za konfrontacyjne. Tym samym po raz pierwszy ChRL publicznie poparła istotne elementy antagonistycznej polityki Moskwy wobec Europy, zwłaszcza w sferze wojskowo-strategicznej. Wskazuje to, że Pekin może być gotowy poprzeć rewizjonistyczną politykę Moskwy w Europie.

osw.waw.pl

środa, 20 maja 2026



Donald Trump może obecnie mieć rekordowo niskie wyniki w sondażach. Jednak w swojej partii prezydent USA nadal posiada niekwestionowaną władzę. Republikanin po raz kolejny udowodnił to we wtorek wieczorem, kiedy w Kentucky zakończono liczenie głosów w prawyborach jego partii przed listopadowymi wyborami uzupełniającymi.

Niecałe dwie godziny po zamknięciu lokali wyborczych kandydat Trumpa, Ed Gallrein, został ogłoszony zwycięzcą w 4. okręgu wyborczym do Izby Reprezentantów z przewagą około 10 punktów procentowych (p.p.). Zwycięstwu temu towarzyszyła nie tylko najdroższa kampania przedwyborcza do Izby Reprezentantów. Około 27 mln euro (114,8 mln zł według obecnego kursu walut) trafiło przede wszystkim do kampanii dotychczas nieznanego republikanina Gallreina.

Był to jednocześnie jeden z najbardziej zaciekłych ataków, jakie prezydent kiedykolwiek przeprowadził na "kolegę partyjnego". Jego przeciwnik, Thomas Massie, reprezentował Kentucky w Izbie Reprezentantów USA od prawie 15 lat. Jednak już zeszłego lata Massie znalazł się na celowniku Trumpa.

Po pierwsze dlatego, że ten konserwatywno-libertariański kongresman zagłosował przeciwko tzw. Big Beautiful Bill Trumpa w proteście przeciw rosnącemu deficytowi budżetowemu i zwiększającym się wydatkom wojskowym.

Massie stał się całkowitym wrogiem prezydenta USA, gdy w listopadzie 2025 r., jako najbardziej znany republikanin obok Marjorie Taylor Greene, głośno opowiedział się za ujawnieniem akt Epsteina. Taylor Greene dobrowolnie zrezygnowała i opuściła Waszyngton, a teraz Massie również jest poza grą.

Od tygodni Trump wyzywał Massiego od "kompletnych idiotów" i "odrażających typów", zwłaszcza że Massie odważył się również głosować za ograniczeniem uprawnień wojennych prezydenta wobec Iranu.

"Tom Massie z Kentucky, najgorszy i najbardziej niewiarygodny republikański kongresman w historii naszego kraju, jest jeszcze większą hańbą dla naszego narodu niż senator Bill Cassidy z Luizjany, który dziś wieczorem poniósł bezprecedensową porażkę, nie pozwalając mu nawet startować w republikańskich prawyborach" — napisał Trump wczoraj, w dniu wyborów, na swoim koncie w serwisie "Truth Social".

W ten sposób Trump nawiązał do kolejnego śmiertelnego wroga wewnątrz partii. Cassidy był jednym z siedmiu republikańskich senatorów, którzy w 2021 r. głosowali za skazaniem Trumpa za "podżeganie do zamieszek" przed szturmem na Kapitol. Teraz również Cassidy padł ofiarą — w tym przypadku spóźnionej — zemsty prezydenta i ruchu "Make America Great Again" (MAGA).

Już na początku maja Trump sprawił, że "płynęła czerwona krew", tym razem w Indianie. Tam pięciu senatorów, przeciwko którym Trump prowadził kampanię wyborczą, przegrało prawybory.

Wcześniej głosowali bowiem przeciwko zmianie granic okręgów wyborczych, którą prezydent chciał przeforsować z myślą o listopadowych wyborach uzupełniających. Nieposłuszni republikanie zrobili to, argumentując, że w i tak już czerwonej Indianie krok ten jest nadmierny i podważa zaufanie do demokracji. Oni również zapłacili za swój opór utratą stanowisk.

We wtorek wieczorem Trump świętował swoje zwycięstwa wyborcze podczas "Congressional Picnic", tradycyjnego letniego festynu Kongresu USA w parku Białego Domu. Według reporterów prezydent długo pozostawał na festynie i rozmawiał z gośćmi w upalnych letnich temperaturach.

(...)

W swoim przemówieniu we wtorek wieczorem Massie nie powstrzymał się od złośliwych uwag. "Musiałem najpierw zadzwonić do mojego konkurenta, aby przyznać się do porażki. A trochę czasu zajęło, zanim udało mi się dodzwonić do Eda Gallreina w Tel Awiwie" — powiedział Massie przy głośnych oklaskach swoich zwolenników.

Według agencji Bloomberg, rywal Massiego, Gallrein, dysponował kwotą ok. 16,3 mln euro (69,3 mln zł). Kwota ta obejmuje również środki pochodzące od dwóch proizraelskich "super-PAC-ów", potężnych machin zbierających fundusze. Łącznie wydały one ponad 9 mln dol. (33 mln zł), aby pokonać Massiego.

onet.pl\Die Welt


W wyniku udanych ukraińskich kontrataków dronów na rosyjskie miasta nastroje w Rosji zbliżają się do punktu krytycznego. Pogłębiający się kryzys gospodarczy i brak sukcesów militarnych stanowią zagrożenie dla Władimira Putina — twierdzi znawca Rosji Andrej Gurkow.

— W dziesiątkach miast Rosji w nocy ogłaszany jest alarm lotniczy. To coś zupełnie nowego dla rosyjskiej ludności — mówi rosyjski dziennikarz i ekspert ekonomiczny Andrej Gurkow.

Przykładem może być popularny filmik przedstawiający młodą Rosjankę z Moskwy, która zastanawia się, dlaczego w jej mieście nagle słychać wybuchy: "Nigdy nie sądziłam, że wojna dotrze do nas". — To właśnie osiągnęli Ukraińcy tym atakiem na Moskwę — dodaje Gurkow.

Kreml zdaje sobie z tego sprawę i robi ruchy wyprzedzające. Okazuje się też, że do realizacji swoich celów Putin nagle potrzebuje Europy; obszaru, którym jeszcze do niedawna gardził.

Urodzony w Rosji dziennikarz, który ma szerokie kontakty w swojej ojczyźnie i intensywnie obserwuje media, dochodzi do wniosku, że "nastrój się zmienia". Wiele osób odczuwa pilną potrzebę, by jakoś zakończyć wojnę. — To uczucie, którego jeszcze kilka miesięcy temu nie było.

(...)

Według Gurkowa Kreml reaguje na wielowarstwowy kryzys, wysyłając sygnały zarówno do własnej ludności, jak i za granicę. Chodzi o prezentację, która ma pochodzić z rządu Putina i została przekazana rosyjskojęzycznym mediom za granicą — o treści wysoce kontrowersyjnej.

W Rosji nazywa się to metodiczka, czyli instrukcje metodyczne. Jak można by przekonać społeczeństwo do zawieszenia broni lub zawarcia pokoju? I tam w niezwykle interesujący, niezwykle cyniczny i sprytny sposób wymieniono wszystko, co trzeba podać społeczeństwu, aby miało poczucie: "wygraliśmy tę wojnę tak wspaniale, że możemy być dumni" - wyjaśnia.

(...)

Rosjanin interpretuje propozycję Władimira Putina, aby były kanclerz Gerhard Schroeder pełnił rolę mediatora w negocjacjach pokojowych z Ukrainą, jako sygnał skierowany do Europy. Nawet jeśli Schroeder, jako były lobbysta gazowy na usługach Rosji, nie jest neutralnym mediatorem, to inicjatywa Putina odzwierciedla gotowość do nawiązania kontaktu z Europą.

onet.pl\BILD


Telefon, który nie dzwoni

Karol Nawrocki został wybrany na prezydenta Polski przy założeniu, którego nikt nie chciał wypowiedzieć głośno. Założenie brzmiało w polskiej polityce zagranicznej liczy się jedna rozmowa telefoniczna. Telefon do Białego Domu. Telefon, który zna kierunek tylko jednej osoby Donalda Trumpa. Telefon, dla którego polska kampania wyborcza została zaprojektowana jako instrument bilateralnego dostępu.

15 maja Pentagon poinformował polski sztab generalny o wstrzymaniu rotacji 4 tysięcy żołnierzy amerykańskich z brygady pancernej, którzy mieli przyjechać do Polski. Decyzja nie była konsultowana ani z Kongresem, ani z polskim rządem, ani z polskim prezydentem. Wiadomość przeszła kanałem niejawnym, dotarła do szefa sztabu, leżała w skrzynce 36 godzin. W tym samym czasie szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego Bartosz Grodecki wystąpił z komunikatem o „kluczowym partnerze strategicznym”. Komunikat nie przebił się przez treść decyzji. Dane sieciowe pokazują, że tego dnia Twitter wygenerował 82% wszystkich interakcji w wątku, a 86% z nich obwiniało prezydenta.

W ciągu 38 godzin trzyletnia inwestycja polityczna Prawa i Sprawiedliwości w narrację „uprzywilejowanej relacji z administracją Trumpa” została unieważniona przez decyzję urzędników Pentagonu, którzy prawdopodobnie nie wiedzą, jak się nazywa polski prezydent.

To jest historia o czymś więcej niż pojedynczej wpadce komunikacyjnej. To jest historia o tym, jak partia polityczna może zostać złapana w pułapkę własnej narracji wyborczej w środku cyklu, bez ścieżki wyjścia i bez czasu na adaptację. To jest też historia o tym, że gdy strategia jednej strony rozsypuje się publicznie, druga strona zwykle nie potrafi tego wykorzystać, bo gra w grę emocjonalnego rewanżu zamiast w grę strategicznej akumulacji.

Architekt i tynkarz

Aby zrozumieć, jak głęboka jest dziura, w której znalazł się obóz prezydencki, trzeba cofnąć się do września 2024. Wtedy Jarosław Kaczyński, w jednym z pierwszych wywiadów po przegranych wyborach, zarysował strategię odbudowy w sposób, który dziś wygląda na proroczy w odwrotnym znaczeniu. Prezes PiS twierdził relacja z administracją Trumpa będą najsilniejszym narzędziem w naszych rękach a KO i D. Tusk z tym sobie nie poradzi. Strategia była elegancka wykorzystać polską historyczną fascynację Ameryką, przekonać wyborcę, że tylko prawica ma dostęp do tej osi, a dostęp przekuć w kapitał wyborczy w cyklach 2025–2027.

Strategia miała trzy filary. Pierwszy filar to symbolika wizyty, fotografie, czerwone czapki, spotkania z otoczeniem Trumpa, MAGA-eskie metki na polskich konwencjach. Drugi filar to kandydat Karol Nawrocki, prezentowany w kampanii jako twarz polskiej polityki transatlantyckiej, choć w rzeczywistości jego doświadczenie w stosunkach międzynarodowych. Trzeci filar to narracja egzystencjalna bez relacji z USA Polska jest bezbronna, a tę relację gwarantuje tylko PiS.

Filary stały dobrze do 15 maja ale decyzja Pentagonu rozbiła wszystkie trzy jednocześnie. Symbolika została unieważniona, bo żadna z fotografii nie zatrzymała brygady pancernej. Prezydent stracił legitymizację, bo nie potrafił, jak głośno powtarzano w komentarzach przez 48 godzin, „nawet zadzwonić” do swojego sojusznika. Narracja egzystencjalna obróciła się przeciwko swoim autorom jeśli rzeczywiście bez Trumpa Polska jest bezbronna, a Trump właśnie wycofał wojska, to wina jest po stronie tych, którzy obiecywali, że tej sytuacji nie dopuszczą.

Dane sieciowe są w tym względzie chłodne. W zbiorze 4 tysięcy komentarzy pod artykułami informacyjnymi, twardo wskazujących winnego, stosunek wynosi 1,4 do 1 na korzyść narracji „wina PiS”. Twitter, gdzie kondensuje się polska klasa dyskursywna, ma ratio 4 do 1. To są miażdżące dane.

Co bardziej fascynujące w tej historii to nie liczby. To strategiczna decyzja samego PiS-u, jak reagować.

Powrót do bezpiecznej formuły

W teorii partia, której centralna oś narracyjna została właśnie unieważniona, powinna albo bronić tej osi, albo zaproponować nową. PiS w ciągu 72 godzin po decyzji Pentagonu zrobił coś trzeciego wycofał się do narracji sprzed Trumpa.

Czarnek, Błaszczak i Kaczyński, najgłośniejsze głosy partii w tym wątku, nie powiedzieli ani jednego słowa w obronie relacji z Białym Domem. Nie zażądali wyjaśnień od administracji USA. Nie próbowali tłumaczyć decyzji jako technicznej, przejściowej, niewłaściwie zinterpretowanej. Zamiast tego wszyscy trzej, niemal jednocześnie, sięgnęli po stary podręcznik „antyamerykanizm Tuska”, „Niemcy chcą wypchnąć Amerykanów”, „rząd doprowadził do osłabienia sojuszu”, „SAFE było wymyślone, żeby zarobili Niemcy”.

W komentarzach pod tymi wypowiedziami widać dwie rzeczy. Po pierwsze, twarda baza partyjna podchwyciła linię natychmiast i replikuje ją z dyscypliną, której pozazdrościć mogłaby każda partia europejska. Po drugie, ta linia nie przebija się poza twardą bazę. Centrum polityczne i centro-prawica chwiejna w komentarzach albo milczą, albo dryfują w stronę narracji „kompromitacja”. To jest sygnał, że PiS w tym wątku zrezygnował z gry o wyborcę chwiejnego i wycofał się do obrony rdzenia.

Strategicznie taki ruch ma dwa wytłumaczenia. Jedno jest taktyczne partia ocenia, że obrona relacji z Trumpem na obecnym etapie jest niemożliwa, więc nie warto tracić politycznego kapitału. Drugie jest strukturalne w kierownictwie PiS-u brak jest osoby, która ma narzędzia, żeby ten temat poprowadzić inaczej. Trzecie, najciekawsze wytłumaczenie, łączy oba PiS zdaje sobie sprawę, że strategia Kaczyńskiego z września 2024 była błędem strategicznym, ale nie ma jeszcze planu B.

Konsekwencje tego wyboru dla cyklu 2027 są poważne. Powrót do narracji „Polska kontra Niemcy/Bruksela” oznacza, że PiS wchodzi w kampanię z przekazem, który nie wystarczył do wygrania wyborów w 2023, ale teraz w wersji bardziej zużytej i z dodatkową hipoteką w postaci spadającej wiarygodności urzędu prezydenta. To jest ścieżka bez polityki zewnętrznej, bez pozytywnej wizji.

Co bardziej znamienne to jest też ścieżka, która zostawia otwartą flankę po prawej stronie.

Pusty fotel po prawej

Konfederacja w ostatnim tygodniu zachowywała się w sposób, który dla obserwatora zewnętrznego musi być niepojęty. Partia, której centralna teza programowa od 2019 brzmiała „nie żebrać o amerykańskich żołnierzy, liczyć tylko na siebie, budować polski przemysł obronny”, dostała w prezencie strategicznym empiryczny dowód na słuszność tej tezy. I milczy.

Sławomir Mentzen wystąpił z jedną wypowiedzią, która została zacytowana w pojedynczych postach z dopiskiem „czyżby Mentzen miał rację”. Krzysztof Bosak nie pojawił się w polu komentarzy. Nie ma analizy konfederackiej, nie ma oświadczenia partyjnego, nie ma narracji budowanej wokół tej decyzji.

W komentarzach pod artykułami widać natomiast dziesiątki organicznych głosów, które dosłownie powtarzają tezy konfederackie „jako obywatel RP nie życzę sobie utrzymywania armii USA z moich podatków”, „liczyć tylko na siebie”, „nie żebrać o obecność wojsk, które nie chcą tu być”. To są wyborcy szukający autora politycznego. Konfederacja im się nie zgłasza.

Wytłumaczenie jest najprawdopodobniej dwukierunkowe. Konfederacja od 2023 odzyskuje wyborców kosztem PiS, a duża część tej bazy pozostaje emocjonalnie pro-Trumpowa. Otwarte wystąpienie z tezą „dobrze, że Amerykanie wycofują wojska” alienowałoby tę grupę. Z drugiej strony, jeśli Konfederacja tego nie powie głośno, traci spójność tożsamościową w oczach swojego rdzennego, antysystemowego elektoratu. To jest klasyczna pułapka partii, która rozszerzała bazę i straciła klarowność ideową. Konfederacja w tym tygodniu wybrała trzecie wyjście milczenie. Ono pozwala odkładać konflikt, ale kosztuje okno operacyjne.

Jeszcze ciekawszy jest przypadek Korony Polskiej Grzegorza Brauna. W zbiorze prawie pięciu tysięcy wzmianek nazwisko Brauna pojawia się marginalnie. Korona, która powinna być w tym wątku naturalnym beneficjentem Braun przez lata budował narrację „NATO nas nie obroni”, „Amerykanie wykorzystują Polskę”, „suwerenność oznacza wyjście z układów zewnętrznych” jest w polu komentarzy nieobecna. Decyzja Pentagonu jest dla tez Korony dowodem empirycznym, jakiego od dekady żaden inny tani nie dostarczył. Korona z tego nie korzysta.

Powód jest prawdopodobnie prostszy niż w przypadku Konfederacji bo Korona po wykluczeniu Brauna z głównego nurtu utraciła zdolność szybkiej reakcji medialnej. Partia istnieje organizacyjnie, ale nie funkcjonuje sieciowo. To diagnoza poważniejsza niż się wydaje, bo oznacza, że nawet w idealnych warunkach narracyjnych Korona nie potrafi się przebić.

Najgroźniejszym scenariuszem dla obu partii jest jednak coś, czego być może żadna z nich nie zauważyła. PiS w swoim wycofaniu do narracji „Polska kontra Niemcy” zaczął używać elementów języka suwerenności. Morawiecki mówi o „polskim przemyśle obronnym”, Czarnek o „polskiej samodzielności”, Błaszczak o „polskich zdolnościach”. To jest dryf retoryki PiS w kierunku konfederackim. Jeśli PiS zdąży zinternalizować tę narrację do końca 2026 i wejdzie do kampanii z hasłem „Polska sama” zamiast „Polska z Trumpem”, konkurencyjny obszar zostanie zwężony i Konfederacja oraz Korona stracą tożsamościowe paliwo. Dla obu partii oznacza to wyścig kto pierwszy ostentacyjnie zajmie pozycję suwerenną, ten zablokuje pozostałym przestrzeń ruchu.

Okno tego wyścigu, według obecnej dynamiki cyklu narracyjnego, ma horyzont 30–60 dni. Potem temat się rozejdzie, paliwo wygaśnie, a kolejna fala informacyjna wyprze cały wątek z agendy publicznej.

Niemiecka pułapka

Nawet jeśli Konfederacja lub Korona zdecyduje się na ofensywę, czeka na nie pułapka, którą najtrudniej obejść.

W komentarzach prawicowych dominującym wątkiem nie jest suwerennościowa krytyka USA, ale wojna z Niemcami. „Herr Tusk für Deutschland”, „nie podbierać Niemcom”, „Tusk wykonuje polecenia Berlina”, „niemieckie agitki Axela Springera sieją dezinformację”, „volksdeutsch”, „Tusk ma niemieckie pochodzenie”. Tematy te są dziś silnie zagospodarowane przez PiS.

To jest naturalny teren dla Konfederacji sceptycyzm wobec Berlina, krytyka osi Tusk-Niemcy, podejrzliwość wobec głównego nurtu medialnego. Problem polega na tym, że jeśli Konfederacja wejdzie w ten wątek, stanie się jednym z głosów chóru prawicowego, w którym dominują głosy PiS-owe. Nie zyska dystynktywnej tożsamości, tylko rozpłynie się w wielogłosie. Strategicznie korzystniejsza dla Konfederacji byłaby pozycja, której PiS nie zajmie nigdy „USA jako nielojalny sojusznik, więc potrzebujemy własnych zdolności”. Pozycja czystego pragmatyzmu, bez germanofobii. Ale to wymaga klarownego, ideowego stanowiska, które Konfederacja od dwóch lat odkłada.

Korona w tej pułapce jest jeszcze bardziej zaplątana. Braun jest historycznie i tematycznie powiązany z germanofobią, więc każde jego wystąpienie zostanie automatycznie odczytane jako jeszcze jeden głos w chórze antyniemieckim. Pozycja czystego pragmatyzmu jest dla Korony niedostępna, bo zniszczyłaby jej tożsamość symboliczną.

To pokazuje fundamentalny problem polskiej prawicy w 2026 jest pełna paliwa, ale każda partia ma inny silnik, a żaden silnik nie pasuje do tego paliwa wprost. PiS ma silnik niepodległościowy zmieszany z trumpowskim, ale ostatni właśnie wybuchł. Konfederacja ma silnik libertariański zmieszany z narodowym, ale waha się przed dolaniem nowego paliwa. Korona ma silnik germanofobiczny zmieszany z antynatowskim, ale silnik jest stary i nie odpala.

W teorii flanka prawicowa powinna mieć po wyborach 2027 łączną przewagę w sondażach większą niż dziś. W praktyce każdy z trzech graczy może wyjść z kampanii z gorszym wynikiem, niż wskazują obecne sondaże, bo wzajemna kanibalizacja w wielogłosie zniszczy wartość paliwa, którą Pentagon im właśnie dostarczył.

Druga strona, która nie wie, co robić

Tymczasem koalicja rządząca dostała w ręce coś, czego od miesięcy nie miała gotową narrację z winowajcą, motywem i ofiarą. „PiS sprzedał wam wizję uprzywilejowanej relacji z Ameryką, a teraz patrzcie, czym się skończyło”. Argument o klasie wagi wyborczej. W komentarzach widać jednak brak strategicznej dyscypliny po stronie rządowej. Przeważa sarkazm i schadenfreude, nie konstruktywna oferta.

Wyborca centrum nie głosuje na partię, która jest zadowolona z porażki kraju. Głosuje na partię, która ma plan. Tymczasem koalicja w tym tygodniu wybrała tryb celebracji porażki obozu konkurencyjnego, a nie tryb prezentacji własnej pozytywnej wizji bezpieczeństwa. Konsekwencja jest taka, że choć Sikorski i Tusk mają w ręku najlepszy argument wyborczy od miesięcy, ten argument zostaje zużywany w komunikacji wewnątrzbazowej, gdzie nie zmienia nic, zamiast w komunikacji z centrum, gdzie mógłby zmienić wszystko.

Władysław Kosiniak-Kamysz w tej historii ma najtrudniejszą pozycję. Jako minister obrony narodowej, formalnie odpowiedzialny za relacje z Pentagonem, jest naturalnym kandydatem do przejęcia tematu bezpieczeństwa od prawicy. Jego komunikat z 16 maja, w którym podkreślał ciągłość sojuszu polsko-amerykańskiego, był poprawny dyplomatycznie, ale w polu komentarzy został zignorowany. Ani prawica nie uwierzyła, ani lewica nie uznała za wystarczający. Kosiniak-Kamysz znalazł się w klasycznej pułapce ministra obrony narodowej w okresie kryzysu nie może powiedzieć prawdy, bo zaszkodzi sojuszowi, ale jeśli powie tylko dyplomatycznie, zostanie uznany za nieskutecznego.

Strategicznie najbardziej obiecującym ruchem rządu w najbliższych tygodniach jest pokazanie konkretu obronnego nowy kontrakt zbrojeniowy, decyzja o SAFE, wzmocnienie polskiego przemysłu obronnego. Każdy taki konkret przesuwa narrację z „PiS jest winny” na „my mamy plan”. Pytanie jest tylko, czy rząd jest w stanie wyprodukować taki konkret w ciągu czterech tygodni, czy raczej wybierze tryb czekania na wygaszenie kryzysu model, który koalicja stosuje w większości sytuacji niewygodnych.

Bo trzeba odnotować rzecz, której koalicja nie chciałaby usłyszeć w komentarzach pod jej własnymi postami widać też niepokój, sceptycyzm, pytania bez odpowiedzi. „Co dalej?”, „Kto nas obroni?”, „Gdzie SAFE?”. Te pytania nie są zadawane przez wyborców PiS, są zadawane przez wyborców koalicji. To znaczy, że choć narracja anty-PiS jest dziś dominująca w sieci, narracja pro-koalicyjna pozostaje niedopisana. Wyborca koalicji wie, że PiS się skompromitował, ale nie wie, co teraz proponuje jego własna partia.

Mała grupa, która decyduje o wszystkim

W całym zbiorze 4 tysięcy komentarzy tylko niecałe 7% wskazuje wprost winnego. Pozostałe 93% to emocje, sarkazm, dygresje, obelgi pod adresem innych komentujących. To statystyka, którą można podsumować w jednym zdaniu w polskiej debacie publicznej narrację prowadzi twarda mniejszość, a reszta tylko reaguje emocjonalnie.

Ta mniejszość, około kilkaset osób w polu komentarzy i może kilka tysięcy na Twitterze, dyktuje strukturę dyskursu, który następnie powielany jest w mediach, na ulicy, przy stole. To jest realna polska klasa dyskursywna w tym wątku. Tysięczna część polskiej populacji wyborczej. Nieproporcjonalnie wpływowa, nieproporcjonalnie spolaryzowana, nieproporcjonalnie niereprezentatywna dla głosujących.

Z tej grupy wyłaniają się trzy bloki. Blok pierwszy to centrum-liberalna ekspresja, dominująca na Twitterze, niesiona przez dziennikarzy, polityków KO i aktywne konta opozycyjne. Blok drugi to twarda baza prawicowa, dominująca w komentarzach pod portalami informacyjnymi i na Facebooku, niesiona przez aparat PiS-u, Republikę i grupę kont copy-paste. Blok trzeci, najmniejszy, to grupa suwerennościowo-antynatowska, organiczna, bez politycznego patronatu. To są wyborcy, których nikt dziś nie reprezentuje, ale którzy w 2027 mogą zdecydować o przekroczeniu progu wyborczego przez Konfederację, Koronę lub jakąkolwiek nową formację.

Bo to jest być może najbardziej znacząca część tej historii. Jedna decyzja Pentagonu, podjęta bez konsultacji z polskim państwem, ujawniła trzecią warstwę polskiego elektoratu, która do tej pory była mało widoczna. Warstwa, która nie wierzy w Amerykę, nie wierzy w Niemcy, nie wierzy w Rosję, nie wierzy w polskie instytucje. Wierzy tylko w to, że Polska musi sama o sobie decydować, bo nikt inny nie zrobi tego za nią. To brzmi jak hasło z lat dwudziestych XX wieku, ale w 2026 staje się empiryczną odpowiedzią na świat, w którym Pentagon, Berlin i Moskwa traktują Warszawę instrumentalnie.

Cykl bez właściciela

Co właściwie się stało 15 maja w Pentagonie, polska polityka nigdy się prawdopodobnie nie dowie. Eksperci w środowisku obronnym sugerowali nieoficjalnie, że decyzja jest częścią szerszej renegocjacji architektury bezpieczeństwa NATO, w której Stany Zjednoczone redukują obecność rotacyjną na rzecz przyspieszenia produkcji zbrojeniowej w Stanach. Inni mówili, że to element targów z Chinami w sprawie Tajwanu. Jeszcze inni, że to po prostu konsekwencja decyzji budżetowej zatwierdzonej w Pentagonie przez urzędnika średniego szczebla, którego nikt nie pamięta z nazwiska.

Wszystkie te wytłumaczenia są pewnie częściowo prawdziwe i wszystkie są dla polskiej polityki nieistotne. Bo polska polityka nie odpowiada za decyzję Pentagonu odpowiada za to, jak na nią reaguje. A reaguje, w pierwszych godzinach, źle. PiS wycofuje się do bezpiecznych formuł. Koalicja celebruje porażkę konkurenta zamiast budować własną wizję. Konfederacja milczy. Korona jest niewidoczna. PSL i Polska 2050 są poza dyskusją.

Cykl, który właśnie się otworzył, nie ma jeszcze właściciela politycznego. Ten, kto pierwszy zbuduje wokół tego cyklu pozytywną, wykonalną, ujmującą wizję polskiego bezpieczeństwa, ten dostanie premię, której wartość trudno dziś przeliczyć na mandaty, ale która prawdopodobnie sięga rzędu kilku punktów procentowych w sondażach. To jest stawka, dla której warto zaryzykować strategicznie. Żadna z polskich partii w tym tygodniu nie zaryzykowała.

Telefon, który nie zadzwonił 15 maja w Pałacu Prezydenckim, jest dziś najgłośniejszym dźwiękiem w polskiej polityce. Jest też najgłośniejszym dźwiękiem we wszystkich kalkulacjach wyborczych, które będą się toczyć przez następne 16 miesięcy. Każda strategia, każda kampania, każdy sondaż między teraz a październikiem 2027 będzie miał gdzieś w tle ten sam pytanie co zrobimy, gdy Ameryka nie zadzwoni.

Polska klasa polityczna jeszcze nie zna odpowiedzi. Polski wyborca, sądząc po komentarzach, też nie. Ale on przynajmniej już wie, że pytanie zostało zadane.

resfutura.pl

wtorek, 19 maja 2026



Putin właśnie wylądował w Pekinie, rozłożono czerwony dywan, kompania reprezentacyjna dumnie wypięła umundurowaną pierś. Powitał go przy trapie minister spraw zagranicznych Wang Yi.

W pierwszych komentarzach zauważono od razu, że Putina powitał wyższy rangą polityk (minister, członek Biura Politycznego partii) niż Han Zheng, który witał Donalda Trumpa, niedawno wizytującego Pekin (Han Zheng jest formalnie wiceprzewodniczącym ChRL, ale od 2022 r. nie jest już członkiem Biura Politycznego). Chiny mają swoje rytuały i system sygnalizowania różnych ważnych spraw bez słów.

(...)

BBC zauważa, że Xi będzie rozmawiał z Putinem z pozycji siły. O pozycji „Siły Syberii-2” też. „Rosja po inwazji na Ukrainę straciła Europę jako równego partnera i stała się młodszym partnerem Chin. Moskwa popadła w zależność od chińskich technologii i okazała się surowcowym dodatkiem ChRL”. Dodajmy: słabnąca Rosja stawać się będzie jeszcze bardziej zależna od Chin. 

Politolog Konstantin Eggert (Deutsche Welle) mówi: „Putin żyje w izolacji od rzeczywistości, ale nawet on powinien rozumieć, że Chiny nie pójdą z nim do końca. Pekin jest zainteresowany, aby wojna Rosji z Ukrainą trwała wiecznie. Rosja słabnie i staje się jeszcze bardziej zależna od dostaw chińskich towarów, chińskich technologii i chińskiego wsparcia na arenie międzynarodowej. Ale [Pekin nie jest też zainteresowany sytuacją, w której] Rosja wygrywa wojnę. Bo wtedy Putin powie: „my jesteśmy zwycięzcami, pokonaliśmy NATO, a teraz, drogi panie Xi, porozmawiamy o nowych cenach na ropę i gaz”. Chińczycy nie chcą też klęski Rosji. Bo w ślad za tym w Moskwie nastąpi kolejne wahnięcie i giętka linia polityczna zmieni się na korzyść Zachodu, sankcje zostaną zdjęte, stosunki naprawione, rosyjska elita powróci na Zachód. To nie zostanie powitane w Pekinie z radością. Dlatego nie wierzę w pośrednictwo Chin w ustanowieniu pokoju między Rosja a Ukrainą” – kończy swój wywód Eggert. I dodaje: „Wojna Putina przeciwko Ukrainie bez Xi Jinpinga nie jest możliwa. W chwili, gdy Chiny przestaną kupować rosyjską ropę i gaz, cała sprawa momentalnie się zawali”.

Niezadowoleni z atmosfery, jaka panuje wokół wizyty, są Z-blogerzy, na ogół w pełni lojalni, a nawet piejący hymny pochwalne dla Putina. Teraz tak nie jest: „Czy walczyliśmy, aby stać się surowcową kolonią Chin?” – krzyczy jeden z nich. I wtórują mu inni.

Jak mawiał kiedyś prowadzący programu „Wzglad”, żegnając się z widzami: „Wszystko dopiero się zaczyna”.

labuszewska.pl


Eric Schmidt wybuczany przez studentów Uniwersytetu Arizona, gdy zaczął mówić o AI.

Nagranie krąży po X. Sprawdzałem jego autentyczność w innych źródłach. Wszystko wskazuje na to, że sytuacja faktycznie miała miejsce.

Na początku tego roku pozwoliłem sobie na garść przewidywań. Stwierdziłem, że stosunek do AI będzie generował wśród ludzi nowe, głębokie podziały. Obecnie coraz częściej myślę, że to kluczowe zjawisko, które określi przyszłość.

Moje obydwie córki buczałyby pewnie razem z tymi studentami. Należą do tej części młodzieży, która odrzuca i potępia grafiki oraz teksty generowane przez modele. Nie instalują aplikacji z modelami i nie korzystają z AI w celu zdobycia informacji. Obydwie lubią gry komputerowe, więc szybujące ceny pamięci RAM jeszcze gorzej je nastrajają względem AI. Dla nich, oraz wielu młodych osób, które myślą podobnie jak one, AI jest wytworem kapitalistów z Doliny Krzemowej, który rzuca ponury cień na przyszłość gatunku ludzkiego. Cenią wytwory Homo Sapiens. Do wyszukiwania informacji wykorzystują internetowe wyszukiwarki - w ich pokoleniu to zaczyna być symbolem buntu. Oczywiście modele AI pojawiają się dzisiaj nawet tam, a sama dziedzina information retrieval jest jedynym z fundamentów współczesnego AI. Może niebawem pojawi się wyszukiwarka AI-free (cokolwiek miałoby to znaczyć). Możliwe, że pojawią się całe segmenty produktów i sztuki AI-free.

Część znajomych moich córek wręcz przeciwnie, zdobywa informacje w czasie rozmów z modelami serwowanymi przez Google, OpenAI itd. Jednak poczucie pewnej beznadziejności jest bardziej powszechne.

W moim idealnym świecie narzędzia AI byłby wykorzystywane tylko przez naukowców, inżynierów, analityków oraz w szeroko pojętym przemyśle. W tych dziedzinach współczesne AI ma ogromny potencjał i może przynieść wiele nowych, ciekawych i pożytecznych rzeczy.
Reszta zastosowań u mnie również wzbudza rodzaj niesmaku (dzisiejsza imba z Tokarczuk).

Świat jednak nie jest idealny.

https://x.com/LeszBuk


Poufne dokumenty Mety odsłaniają kulisy nadchodzącej fali zwolnień, która ruszy już 20 maja. Właściciel Facebooka i Instagrama planuje zredukować zatrudnienie o około 10%, co oznacza zwolnienie blisko 8 tysięcy osób.

(...)

Nadchodzące zmiany to także drastyczne spłaszczenie struktury zarządzania firmą. Meta likwiduje wiele stanowisk menedżerskich na rzecz mniejszych, autonomicznych zespołów projektowych. Bardziej horyzontalna struktura ma pozwolić korporacji na szybsze podejmowanie decyzji i wyraźne podniesienie produktywności.

Jednocześnie firma zamierza przenieść aż 7 tysięcy dotychczasowych pracowników do zupełnie nowych działów powiązanych z AI. Przesunięcia te, nazywane wewnątrz firmy „poborem”, zasilą m.in. zespoły Applied AI Engineering. Część osób o zmianie swoich stanowisk dowiezie się w tym samym dniu, w którym ogłoszone zostaną zwolnienia.

Wielka reorganizacja to bezpośredni efekt gigantycznych nakładów inwestycyjnych na rozwój zaawansowanych modeli AI. Mark Zuckerberg już wcześniej uprzedzał, że koszty infrastruktury wymuszą drastyczne oszczędności w innych obszarach, w tym likwidację 6 tysięcy nieobsadzonych wakatów. Ciągła niepewność doprowadziła jednak do bezprecedensowego tąpnięcia morale w firmie.

Działania Mety wpisują się w szerszy trend widoczny w całej Dolinie Krzemowej. Coraz więcej gigantów technologicznych decyduje się na masowe cięcia kosztów, aby sfinansować transformację w kierunku technologii „AI-native”. 

bankier.pl


Od wieczora 12 maja do rana 14 maja Rosjanie przeprowadzili serię zmasowanych ataków powietrznych na całym terytorium Ukrainy, uderzając głównie w infrastrukturę krytyczną, przemysł i logistykę. Według ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych wykorzystali łącznie 1567 bezzałogowców uderzeniowych i ich imitatorów (w tym 892 w ciągu pierwszej doby ataków) oraz 64 pociski balistyczne i manewrujące. 13 maja największe zniszczenia odnotowano w obwodach zachodnich. Najbardziej zmasowany atak od początku pełnoskalowej agresji dotknął Zakarpacie, a po raz pierwszy celem stał się Użhorod. W rezultacie uderzenia w obiekty energetyczne od prądu odcięte częściowo zostały m.in. Iwano-Frankiwsk, gdzie trafiono także budynek mieszkalny (dziewięć osób zostało rannych), Kołomyja, Lwów, Równe i Żółkiew. W Korosteniu, Kowlu, Równem i Stryju uszkodzona została infrastruktura kolejowa. Według Ukrzaliznyci odnotowano 23 uderzenia w podstacje zabezpieczające, mosty i dworce kolejowe oraz lokomotywownie i wagonownie, poza zachodnią częścią Ukrainy również w obwodach charkowskim i dniepropetrowskim. W Łucku trafiona została lokalna siedziba Służby Bezpieczeństwa Ukrainy. Z kolei Naftohaz donosił o uszkodzeniu podległych sobie instalacji wydobywczych w obwodzie charkowskim i przedsiębiorstwa w obwodzie żytomierskim. O zniszczeniach infrastruktury krytycznej i przemysłowej donoszono też z Charkowa oraz obwodów odeskiego i połtawskiego. Prezydent Wołodymyr Zełenski poinformował, że w rezultacie uderzeń na całym terytorium Ukrainy zginęło sześć osób cywilnych, a rannych zostało kilkadziesiąt.

14 maja głównym celem uderzenia był Kijów. Zniszczenia odnotowano w kilku rejonach ukraińskiej stolicy, a w jej lewobrzeżnej części doszło do odcięcia dostaw wody. Uszkodzone zostały m.in. podstacja energetyczna, stacje paliw i siedziba produkującej drony firmy Skyeton. Jedna z rakiet uderzyła w blok mieszkalny, który uległ częściowemu zawaleniu. Zginęły 24 osoby, w tym troje dzieci, a 48 zostało rannych. W obwodzie kijowskim zaatakowane zostały m.in. Biała Cerkiew i Wasylków. Według niektórych źródeł trafione zostały pozycje obrony powietrznej Kijowa. Najprawdopodobniej właśnie w nie wycelowano pociski hipersoniczne Kindżał, z których żadnego nie udało się zestrzelić. W ataku ucierpiały także Charków, gdzie 28 osób zostało rannych (w tym troje dzieci), Krzemieńczuk, w którym trafiona została m.in. wciąż częściowo wykorzystywana przez obrońców rafineria, oraz obwody czernihowski (uszkodzono obiekt energetyczny) i odeski (ucierpiała infrastruktura portowa). Drugi z wymienionych był ponownie celem ataku wieczorem, a uderzenie w infrastrukturę energetyczną odcięło od prądu 32 miejscowości. W kolejnych dniach celami uderzeń były przedsiębiorstwa w rejonie Kijowa – 16 maja koło Wyszogrodu, a 17 i 19 maja w Browarach.

Rosjanie kontynuowali niszczenie infrastruktury krytycznej i zaplecza logistycznego obrońców w obwodach przyfrontowych i przygranicznych. Codziennie od 15 do 19 maja atakowany był Charków, a we wszystkie te dni z wyjątkiem 17 maja obwód odeski, gdzie głównym celem pozostaje infrastruktura portowa. 18 maja dron trafił w masowiec „KSL DEYANG” pod banderą Wysp Marshalla, reprezentujący jednak chińskiego armatora i z chińską załogą. O kolejnych uszkodzeniach obiektów donoszono z Zaporoża (15 i 16 maja), Krzywego Rogu (16 i 17 maja) i Dniepru (dwukrotnie 17 maja oraz 18 maja, kiedy to atak na miasto miał charakter zmasowany), Sum (17 maja) i Czernihowa (18 maja). W rezultacie uderzenia rakiety w centrum Pryłuk 19 maja w obwodzie czernihowskim zginęły dwie osoby, a 17 zostało rannych.

W dniach 17–19 maja agresor przypuścił zmasowane ataki na infrastrukturę wydobycia i przetwórstwa gazu. Naftohaz informował o zniszczeniu instalacji wydobywczych i uszkodzeniu zakładów w obwodach czernihowskim (17 i 19 maja) i dniepropetrowskim (dwukrotnie 18 maja). Według ukraińskich źródeł wojskowych od wieczora 12 maja do rana 19 maja Rosjanie wykorzystali łącznie 3022 bezzałogowce – największą ich liczbę w ciągu tygodnia od początku pełnoskalowej agresji – oraz 92 rakiety. Obrońcy zadeklarowali zneutralizowanie 2834 dronów i zestrzelenie 46 rakiet (w tym 41 z 56 atakujących Kijów 14 maja).

Rzeczywisty odsetek rosyjskich dronów unieszkodliwionych przez obrońców wynosi od 50% do 75% – zależnie od ataku. Informację taką podał minister obrony Mychajło Fedorow w wywiadzie udzielonym wraz ze swoim niemieckim odpowiednikiem Borisem Pistoriusem dla UNITED24media, opublikowanym 16 maja. Cztery dni wcześniej, w trakcie wizyty Pistoriusa w Kijowie, w przekazie dla mediów Fedorow podał, że odsetek ten wynosi ok. 90%, a w przypadku pocisków manewrujących – prawie 80% (o pociskach balistycznych, w przypadku których deklarowana skuteczność ukraińskiej obrony powietrznej nie przekracza 10%, nie mówił). Wypowiedź Fedorowa, potwierdzająca zawyżanie przez Dowództwo Sił Powietrznych i Sztab Generalny armii ukraińskiej oficjalnych statystyk strąceń wrogich środków napadu powietrznego, stanowi drugi od początku pełnoskalowej agresji przypadek na tak wysokim szczeblu (w sierpniu 2024 r. w trakcie briefingu dla zachodnich wojskowych uczynił to głównodowodzący Sił Zbrojnych Ukrainy generał Ołeksandr Syrski). Unaocznia to skalę dezinformacji wojujących stron w przekazie na temat prowadzonych przez nie działań.

Nocą 17 maja siły ukraińskie przeprowadziły największy z dotychczasowych ataków dronowych na Moskwę. Ustanowiły też dobowy rekord tej wojny, wysyłając nad terytorium Rosji i w głąb terenów okupowanych ponad tysiąc bezzałogowców. Przynajmniej jeden przedarł się przez obronę powietrzną rosyjskiej stolicy i eksplodował na terenie rafinerii, wywołując pożar. Płonące szczątki innego bezzałogowca spadły na lotnisko Szeremietiewo. Według mera Moskwy Siergieja Sobianina w rejonie miasta strąconych zostało 81 dronów, a rannych 12 mieszkańców, głównie pracowników rafinerii. Do poważniejszych zniszczeń doszło w obwodzie moskiewskim, gdzie upadek dronów wywołał pożary na terenie parku technologicznego Elma i zakładów Angstrem w Zielenogradzie oraz magazynu paliwa na terenie pompowni ropy w miejscowości Durykino. Zgodnie z komunikatem Służby Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) trafiona została również druga pompownia, czego nie potwierdziły jednak inne źródła. SBU poinformowała też o trafieniu instalacji na lotnisku Belbek na okupowanym Krymie, a Siły Systemów Bezzałogowych – węzła łączności na tym półwyspie oraz patrolowca Służby Pogranicznej FSB w Kaspijsku. Według Ministerstwa Obrony FR nocą 17 maja zestrzelonych zostało 556 ukraińskich bezzałogowców, a łącznie w ciągu doby 1054 (zgodnie z danymi ukraińskimi Rosjanie nie przekroczyli dotąd 1 tys.) oraz pojedyncze pociski manewrujące Flamingo i Neptun. Przeciętnie od początku maja br. liczba ta ma wynosić ok. 300, co potwierdza, że ukraińskie ataki na Rosję nabrały charakteru zmasowanego. Nie przełożyło się to jednak na istotny wzrost ich skuteczności, która – zwłaszcza w przypadku atakowanej niemal codziennie Moskwy – pozostaje niewysoka.

Głównym celem ukraińskich dronów pozostawały przedsiębiorstwa rosyjskiego sektora paliwowego. Do trafień i pożarów doszło 13 maja na terenie rafinerii w Jarosławiu (według ukraińskiego Sztabu Generalnego uszkodzona została instalacja przetwórcza), terminalu naftowego Tamańnieftiegaz w Kraju Krasnodarskim, pompowni Nurlino w Baszkortostanie oraz zakładu przetwórstwa gazu w Astrachaniu, który w rezultacie ataku wstrzymał produkcję. Łącznie w ciągu doby Ukraińcy mieli użyć co najmniej 572 bezzałogowców (taką liczbę unieszkodliwionych podał rosyjski resort obrony). 15 maja ukraiński dron wywołał pożar na terenie rafinerii w Riazaniu (ukraiński Sztab Generalny zakomunikował o uszkodzeniu czterech instalacji przetwórczych), a inny trafił w tym mieście w blok mieszkalny, zabijając cztery osoby (w tym dziecko) i raniąc dwanaście. Dzień później do trafienia doszło na terenie kombinatu chemicznego Azot w Niewinnomyssku w Kraju Stawropolskim, a 18 maja – rafinerii w Kstowie w obwodzie niżnonowogrodzkim. Według niektórych źródeł 19 maja ukraiński dron uderzył w pompownię ropy naftowej Jarosław-3 w obwodzie jarosławskim. Ukraiński Sztab Generalny informował ponadto o trafieniu kolejnych okrętów w Kaspijsku (kutra rakietowego i trałowca 15 maja oraz kutra przeciwdywersyjnego 18 maja), a SBU – o zniszczeniu łodzi latającej i śmigłowca na lotnisku w Jejsku w Kraju Krasnodarskim (15 maja).

(...)

W ocenie Ukraińców 1 kwietnia br. łączna liczba rosyjskich żołnierzy zaangażowanych w działania bezzałogowców sięgnęła 100 tys. Komunikat o rozwoju Wojsk Systemów Bezzałogowych w Siłach Zbrojnych FR przedstawił 14 maja dowódca ukraińskich Sił Systemów Bezzałogowych Robert Browdi „Madiar”. Na początku maja ich łączna liczebność wynosiła 114 tys. (w ciągu czterech miesięcy wzrosła o 28 tys.), a do końca 2026 r. ma osiągnąć 168 tys. Według „Madiara” plan ten może być podwyższony nawet do 200 tys., niemniej za osiągalną uznał wcześniej podaną liczbę. Powiadomił także o testowaniu przez Rosjan odpowiednika systemu Starlink. Prototypowe terminale określił jako kiepskiej jakości, łatwo wykrywalne i zbyt duże. Uznał jednak, że rozwinięcie przez agresora własnego sprawnie działającego systemu wzdłuż całej linii frontu jest kwestią jednego roku.

(...)

18 maja portal informacyjny Politico podał, że niemieckie służby rozbiły rozległą sieć przemytniczą, która dostarczała do Rosji technologie podwójnego zastosowania. Centrum operacji stanowiła firma handlowa Global Trade, której działalność miała być kontrolowana pośrednio przez objętą sankcjami rosyjską spółkę Kołowrat. Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę firma pośredniczyła w pozyskiwaniu i wysyłce komponentów elektronicznych z Europy do Rosji, z wykorzystaniem krajów tranzytowych, w tym Turcji. Wśród eksportowanych elementów znajdowały się m.in. mikroprocesory, łożyska i sprzęt pomiarowy. Operację ujawnił po wielomiesięcznej inwigilacji niemiecki wywiad zagraniczny – BND. W jej wyniku zatrzymano kilka osób, którym zarzuca się naruszenie przepisów eksportowych oraz obchodzenie sankcji. Według śledczych skala procederu obejmowała ok. 16 tys. przesyłek o wartości przekraczającej 30 mln euro. 

osw.waw.pl