czwartek, 3 września 2026



W dniu 23 lutego 1917 r., w związku z obchodami Międzynarodowego Dnia Kobiet, w nękanym konsekwencjami wojny Piotrogrodzie odbyły się masowe demonstracje, w czasie których wybrzmiewały hasła dotyczące polepszenia sytuacji aprowizacyjno-ekonomicznej. Nowoczesna wojna, wyniszczająca dopiero co rozwijającą się rosyjską gospodarkę kapitalistyczną, doprowadziła m.in. do zaburzenia łańcuchów dostaw, drożyzny, spekulacji i ogólnego spadku dochodów. Na początku 1917 r. w stolicy Imperium Rosyjskiego wystąpiły braki w dostarczaniu mąki i chleba, co jak stwierdził Aleksander W. Szubin, stwarzało podstawy do „zaopatrzeniowej paniki”. W maju 1915 r. rosyjski ekonomista Władymir G. Groman, wyliczał, że wzrost cen „produktów chlebowych” w stosunku do poprzedniego roku wyniósł 170%. Do tego doszło obniżenie poziomu produkcji i wynagrodzeń w fabrykach. Dlatego też robotnicy tworzyli „niebezpiecznie wybuchowe środowisko”, któremu brakowało tylko „detonatora”.

W związku z wojną załamywały się również finanse publiczne państwa. W publikacji napisanej w latach 1915–1916 r., a wydanej rok później, rosyjski ekonomista i minister w Rządzie Tymczasowym Siergiej M. Prokopowicz twierdził, że rzeczywiste wydatki na wojnę znacznie przekroczyły szacunki rosyjskich ekonomistów. W opracowaniu z 1917 r. pt. Wojna i finansowo-ekonomiczne położenie Rosji autorstwa ekonomisty i prawnika Zacharija S. Kacenelenbauma określono, że Rosja na cele wojenne do dnia 1 września 1917 r., a więc w okresie obejmującym 3 lata i półtora miesiąca od wybuchu wojny, wydała blisko 40 miliardów rubli. Była to suma gigantyczna, dwunastokrotnie przekraczająca wydatki budżetowe z 1913 r. Z.S. Kacenelenbaum szacował, że po wojnie Rosja pozostanie z długiem państwowym w granicach 65–70 miliardów rubli, gdzie same procenty wyniosą w skali rocznej blisko 3 miliardy rubli. Ówcześnie pojawiły się również ogólne oceny makroekonomiczne, jak np. ekonomisty Wasilija A. Mukosiejewa, który wskazał, że w ostatnich 200 latach Rosja poświęciła na wojny 129 lat i skupiła się przede wszystkim na rozroście terytorialnym. W związku z tym państwo rosyjskie, przede wszystkim rolnicze, nie zdążyło zbudować nowoczesnej gospodarki i finansów bazujących na stosunkach kapitalistycznych, które pozwoliłyby efektywnie rywalizować z innymi mocarstwami w globalnej polityce. Z kolei wojna jeszcze bardziej wyostrzyła te niekorzystne dla Rosji zależności. Wyliczenia te, dokonane jeszcze w czasie rewolucyjnej burzy, wskazują na skalę problemów  gospodarczych, przed którymi stanęła Rosja w 1917 r.

Co jednak charakterystyczne dla początków rewolucji lutowej, wydarzeń z 23 lutego 1917 r. wielu współczesnych obserwatorów nie odebrało jako preludium do wielkiego buntu, w wyniku którego nastąpi radykalna zmiana polityczna lub ustrojowa. Strajki połączone ze starciami ze służbami porządkowymi, zwłaszcza w początku XX w. w carskiej Rosji, były bowiem czymś częstym. W tym kontekście historyk rewolucji 1917 r. W.I. Starcew stwierdził, że 24 lutego deputowani Dumy Państwowej „nie zobaczyli w rozpoczynającym się ruchu czegoś większego od zwykłych zaopatrzeniowych rozruchów”, podobnie zresztą jak piotrogrodzcy bolszewicy. Świadek tych wydarzeń Nikołaj N. Suchanow napisał, że żadna z partii nie brała jeszcze kursu na rewolucję w związku z rozruchami społecznymi w Piotrogrodzie, wykorzystując je jedynie w celach agitacyjnych. W tym kontekście ważne są również słowa Rozy G. Winawer, żony jednego z liderów partii kadeckiej, która napisała o atmosferze tego czasu: „Niezależnie od niezadowolenia z rządu i od wszelkich śmiałych  dumskich przemówień, wyrażających oburzenie z powodu jego poczynań, IV Duma bała się rewolucji, szczególnie w czasie działań wojennych”.

O obawach opozycyjnych polityków przed „ludowym wystąpieniem”, które mogło zniweczyć plan usunięcia Mikołaja II z tronu na rzecz innego przedstawiciela dynastii Romanowów, pisał też Władymir B. Stankiewicz. Z kolei Prezes IV Dumy Państwowej Michaił W. Rodzianko, który dość szczegółowo opisał w swoich wspomnieniach ten okres, stwierdził, że mimo niezadowolenia i marazmu opozycji „Duma nie dążyła do otwartego zerwania z rządem”. W podobnym tonie wydarzenia z końca lutego 1917 r. opisywał współpracownik i biograf księcia Lwowa, Tichon I. Polner: 

(…) mało kto myślał o rewolucji. Dla wielu wydawała się ona nieunikniona w bardziej lub mniej odległej przyszłości. Teraz (do zakończenia wojny) rewolucję uważano za katastrofę.

Również Władymir M. Kokowcow, były carski premier i minister finansów, stwierdzał w swoich wspomnieniach, że w ówczesnych warunkach dało się wyczuć pewien niepokój, co mogło być przejawem zbliżającego się przewrotu pałacowego, ograniczenia wpływu imperatorowej lub zmiany formy zarządzania państwem. Nie było natomiast mowy o rewolucji, która zniszczy wszelkie dotychczasowe formy państwa rosyjskiego. W.M. Kokowcow stwierdził kategorycznie:„Powiem tylko jedno: kto by się chwalił, że przewidział wszystko, co zaszło, powiedziałby jawną nieprawdę”.

(...)

Świadek tych wydarzeń, członek władz partii kadeckiej, książę Władymir A. Oboleńskij napisał w swoich wspomnieniach, że gdyby carski rząd uporządkował sprawy aprowizacyjne i umiejętnie wprowadził system kartkowy na chleb, może nie doszłoby do „zaopatrzeniowego buntu”, który zrodził bunt żołnierski. Z kolei działacz partii kadetów i prawnik Walerij Lewickij, który na przełomie lutego i marca 1917 r. znajdował się w Kijowie, o początkach rewolucji lutowej napisał w ten sposób:

Rewolucja spadła jak śnieg na głowę. Piersi dowiedzieli się o niej pracownicy kolei z telegramu komisarza Bublikowa. W Kijowie było całkowicie spokojnie. Przecież nie było u nas żadnych fabryk i zakładów. Na obrzeżach syto i bezpiecznie mieszkali drobni kupcy, ogrodnicy i sadownicy. Wojna przyniosła im górę pieniędzy.

Natomiast nieco inaczej o wydarzeniach z przełomu lutego i marca 1917 r. napisał Roman Dmowski:

Na kilka tygodni przed wybuchem rewolucji pewien cudzoziemiec, biorący żywy udział w sprawach rosyjskich, powiedział mi, że rewolucja jest pewna i że wkrótce wybuchnie. Nie wierzyłem temu. O ile moje wiadomości sięgały, organizacje rewolucyjne w Rosji nie przedstawiały wielkiej siły, co zresztą było prawdą; nadto nie sądziłem, żeby rewolucja była możliwa podczas wojny w państwie mającym tylu ludzi pod bronią.

Dmowski dodał, że cudzoziemiec ten był „wielkim przyjacielem Rosji, a jednocześnie zwolennikiem rewolucji”. Miał on być przekonany, że po rewolucji Rosja stanie się liberalnym państwem konstytucyjnym. Tym samym polski polityk chciał zapewne zwrócić uwagę na nadzieje części zachodnich elit na pozytywne zmiany w Rosji. Dmowski sam zresztą okres od 1905 r. w Rosji nazwał „ewolucją konstytucyjną”, stwierdzając, że państwo rosyjskie „miało widoki przekształcenia się w duchu zachodnioeuropejskim na drodze ewolucyjnej, z niewielkimi może wstrząśnieniami”.

Natomiast jako jedną z głównych przyczyn rewolucji lutowej 1917 r. Dmowski uznał działania rządu carskiego. W tym sensie insynuował on współpracę ministra Protopopowa z Niemcami, którzy tracąc nadzieję na możliwość porozumienia z Rosją, chcieli doprowadzić do rewolucji w Rosji (w pewnym sensie na wzór wydarzeń z 1904–1905). W takiej konstelacji wybuch rewolucji miał zmusić cara Mikołaja II do negocjacji niemiecko-rosyjskich, a nie do upadku rządku i ogólnie, całego systemu państwowo-ustrojowego caratu. Widać więc, że Dmowski przywiązywał zbyt dużą wagę do czynnika zewnętrznego w opisie przyczyn wydarzeń lutowych 1917 r. w Rosji. /Dmowski żył na Księżycu swych wyobrażeń? - red./

W tym kontekście warto przytoczyć opinię historyka Aleksandra Rabinowicza, który w stulecie rewolucji 1917 r. stwierdził, że ówczesne wydarzenia nie były efektem żadnego spisku,  gdyż stanowiły zaskoczenie dla rosyjskich partii i grup politycznych. Według niego, „upadek carskiego reżimu był rezultatem głębokiej, w swojej istocie spontanicznej ogólnonarodowej rewolucji”. 

Dopiero dzień później, 25 lutego, kiedy sytuacja nie ulegała zmianie, w czasie kolejnych obrad Dumy trwających tylko 46 minut wysunięto postulat, żeby sprawy dotyczące zaopatrzenia miasta, będące przyczyną strajków, przekazać samorządowi miejskiemu, czyli Piotrogrodzkiej Dumie Miejskiej. Występujący na tym posiedzeniu Dumy carski minister rolnictwa Aleksander A. Rittich zgodził się na to, a kolejne posiedzenie parlamentu, mające rozstrzygnąć tę kwestię, wyznaczono na 28 lutego. Co istotne, zgłoszony w czasie posiedzenia przez A.F. Kiereńskiego projekt rewolucyjnej rezolucji, zakładający m.in. wezwanie do dymisji carskiej Rady Ministrów, utworzenie rządu odpowiedzialnego przed narodem i zapewnienie gwarancji takich praw jak wolność słowa i zebrań, nie został przyjęty do głosowania. Dalsze wypadki potoczyły się jednak tak, że było to ostatnie posiedzenie IV Dumy Państwowej carskiej Rosji, która rozpoczęła swoją kadencję w 1912 r.

Strajki i rozruchy obejmowały coraz więcej fabryk i centrum Piotrogrodu zalewały tłumy protestujących. Przestała wychodzić prasa. W dniu 26 lutego, na podstawie rozkazu cara, na ulice wyszło wojsko. Padły strzały, pojawiły się ofiary, ale część żołnierzy pułku pawłowskiego podjęła nieudaną próbę wsparcia protestujących. Jednocześnie Rada Ministrów, czując się pewniej po pacyfikacji, wydała ukaz o zawieszeniu sesji Dumy i wznowieniu jej obrad nie później niż w kwietniu 1917 r., a minister A. Protopopow w nocnym telegramie z 26 na 27 lutego 1917 r. uspokajał cara, że już następnego dnia część robotników powróci do pracy. Tymi działaniami rząd zakończył też wszelkie rozmowy z opozycją skupioną w Dumie na temat możliwości utworzenia odpowiedzialnego przed nią rządu lub rządu, na którego czele stanęłaby osoba ciesząca się popularnością i zdolna opanować sytuację. Celem tych zdecydowanych i zaskakujących dla opozycji działań najwyższych dygnitarzy carskich była chwilowa eliminacja opozycyjnego parlamentu aż do czasu spacyfikowania stolicy.

W dniu 27 lutego 1917 r. nastąpił jednak przełom. Od wczesnego ranka część oddziałów zaczęła przechodzić na stronę protestujących i około godziny 14:00 zajęto Pałac Taurydzki, czyli siedzibę carskiej Dumy Państwowej będącej centrum ówczesnej opozycji. Doszło tym samym do bezprecedensowej sytuacji, gdzie zrewoltowany tłum zajął budynek parlamentu, którego sesję zawiesił carski rząd. Co równie ważne, do budynku Dumy zbuntowane masy przyprowadzały zatrzymanych przez siebie carskich działaczy i urzędników. Deputowani Dumy musieli więc określić swój stosunek wobec zachodzących wydarzeń.

Oznaczało to, że bunt społeczny i wybuchła w jego wyniku rewolucja wtargnęły w gmach Dumy Państwowej, której przedstawiciele w postaci opozycyjnych kadetów i październikowców do końca próbowali nakłonić cara Mikołaja II i rząd do ustępstw. Ustępstw w postaci stworzenia monarchii, gdzie rząd odpowiadałby przed parlamentem, i która miała przecież uchronić państwo rosyjskie przed wyniszczającym buntem, rewolucją i wojną domową. Dlatego też jeszcze wieczorem 26 lutego i rankiem dnia następnego zaniepokojony tym, co się dzieje w Piotrogrodzie, przewodniczący Dumy październikowiec Michaił W. Rodzianko telegraficznie informował cara Mikołaja II o konieczności takiego kompromisu. Car jednak, przekonany w pierwszych dniach rewolucji o możliwości jej siłowego zdławienia, zbył milczeniem tę propozycję. Jest to jeden z największych paradoksów w rosyjskich dziejach, że mimo intencji uratowania monarchii, jej przedstawiciele przyczynili się nie tylko do jej upadku, ale i rewolucji, której następstwa miał odczuć świat. W tym miejscu należy stwierdzić, że wypadki mające miejsce w Pałacu Taurydzkim i podjęte wówczas decyzje miały bezpośredni wpływ na przyszły kształt ustrojowy Rosji i dlatego warto je bliżej przeanalizować.

Z jednej strony, deputowani Dumy częściowo podporządkowali się carskiej decyzji z dnia 26 lutego 1917 r. o zawieszeniu jej obrad, kierując się legalizmem, strachem przed możliwością karnej ekspedycji i perspektywami stłumienia buntu, a być może pewną nadzieją na porozumienie z carem. Dlatego też po porannym wysłuchaniu przez deputowanych decyzji o zawieszeniu obrad Dumy nie zdecydowano się na przyjęcie radykalnych wariantów, np. odrzucenia carskiego ukazu i pełnego kontynuowania prac parlamentu. Z drugiej strony jednak, obradujący od godz. 11:00 27 lutego 1917 r. Konwent Seniorów Dumy przyjął postanowienia o tym, że deputowani nie mogą rozjeżdżać się do domów w związku z zawieszeniem sesji Dumy oraz o tym, że w danym momencie naczelnym hasłem pozostaje zmiana starej władzy, ale przy zachowaniu porządku i spokoju. Zakazano więc rozjeżdżania się deputowanych w prowincję, ale samowolnie obrad parlamentu nie wznowiono. To podporządkowanie z prawnego, ale i politycznego punktu widzenia, należy określić jako częściowe i wyczekujące. Po zajęciu budynku Dumy przez żołnierskie masy nie można już było zwlekać. W tym momencie Duma Państwowa nie mogła być już tylko biernym obserwatorem wypadków w Piotrogrodzie. Jej przewodniczący Michaił W. Rodzianko zwołał tzw. prywatną naradę członków Dumy, czyli nieoficjalne spotkanie, mające na celu zastanowienie się, jaką pozycję zająć wobec wydarzeń w Piotrogrodzie. Po zaciętych dyskusjach54 prezes Dumy poddał pod głosowanie cztery propozycje:

1) przekazać władzę Konwentowi Seniorów Dumy;
2) utworzyć nowy komitet, mający reprezentować Dumę w kontekście zachodzących w Piotrogrodzie wydarzeń;
3) ogłosić Dumę Państwową Zgromadzeniem Konstytucyjnym;
4) wybrać Komisję i powierzyć jej organizację nowej władzy.

Wybrano drugi, najbardziej kompromisowy i wyważony wariant i członkowie prywatnej narady powierzyli Konwentowi Seniorów Dumy powołanie członków nowego podmiotu – Tymczasowego Komitetu Dumy Państwowej (TKDP, pełna nazwa: Komitet Członków Dumy Państwowej dla zaprowadzenia porządków w stolicy i dla kontaktu z urzędami i osobami). W gmachu Dumy powstała więc nieoficjalna struktura, niebędąca żadnym organem państwowym w ramach carskiego systemu władzy, ale składająca się z bardziej lub mniej opozycyjnych parlamentarzystów, traktowanych w przestrzeni publicznej jako alternatywa nie tylko dla obecnej Rady Ministrów, ale wobec całego centrum decyzyjnego państwa, z carem włącznie.
 
Taka percepcja Dumy wynikła z faktu, że od czasu jej powołania w 1905 r., a szczególnie od 1915 r., liberalno-konserwatywna opozycja, skupiona w tzw. Bloku Postępowym, znajdowała się w stałej konfrontacji z carem i Radą Ministrów, domagając się powołania z ich grona rządu odpowiedzialnego przed Dumą. Siły skupione w Bloku Postępowym, a więc głównie kadeci, październikowcy i progresiści, dążyli tym samym do przekształcenia rosyjskiej monarchii, będącej w swojej końcowej fazie syntezą samodzierżawia i monarchii przedstawicielskiej56, w konstytucyjno-parlamentarną i prawną. Stanowiłoby to osiągnięcie zmian ustrojowych, które w ujęciu rosyjskiej liberalnej doktryny prawnej były charakterystyczne dla najbardziej rozwiniętych państw. Dążyli oni do zapewnienia nie tylko wolności cywilnej/obywatelskiej (ros. grażdańskiej), ale i politycznej, co oznaczało możliwość zagwarantowanego prawem udziału jednostki i społeczeństwa we władzy państwowej. W sensie politycznym natomiast te dążenia, jak określił to w swoich wspomnieniach W.D. Nabokow, motywowane były chęcią powołania takiego rządu, który byłby w stanie efektywniej prowadzić wojnę, zwłaszcza w kontekście coraz znaczniejszych klęsk armii rosyjskiej. Poza tym członkami Dumy byli również przedstawiciele radykalniejszych sił politycznych: mienszewików, trudowików oraz eserów i bolszewików. Stąd też, jak słusznie zauważył N.N. Suchanow, uliczny ruch mas w początku rewolucji lutowej nie kierował się żadnym planem ani nie posiadał żadnego kierownictwa i Duma, jako centrum opozycji wobec caratu, stała się naturalnym miejscem, do którego udał się zbuntowany tłum i w którym rozpoczęło się centrum politycznego życia rewolucji. Równie istotny był ten fakt, że Duma Państwowa, którą mimo wszystko, przynajmniej formalnie, należało uznać za jeden z najważniejszych organów w carskim systemie władzy, nie została w przeciwieństwie do innych organów zniszczona przez rewolucyjną falę na przełomie lutego i marca 1917 r. Dlatego też istniejąca w ramach Dumy struktura organizacyjna, mimo zarządzania przerwy w jej działaniach, mogła być i w praktyce została wykorzystana do organizacji nowych władz.

To spowodowało, że zaczęto traktować Komitet wyłoniony w Dumie jako nowy organ władzy lub też po prostu jako organ występujący w imieniu Dumy Państwowej. Natomiast konieczność reakcji na bieżące wydarzenia sprawiła, że działania Komitetu same zaczęły kształtować charakter rozpoczynającej się rewolucji i stawał się on nowym ośrodkiem rewolucyjnych władz. Prezes Dumy M.W. Rodzianko w wydanej już w czasie wojny domowej w 1919 r. w Rostowie nad Donem książce o roli Dumy w tych wydarzeniach, górnolotnie napisał, że musiała ona wówczas stanąć na czele rewolucji, gdyż w przeciwnym wypadku krajowi groziłaby anarchia i klęska. Sama natomiast Duma byłaby aresztowana i wybita przez żołnierzy, co oznaczałoby możliwość przejęcia władzy przez bolszewików64. I, co się tyczy fizycznego zagrożenia, M.W. Rodzianko miał zapewne rację, ale jeszcze za wcześnie było mówić o stanięciu przez Dumę na czele rewolucji. Zwłaszcza że jak sam przyznał w 1922 r., Duma Państwowa: „(…) nie była wewnętrznie przygotowana na wybuch rewolucji i dla jej zneutralizowania nie miała żadnego planu i żadnej przygotowanej struktury”.
 
A.W. Szubin stwierdził, że powołując TKDP, deputowani przyjęli neutralną formułę, która pozwalała im działać w zależności od rozwoju wypadków. W przypadku bowiem stłumienia powstania mieli oni argument, że nie wznowili samowolnie prac Dumy, a jedynie powołali komitet, który miał na celu zaprowadzenie porządku. Podkreśla to A.A. Bublikow, który mówi, że sama długa nazwa Komitetu podkreślała jego nierewolucyjność. Milukow, uznający się za autora pomysłu powołania komitetu z takimi kompetencjami, tak pisał o tym w swoich wspomnieniach:

Ta niezdarna formuła posiadała tę przewagę, że czyniła zadość potrzebom chwili, nie decydując o niczym w przyszłości. Ograniczając się do minimum, powoływała ona organ i nie prowadziła deputowanych do kryminału.
 
W tym kontekście należy wspomnieć, że Rodzianko, po nieudanych próbach porozumienia się z carem w sprawie powołania odpowiedzialnego rządu, chciał rozwiązać Komitet, ale spotkało się to z oporem jego członków. Gdy zadzwoniono z Banku Państwowego z prośbą o pomoc (ochrona banku porzuciła swoje posterunki), Komitet zdecydował się wysłać żołnierzy Preobrażeńskiego Pułku, by zabezpieczyli aktywa instytucji. Działanie takie w sposób jasny świadczyło, że powstała nowa jednostka władzy, chociaż na ten moment działania Komitetu były jeszcze powściągliwe, gdyż odrzucono koncepcję przejęcia władzy, a jego członkowie sondowali sytuację i próbowali pertraktować z caratem w sprawie powołania odpowiedzialnego przed nimi rządu. Dzięki buntowi społecznemu w Piotrogrodzie progresiści mogli zrealizować swój najważniejszy od lat cel, czyli transformację Rosji w monarchię konstytucyjno-parlamentarną. Choć dla autorów koncepcji ewolucyjnej zmiany ustroju Rosji miała ona dokonać się poprzez wymuszenie reform na carze lub w wyniku przewrotu pałacowego, to zbuntowany lud w Piotrogrodzie przyniósł de facto władzę do budynku Dumy, co paradoksalnie komplikowało działania jej liberalno-demokratycznych kręgów. Dość krytycznie, ale zarazem jednostronnie, taką postawę ówczesnej opozycji dumskiej określił R. Pipes, który stwierdził: „Rewolucyjny przewrót, który od tak dawna przewidywali, zaskoczył ich; doświadczeni w pojedynkach z ministrami, nie mieli pojęcia, jak postępować z rozszalałym tłumem”.

Dość dobrze atmosferę tego momentu oddaje relacja W.A. Oboleńskiego, który przebywał wówczas w Pałacu Taurydzkim:

Wszyscy podnieceni, wszyscy odczuwają potrzebę jakiegoś działania… Ale nie ma żadnego centrum kierowniczego. Tam, na ulicach, przewalają się tłumy narodu i zbuntowani żołnierze bez żadnego kierownictwa, a tutaj – snujący się jak cienie deputowani i ich niekończący się naradzać liderzy… Nikt nie stoi na czele rewolucji… Boże, kiedy oni skończą się naradzać!

Z drugiej jednak strony kadet W.A. Oboleńskij przyznaje, że bunt, rewolucja i konieczność objęcia całej władzy zaskoczyła oraz zburzyła koncepcje polityczno-ustrojowe jego środowiska w Dumie:

Dobrze pamiętam, jak trudno było Dumie, w swojej większości składającej się z umiarkowanych i prawicowych deputowanych, podjąć decyzję o utworzeniu władzy rewolucyjnej. My wszyscy, zebrani w kuluarach Dumy, rozumieliśmy to. Ale fakt owego rozumienia powodował, że było jeszcze ciężej na duszy.

Podobną relację i takie same spostrzeżenia opisał w swoich wspomnieniach W.B. Stankiewicz74. Trafnie ujął on paradoks, że „burżuazyjne kręgi Dumy” stworzyły atmosferę rewolucyjną, ale zupełnie nie były przygotowane do wybuchu, który nastąpił w wyniku tej atmosfery. Paweł N. Milukow napisał, że niektórzy opozycyjni członkowie Dumy byli gotowi do działania w przypadku przewrotu pałacowego. Problem polegał jednak na tym, że przewrót wystąpił od dołu, a nie od góry. W sierpniu 1917 r. Milukow twierdził również, że w istocie Duma nie wytworzyła rewolucji, ani też nie zapobiegła jej. Nieco inaczej wydarzenia te określał jeden z głównych liderów ruchu czarnosecinnego, czyli Mikołaj J. Markow. Według niego monarchiści (rosyjska prawica) przed lutym 1917 r. oczekiwali, w przeciwieństwie do Milukowa, rewolucji z dołu, czyli ze strony radykalniejszych socjalistów, rewolucjonistów i robotników. Nie spodziewali się natomiast, że w rewolucyjną zmianę władzy zaangażują się głównie przedstawiciele arystokracji oraz generalicji. W przeciwieństwie do Milukowa lider Związku Narodu Rosyjskiego za głównego sprawcę wydarzeń rewolucyjnych z przełomu lutego i marca 1917 r. uznawał elitę państwa rosyjskiego (biurokrację, arystokrację, generalicję oraz opozycję), czyli „górę”, a nie „doły”. Ci drudzy, czyli „lud” był według Markowa tylko przedmiotem w rękach głównych spiskowców (używał on również terminu „zdrajców”) przeciwko państwu rosyjskiemu. Zgodnie z taką narracją zbuntowani żołnierze na ulicach Piotrgordu byli tylko przedmiotem a nie podmiotem w rozgrywającym się scenariuszu rewolucyjnego obalenia władzy carskiej.

W tym kontekście istotne jest, że w tym samym dniu i praktycznie w tym samym czasie, również w gmachu Dumy, powstała nowa struktura, też nieoficjalna, ale nawiązująca wprost do wydarzeń z 1905 r., czyli składający się z socjalistów Tymczasowy Komitet Wykonawczy Rady Delegatów Robotniczych. Socjaliści jednak, w przeciwieństwie do liberałów i konserwatystów, nie mieli żadnych wątpliwości co do tego, że należy tworzyć nowe struktury władzy. W związku z tym Tymczasowy Komitet wydał odezwę wzywającą robotników do wybrania deputowanych na pierwsze posiedzenie Rady, które miało się odbyć o godz. 19:00. Przed tym posiedzeniem Tymczasowy Komitet Wykonawczy zdołał jeszcze powołać tzw. powstańczy sztab oraz Komisję Zaopatrzeniową. Oznaczało to, że socjaliści przystąpili do organizacji swoich struktur i przejęcia niekontrolowanego buntu pod swoją jurysdykcję. Samo zdecydowanie oraz sukcesy w tworzeniu rad przez socjalistów wynikały również stąd, że o koncepcji powstania Rady Delegatów Robotniczych zaczęli rozmawiać już w dniach 24–25 lutego 1917 r., korzystając z siedziby Piotrogrodzkiego Związku Robotniczych Stowarzyszeń Konsumenckich. Podjęto wtedy również decyzję, żeby swoje działania skoordynować z siłami politycznymi z Dumy Miejskiej Piotrogrodu oraz resztkami Grupy Robotniczej Centralnego Komitetu Wojenno-Przemysłowego. W chwili opanowania budynku Dumy Państwowej przez rewolucję rosyjscy socjaliści byli więc częściowo gotowi do tworzenia swoich struktur w celu forsowania własnej koncepcji państwa rosyjskiego. Na samym starcie rewolucji niejako wyparli siły liberalne i liberalno-konserwatywne z pola walki z caratem.

Zaczęły się tworzyć podstawy układu dwuwładzy, a raczej w tamtym momencie historycznym trójwładzy, bo kiedy powstał Komitet i Rada, car i rząd nadal stanowili główny punkt odniesienia co do potencjalnej zmiany sytuacji politycznej i ustroju. Gdy ten ośrodek władzy zniknął, rozpoczęła się dwuwładza nazwana przez Rodziankę „grzechem pierworodnym” nowej władzy.

Około 16:00 w pałacu Maryjskim zebrała się – na swoje ostatnie w historii posiedzenie – carska Rada Ministrów. Podjęto decyzję o konieczności wysłania do Mikołaja II telegramu, w którym wskazywano, że obecny rząd nie może sprostać pojawiającym się wyzwaniom i car powinien wyznaczyć prezesa cieszącego się społecznym poparciem, który stworzy odpowiedzialny przed parlamentem rząd. Po tej uchwale członkowie rządu rozeszli się. Ostatnie w historii posiedzenie carskiego rządu dotyczyło, jak widać, głównie ustąpienia i przekazania władzy opozycji parlamentarnej, która walczyła o to zaciekle od 1915 r. Ostatni rząd zresztą nie cieszył się poparciem i był raczej nierozpoznawalny, co wynikało z bardzo częstych zmian personalnych w tym organie w czasie wojny. W tym miejscu trzeba wspomnieć, że od momentu wybuchu wojny w 1914 r. nastąpił dualizm administracyjny w sferze zarządzania Rosją. Polegał on na tym, że zgodnie z tzw. Regulaminem o polowym zarządzaniu armią administracja cywilna w sferze frontowej i przyfrontowej podlegała kierownictwu armii, a nie rządowi. Temu zaś podlegała administracja cywilna na reszcie terytorium, czyli na tyłach. Wynikało to m.in. z założeń, że sama wojna może być krótkim konfliktem. Niemniej z czasem zaczęło to generować problemy na linii kierownictwo armii – rząd, zwłaszcza że od 1914 r. głównodowodzącym został wielki książę Mikołaj Mikołajewicz. W praktyce w czasie wojny wystąpiło kilka ośrodków władzy administracyjnej na poziomie centralnym: tzw. Stawka (kierownictwo armii); Rada Ministrów; Duma Państwowa; Ziemgor oraz tzw. specjalne narady (w kluczowych sprawach dla prowadzenia wojny). To wszystko utrudniało efektywne zarządzanie wysiłkami wojennymi państwa rosyjskiego.

Mimo to centralny aparat administracyjny, w tym ministerstwa, pozostał jeszcze nienaruszony, co potencjalnie stwarzało przyszłej władzy możliwość objęcia szybkiej kontroli nad państwem.

(...)

Po rozmowach Rodzianki, prezesa carskiej Dumy oraz prezesa nowego organu, czyli Tymczasowego Komitetu Dumy, z bratem cara Michałem Aleksandrowiczem, ten drugi wezwał Mikołaja II, żeby poszedł na ustępstwa. Ten, nie do końca rozumiejąc sytuację, nie zgodził się na taką propozycję i kazał rządowi trwać na swoich pozycjach. Nie zmieniło to w niczym sytuacji. Tymczasem w budynku Dumy rozpoczęły się już obrady nowo wybranej Piotrogrodzkiej Rady Delegatów Robotniczych, a Piotrogród w coraz większym stopniu stawał się strefą poza jakąkolwiek kontrolą aparatu administracji carskiej.
 
Michał Patryk Sadłowski - Między Mikołajem II a Leninem

środa, 2 września 2026



Rosja odpowiada za sierpniowy incydent z dronem z materiałem wybuchowym na lotnisku w Lipsku - ogłosił we wtorek szef niemieckiego MSW Alexander Dobrindt. W ramach odpowiedzi rząd Niemiec zdecydował, że zamknie konsulat generalny Rosji w Bonn oraz Rosyjski Dom w Berlinie.

Przypisanie Rosji odpowiedzialności za incydent Dobrindt uzasadnił wynikami śledztwa, schematem działania sprawców oraz ustaleniami służb wywiadowczych. Jak zaznaczył, przedstawił stanowisko całego niemieckiego rządu.

- Nie znajdujemy się w stanie wojny, ale każdego dnia jesteśmy celem działań w ramach wojny hybrydowej - podkreślił.

Na wspólnej konferencji prasowej z szefem niemieckiej dyplomacji Johannem Wadephulem w Berlinie Dobrindt dodał, że "od dłuższego czasu służby bezpieczeństwa obserwują hybrydowe akcje w Niemczech i europejskim sąsiedztwie". Ostrzegł, że Niemcy w przyszłości pozostaną celem rosyjskich ataków hybrydowych.

W ramach odpowiedzi wobec Rosji 18 września zamknięty zostanie konsulat Rosji w Bonn, a także Rosyjski Dom, ośrodek promujący rosyjską kulturę, z siedzibą w centrum Berlina - poinformował Wadephul. Do siedziby niemieckiego MSZ wezwano rosyjskiego ambasadora.

Zgodnie z informacjami niemieckiego MSZ konsulat generalny w Bonn jest ostatnią taką rosyjską placówką działającą w Niemczech. W Berlinie działa jeszcze ambasada Rosji z wydziałem konsularnym oraz rosyjski konsulat honorowy w Norymberdze.

Rosyjski Dom jest finansowany przez rosyjskie MSZ i uznawany za narzędzie propagandy Kremla. Władze Niemiec nie zadecydowały się na zamknięcie ośrodka po rozpoczęciu przez Rosję inwazji przeciwko Ukrainie na pełną skalę w lutym 2022 roku. Pod Rosyjskim Domem cyklicznie odbywały się demonstracje poparcia Ukrainy.

Wadephul zapewnił we wtorek na konferencji prasowej, że Niemcy nadal będą wspierać zmagającą się z rosyjską agresją Ukrainę. - Nasze przesłanie do rosyjskich władz jest jasne: nie pozwolimy, by rosyjskie ataki podzieliły nasze społeczeństwo ani by nas zastraszyły - powiedział.

W nocy z 4 na 5 sierpnia samolot transportowy zderzył się z niezidentyfikowanym obiektem w pobliżu lotniska w Lipsku na wschodzie Niemiec. Samolot przekierowano do Hanoweru, gdzie stwierdzono jego niewielkie uszkodzenia. Krótko wcześniej lotnisko w Lipsku wstrzymało działalność z powodu znalezienia na płycie, przy ukraińskim samolocie transportowym Antonow, drona z detonatorem oraz materiałów wybuchowych.

Zgodnie z ustaleniami niemieckich służb dron znaleziony na lotnisku celowo uderzył wcześniej w skrzydło zaparkowanego na płycie Antonowa. Materiały wybuchowe nie eksplodowały jednak po zetknięciu z maszyną; według dziennika "Bild" do wybuchu nie doszło z powodu uszkodzonego zapalnika.

Niemieckie służby podejrzewały, że za próbą sabotażu stała Rosja. Kanclerz Friedrich Merz zapowiedział, że odpowiedzialni za ataki hybrydowe "zapłacą za nie". W ostatnich tygodniach w rządzie trwały dyskusje na temat konsekwencji, jakie należy wyciągnąć wobec Rosji po oficjalnym przypisaniu temu państwu próby ataku w Lipsku.

PAP


Nieznany obiekt eksplodował w środę rano na dworcu kolejowym w Augsburgu na południowym zachodzie Niemiec; dwie osoby zostały lekko ranne, wybuch uszkodził okna - przekazała agencja dpa. Nie poinformowano dotychczas, co spowodowało eksplozję.

Na miejscu zdarzenia obecni są eksperci ds. materiałów wybuchowych z Landowego Urzędu Kryminalnego - poinformował rzecznik policji.

Dostęp do budynku dworca jest ograniczony, z użytku został wyłączony jeden z peronów; odjeżdżające z niego pociągi zostaną przekierowane - przekazała Deutsche Bahn.

PAP

wtorek, 1 września 2026



Według agencji RBK-Ukraina, która powołuje się na serwis Agentstwo, Władimir Putin w ostatniej chwili odwołał zaplanowane spotkanie z dyrektorem CIA Johnem Ratcliffe'em, gdy tylko poznał cel jego sierpniowej wizyty w Moskwie. Szef amerykańskiego wywiadu przybył do Rosji z kategorycznym wezwaniem do jak najszybszego zakończenia wojny w Ukrainie.

Podczas pobytu w stolicy Ratcliffe spotkał się z szefami rosyjskich służb, Siergiejem Naryszkinem z wywiadu zagranicznego (SWR) i Aleksandrem Bortnikowem z FSB. Przekazał im surową ocenę obecnej sytuacji: według Amerykanów pozycja militarna i gospodarcza Rosji nieustannie słabnie, dlatego natychmiastowe podjęcie negocjacji pokojowych to dla Kremla najkorzystniejsze wyjście z sytuacji.

Jak informują serwisy Agentstwo oraz "New York Times", otoczenie Putina uznało tę diagnozę za całkowicie nierealistyczną i nieakceptowalną, co ostatecznie przesądziło o anulowaniu rozmów na najwyższym szczeblu. Rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow potwierdził brak spotkania, zaznaczając przy tym, że rosyjski przywódca był na bieżąco informowany o przebiegu dyskusji.

Zachodnie media, w tym "Wall Street Journal" i Politico, wskazują, że misja Ratcliffe'a miała szerszy wymiar. Amerykanin stanowczo ostrzegał Rosję przed prowokacjami wobec państw NATO, a jednocześnie badał grunt pod ewentualną organizację trójstronnego szczytu z udziałem Donalda Trumpa, Wołodymyra Zełenskiego i Władimira Putina. 

gazeta.pl\PAP


Celem ataku była stacja elektroenergetyczna w gminie Turnow-Preilack, położonej niedaleko elektrowni węglowej Jaenschwalde w powiecie Spree-Neisse (Brandenburgia). Według informacji dziennika "Bild" do ataku użyto rakiet domowej roboty.

Policja otrzymała zgłoszenie tuż przed godz. 8 rano. Pracownicy poinformowali funkcjonariuszy o uszkodzeniach kilku linii napowietrznych w stacji transformatorowej. Około 40 min później służby ratownicze na miejscu zdarzenia potwierdziły te uszkodzenia. Ponadto odkryły podejrzane przedmioty i wezwały saperów.

Policja do tej pory nie potwierdziła, że doszło do ataku rakietowego. Rzeczniczka lokalnych służb przekazała, że w pobliżu elektrowni Jaenschwalde znalezione zostało "niekonwencjonalne urządzenie wybuchowo-podpalające", które jednak nie eksplodowało.

Policja traktuje incydent "bardzo poważnie". Funkcjonariusze ustalają, czy zostały wyrządzone jakieś szkody. Śledztwo przejął Urząd Kryminalny Brandenburgii (LKA).

onet.pl\BILD


— W Rosji zbliżają się wybory. Muszą też pokazać swoim wyborcom jakiś imponujący obraz zwycięstwa, ponieważ nie odczuwają zwycięstwa na polu bitwy. Podobnie jak cały świat — powiedział Budanow.

— Dlatego właśnie stosują terror. Nie wiedzą, jak postąpić inaczej. Przynajmniej do czasu wyborów — dodał, odnosząc się do trwających ataków dronów typu Szahid. Polityk zapewnił także, że "wszyscy pracują również nad środkami przeciwdziałania".

onet.pl\Kyiv Post


Wyciekające dokumenty, do których dotarł niezależny rosyjski serwis informacyjny Wierstka, ujawniają majątki niektórych z czołowych rzeczników prezydenta Rosji. Są oni "sprzedawcami" wojny Putina. Grupa obejmuje prezenterów telewizji państwowej, korespondentów wojennych, ultranacjonalistycznych blogerów oraz influencerów.

Serwis przeanalizował zarobki 63 propagandystów.

Ich łączne dochody wyniosły 3 mld rubli rocznie (według aktualnego kursu 129 mln zł).

Zaledwie 6 proc. tych środków trafiło jednak do blogerów popierających wojnę i innych osób z tej kategorii.

Ok. jedna czwarta pieniędzy trafiła do prezenterów telewizyjnych, których średnie roczne dochody były trzykrotnie wyższe od dochodów blogerów, pomimo spadających wyników oglądalności programów informacyjnych.

Jednym z najlepiej zarabiających jest Dimitri Simes, rosyjsko-amerykański komentator i były nieoficjalny doradca Richarda Nixona ds. polityki zagranicznej, który zarabia ok. 97,32 mln rubli (4,2 mln zł) rocznie. Simes współprowadzi geopolityczny talk-show "Bolszaja Igra" (Wielka gra) w państwowej stacji Pierwyj Kanał.

Dmitrij Kisielow, ultrakonserwatywny dyrektor generalny kontrolowanej przez państwo grupy agencji informacyjnych Rossija Segodnia oraz wieloletni prowadzący programu publicystycznego "Wiesti Niedieli" (Wiadomości tygodnia), zarabia 70,58 mln rubli rocznie (3 mln zł).

Wynagrodzenia przewyższają zarobki większości blogerów wojskowych. Serwis Wierstka ustalił, że osoby działające najbliżej linii frontu często mogą liczyć na najniższe wynagrodzenia.

Na czele rankingu znajduje się Borys Rożin, analityk wojskowy prowadzący blog pod pseudonimem Colonelcassad z prawie 750 tys. subskrybentów na Telegramie. Rożin często pojawia się w telewizji państwowej jako ekspert-gość, ale został oskarżony o przedrukowywanie znacznej części swoich treści z innych kanałów.

Stały gość Pierwyj Kanał zarabia 2,6 mln rubli miesięcznie (112 tys. zł), z czego większość pochodziła z wypłat przekazanych przez firmę produkcyjną realizującą programy polityczne dla stacji.

Niższe są dochody Mariany Naumowej, byłej nastoletniej zawodniczki w trójboju siłowym, która w 2016 r. została zdyskwalifikowana za doping, a później, po ukończeniu kursu zorganizowanego przez najemników Grupy Wagnera Jewgienija Prigożyna, stała się korespondentką z linii frontu.

Naumowa, objęta przez Kijów sankcjami za częste wizyty na terytoriach okupowanych, pracuje obecnie jako prezenterka w społeczno-politycznym talk-show "Wriemia Pokażet" (Czas pokaże) stacji Pierwyj Kanał, a także prowadzi bloga na Telegramie. Zarabia ok. 9 mln rubli rocznie (389 tys. zł).

Irina Kuksenkowa, kolejna korespondentka Pierwyj Kanał pracująca na linii ognia, zarabia rocznie 6,263 mln rubli (270 tys. zł).

W tym roku popularność trzech głównych rosyjskich kanałów państwowych gwałtownie spadła — wynika z danych organizacji monitorującej media Mediascope. W okresie od stycznia do kwietnia odnotowano 33-procentowy spadek oglądalności.

Było to następstwem 40-procentowego spadku oglądalności telewizji państwowej w latach 2017–2024, co odpowiada ok. 25 mln widzów.

Na początku tego miesiąca rosyjskie media doniosły, że Putin rozważa zwolnienie Kisielowa w związku z gwałtownym spadkiem zainteresowania widzów jego programem.

onet.pl\The Telegraph


W tym miejscu należy wyjaśnić jeden fakt. Gdy w budżecie występuje deficyt, czyli wydatki przewyższają dochody, tę dziurę można załatać na kilka sposobów. Rosyjskie Ministerstwo Finansów stosuje trzy główne sposoby:
  • pożyczka (emisja obligacji OFZ),
  • wykorzystanie środków z Funduszu Narodowego Dobrobytu,
  • wykorzystanie wolnych środków na rachunkach skarbowych.
Dwa ostatnie sposoby są barbarzyńskie. Fundusz Narodowego Dobrobytu został utworzony po pierwszej reformie emerytalnej, aby w z góry znanym okresie deficytu Funduszu Emerytalnego uzupełnić jego niedobór. Początkowo jednak środki te były wykorzystywane do zakupu akcji spółek — tyle że w przeciwieństwie do norweskiego funduszu emerytalnego nie były to akcje zagraniczne i przynoszące zyski, lecz krajowe i znajdujące się w trudnej sytuacji.

Następnie władze zaczęły inwestować środki w projekty infrastrukturalne — ponownie takie, w których wydatki są gigantyczne i to już teraz, a dochody wątpliwe i gdzieś za horyzontem. Później rządzący w ogóle przestali się krępować i w momencie, gdy rosyjski budżet przeszedł z nadwyżki do deficytu, sięgali po środki z Funduszu Narodowego Dobrobytu tak desperacko, jak narkoman sięga do znalezionego przez siebie zapasu pieniędzy swoich bliskich, przestając nieśmiało wyciągać po jednym banknocie z pliku.

Jeśli chodzi o Skarb Państwa, Kodeks Budżetowy zezwala na wykorzystanie dostępnych na nim sald do pokrycia deficytów. Pierwotnym zamysłem było jednak pokrycie śródrocznych luk w przepływach pieniężnych — w przypadkach, gdy pieniądze wpłyną jutro, a płacić trzeba już teraz. I oczywiście finansowanie deficytu jest dozwolone jedynie z dostępnych sald, a nie ze środków przeznaczonych na płatności.

Aukcje Ministerstwa Finansów mające na celu wprowadzenie nowych obligacji (OFZ) szły jednak coraz gorzej — banki, główni nabywcy długu publicznego, domagały się wyższej rentowności, coraz bardziej wątpiąc w wiarygodność tych papierów wartościowych. Skończyło się na tym, że w lipcu Ministerstwo Finansów zawiesiło aukcje — ostatnie trzy zakończyły się fiaskiem.

Jeśli chodzi o Fundusz Narodowego Dobrobytu, w momencie lipcowego załamania na moskiewskiej giełdzie krążyły pogłoski, że akcje wyprzedaje jakiś "gruby gracz" — na sesjach notowano ogromne wolumeny sprzedaży. Kim był ten podmiot? To pozostało tajemnicą. Istniało jednak podejrzenie, że to Fundusz Narodowego Dobrobytu sprzedaje akcje, które kiedyś nabył. Jeśli tak było, można stwierdzić, że w tamtym momencie nawet w "skarbonce" funduszu nie pozostały już żadne wolne środki.

Oprócz trzech głównych metod finansowania deficytu istnieją też inne, mniej przyjemne lub trudne do zrealizowania w rosyjskich warunkach.

Najlepszym rozwiązaniem jest zwiększenie dochodów. Zostało to już zrealizowane poprzez podwyższenie stawki VAT z 20 proc. do 22 proc. oraz rozszerzenie obowiązku jego płacenia na część małych przedsiębiorstw od 1 stycznia tego roku. I przyniosło to efekt — w ciągu pierwszych sześciu miesięcy dochody wzrosły o 426 mld rubli (18,4 mld zł). Blokada cieśniny Ormuz w trakcie konfliktu USA i Izraela z Iranem tylko w lipcu przyniosła wzrost dochodów budżetowych z ropy i gazu o 291 mld rubli (12,5 mld zł). Z powodu załamania cen na początku roku, silnego rubla oraz mechanizmu wyrównawczego w sektorze paliwowym (gdy budżet dopłaca do sprzedaży produktów naftowych na rynku krajowym po cenie niższej od światowej) wynik nadal jest jednak ujemny. Wpływy są niższe od ubiegłorocznych o około 17 proc.

Oczywiście wysokie ceny ropy nadal przynoszą budżetowi dodatkowe środki.

(...)

Deficyt budżetowy już w lipcu sięgnął prawie 6,5 bln rubli (259 mld zł) i nadal szybko rośnie. Oczywiste jest, że nie uda się go już pokryć wyłącznie dzięki wzrostowi dochodów z ropy i gazu, zadłużeniu, podatkom oraz korzyściom wynikającym z dewaluacji rubla. Skarbiec został opróżniony. Oznacza to, że nadszedł czas na bolesne decyzje.

onet.pl\The Moscow Times


Podczas spotkania Szanghajskiej Organizacji Współpracy w stolicy Kirgistanu, Biszkeku, Putin wyglądał niepewnie. Nic dziwnego: cios nadszedł z niespodziewanej strony.

— Każdy dzień, w którym trwa wojna, w rzeczywistości cofa ludzkość o krok wstecz, podczas gdy każdy krok w kierunku pokoju daje całej ludzkości prawdziwą nadzieję na pokój. Musimy przejść od niekończącej się wojny do jej zakończenia, do zaprzestania działań wojennych — mówił stanowczo indyjski premier Narendra Modi, w czasie gdy Putin wbijał wzrok w podłogę i przebierał stopami. Ta sytuacja zwraca uwagę na jeden zasadniczy, lecz często pomijany fakt.

(...)

Wzywając do pokojowego rozwiązania i powołując się na Gandhiego oraz Matkę Teresę, Modi stwierdził, że Indie popierają wszelkie wysiłki na rzecz pokoju i że jest to kierunek, w którym należy podążać.

— Bardzo dziękuję, panie premierze. Podążamy tą drogą — odpowiedział skwapliwie Putin.

(...)

— Głównymi obszarami przyjaźni rosyjsko-indyjskiej pozostają energetyka, innowacje, przestrzeń kosmiczna, nawozy oraz kontakty międzyludzkie — powiedział Modi podczas spotkania.

Oczekuje się, że Putin weźmie udział w szczycie BRICS w Delhi w dniach 12 i 13 września. Modi ma spotkać się z przywódcami UE w grudniu.

onet.pl\Politico


Rosyjski minister finansów Anton Siluanow był obecny w poniedziałek podczas pierwszego dnia rozmów G20, których gospodarzem są Stany Zjednoczone. Sekretarz skarbu USA Scott Bessent odbył również indywidualne spotkanie z Siluanowem przy okazji szczytu.

W poniedziałek w Asheville europejscy urzędnicy sprzeciwili się jednak obecności Siluanowa, a decyzja o włączeniu rosyjskiego urzędnika do spotkania wywołała zamieszanie podczas przygotowań do zrobienia grupowego zdjęcia uczestników.

"Sekretarz Bessent odbył owocne spotkanie z rosyjskim ministrem finansów" — powiedziała w rozmowie z POLITICO Erin Browne, rzeczniczka Departamentu Skarbu. Jak dodała, Bessent "przekazał mu, że wojna musi się zakończyć i że pragniemy pokojowego rozwiązania".

Rzeczniczka poinformowała, że politycy rozmawiali o "planie Trumpa dotyczącym pokoju i wzrostu gospodarczego". Browne stwierdziła, że włączenie Rosji do grona G20 było decyzją podjętą przez Biały Dom. — Postępujemy zgodnie z protokołem Białego Domu — oznajmiła Browne.

Zapytany w poniedziałek przez dziennikarzy o udział Rosji w spotkaniu, Trump bronił tej decyzji. — Lubimy utrzymywać dobre stosunki ze wszystkimi. Jednym z powodów, dla których odnoszę tak wielki sukces, jest to, że dogaduję się ze wszystkimi — powiedział dziennikarzom.

Podczas spotkania z Siluanowem Bessent dał jasno do zrozumienia, że Stany Zjednoczone nie udzielą Rosji pomocy gospodarczej, dopóki nie zakończy się wojna w Ukrainie — twierdzi osoba zaznajomiona z przebiegiem spotkania. Kiedy rosyjski minister finansów "próbował omówić obszary, w których warto podjąć działania, sekretarz Bessent stanowczo mu przerwał i stwierdził, że nic nie jest możliwe, dopóki wojna się nie skończy" — powiedziała ta osoba, której zapewniono anonimowość w związku z omówieniem prywatnego spotkania. /Rosjanie pokażą w TV wielki sukces - red./

(...)

Niemiecki minister finansów Lars Klingbeil powiedział dziennikarzom, że jasno dał do zrozumienia, "iż nie będzie pozował do zdjęcia grupowego z rosyjskim ministrem finansów", zaznaczając, że w ostatnich latach takie zdjęcie nie miało miejsca. Dodał, że uzgodnił swoje stanowisko z innymi europejskimi urzędnikami.

— Jednolite podejście Europejczyków sprawiło ostatecznie, że na zdjęciu grupowym zabrakło rosyjskiego ministra finansów i rosyjskiej delegacji — powiedział niemiecki polityk.

Rzecznik Departamentu Skarbu odmówił komentarza w sprawie zamieszania związanego ze zdjęciem. W poniedziałek wieczorem Departament Skarbu opublikował zdjęcie, na którym nie widniał rosyjski urzędnik.

onet.pl\Politico


Zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu Scott Bessent ogłosił nowy "ekonomiczny D-Day" [nawiązanie do lądowania aliantów w Normandii], mający na celu zdławienie Teheranu, Stany Zjednoczone przeprowadziły pierwszy od lipca atak na Iran, bombardując wyspę Larak.

Prezydent Donald Trump w jednej chwili grozi powolnym zdławieniem irańskiej gospodarki, a w następnej — szybkim zbombardowaniem Irańczyków, by zmusić ich do kapitulacji. Republikanie nie zgadzają się co do tego, która opcja jest właściwa, są jednak zgodni co do jednego: mają już dość miotania się Trumpa.

— Wojna została rozpoczęta bez planu, była prowadzona bez planu i w dużej mierze kieruje nią bieżąca sytuacja polityczna. Negocjacje toczą się za pomocą tweetów, Eisenhower przewracałby się w grobie — mówi w rozmowie z POLITICO były urzędnik z administracji prezydenta George’a W. Busha, który chciał zachować anonimowość. Eksperci zwracają uwagę na jeden kluczowy, często pomijany czynnik — rolę Chin.

Chińska Republika Ludowa, która kupuje większość irańskiej ropy, nie przejmuje się groźbą sankcji amerykańskich. Lin Jian, rzecznik chińskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych, oświadczył, że Pekin "zrobi wszystko, co konieczne, aby stanowczo chronić swoje prawa i interesy".

— Chiny wielokrotnie wyrażały swój zdecydowany sprzeciw wobec bezprawnych, jednostronnych sankcji, które nie mają podstaw w prawie międzynarodowym ani nie zostały zatwierdzone przez Radę Bezpieczeństwa ONZ. Wojna gospodarcza i maksymalna presja nie stanowią rozwiązania — powiedział Lin w zeszłym tygodniu.

Najnowszy zwrot akcji miał miejsce w ten weekend, kiedy Stany Zjednoczone przeprowadziły pierwszy znany atak na Iran od końca lipca, uderzając w wyrzutnie rakietowe, które według amerykańskiego wojska były przygotowane do zrzucenia min morskich do cieśniny Ormuz. Następnie Trump zagroził na platformie Truth Social, że zrówna z ziemią wyspę Chark, gdzie znajdują się ważne dla Iranu instalacje paliwowe, "w drobny mak".

Groźba prezydenta USA pojawiła się zaledwie kilka dni po tym, jak sekretarz skarbu Scott Bessent ogłosił "gospodarczy dzień D", mający na celu powolne dławienie irańskiej gospodarki. Bessent stwierdził, że celem nowych, zaostrzonych sankcji jest uniknięcie konieczności eskalacji militarnej.

Te pozornie sprzeczne działania podkreślają impas, w jakim znalazła się administracja Trumpa sześć miesięcy po tym, jak prezydent rozpoczął wojnę, która — jak twierdził — miała trwać zaledwie sześć tygodni. Biały Dom tymczasem wielokrotnie ogłaszał sukces w walce z Iranem, mimo że działania wojenne nadal się toczą.

— Negocjujemy, zrywamy rozmowy, bombardujemy i tak w kółko — mówi w rozmowie z POLITICO były urzędnik z administracji prezydenta George’a W. Busha.

Podejście prezydenta do Iranu sprawiło, że niektórzy zmęczeni wojną członkowie Partii Republikańskiej, w tym m.in. wiceprezydent J.D. Vance oraz rzesza politycznych działaczy zaniepokojonych wpływem konfliktu na ceny benzyny i wybory śródokresowe, są rozczarowani tym, że wojna się przedłuża.

Tymczasem jego powtarzające się, niespełnione groźby zbombardowania Iranu rozczarowały bardziej jastrzębie skrzydło, reprezentowane przez takich polityków jak republikański senator Tom Cotton i nieżyjący już senator Lindsey Graham.

— Wielu republikanów, którzy ogólnie popierają pociągnięcie Iranu do odpowiedzialności lub zneutralizowanie zagrożenia, jest sfrustrowanych. Nikt nie jest zadowolony z jego polityki [prezydenta USA] — powiedział były urzędnik kampanii Trumpa.

— Mamy dwa obozy, które są równie wkurzone. To pokazuje, że sprawy nie układają się najlepiej — mówi jeden ze strategów Partii Republikańskiej.

(...)

Trump upiera się, że Iran jest państwem bez przywództwa i ma jedynie ograniczoną zdolność do siania spustoszenia w regionie. W poniedziałek powiedział dziennikarzom w Gabinecie Owalnym, że "to upadłe państwo". — To nie znaczy, że ich nie uderzymy. Zobaczymy, co się stanie — powiedział.

Biały Dom odniósł się do poniedziałkowego oświadczenia Trumpa, gdy poproszono go o komentarz.

Jednak nawet bliski krąg prezydenta jest zbulwersowany tym, że waha się on między groźbami zbombardowania Iranu "z powrotem do epoki kamienia łupanego", wywieraniem na niego presji gospodarczej w celu zmuszenia go do posłuszeństwa a propozycjami negocjacji rozejmu.

— Nie potrafi trzymać się jednego przekazu ani spójnej, zdyscyplinowanej strategii, ponieważ czuje się teraz w pułapce — mówi w rozmowie z POLITICO osoba bliska prezydentowi USA.

— Trump zdaje sobie sprawę z politycznego zagrożenia, ale nie potrafi znaleźć sposobu na zakończenie konfliktu, który pozwoliłby mu zachować twarz. Irańczycy również doskonale znają tę rzeczywistość — dodaje.

I choć Trump upiera się, że polityka /wybory w listopadzie, w cieniu drogiej benzyny - red./ nie ma wpływu na jego kalkulacje, w Białym Domu narasta przekonanie, że "czas iść dalej" — twierdzi dyrektor z branży naftowej zaznajomiony z wewnętrznymi dyskusjami w administracji amerykańskiego prezydenta.

— Motywacja do zakończenia działań wojennych jest ogromna — powiedział dyrektor.

— Jednak nadal istnieje silna koalicja doradców, w Departamencie Stanu i w Białym Domu, którzy utrzymują, tak jak od początku kampanii wojskowej, że reżim irański zasiądzie do stołu negocjacyjnego, by zgodzić się na akceptowalne porozumienie, tylko wtedy, gdy zostanie doprowadzony na skraj zagłady i nie będzie miał innego wyboru. Prezydent pozostawał przekonany, że uda mu się skłonić Irańczyków do zawarcia porozumienia. Niektórzy powiedzieliby, że był zbyt pewny siebie lub naiwnie pewny siebie — stwierdził.

onet.pl\Politico