poniedziałek, 31 sierpnia 2026



Bibi z Ben Gvirem pokłócili się i już sondaże zareagowały. Itamar ma mocne 7 mandatów chociaż on to raczej celuje w 10 lub nawet 12. Natomiast Bibiemu spadło do 21 i to jest chyba najsłabszy Bibi w dziejach. Likud Bibiego to miał zawsze 30+ mandaty i dobierał sobie koalicję jakie chciał. Wynalazki i planktony drgnęły do góry i Smotrich jest na granicy Knessetu natomiast główny konkurent Bibiego Eisenkot ma 24 mandaty. Blok Bibiego ma 52 miejsc a koalicja antyBibi ma 55 i Arabowie mają 13 foteli. Bibi w chwili próby będzie chciał połączyć ogień i wodę czyli mieć w jednym rządzie Ben Gvira i Arabów ale ci raczej na to nie pójdą a dla Bibiego to bez różnicy byle aby rządzić. Koalicjantów i tak się niszczy i do kolejnych wyborów szuka się kolejnych łepków. Chociaż o łepków dla Bibiego jest coraz trudniej bo większość polityków bloku antyBibi to są takie łebki zniszczone w poprzednich kadencjach.

x.com/pawelrakowski85


Kurdowie w Syrii oczekiwali, że po tym jak odegrali kluczową rolę w pokonaniu ISIS, świat wesprze ich starania o usankcjonowanie Autonomicznej Administracji Syrii Południowo-Wschodniej. Globalna dynamika geopolityczna okazała się jednak niesprzyjająca i choć może to wywoływać rozgoryczenie Kurdów, to właściwsze było dostosowanie się do niej. Atak Rosji na Ukrainę spowodował, że Europa znów skoncentrowała się na bezpieczeństwie flanki wschodniej, ograniczając swoje zainteresowanie dynamiką wydarzeń na Bliskim Wschodzie. Ponadto zagrożenie nielegalną migracją, jej instrumentalizacją oraz będący konsekwencją tego wzrost popularności radykalnej prawicy w Europie, sprzyjał narastaniu przekonania, że silne państwa bardziej będą sprzyjać stabilizacji Bliskiego Wschodu. Dotyczyło to w szczególności coraz większego przekonania o kluczowym znaczeniu partnerstwa z Turcją.  

Kurdowie mają też świadomość, iż nie mogą liczyć na wsparcie USA pod przywództwem Donalda Trumpa. Przekonali się o tym bardzo brutalnie w październiku 2019 r., gdy amerykański prezydent dał Turcji zielone światło na atak na Syrię Północno-Wschodnią. Wprawdzie negatywne konsekwencje wycofania sił USA spowodowały, iż po tygodniu podjął decyzję o ich powrocie i wymusił na tureckim prezydencie Recepie Tayyipie Erdoganie wstrzymanie ofensywy, ale Kurdowie dobrze zapamiętali te wydarzenia. Dlatego w ostatnich miesiącach nie dali się wciągnąć w napuszczenie ich na Iran czy Turcję w charakterze proxy. Planom tym towarzyszyły zresztą niezbyt zachęcające, a czasem wręcz obraźliwe dla Kurdów wypowiedzi Trumpa, sprowadzającego ich do roli najemników walczących o broń i pieniądze. 

Warto przy tym podkreślić, że ruch kurdyjski związany z SDF, na którego czele stoją takie osoby jak Mazlum Abdi (dotychczasowy szef SDF), Ilham Ahmed (reprezentująca Syrię Północno-Wschodnią w kontaktach zagranicznych) i Sipan Hemo, wbrew dość powszechnej narracji, nie dążył do oddzielenia się Syrii Północno-Wschodniej od Syrii, lecz do uzyskania autonomii przypominającej status Regionu Kurdystanu. Negocjacje prowadzone jeszcze z Assadem zakończyły się totalnym fiaskiem, gdyż syryjski dyktator nie oferował Kurdom w zasadzie niczego, żądając pełnej integracji ze scentralizowanym państwem.  

Sytuacja uległa zmianie po obaleniu Assada, co Kurdowie przyjęli ze szczerym zadowoleniem, mimo nieufności wobec nowych władz, wywodzących się z afiliowanej przy Al Kaidzie Dżabat al Nusra/HTS. W latach 2013-2014, zanim ISIS wyparło Nusrę/HTS z północnej Syrii, między kurdyjskimi oddziałami YPG/YPJ a tymi dżihadystami dochodziło do walk. Później oddziały dżihadystów, które powstały pod protektoratem Turcji jako Syryjska Armia Narodowa, atakowały SDF w ramach ofensyw tureckich w północnej Syrii. Obie strony dzieliły głębokie różnice ideologiczne, gdyż Kurdowie z SDF/YPG/YPJ odwoływali się do lewicowego apoizmu, demokratycznego konfederalizmu oraz promowali równość kobiet i mężczyzn oraz równouprawnienie wszystkich religii.  

Ahmed asz-Szara, wcześniej znany jako Abu Mohammad al-Dżulani, dokonał szybkiej metamorfozy z dżihadystycznego rebelianta w męża stanu w garniturze i dzięki korzystnym dla niego czynnikom geopolitycznym dostał kredyt zaufania ze strony USA i Europy, a w Turcji znalazł kluczowego sojusznika. Choć trudno przesądzać, czy ta zmiana okaże się trwała w długiej perspektywie, to póki co Szara stara się utrzymywać ten wizerunek, nie wprowadzając reżimu islamistycznego w Syrii i nie prowadząc dżihadystycznej polityki zagranicznej. Wprawdzie w czasie jego rządów doszło do ataków i mordów dokonywanych na Druzach, alawitach i Kurdach, ale nie były one częścią planowanej polityki państwa. Problem polega na tym, że siły, które obaliły Assada, były zróżnicowane i ich stopień podporządkowania Szarze był zróżnicowany. Obecnie Szara stara się ograniczać tę niezależność, jednak musi robić to ostrożnie, by nie zostać obalonym w jakimś przewrocie dżihadystycznym.

Po obaleniu Assada kontrola sił nowego rządu nad Syrią nie była pełna. W mniejszym stopniu dotyczyło to terenów alawickich (gdzie ostatecznie nie doszło do uzyskania kontroli nad jakimś terytorium przez siły post-assadowskie) i druzyjskich, natomiast przede wszystkim chodziło o Autonomiczną Administrację Syrii Północno-Wschodniej (AANES), czyli tereny kontrolowane przez SDF i obejmujące (do stycznia 2026) niemal całą prowincję Hasaka, połowę prowincji Deir az-Zaur, większość prowincji Rakka i część prowincji Aleppo. W pierwszych miesiącach po przejęciu władzy przez Szarę prowadzone były negocjacje, a jednocześnie dochodziło do starć na ograniczoną skalę między SDF a siłami nowego rządu (zwłaszcza powiązanymi z Turcją oddziałami w prowincji Aleppo, z której SDF musiały się częściowo wycofać). W marcu 2025 zawarto wprawdzie porozumienie, ale jego implementacja napotykała na istotne przeszkody w jego interpretacji. Chodziło przede wszystkim o to, jak SDF ma zostać zintegrowane z armią syryjską (na indywidualnych zasadach czy jako wydzielony komponent), czy integracja ma objąć również kobiety z YPJ, w jakim zakresie nauczanie ma być prowadzone w języku kurdyjskim i jaki ma on mieć status oraz czy zintegrowanie administracji ma nastąpić według modelu irackiego (Region Kurdystanu w Iraku).

Niepowodzenie implementacji marcowego porozumienia doprowadziło do ofensywy sił rządowych na AANES w styczniu 2026 r., w wyniku której zginęło ponad 1000 osób, a oblężonemu Kobane (symbolowi walki z ISIS) groziła zagłada. Ostatecznie, pod naciskiem międzynarodowym (w tym wielu senatorów USA), ofensywa została wstrzymana, ale SDF straciło kontrolę nad większością terytoriów, utrzymując się jedynie na rdzennie kurdyjskich terenach na północ od Hasaki oraz w odizolowanym Kobane. Działania te doprowadziły też do przejęcia przez siły rządowe kontroli nad więźniami ISIS (głównie ze zlikwidowanego po ofensywie styczniowej obozu Al Hawl) oraz ogólnej odpowiedzialności za zwalczanie terrorystów z tej organizacji. W rezultacie aktywność ISIS w Syrii w pierwszej połowie 2026 r. znacznie wzrosła, a Szara zapewne miał świadomość, że choć jest stroną silniejszą, to wznowienie walk z Kurdami prowadzić będzie do destabilizacji Syrii, a przez to sprzyjać będzie ISIS.

Kluczowe znaczenie miały jednak czynniki zewnętrzne związane z dynamiką geopolityczną regionu. Izrael, choć od początku wojny domowej w Syrii miał kanały kontaktu z syryjskimi dżihadystami, postawił na dalszą destabilizację wewnętrzną tego kraju. Zresztą pod koniec swoich rządów Assad, z inicjatywy Rosji, sabotował obecność Iranu w Syrii, akceptował przekazywanie danych dotyczących dyslokacji irańskich celów w Syrii Izraelowi i nie zaangażował się w działania tzw. „osi oporu” po masakrze 7.10.2023 r. i rozpoczęciu działań Izraela przeciw Hamasowi i Hezbollahowi. W zamian liczył na to, że w przypadku kryzysu Izrael nie pozwoli na jego upadek. Tak się jednak nie stało, a od razu po zmianie władzy Izrael rozpoczął bombardowania obiektów militarnych w Syrii oraz zajął pas strategicznego terenu w prowincji Quneitra, w tym górę Hermon. Motywacja Izraela oparta była na dwóch założeniach – po pierwsze, iż w interesie Izraela jest niedopuszczenie do stabilizacji Syrii i utrzymanie w niej stanu wojny domowej, bo słaba Syria nie stanowi zagrożenia; po drugie, iż wpływy Turcji w Syrii są zagrożeniem dla Izraela i trzeba je zwalczać za wszelką cenę. W kwietniu 2025 Izrael zbombardował bazę T-4 w pobliżu Palmyry, gdy Turcja planowała rozmieszczenie tam swoich sił.  

Plan Izraela zakładał, że kluczowym narzędziem destabilizacji Syrii oraz zwalczania wpływów tureckich przez Izrael będzie wykorzystanie mniejszości, w tym w szczególności Kurdów. Dlatego Izrael zintensyfikował prokurdyjską narrację, oskarżając Turcję o ludobójstwo Kurdów. Jednocześnie zaczęły się pojawiać fantastyczne projekty autonomicznego tworu, a nawet nowego państwa, które jakoby miałoby powstać po połączeniu terenów druzyjskich na południu (granicząc z Izraelem) z terenami kurdyjskimi poprzez słabo zaludnioną, ale strategicznie ważną (kontrolowanie granicy z Irakiem) wschodnią Syrię. Oczywiście był to całkowicie nierealny projekt, który miał jednak zachęcić Druzów i Kurdów do stawiania oporu Szarze i jego siłom, bez względu na to jak duże byłyby tego koszty. Tymczasem Izrael nigdy realnie nie był gotów udzielić Kurdom w Syrii jakiejkolwiek pomocy, co zresztą potwierdziły wydarzenia ze stycznia 2026. Natomiast Turcja groziła, że w przypadku niezintegrowania SDF z siłami syryjskimi, może ponownie zaatakować AANES. Warto dodać, że kreowanie się przez Izrael na patrona Kurdów przynosiło im wyłącznie szkody, nakręcając niechęć w świecie arabsko-muzułmańskim. 

Turcja jednak zrozumiała, że samą siłą i groźbami nie rozwiąże sytuacji, a jedynie zwiększy prawdopodobieństwo dogadania się Kurdów z Izraelem. Dlatego jeszcze w końcu 2024 r. rozpoczęły się nowe działania w celu pokojowego rozwiązania kwestii kurdyjskiej. Sprawa przyśpieszyła w lutym 2025, gdy przebywający w tureckim więzieniu lider PKK Abdullah Ocalan wezwał do rozwiązania tej organizacji i złożenia broni. W maju 2025 odbył się kongres PKK, na którym podjęto decyzję o samorozwiązaniu, a w lipcu tego samego roku doszło do symbolicznego złożenia broni przez grupę członków PKK. Wprawdzie w kolejnych miesiącach proces ten spowolnił, to faktem jest, że walka zbrojna z którymkolwiek z państw objętych aktywnością tej organizacji (Turcja, Irak, Iran, Syria) nie ma najmniejszego sensu i nie przyniesie sprawie kurdyjskiej żadnych korzyści. Z drugiej strony Turcja zrozumiała, że przemoc jedynie podsyca kurdyjski opór, a nie go tłamsi. Ponadto, faktem jest również, że pod rządami AKP doszło do istotnej zmiany sytuacji Kurdów w Turcji, których tożsamość przed 2002 r. była całkowicie negowana. Natomiast w sierpniu 2026 r. parlament turecki przyjął ustawę regulującą reintegrację członków PKK po rozbrojeniu (ma to nie dotyczyć wyłącznie przywództwa organizacji). 

Proces pokojowy w Turcji toczył się zatem równolegle do negocjacji Damaszek–SDF, ale oba były ze sobą ściśle związane i Izrael starał się je wykoleić. Kolejnym pomysłem było więc wykorzystanie Kurdów do wojny z Iranem wraz ze stworzeniem mirażu jakiegoś organizmu przypominającego AANES na terenach, które Kurdowie mieliby tam zająć. To mogłoby przekonać PKK do wznowienia aktywności zbrojnej przeciwko Turcji i wykorzystania swoich wpływów in Syrii do przekonania SDF do usztywnienia stanowiska. Erdogan jednak zagroził interwencją zbrojną w takiej sytuacji i Trump odwołał ten plan. Istnieją zresztą głębokie wątpliwości, czy sami Kurdowie poszliby na to bez konkretnych gwarancji, a tych nie otrzymaliby od Trumpa. Realizacji jakiegoś planu wykorzystania Kurdów jako proxy w interesie Izraela nie sprzyja zarówno to, że relacje turecko-irańskie, turecko-irackie i turecko-syryjskie są obecnie bardzo dobre, jak i to, że sytuacja Kurdów w Turcji, Iraku i Syrii uległa ogromnej poprawie w stosunku do czasów gdy PKK była zakładana.

Pod rządami dynastii Assadów znaczną część Kurdów pozbawiono obywatelstwa, a co za tym idzie wszelkich praw. Według nacjonalistycznej narracji byli oni ciałem obcym i mieli do wyboru albo ulec arabizacji albo opuścić kraj. Tymczasem obecnie po raz pierwszy uznano Kurdów za integralny komponent etniczny Syrii. Wkrótce po wydarzeniach ze stycznia 2026 r. wznowione zostały negocjacje, w których tym razem obie strony wykazały się znacznie większą skłonnością do kompromisu. W lutym gubernatorem prowincji Hasaka, zatwierdzonym przez Szarę, został wskazany przez SDF Nureddin Issa Ahmed, a miesiąc później wiceministrem obrony Syrii mianowany został dowódca YPG Sipan Hemo (jednocześnie na wniosek Syrii usunięty przez Turcję z listy ściganych terrorystów). Ostateczne porozumienie zostało zawarte 25 sierpnia w Damaszku, po którym lider SDF Mazlum Abdi ogłosił rozwiązanie tej formacji. Zdementowane (co nie oznacza, że nieprawdziwe), ale mocno cytowane wypowiedzi liderów kurdyjskich w Syrii wskazywały, że Izrael do końca próbował storpedować porozumienie.  

Zgodnie z porozumieniem żołnierze SDF utworzą cztery odrębne brygady w ramach dywizji Hasaki, które mają odpowiednio bronić kluczowych obszarów kurdyjskich: Derik, Hasaka, Kamiszlo i Kobane. Piąta brygada ma powstać w Efrin, z którego SDF zostały wyparte przez Turcję in 2018 r. i wejść do dywizji Aleppo. To ogromny sukces Kurdów, gwarantujący im bezpieczeństwo (i zapewniający możliwość powrotu kurdyjskich uchodźców do swych domów), a jednocześnie ujednolicający strukturalnie armię syryjską. To również wzmacnia Szarę, który wie, że jeżeli kiedyś dojdzie do jakiejś próby przewrotu ze strony bardziej radykalnych formacji, to jednostki kurdyjskie wesprą go. Również kurdyjskie siły bezpieczeństwa (Asaisz) mają zostać zintegrowane, niemniej w tym wypadku nie mają one stanowić odrębnych formacji. Trudno jednak się spodziewać, że syryjskie MSW wyśle do Kamiszlo znaczne siły, gdyż wciąż są one bardziej potrzebne w Damaszku i na południu Syrii. Do sił MSW mają też zostać włączone jednostki kobiece YPJ, których dowódca Nesrin Abdullah uczestniczyła w ostatecznych rozmowach z Szarą. Jeśli chodzi o administrację, to na terenach kurdyjskich oparta będzie ona na dotychczasowych, kurdyjskich zasobach, a jedynie strukturalnie włączona będzie do struktur państwa. Wiele się zatem pod tym względem nie zmieni. 

Natomiast język kurdyjski nie zyskał statusu oficjalnego (czyli równego arabskiemu, tak jak jest to w Iraku), ale został uznany za narodowy, co również jest pierwszym takim przypadkiem w historii nowoczesnej Syrii. Nauczanie wprawdzie będzie po arabsku, ale kurdyjski będzie przedmiotem włączonym do programu edukacji szkolnej wszelkich szczebli z trzema lekcjami tygodniowo. AANES co prawda wprowadziło całą edukację po kurdyjsku, ale konsekwencją było nieuznawanie świadectw i dyplomów przez władze syryjskie (a w konsekwencji również międzynarodowo). Syryjskie władze mają też przejąć kontrolę nad zasobami, w szczególności wydobyciem ropy. Mazlum Abdi, dotąd uznawany przez Turcję za terrorystę, został mianowany doradcą prezydenta ds. kurdyjskich, a Ilham Ahmed otrzymała stanowisko w parlamencie. Choć Abdi planował zostać w Kamiszlo i w dalszym ciągu kierować tamtejszą polityką, to jego obecność na szczeblu centralnym, sprzyjać będzie zabezpieczeniu praw Kurdów oraz rozwiązywaniu sytuacji konfliktowych, by nie dopuścić do ewentualnych eskalacji. Nie można ich wykluczyć, gdyż strony nadal darzą się nieufnością, po obu stronach są przeciwnicy porozumienia (choćby bardziej radykalni dżihadyści), a do tego dochodzi czynnik zewnętrzny (Izrael).  

defence24.pl

niedziela, 30 sierpnia 2026



Serbowie, cóż. 

Po śmierci Ratka Mladića 27 sierpnia 2026 r. władze Serbii nie zaakcentowały jego odpowiedzialności za Srebrenicę ani inne zbrodnie, za które został prawomocnie skazany. Zamiast tego centrum oficjalnej narracji stanowi jego krzywda i sposób potraktowania przez Hagę.

Najmocniejsza jest wypowiedź Aleksandara Vučicia. Prezydent powiedział, że odmowa wypuszczenia ciężko chorego Mladića była zachowaniem „niecywilizowanym, bezprecedensowym i niewybaczalnym”, po czym dodał:

„Teraz widzimy, że chcieli, żeby Mladić umarł za kratami”.

Zapowiedział również, że jeśli rodzina zechce pochować Mladića w Serbii, państwo pomoże zorganizować „godny i przyzwoity” pogrzeb. Serbia wysłała też ludzi do Hagi, żeby pomóc rodzinie przy transporcie ciała.

 A w Republice Serbskiej w Bośni - jeszcze gorzej. Tam reakcja jest znacznie mocniejsza niż w samej Serbii. Tam właściwie można mówić o półoficjalnym/państwowym kulcie Mladića jako obrońcy i współtwórcy RS.

Prezydent RS Siniša Karan, czyli formalnie najwyższy przedstawiciel Republiki, powiedział, że przyjął śmierć Mladića „z głębokim smutkiem” i określił go jako „jedną z najważniejszych postaci wojskowych narodu serbskiego w przełomowym czasie, kiedy Republika Srpska była tworzona i broniona”. Państwowa RTRS zebrała reakcje pod jeszcze mocniejszym nagłówkiem: „Odszedł człowiek, bez którego nie byłoby Republiki Serbskiej i wolności”.

Milorad Dodik poszedł jeszcze dalej. Powiedział, że „Republika Srpska pozostaje wierna temu, kim był Ratko Mladić. Republika Srpska nie zapomni jego roli”.

Nazwę VRS określił jako „honorową armię”, Mladića jako jej dowódcę „w walce o wolność narodu serbskiego”, a odpowiedzialność Mladića za zbrodnie przedstawił jako element narracji narzuconej przez Hagę. Co więcej, zgodził się z określeniem, że Mladić został „zabity w Hadze”.

Tego samego dnia odbył się w soborze Chrystusa Zbawiciela w Banja Luce oficjalny pomen. Przyszli na niego Dodik, minister spraw wewnętrznych RS Željko Budimir, minister ds. kombatantów Radan Ostojić i szef organizacji weteranów VRS. Ministrowie razem z Dodikiem zapalali świece za Mladića.

Minister Radan Ostojić oficjalnie wezwał weteranów, inwalidów wojennych, rodziny poległych i obywateli RS, żeby przyszli na place, pod pomniki i do cerkwi i zapalili świecę Mladićowi. Czyli nie była to tylko spontaniczna żałoba społeczna — władze RS aktywnie organizowały jej publiczną formę.

Staša Košarac, polityk SNSD i minister w rządzie centralnym BiH:

„Generał Mladić był, jest i pozostanie moim dowódcą”.

Nazwał go patriotą i człowiekiem, który w najtrudniejszych czasach dawał narodowi „siłę i otuchę”. Przewodniczący parlamentu RS Nenad Stevandić oskarżył Hagę o przyspieszenie śmierci Mladića przez odmowę wypuszczenia go na leczenie.

I dochodzi do tego reakcja społeczna. Na meczu Boraca Banja Luka po ogłoszeniu śmierci Mladića stadion zareagował głośnymi oklaskami, śpiewano pieśń na jego cześć, a Lešinari rozwinęli transparent określający go jako „największego obrońcę narodu serbskiego”. Dodik później opublikował zdjęcie tego transparentu i pogratulował kibicom.

x.com/ZiemowitSzcze11


"Za to wytchnienie świat może podziękować Chinom" - oznajmił czytelnikom 13 sierpnia "The Economist". Brytyjski tygodnik przyjrzał się bliżej temu, co od początku blokady cieśniny Ormuz zaskakuje nawet specjalistów od lat zajmujących się branżą naftową.

"Wielką niespodzianką ekonomiczną wojny z Iranem stał się fakt, że ceny ropy pozostały względnie niskie, pomimo niemal całkowitego zamknięcia cieśniny Ormuz. Pięć miesięcy po rozpoczęciu wojny cena ropy Brent pozostaje o około 40 dolarów niższa od dziennego maksimum, które osiągnęła 30 kwietnia - 126 dolarów za baryłkę" - zauważano.

Gdy w 1973 r. kraje arabskie ogłosiły embargo na eksport ropy do państw wspierających Izrael, cena jednej baryłki w pół roku wzrosła o ponad 300 proc.

Podczas drugiego kryzysu naftowego w 1979 r., po tym jak Iran zablokował sprzedaż paliw do Stanów Zjednoczonych i innych krajów uznanych za wrogie rewolucji islamskiej, wywindował cenę ropy o ok. 180 proc.

Obecnie maksymalny skok ceny w porównaniu z okresem sprzed blokady Ormuz wyniósł we wspominanym przez "The Economist" kwietniu ok. 55 proc. W sierpniu ropa Brent była droższa już tylko o ok. 20 proc. w porównaniu z miesiącami poprzedzającymi atak USA i Izraela na Iran.

Sukces ten długo przypisywano Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA), która w marcu 2026 r. ogłosiła, że jej kraje członkowskie: "przeprowadzą największe w historii uwolnienie zapasów ropy naftowej w związku z zakłóceniami na rynku spowodowanymi konfliktem na Bliskim Wschodzie".

Wedle doniesienia agencji Reutera z poniedziałku: "Do lipca uwolniono około 290 milionów baryłek - co odpowiada mniej więcej pięciu tygodniom dostaw ośmiu milionów baryłek dziennie z Bliskiego Wschodu".

Trzy dni później ta sama agencja przedstawiła wyliczenie, o ile swą konsumpcję zredukowało Państwo Środka, w czasie gdy IEA pompowała ropę z rezerw strategicznych (głównie amerykańskich) na światowy rynek.

Otóż Chiny kupiły o 400 mln baryłek mniej niż w analogicznym okresie 2025 r. Dzięki temu, choć trwa batalia o panowanie nad cieśniną Ormuz, a ukraińskie drony redukują rosyjski eksport paliw, światowy rynek nie wywrócił się do góry nogami z powodu ich trwałego deficytu.

"W rezultacie kierowcy i importerzy ropy nie znaleźli się jeszcze w poważnych tarapatach. I - choć trudno w to uwierzyć - Iran miał mniejszy wpływ na prezydenta Donalda Trumpa, niż mógłby mieć" - trywializował 13 sierpnia "The Economist".

(...)

"Wszystko zaczęło się w kwietniu. W tym miesiącu chiński import nie tylko spadł o 20 proc. rok do roku (o 2,3 mln baryłek dziennie), ale także nieznacznie zwiększyły się zapasy ropy. Co więcej, chińskie rafinerie odsprzedawały ładunki ropy z Afryki Zachodniej zamiast ją importować" - opisują, zajmujące się od lat Państwem Środka analityczki z Oksfordu: dr Michal Meidan i dr Erica Downs.

Chińskie Narodowe Biuro Statystyczne po raz ostatni opublikowało informacje na temat swoich strategicznych rezerw ropy oraz wewnętrznego zapotrzebowania na nią w połowie 2017 r. Od tego czasu jest to wiedza ściśle tajna. To, jakie są zapasy paliw, ich konsumpcja czy wysokość zakupów, zachodni analitycy szacują na podstawie danych pośrednich, obserwując przede wszystkim zawierane przez chińskie rafinerie kontrakty.

(...)

Przez dekady ceny paliw dyktowały kraje OPEC, solidarnie decydując, czy zwiększają, czy też redukują wydobycie. Od pół roku robi to Pekin, bo może wybierać opcje: kupujemy albo nie kupujemy.

(...)

Analityczki Oxford Institute for Energy Studies stawiają tezę, że Pekin zredukował na tak długo zakupy, posługując się dwoma narzędziami. Pierwszym są olbrzymie rezerwy ropy, gromadzone przez lata na taką okazję. Szacuje się je na od 1,2 do około 1,4 miliarda baryłek. Choć nikt głowy za prawdziwość tych wyliczeń nie da. Rezerwy sukcesywnie trafiają obecnie do chińskich rafinerii. Ale jednocześnie zmuszono Chińczyków do sporej redukcji konsumpcji wewnętrznej - i to jest narzędzie numer dwa.

"Chociaż zużycie benzyny w Chinach spada strukturalnie z powodu nasycania rynku pojazdami elektrycznymi, wysokie ceny na stacjach benzynowych prawdopodobnie dodatkowo zniechęcały do jazdy samochodem. Anegdotyczne doniesienia wskazują na wzrost liczby taksówek i wynajmu pojazdów elektrycznych, ponieważ konsumenci uznali, że korzystanie z taksówek lub przejazdów współdzielonych jest tańsze niż płacenie za benzynę" - piszą dr Meidan i dr Downs. Ostrzegając, że Państwo Środka może w pewnym momencie nie być już zdolne do dalszego ograniczania zagranicznych zakupów. Acz nie potrafią podać nawet przybliżonej daty, kiedy ta chwila nadejdzie.

Z kolei analitycy Reutersa uważają, że spadek chińskich zakupów jest trwały i wynika z transformacji energetycznej, jaka zaszła w Państwie Środka. Jako jej główny element wskazują masową elektryfikację transportu drogowego. Dlatego też od pół roku chińskie rafinerie produkują mniej benzyny i oleju napędowego, ponieważ popyt na nie spada.

(...)

Nieco inaczej sprawę widzi indyjski portal informacyjno-publicystyczny "Firstpost". W analizie opublikowanej 11 sierpnia postawiono tezę, że to, co robi Pekin, nie jest niczym nadzwyczajnym. Po prostu Chiny od lat trzymają się strategii, że dużych zakupów ropy dokonują, kiedy ta jest tania, a redukują je w okresach drożyzny, dbając o posiadanie gigantycznych rezerw.

"Chiny mogą sobie pozwolić na tymczasowe wycofanie się z rynków międzynarodowych, ponieważ mają zapasy baryłek. Indie natomiast pozostają silnie uzależnione od ciągłego przepływu tankowców z ropą" - podkreśla "Firstpost". Jednak wizja, że Pekin może sobie robić, co chce, bez oglądania się na resztę świata, ponieważ jest już tak potężny, również nie przekonuje do końca.

Zatem pora sformułować konkurencyjną hipotezę. Mianowicie Państwo Środka musiało ograniczyć zakupy, ponosząc tego koszty, ponieważ po krachu na rynku nieruchomości od pięciu lat głównym kołem zamachowym chińskiej gospodarki jest eksport wyrobów przemysłowych. Przy ich nadprodukcji, całkowitym nasyceniu rynku wewnętrznego i trwającej na nim wojnie cenowej jednym, co chroni chiński przemysł przed załamaniem, jest stały wzrost eksportu.

Zbyt wysokie ceny ropy grożą światową recesją oraz inflacją. A nawet trumpowskie cła są błahostką w porównaniu z momentem, gdy odczuwający recesję zachodni konsumenci przestają konsumować. Zatem Pekin musi ratować skórę Zachodowi, bo inaczej sam pogrąży się w ekonomicznym kryzysie. Acz to też tylko teoria, próbująca przeniknąć chiński mur milczenia. /I mur zdrowego rozsądku? Teza mocno wydumana - red./

interia.pl


W Waszyngtonie rozpoczął się etap, który na rynkach znamy jako masowa realizacja zysków i ewakuacja przed krachem.

Fala rezygnacji w Białym Domu przed wyborami do Kongresu przyspiesza. Odeszli kluczowi zaufani ludzie tj. rzeczniczka K. Leavitt, główny prawnik D. Warrington, dyrektor ds. relacji z Kongresem J. Braid oraz wiceszef doradców ds. bezpieczeństwa A.Baker. 

Mianowanie W. Scharfa na nowego radcę Białego Domu jasno pokazuje priorytety to przygotowanie bunkra prawnego na lawinę wezwań do sądu i komisji śledczych po niemal pewnej utracie większości w Kongresie. 

Pula chętnych do wejścia na tonący pokład jest już właściwie zerowa. Kryterium ślepej lojalności odstrasza ekspertów, a perspektywa statusu "lame duck" i paraliżu legislacyjnego paraliżuje administrację.

Do tego gdy główny sojusznik medialny Tucker Carlson i czołowy głos elektoratu Trumpa wzywa do jego natychmiastowego usunięcia z urzędu, to wiesz, że sprawy wymknęły się spod kontroli.

Kiedy zaplecze polityczne ucieka, a prezydent z rekordowo niskim poparciem zostaje sam z garstką najwierniejszych potakiwaczy, nieprzewidywalność decyzji w polityce zagranicznej staje się dla rynków najwyższym ryzykiem ogona.

x.com/Maciej__Czajka

sobota, 29 sierpnia 2026



19 sierpnia Narodowe Biuro Antykorupcyjne Ukrainy (NABU) ujawniło szczegóły operacji „Forrest Gump", dotyczącej podejrzeń o korupcję na najwyższych szczeblach ukraińskiej władzy. Jedną z podejrzanych została zastępczyni szefa Biura Prezydenta Ukrainy (BPU) Iryna Mudra, pracująca przy ul. Bankowej jeszcze od czasów „wiceprezydenta" Andrija Jermaka. Według śledczych grupa miała przejąć kontrolę nad znacjonalizowanym po wybuchu wojny Sense Bankiem i wykorzystywać go do prywatnych interesów, m.in. do organizacji kaucji za byłego ministra energetyki Hermana Hałuszczenkę, podejrzanego w ramach operacji „Midas".

Opublikowane przez NABU nagrania rozmów Mudrej wywołały dodatkowe kontrowersje. Mówiła ona o konieczności obsadzenia NABU, Specjalnej Prokuratury Antykorupcyjnej (SAP) i innych instytucji „swoimi ludźmi" oraz o potrzebie „kontrolowania korupcji zamiast jej zwalczania". Sprawa natychmiast nabrała wymiaru politycznego, ponieważ w materiałach śledztwa pojawia się również nieujawniony z nazwiska urzędnik Biura Prezydenta, określany jako „Kyryło Ołeksijowycz". Nietrudno powiązać tę osobę z byłym szefem ukraińskiego wywiadu wojskowego HUR, który od stycznia stoi na czele Biura Prezydenta.

Po ujawnieniu tych informacji zarówno prezydent Wołodymyr Zełenski, jak i sam gen. Kyryło Budanow odnieśli się do sprawy Mudrej. Zełenski stwierdził, że informacje przedstawione przez śledczych były wystarczające, by niezwłocznie ją zdymisjonować. Podkreślił też, że wobec niego samego organy antykorupcyjne nie mają żadnych zarzutów. Budanow przyznał natomiast, że po wszczęciu sprawy kontaktował się z Mudrą, tłumacząc, że „nie odwraca się od ludzi" przed ostatecznym rozstrzygnięciem sądu.

– Niech sąd rozstrzygnie, kto i gdzie się pojawia. U nas, wiecie, wiele rzeczy się pojawia w różnych miejscach – powiedział Budanow w komentarzu dla portalu Hromadske.

Cały proceder, z grubsza rzecz biorąc, dotyczy zawodowych polityków, osób pozostających u władzy od 2019 r. Można by pominąć rozważania na temat tego, że Zełenski, dochodząc do władzy na białym koniu po miażdżącym zwycięstwie nad Petrem Poroszenką, przynosił na sztandarach „nową jakość" w polityce i obiecywał ostateczną likwidację korupcji. Tyle że nie – nie pomijajmy tego. Spojrzenie na program wyborczy Zełenskiego z 2019 r. z perspektywy 2026 r. mimowolnie każe sądzić, że Ukraina żyje w politycznym Matriksie.

Kilka przykładów. „Nie walka z korupcją, lecz zwycięstwo nad nią". „Nie kradnij!" – podstawowe przykazanie w walce z korupcją. I dalej: „Zero tolerancji dla korupcji na wszystkich szczeblach. Podejrzany o korupcję nie wyjdzie za kaucją". Tak brzmiała obietnica.

Siedem lat później dawny przyjaciel Zełenskiego, Tymur Mindicz, staje się jednym z najważniejszych szarych eminencji ukraińskiej polityki, rozgrywającym „pieniężne potoki", a po ucieczce do Izraela kontynuuje organizowanie pieniędzy na kaucje dla swoich popleczników. Nie jakimiś ukrytymi kanałami, lecz przez samo serce ukraińskiego systemu władzy – Biuro Prezydenta Ukrainy.

Wydaje się, że gdyby nie wojna i nasilające się rosyjskie ostrzały, w tym ataki balistyczne, przed którymi Ukraina pozostaje w dużej mierze bezbronna, z dużą dozą prawdopodobieństwa można by zakładać, że bylibyśmy świadkami trzeciego Majdanu. O ile dwa poprzednie koncentrowały się przede wszystkim wokół geopolitycznego wyboru Ukrainy, co ostatecznie skłoniło Władimira Putina do rozpoczęcia pełnowymiarowej inwazji, dziś ten wybór jest już rozstrzygnięty. Ukraina jest jednoznacznie zwrócona na Zachód, a członkostwo w UE i NATO nie stanowi już przedmiotu sporu o podstawowy kierunek polityki zagranicznej.

Tymczasem całkowicie nadrzędnym tematem życia politycznego staje się korupcja. Jakby mało było obserwacji i prywatnych rozmów, potwierdzają to sondaże. W badaniu SOCIS przeprowadzonym na przełomie lipca i sierpnia 49,3 proc. Ukraińców wskazało wysoki poziom korupcji na szczeblu państwowym jako czynnik najbardziej negatywnie wpływający na sytuację w kraju. To więcej niż odsetek wskazujących na nieustanne rosyjskie ataki dronowe i rakietowe na infrastrukturę – 44,6 proc. Jeszcze bardziej wymowna jest odpowiedź na pytanie o największe błędy obecnej władzy: 60,2 proc. badanych wskazało na utrzymywanie wysokiego poziomu korupcji i rozkradanie środków budżetowych. W praktyce oznacza to, że korupcja staje się głównym filtrem, przez który społeczeństwo ocenia państwo i jego przywódców.

Podstawowym źródłem nadziei na powojenną poprawę – z zastrzeżeniem, że wojna trwa i trwać będzie, a na horyzoncie widać przede wszystkim dalszą eskalację i internacjonalizację tego konfliktu – są zasoby ludzkie. Te dziś w Ukrainie koncentrują się przede wszystkim w środowisku wojskowym i okołowojskowym. To liczni dowódcy, jak choćby gen. Denys Prokopenko, bohater Mariupola, czy gen. Andrij Biłecki, który, nota bene, należy do jawnie prawicowej, nacjonalistycznej części sceny politycznej. To również rzesze wolontariuszy, jak Taras Czmut, szef największej fundacji wspierającej wojsko „Wróć Żywy", czy niegdysiejszy showman Serhij Prytuła, dziś zajmujący się zakupem dronów. Albo Robert Browdi „Madziar", dowódca ukraińskich wojsk dronowych, pełen charyzmy i leksykonu czasów wojny.

Czołowym przedstawicielem, czy wręcz ucieleśnieniem idei, że skoro zasłużyłeś się na “wojnie ojczyźnianej” – a bez wątpienia Ukraina z takową się mierzy – to możesz zmienić państwo na lepsze od środka, jest gen. Kyryło Budanow. Człowiek z frontu, walczący z Rosją od czasów pierwszej agresji, biorący bezpośredni udział w udanej kontrofensywie charkowskiej jesienią 2022 r., odpowiadający za bezprecedensowe operacje specjalne. Innymi słowy – idealna postać do tego, by architekturę skuteczności z poziomu operacyjnego przenieść na poziom polityczny.

Bomba, jaką jest – na razie rzekome, choć potwierdzone co najmniej przez dwa źródła – pojawienie się Budanowa na taśmach Mudrej niesie ze sobą szereg poważnych zagrożeń nie tylko natury politycznej, ale przede wszystkim społecznej. Mitem, który mógłby runąć, byłoby przekonanie, że „jeszcze nowsza jakość", czyli warstwa nowej elity wyrosłej na wojennym i obronnym wysiłku państwa, zamiast zmieniać i modernizować Ukrainę oraz wykorzeniać głęboko zakorzenioną korupcję jako czynnik systemowy, sama zaczyna reprodukować stare mechanizmy.

Prowadziłoby to do pytania natury filozoficznej: „O co właściwie walczymy?". Część społeczeństwa odpowie, że za to, by przestano nas codziennie ostrzeliwać, inni – za sprawiedliwość i obronę swoich bliskich. Jeszcze inni mogą powiedzieć: po to, by „zabić smoka i nie stać się smokiem". Za tym powiedzeniem kryje się głęboki sens tej wojny. Ukraina, a przynajmniej znacząca jej część, wydaje się walczyć nie tylko o przetrwanie państwa, lecz także o odrzucenie postsowieckiego modelu i jego spuścizny na rzecz przejrzystości, odpowiedzialności i odbudowy zaufania obywateli do instytucji publicznych.

centrumeuropy.pl


Zanim pójdę spać, przygotowuję drugie łóżko — moje "łóżko na wypadek alarmu powietrznego".

Kiedy za moimi oknami rozbrzmiewa chór syren zwiastujących rosyjski atak i wyrywa mnie ze snu, jestem przyzwyczajona do tego, by zerwać się z łóżka i pobiec do przedpokoju, gdzie czeka na mnie drugie łóżko. Tam zazwyczaj próbuję zasnąć i czekam, aż atak dobiegnie końca nad ranem.

Jednak w ciągu ostatnich dwóch dni alarmy nie kończyły się o wschodzie słońca. Rozbrzmiewały przez cały dzień i następną noc. To wyczerpujące wycie, któremu towarzyszą wybuchy i świadomość, że twoje życie jest nieustannie zagrożone.

Od czwartkowej nocy Kijów przetrwał ponad 20 alarmów powietrznych. Niektóre trwały godzinę, inne — do 10 min.

Rzeczywiście, każdy alarm — podczas gdy Rosja nieustannie niszczy miliony książek, magazynów żywności i fabryk alkoholi — oznacza również, że wszystko musi się zatrzymać, dopóki nie usłyszymy słów: "alarm powietrzny został odwołany". Dziesiątki pociągów mają opóźnienia, a firmy zamykają się i czekają, tracąc klientów i pieniądze.

Ale "ocaleni muszą i tak iść do pracy", jak lubimy gorzko żartować. Od ludzi nadal oczekuje się dojazdów do pracy, mimo że kijowskie metro przestało kursować między lewym a prawym brzegiem Dniepru. Pozbawieni snu cywile muszą godzinami chodzić pieszo, tłoczyć się w autobusach lub tkwić w korkach na mostach, tylko po to, by dostać się do pracy i wrócić do domu. Chaos komunikacyjny na powierzchni oznacza jeszcze większe niebezpieczeństwo dla ludzi, którzy tkwią w dużych grupach w całym mieście.

Jednak nasza gospodarka wojenna, na której musimy coraz bardziej polegać ze względu na spowolnienie pomocy zagranicznej, nie może sobie pozwolić na zatrzymanie się.

(...)

— Myślicie, że wzywamy do jakichś okrucieństw, podczas gdy naszym celem jest zdemoralizowanie społeczeństwa do tego stopnia, by wyszło z podniesionymi łapami na spotkanie z naszymi oddziałami — powiedział w tym tygodniu wiceprzewodniczący rosyjskiej Dumy Państwowej Piotr Tołstoj /potomek słynnego pisarza Lwa Tołstoja - red./.

(...)

Jeśli chodzi o "podniesione ręce" — jedynym powodem, by je podnieść, jest pokazanie Tołstojowi i jego kolegom-zbrodniarzom wojennym środkowego palca — odparł rzecznik ukraińskiego ministerstwa spraw zagranicznych Heorhij Tychyj.

(...)

Negocjacje pokojowe utknęły w martwym punkcie. Obie strony przeszły do taktyki wojny totalnej w zakresie, na jaki pozwalają ich możliwości. Podczas gdy Ukraina rozszerzyła obecnie swoje cele z magazynów ropy i fabryk zbrojeniowych na bombardowanie hurtowni detalicznych i obiektów energetycznych, Rosja rozpoczęła maksymalną eskalację, atakując budynki mieszkalne, placówki pocztowe, przedsiębiorstwa, magazyny książek i żywności — a lista ta obejmuje jedynie ostatnie kilka dni.

(...)

Wicepremier Ukrainy Denys Szmyhal najlepiej opisał tę sytuację, rozmawiając ze mną o atakach na system energetyczny w zeszłym miesiącu. — To jak 12. runda, w której każdy bokser ma nadzieję, że jego rywal upadnie pierwszy — powiedział.

(...)

Ukraiński analityk wojskowy Mykoła Bielieskow nazwał to "wzajemnym spychaniem się do epoki kamienia łupanego, z nadzieją, że uda się to zrobić, zanim zrobi to strona przeciwna".

Podczas gdy nasi żołnierze powstrzymują armię rosyjską na linii frontu, to właśnie zwykli Ukraińcy — dzięki naszej sile psychicznej, zdolności do przetrwania kolejnego ataku rakietowego oraz umiejętności dostosowania się i kontynuowania pracy, by utrzymać gospodarkę na nogach bez względu na wszystko — ostatecznie zadecydują o wyniku tej wojny — mówi Wyszlinski /dyrektor wykonawczy think tanku Centrum Strategii Gospodarczej z siedzibą w Kijowie - red./.

— Jak powiedział pan Tołstoj, jest to taktyka celowego wyczerpywania ludności cywilnej, zmuszająca tyły do zaakceptowania niekorzystnego dla państwa wyniku wojny — dodaje.

onet.pl\Politico


Rosyjskie służby rekrutują do takich operacji członków lokalnych grup przestępczych - dowiedział się „The Telegraph”. Za pośrednictwem komunikatorów, takich jak Telegram, pośrednicy przekazują im zadania, za które otrzymują zapłatę w kryptowalutach.

W ostatnim czasie Łotwa zatrzymała trzech swoich obywateli podejrzanych o podpalenie w Estonii budynku należącego do firmy Milrem Robotics z Tallina, produkującej m.in. systemy bezzałogowe dla Ukrainy. Do pożaru doszło w nocy z 14 na 15 sierpnia. Premier Estonii Kristen Michal poinformował, że śledczy badają, czy pożar był wynikiem sabotażu oraz czy mogła stać za nim Rosja.

Pożar wpisuje się w serię podejrzanych lub potwierdzonych aktów sabotażu wymierzonych w łańcuchy dostaw uzbrojenia dla Ukrainy w państwach NATO. Wcześniej w tym roku niemal doszczętnie spłonęła czeska fabryka produkująca drony i sprzęt termowizyjny dla Ukrainy. W śledztwie dotyczącym możliwego udziału Rosji zatrzymano cztery osoby.

10 sierpnia doszło do silnego wybuchu w zakładzie bułgarskiego koncernu EMKO, jednego z największych prywatnych producentów broni w kraju, wytwarzającego dla Ukrainy pociski artyleryjskie kalibru 155 mm. Trzy dni później wybuch nastąpił w zakładzie KNDS Ammo Italy w Colleferro pod Rzymem.

PAP

piątek, 28 sierpnia 2026



W USA oficjalnie mamy już dwie, całkowicie odizolowane gospodarki. 

Postępujący proces rosnącej przewagi kapitału nad pracą prowadzi w kierunku skrajnego hiperkapitalizmu i wszechobecnej automatyzacji. 

To samonapędzająca się pętla sprzężenia zwrotnego gdzie kapitał nie musi już iść na kompromisy, bo każdą próbę wymuszenia wyższych płac gasi nowym modelem AI i cięciem etatów.

Jednocześnie rząd USA działa dziś jak potężny fundusz hedgingowy, lewarując wybrane sektory technologiczne i przejmując ich ryzyko (np. przez CHIPS Act).

Ustawy takie jak CHIPS and Science Act czy Inflation Reduction Act to de facto potężne transfery publicznego kapitału do prywatnych bilansów. Rząd gwarantuje popyt i pokrywa koszty badawczo-rozwojowe (CAPEX), podczas gdy wyśrubowane marże trafiają bezpośrednio do akcjonariuszy. Typowy mechanizm jednoczesnej prywatyzacji zysków i nacjonalizacji ryzyka. 

Skrajne rozwarstwienie i postępująca automatyzacja grożą niekontrolowanym rozszerzeniem luki popytowej.

x.com/Maciej__Czajka


Bloomberg poinformował 28 sierpnia, powołując się na źródła poufne, że rosyjski minister finansów Anton Siluanow ostrzegł w kwietniu 2026 r. premiera Rosji Michaiła Miszustina przed ujemnym saldem budżetowym na rachunku budżetowym rosyjskiego skarbu federalnego, co spowodowało natychmiastowe ograniczenia wydatków. Według doniesień w kwietniu 2026 r. na rosyjskim rachunku budżetowym Skarbu Federalnego wystąpił niedobór w wysokości 5,5 biliona rubli (około $63,8 miliarda), co spowodowało tymczasowy problem operacyjny władz rosyjskich. Bloomberg poinformował, że w kwietniu 2026 r. władze wprowadziły środki oszczędnościowe, które wymagały 35-procentowych cięć w finansowaniu wydatków innych niż na wysiłek wojenny oraz że rząd rosyjski polecił agencjom federalnym przygotowanie się do 15-procentowej redukcji personelu. Bloomberg informował już wcześniej, że władze rosyjskie bezskutecznie zwracały się do prezydenta Rosji Władimira Putina o ograniczenie wydatków na obronę w obliczu narastającego kryzysu budżetowego Rosji.

understandingwar.org


Ponad 113 tys. Rosjan opuściło swój kraj w ubiegłym tygodniu przez przejście graniczne z Gruzją w Górnym Larsie w obawie przed nową falą mobilizacji - podało w piątek 28 sierpnia Politico. Nagły wzrost ruchu na południowej granicy Rosji przypomina wydarzenia z września 2022 roku, kiedy ogłoszenie tzw. częściowej mobilizacji wywołało masową ucieczkę z kraju. Powodem obecnej paniki są doniesienia ukraińskiego wywiadu o planowanym powołaniu w Rosji nawet kilkuset tysięcy ludzi, a także coraz agresywniejsze metody werbunku stosowane przez rosyjskie władze.

Prawnicy i obrońcy praw człowieka zwracają uwagę, że od wiosny rosyjskie komendy uzupełnień na masową skalę gromadzą dane osobowe rezerwistów, głównie mężczyzn do 55. roku życia. - Zbierają nawet adresy krewnych, co ma ułatwić tropienie. Obserwujemy przygotowania do szybszego i bardziej dyskretnego poboru. Po prostu pod zakład produkcyjny podjedzie kilkanaście autobusów, a wyznaczeni z listy pracownicy zostaną zabrani bezpośrednio z miejsc pracy - wyjaśnił Aleksiej Tabałow, założyciel organizacji praw człowieka School of the Conscript.

Mobilizację ma usprawnić wdrożony system cyfrowych wezwań wojskowych. W przeciwieństwie do 2022 roku, gdy wymagany był podpis pod papierowym dokumentem, elektroniczne wezwanie uznaje się za doręczone z chwilą opublikowania go w sieci. Automatycznie uruchamia ono zakaz opuszczania kraju i powiadamia służby graniczne. Ponadto Federalna Służba Wojsk Gwardii Narodowej Rosji (Rosgwardia) otrzymała dodatkowe uprawnienia do tłumienia ewentualnych protestów i ochrony procesów mobilizacyjnych.

Eksperci wskazują, że przywódca Rosji Władimir Putin próbuje za wszelką cenę uniknąć oficjalnego ogłoszenia poboru, by nie musieć przyznawać się do porażki i wysokich strat na froncie, które po raz pierwszy przewyższyły liczbę docierających na front ochotników. Kampanie werbunkowe prowadzone wśród studentów do jednostek dronowych zakończyły się jednak klęską - z planowanych 80 tys. osób udało się pozyskać zaledwie około 10 proc. Z kolei agresywne naloty służb na mężczyzn w uboższych regionach Rosji, np. w mieście Penza, doprowadziły do powstawania lokalnych grup samoobrony.

Sygnały o obawach Rosjan przed mobilizacją docierają również z rynku nieruchomości w Gruzji oraz Armenii. Niezależny rosyjski portal Ważnyje Istorii poinformował, że w połowie sierpnia popyt na długoterminowy wynajem mieszkań w tych krajach wzrósł o 20-35 proc. w porównaniu z rokiem ubiegłym. 

gazeta.pl\PAP