środa, 22 kwietnia 2026



Torpeda "wbiła się w sam środek maszynowni" — prezydent USA Donald Trump ogłosił tę wiadomość jako wielki sukces. Amerykańska marynarka wojenna przejęła statek towarowy pływający pod irańską banderą po tym, jak wysadziła jego maszynownię, gdy próbował przełamać blokadę cieśniny Ormuz. Niszczyciel USS Spruance przechwycił irański tankowiec Touska w Zatoce Omańskiej i zatrzymał go po tym, jak ten odmówił zastosowania się do wezwań do zatrzymania się, o czym poinformował sam prezydent w niedzielę wieczorem na Truth Social.

Ostatnia eskalacja w cieśninie Ormuz pokazuje, jak kruche jest uzgodnione zawieszenie broni w wojnie z Iranem i jak niestabilne pozostają rynki. Cena ropy w USA poszybowała w poniedziałek do 96 dol. (345 zł) za baryłkę po tym, jak rozeszła się wiadomość o ostrzelaniu (tankowca). Zaledwie kilka dni wcześniej dało się zauważyć chwilowe złagodzenie napięć. W środę, po ogłoszeniu przedłużenia dwutygodniowego rozejmu przez prezydenta Donalda Trumpa, znów są obserwowane spadki.

Niezależnie od tego, czy i jak wojna będzie się teraz toczyć, według prognozy Grupy Bankowej Australii i Nowej Zelandii (ANZ) ożywienie podaży do połowy 2026 r. będzie prawdopodobnie przebiegało powoli, niekompletnie i nierównomiernie. 

— Iran zdał sobie sprawę ze swojej siły i będzie ją nadal wykorzystywał — mówi Cyrus de la Rubia, główny ekonomista w Hamburg Commercial Bank (HCOB), w rozmowie z WELT-em. Nawet gdyby w najbliższym czasie osiągnięto "nie do końca dopracowane porozumienie" (we wtorek, kilka godzin przed wygaśnięciem dwutygodniowego zawieszenia broni prezydent Donald Trump obwieścił, że przedłuża je na nieokreślony czas, podobnie jak amerykańską blokadę cieśniny Ormuz. Nie wiadomo też, kiedy odbędzie się kolejna runda negocjacji zaplanowana pierwotnie na środę 22 kwietnia w Pakistanie), należy raczej spodziewać się "częściowego otwarcia" cieśniny Ormuz, a nie ruchu handlowego na poziomie sprzed kryzysu, "ponieważ wiele zakładów i rafinerii zostało uszkodzonych i zniszczonych" — twierdzi de la Rubia.

Prace naprawcze mogą trwać miesiące lub lata. — Nie zobaczymy tak szybko poziomu cen wynoszącego 65 dol. (233 zł) za baryłkę, jaki był przed wojną — mówi ekonomista. (...)

Dotychczasowe działania dyplomatyczne obu stron mające na celu zawarcie porozumienia pokojowego zakończyły się niepowodzeniem. Tymczasem w Białym Domu urzędnicy klepią się po plecach z uznaniem za "zdecydowaną blokadę morską USA", która jest "majstersztykiem amerykańskiego przywództwa" prezydenta Trumpa. W oficjalnym komunikacie prasowym napisano, że prezydent "zademonstrował taką siłę i potęgę, jakiej świat jeszcze nigdy nie widział".

(...)

W komunikacie Białego Domu czytamy konkretnie: "Do wczoraj 167 tankowców z ropą naftową podało jako cel USA, w tym 103 puste statki, które były w drodze do amerykańskich portów, aby tam załadować amerykańską ropę". Prawie połowa z nich może przewieźć około dwóch milionów baryłek. "Wiele z nich niedawno rozładowało się gdzie indziej i teraz kieruje się do Zatoki Meksykańskiej — w tym 20 pustych tankowców pod banderą europejską i 20 pod banderą azjatycką" — pisze Biały Dom.

A popyt na dużą skalę wydaje się zapewniony w dłuższej perspektywie. Obecnie produkcja ropy naftowej osiąga nowy rekord, wynoszący 13 mln 600 tys. baryłek na dobę. Również w przypadku gazu ziemnego Amerykanom idzie świetnie. Administracja Trumpa mówi o rekordowej wartości 118 mld 500 mln stóp sześc. dziennie (3 mld 355 mln m sześc.).

W 2027 r. też zostaną osiągnięte nowe rekordowe poziomy, co nie jest zaskoczeniem, biorąc pod uwagę konsekwentną realizację motta Trumpa, który na początku swojej kadencji ogłosił "Drill Baby, Drill" (ang. wierć, kochanie wierć). W 2025 r. w USA wydano prawie 6000 nowych zezwoleń na odwierty w celu wydobycia ropy, gazu i węgla, co stanowi wzrost o 55 proc. w porównaniu z ostatnim rokiem urzędowania Joego Bidena.

"Obecnie Stany Zjednoczone produkują więcej ropy niż Arabia Saudyjska i Rosja łącznie oraz więcej gazu ziemnego niż Rosja, Iran i Chiny łącznie" — głosi radosna wiadomość z Waszyngtonu. W ten sposób rola "niekwestionowanego światowego lidera energetycznego" zostanie jeszcze bardziej ugruntowana.

onet.pl\Die Welt


Trudniejsza jest sytuacja irańskiej gospodarki. Według najnowszego raportu Banku Światowego konflikt doprowadził już do recesji na poziomie 2,7 proc. Przy stopie inflacji przekraczającej 62 proc. import stał się niezwykle kosztowny, a Iran jest od niego uzależniony, jeśli chodzi o zapewnienie zaopatrzenia w żywność.

W związku z tym, że w wyniku sankcji rząd nie ma dostępu do części swoich zagranicznych aktywów, zapewnienie zaopatrzenia ludności może stać się jeszcze bardziej skomplikowane.

(...)

Jednak konsekwencje spowodowanego przez Teheran wstrzymania handlu ropą naftową mocno uderzają także w irańską gospodarkę. W rezultacie reżim nie może wywieźć nawet 2 mln baryłek dziennie. Magazyny na wyspie Chark, gdzie ładuje się ok. 90 proc. wysyłanej z Iranu ropy, muszą być na bieżąco rozładowywane, aby uniknąć uszkodzenia instalacji. Najwyraźniej właśnie dlatego irańska ropa jest obecnie pompowana na tankowce zakotwiczone na Chark, jak pokazuje analiza zdjęć satelitarnych przeprowadzona przez "Washington Post".

Jednak dopóki tankowce nie przedrą się przez blokadę USA i nie będą mogły dostarczyć ropy do klientów, na przykład w Indiach czy Chinach, kosztowny problem Iranu pozostaje jedynie odłożony w czasie. W końcu ostatni irański tankowiec też się zapełni. Ale to może jeszcze trochę potrwać.

Według danych organizacji pozarządowej United Against Nuclear Iran irańska flota tankowców ma łączną pojemność 350 mln baryłek. Nie jest jednak jasne, ile z tych tankowców może obecnie zacumować na wyspie Chark, a ile znajduje się poza linią amerykańskiej blokady.

onet.pl\Die Welt

wtorek, 21 kwietnia 2026


Zapasy złota w rezerwach Federacji Rosyjskiej na dzień 1 kwietnia 2026 r. zmniejszyły się o 0,7 mln uncji trojańskich (czyli ok. 22 tony złota) i wyniosły ok. 74 mln uncji trojańskich (ok. 2304 tony), z czego sam marzec przyniósł spadek o 0,2 mln uncji (ponad 6 ton) — poinformował w poniedziałek rosyjski bank centralny.

(...)

Moskiewska Giełda podała, że w marcu 2026 r. wolumen obrotu złotem na rynku metali szlachetnych wzrósł ponad 3,5-krotnie w porównaniu z marcem ubiegłego roku i sięgnął ponad 42 ton (ponad 28 ton w transakcjach swapowych oraz 14 ton w transakcjach spot).

(...)

Sprzedaż złota w celu finansowania deficytu budżetowego może być kontynuowana, biorąc pod uwagę gwałtowny wzrost wydatków państwowych względem poziomów zapisanych w budżecie. Tego rodzaju sprzedaż złota z rezerw przez Bank Rosji jest całkowicie zgodna z praktyką stosowaną przez inne banki centralne, zwłaszcza w krajach rozwijających się — cytuje Reuters główną analityczkę Freedom Finance Global Natalię Milczakową.

Od jesieni 2025 r. Bank Rosji prowadzi operacje kupna i sprzedaży złota na rynku krajowym, którego płynność wyraźnie wzrosła, odzwierciedlając podobne działania Ministerstwa Finansów dotyczące środków Funduszu Dobrobytu Narodowego.

Sprzedaż złota pozwala również bankowi centralnemu utrzymywać pożądany poziom dywersyfikacji walutowej rezerw o łącznej wartości niemal 775 mld dol. (ok. 2 bln 790 mld zł), w których udział złota znacząco wzrósł w ostatnich latach wskutek wzrostu jego ceny.

Rosja budowała swoje rezerwy złota głównie w latach 2002–2025, skupując ponad 1900 ton kruszcu. Największa część tych zakupów przypadła na lata 2008–2012 (nieco ponad 500 ton) oraz 2014–2019 (ponad 1200 ton). Od 2020 r. saldo netto zakupów złota przez Rosję wyniosło 55,4 tony — wskazuje analityk Finamu Nikołaj Dudczenko.

onet.pl\The Moscow Times


Rosja wielokrotnie deklarowała gotowość do przejęcia irańskiego wysoko wzbogaconego uranu (HEU) od czasu, gdy Stany Zjednoczone i Izrael po raz pierwszy rozpoczęły działania zbrojne przeciwko Islamskiej Republice zeszłego lata.

W piątek, gdy czas odliczał ostatnie chwile kruchego zawieszenia broni między USA a Iranem, rzecznik Kremla Dmitrij Pieskow oświadczył, że rosyjska propozycja "nie znajduje się obecnie na stole negocjacyjnym". Podkreślił jednak, że Moskwa nadal pozostaje otwarta na takie rozwiązanie, ale — jak stwierdził — Waszyngton "nie jest zainteresowany" tą ofertą.

Rzecznik irańskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych powiedział w poniedziałek, że Teheran nie omawiał kwestii przekazania swojego uranu podczas wcześniejszych rozmów z Waszyngtonem. Stało się to mimo tego, że prezydent USA Donald Trump stwierdził w piątek, iż Stany Zjednoczone będą współpracować z Iranem, aby odzyskać jego "nuklearny pył" i sprowadzić go z powrotem do USA.

(...)

Aleksiej Lichaczow, szef rosyjskiego państwowego koncernu atomowego Rosatom, powiedział w sobotę, że firma jest gotowa udzielić pomocy, określając Rosję jako "jedyny kraj posiadający pozytywne doświadczenia we współpracy z Iranem".

Zgodnie z propozycją Rosja miałaby przetransportować i przechować irańskie zapasy wzbogaconego uranu. Dmitrij Gorczakow, doradca ds. energetyki jądrowej w ekologicznej organizacji pozarządowej Bellona, powiedział "The Moscow Times", że takie zadanie całkowicie mieści się w możliwościach Moskwy.

Choć transport materiałów jądrowych w warunkach wojennych byłby dużym wyzwaniem, Gorczakow ocenił, że operacja jest wykonalna, zwracając uwagę, że wszystkie zaangażowane strony znają procedury zapobiegania incydentom i konfliktom podczas takich działań.

Jeśli dojdzie do tej umowy, MAEA na pewno będzie w nią zaangażowana. Leży to w interesie wszystkich stron: Iranu, Rosji i oczywiście Stanów Zjednoczonych — powiedział.

Gorczakow dodał, że sama ilość uranu nie stanowiłaby większego problemu logistycznego, pod warunkiem że materiał zachowałby właściwości umożliwiające jego dalsze wykorzystanie.

Stan irańskiego wysoko wzbogaconego uranu pozostaje niejasny.

Międzynarodowi obserwatorzy nie mieli dostępu do części obiektów w kraju od dziesięciu miesięcy, a zniszczenia spowodowane zeszłorocznymi atakami USA i Izraela mogą znacząco utrudnić ewentualną operację jego wywiezienia.

W praktyce oznaczałoby to prawdopodobnie konieczność przeprowadzenia zakrojonej na szeroką skalę akcji oczyszczania terenu.

To byłaby zapewne najbardziej skomplikowana operacja usuwania uranu w historii — powiedział "The Wall Street Journal" Andrew Weber, starszy ekspert Council on Strategic Risks i były urzędnik Pentagonu, który brał udział w podobnych operacjach w przeszłości.

Istnieje mnóstwo niewiadomych związanych z czerwcowymi atakami USA, wymaganiami logistycznymi, zagrożeniami bezpieczeństwa oraz napięciami w polityce zagranicznej — dodał.

Gorczakow ocenił, że zebranie materiału byłoby "trudnym zadaniem", podobnie jak ustalenie, jaka jego część została zniszczona podczas nalotów.
Jednocześnie zaznaczył, że problem nie jest nie do pokonania i można byłoby sobie z nim poradzić przy wsparciu MAEA oraz innych państw trzecich.

Główne pytanie brzmi, jak to zebrać i jak dokładnie ustalić ilość zniszczonego materiału — i to wszystko. To, co zrobić z nim później, nie jest już najważniejsze. Rozwiązania da się znaleźć — powiedział.

(...) amerykańscy urzędnicy wykluczyli możliwość wysłania irańskiego uranu do Rosji (...)

onet.pl\The Moscow Times


15 kwietnia Rosjanie przeprowadzili kolejny zmasowany atak powietrzny za dnia, który łącznie z dwoma atakami nocnymi trwał 37 godzin. Celami były infrastruktura energetyczna, przemysłowa i transportowa. Uszkodzono m.in. obiekty dwóch technicznych uczelni wyższych oraz zakłady Dniepropress w Dnieprze (odpowiednio 15 i 16 kwietnia), zakłady Motor Sicz w Zaporożu (nocą z 14 na 15 kwietnia), zakłady chemiczne i podstację 330 kV w Sumach (15 kwietnia), a także zakłady Kwazar i Majak w Kijowie oraz zakłady Mikron, infrastrukturę portową i kontenerowiec pod banderą Nauru w Odessie (16 kwietnia). Według ukraińskiego MSW zginęło 15 osób, a ponad 100 zostało rannych, jednak ze szczątkowych informacji z najbardziej poszkodowanych miast – Dniepru, Odessy i Kijowa – wynika, że tylko w nich zabitych zostało 20 osób. O zniszczeniach infrastruktury donoszono też z Białej Cerkwi, Charkowa, Czerkas, Czernihowa, Izmaiłu, Sum oraz obwodów mikołajowskiego i połtawskiego. W regionach tych doszło do uszkodzeń przede wszystkim infrastruktury energetycznej. Zgodnie z komunikatem ukraińskiego Dowództwa Sił Powietrznych (DSP) w ciągu wspomnianych 37 godzin agresor wykorzystał prawie 1000 dronów i 50 rakiet. Rzecznik ukraińskiej Marynarki Wojennej Dmytro Płetenczuk ocenił liczbę bezzałogowców użytych nocą z 15 na 16 kwietnia w ataku na Odessę jako rekordową. Obrońcy mieli ich unieszkodliwić 87.

Prowadzone przez Rosjan od początku 2026 r. ataki na infrastrukturę portową doprowadziły do dalszego zmniejszenia przeładunku towarów, o czym 20 kwietnia poinformowała Administracja Portów Morskich Ukrainy. W pierwszym kwartale 2026 r. wyniósł on 21 mln ton, podczas gdy w analogicznym okresie 2025 r. sięgnął 23 mln ton, a w 2024 r. – 27,8 mln ton. Od początku br. poszczególne porty mają być atakowane średnio co pięć dni. Uszkodzone zostały 193 instalacje portowe oraz 25 statków. Oprócz zmasowanego ataku w dniach 15–16 kwietnia infrastruktura portowa w rejonie Odessy zaatakowana została również w dwóch kolejnych dobach (poza wyżej wymienionymi celem był port Piwdennyj). Z kolei okres od 19 do 21 kwietnia był jedną z niewielu dłuższych pauz od początku 2026 r., gdy nie odnotowano nowych uderzeń.

(...)

18 kwietnia celem zmasowanego ataku był Krym, a w Sewastopolu trafione zostały rosyjskie okręty desantowe. W dniu ataku Służba Bezpieczeństwa Ukrainy (SBU) powiadomiła o trafieniu jednostek „Azow” i „Jamał” (projektu 775) oraz trzeciej niezidentyfikowanej, najprawdopodobniej kutra przeciwdywersyjnego „Graczonok”, a dzień później ukraiński wywiad wojskowy (HUR) o uszkodzeniu okrętów desantowych „Jamał” i „Nikołaj Filczenkow” (projektu 1171). Obie ukraińskie służby przypisały sukces podległym sobie jednostkom, odpowiednio Centrum Operacji Specjalnych „Alfa” i pododdziałowi specjalnemu „Prymary”. Z dostępnych informacji wynika, że okręty nie ucierpiały poważnie, niemniej atak był pierwszym od prawie dwóch lat, w którym doszło do trafienia dużego rosyjskiego okrętu w rejonie Krymu. Potwierdza on też, że baza w Sewastopolu wciąż jest wykorzystywana przez rosyjską flotę (okręty przechodzą tam głównie przeglądy i remonty). Najpoważniejszym skutkiem ataku na półwysep był pożar bazy paliwowej w Sewastopolu. SBU i HUR donosiły także o uszkodzeniu na półwyspie stacji radiolokacyjnych, a 20 kwietnia Sztab Generalny powiadomił o trafieniu bazy paliwowej w Hwardijśkem.

16 i 20 kwietnia ukraińskie drony uderzyły w rafinerię Rosniefti w Tuapse w Kraju Krasnodarskim, wywołując pożar zbiorników z paliwem (ponowny atak nastąpił po ugaszeniu pierwszego). 16 kwietnia doszło również do trafień w porcie, a część jednostek oczekujących na załadunek paliwa została przebazowana do Noworosyjska. 18 kwietnia zaatakowane zostały rafinerie w Nowokujbyszewsku i Syzraniu w obwodzie samarskim, baza paliwowa w Tichoriecku w Kraju Krasnodarskim oraz port Wysock w obwodzie leningradzkim (według ukraińskiego Sztabu Generalnego trafiony został tamtejszy terminal Łukoilu), a dzień później port Jejsk w Kraju Krasnodarskim. Na ich terenie wybuchły pożary, nie potwierdzono jednak znaczących zniszczeń, podobnie jak w przypadku ataku na zakłady chemiczne w Sterlitamaku w Baszkortostanie 15 kwietnia. Do pożaru i uszkodzenia hal fabrycznych doszło w produkujących bezzałogowce zakładach Atłant Aero w Taganrogu, w które ukraińskie drony uderzyły 19 kwietnia. 18 kwietnia w ataku na cele w Rosji i na terenach okupowanych Ukraińcy znów wykorzystali znaczną liczbę bezzałogowców – co najmniej 568 (taką liczbę zneutralizowanych podał resort obrony FR).

(...)

16 kwietnia Ministerstwo Obrony FR zagroziło „nieprzewidywalnymi konsekwencjami” państwom europejskim uczestniczącym w produkcji dronów dla Ukrainy. Oświadczenie odnosiło się do podpisanych w ostatnich tygodniach porozumień dotyczących współpracy europejskich i ukraińskich producentów bezzałogowców. Stwierdzono, że działania te prowadzą do „eskalacji sytuacji wojskowo-politycznej” i przekształcania tych państw w „strategiczne zaplecze Ukrainy”. Ministerstwo opublikowało również adresy i nazwy firm w 11 państwach europejskich, w tym w Polsce, a także w Turcji i Izraelu, które miały być zaangażowane w produkcję dronów lub ich komponentów dla Ukrainy. Oświadczenie, podparte pogróżkami ze strony wiceprzewodniczącego Rady Bezpieczeństwa FR Dmitrija Miedwiediewa, należy intepretować jako rosyjską operację informacyjną mającą powstrzymać państwa partnerskie Ukrainy przed kontynowaniem kooperacji przemysłów zbrojeniowych.

osw.waw.pl


Największą rolę w ograniczaniu generacji energii elektrycznej z węgla ma fotowoltaika. W 2025 r. nastąpił rekordowy wzrost produkcji energii ze słońca – o 636 TWh, czyli o 30 proc. w porównaniu z 2024 r. Według obliczeń analityków Ember to „najszybszy wzrost procentowy od ośmiu lat”. Oznacza to, że wykładnicze tempo wzrostu się utrzymuje. Od 2015 r., gdy ze słońca pochodziło 256 TWh energii elektrycznej, produkcja prądu ze słońca wzrosła ponad dziesięciokrotnie, podwajając się co około trzy lata. Ubiegłoroczny przyrost energii ze słońca (636 TWh) wystarczyłby, aby zastąpić energię elektryczną z gazu odpowiadającą całemu eksportowi LNG przez Cieśninę Ormuz w 2024 roku (550 TWh).

Zgodnie z szacunkami organizacji globalna produkcja energii ze źródeł słonecznych jest obecnie równa całkowitemu zapotrzebowaniu na energię elektryczną w 27 państwach członkowskich Unii Europejskiej. Głobalnym liderem w instalacji nowych mocy w energetyce słonecznej – a także wiatrowej – są Chiny. Pekin odpowiadał w ubiegłym roku za ponad połowę wzrostu zarówno mocy, jak i produkcji energii słonecznej.

W zeszłym roku po raz pierwszy w historii energetyka słoneczna wyprzedziła energetykę wiatrową na świecie i zbliżyła się do poziomu produkcji z atomu. Według prognoz w 2026 r. zarówno energetyka słoneczna, jak i wiatrowa wyprzedzą energetykę jądrową.

(...)

Wiatr i słońce wygrywają z paliwami kopalnymi również w Unii Europejskiej. Zgodnie z raportem Ember European Electricity Review w 2025 r. źródła wiatrowe i słoneczne po raz pierwszy w historii wytworzyły więcej energii elektrycznej niż paliwa kopalne w Unii Europejskiej. OZE dostarczają już niemal połowę energii w UE, a w większości państw członkowskich udział węgla w miksie energetycznym spadł poniżej 5 proc. – i wcale nie jest zastępowany gazem. Od 2020 r. średni udział paliw kopalnych w produkcji energii w państwach UE spadł z 37 proc. do 29 proc., podczas gdy udział słońca i wiatru wzrósł z 20 proc. do 30 proc.

Największy udział w tym sukcesie – podobnie jak na świecie – ma fotowoltaika. Udział źródeł słonecznych w produkcji energii elektrycznej w UE w 2025 r. wzrósł o ponad 20 proc. w porównaniu z rokiem 2024. W roku 2025 fotowoltaika osiągnęła rekordowy, 13 proc. udział w miksie energetycznym UE. W ten sposób tylko to jedno źródło energii odnawialnej przewyższyło produkcję z węgla na poziomie Unii Europejskiej. Był to trend widoczny w całej Unii Europejskiej – wszystkie państwa członkowskie odnotowały wzrost produkcji ze źródeł słonecznych w porównaniu z rokiem 2024 i we wszystkich wystąpił boom na fotowoltaikę.

W Polsce także maleje udział węgla w miksie elektroenergetycznym – w 2025 r. jego udział w produkcji energii elektrycznej spadł do historycznie niskiego poziomu 51 proc.

"Zdecydowanie wkroczyliśmy w erę czystego wzrostu. Czysta energia rozwija się dziś w takim tempie, że jest w stanie zaspokoić rosnące globalne zapotrzebowanie na elektryczność, utrzymując produkcję energii ze źródeł kopalnych na stałym poziomie poprzedzającym jej nieuchronny spadek. Rozmach, który obserwujemy, nie jest już tylko ambitnym celem – staje się namacalną rzeczywistością. (...) Czysta energia na nowo definiuje dziś pojęcie bezpieczeństwa energetycznego w niestabilnym świecie. Już teraz pomaga krajom ograniczać zależność od importu i kosztów paliw kopalnych, jednocześnie zaspokajając rosnące zapotrzebowanie na energię elektryczną. Kolejnym krokiem jest modernizacja sieci i ram regulacyjnych, tak by systemy energetyczne były gotowe na nową rzeczywistość." - Aditya Lolla, Dyrektor zarządzający, Ember, Raport „Globalny przegląd rynku energii elektrycznej 2026"

energetyka24.com


Izabela Albrycht, pełnomocniczka rektora AGH do spraw programu DIANA, zwraca z kolei uwagę, że "przewagę buduje się nie najsilniejszą armią, ale najszybszym systemem innowacji".

Innymi słowy, nowoczesne konflikty wygrywa się szybkością wdrażania technologii – powiedziała.

(...)

– Bardzo istotnym czynnikiem jest fakt, że współczesne pole walki obejmuje również infrastrukturę cywilną – powiedziała Albrycht. Transport wojskowy przykładowo zależy od cywilnych portów, lotnisk, dróg i kolei, a powodzenie operacji militarnych także od sieci energetycznych czy światłowodów. – To wszystko sprawia, że pole walki tak naprawdę rozciąga się na całe państwo, a zatem potrzebna jest budowa odporności państwa i społeczeństwa – podkreśliła.

Taka charakterystyka współczesnych konfliktów zdaniem Albrycht sprawia, że "trzeba inaczej podejść do tworzenia zdolności, które pozwalają nam osiągnąć zwycięstwo". Rozwiązaniem może być nowy model pozyskiwania technologii wojskowych, tym razem oparty na rozwiązaniach podwójnego, cywilnego i wojskowego zastosowania, czyli dual-use.

Według Albrycht mamy do czynienia z systemową zmianą dotyczącą rozwiązań dual-use. Do tej pory to technologie wojskowe zasilały rynek cywilny, czego przykładem jest nawigacja satelitarna – powstała na potrzeby wojska, dziś jest powszechnie wykorzystywana poza nim. – Teraz kierunek dyfuzji technologii się odwraca, czyli w dużej mierze to technologie komercyjne są adaptowane do celów obrony i bezpieczeństwa. Warto też zwrócić uwagę, że takie technologie mogą wrócić z powrotem do zastosowań cywilnych – podkreśliła. Na przykład w Ukrainie drony są coraz częściej wykorzystywane w rolnictwie czy transporcie.

Ekspertka zwraca uwagę, że takie procesy potrafią obniżyć koszt pozyskiwania innowacji przez wojsko. 

(...)

Przykładów firm, które zaczynały w cywilu, a potem trafiły do wojska, jest niemało. Palantir Technologie, który dostarcza analitykę armii Izraela i jesienią 2025 r. podpisał list intencyjny z polskim MON, zaczynał od rozwiązań dla sektora bankowego. ICEYE, polsko-fiński producent satelitów, również dla Wojska Polskiego, startował od rozwiązań, które monitorowałyby pokrywę lodową w Arktyce (ślad tego pozostał w nazwie firmy). Do wojska trafiła też firma Revobeam z Gdańska, która otrzymała wsparcie z programu DIANA i dziś oferuje kierunkowe anteny dla łączności, dzięki którym przeciwnikowi trudniej zatrudnić komunikację. Wcześniej miała na swoim koncie rozwiązania, które lokalizowały wózki na szpitalnym oddziale ratunkowym albo optymalizowały procesy logistyczne w porcie w Gdańsku. Z kolei duńska spółka Robotto, zanim zaczęła pracować dla sił zbrojnych, robiła oprogramowanie dla dronów, które dzięki sygnaturom cieplnym liczyły populację koali. – Dziś też liczą populację, ale nie powiem kogo i gdzie – śmieje się pułkownik Szymański.

Izabela Albrycht z AGH przypomina, że w pierwszych miesiącach po rosyjskiej inwazji to Ukraina miała przewagę wynikającą z szybkości adaptacji nowych technologii na potrzeby wojskowe. Z czasem jednak Rosja także się uczyła i dostosowywała do zmian.

Coraz częściej będziemy widzieć nowoczesne rozwiązania, które w sposób zwinny są wykorzystywane na polu walki. Musimy nasz system innowacji dostosować, żeby każdorazowo na te zmiany odpowiadać – powiedziała.

wnp.pl

poniedziałek, 20 kwietnia 2026



Do Stanów Zjednoczonych trafia więcej towarów z Chin, niż wskazują oficjalne dane, ale dywersyfikacja geograficzna eksportu jest faktem. Sprzedawcy i kupujący omijają podwyższone cła m.in. poprzez fałszowanie kraju pochodzenia produktu, przenoszenie montażu końcowego poza ChRL (np. do państw ASEAN czy Meksyku), zaniżanie deklarowanej ceny towaru, podwójne fakturowanie, zmienianie klasyfikacji celnej czy fasadowe podmioty pełniące rolę importera odpowiedzialnego za opłacenie cła. Nie oznacza to jednak, że wzrost eksportu na innych kierunkach był wyłącznie próbą obejścia amerykańskich ceł bądź poszukiwaniem nowych rynków zbytu wymuszonym przez Waszyngton. Stanowił raczej przejaw widocznej już wcześniej nierównowagi między rosnącą produkcją i niską sprzedażą towarów w Chinach oraz rosnącego popytu na tamtejsze towary na świecie. W minionym roku nadwyżka ChRL w handlu produktami fabrycznymi przekroczyła 2% PKB reszty świata, czyli więcej niż Niemcy i Japonia notowały łącznie w szczycie swojej eksportowej potęgi w latach 70. i 80.

Wzrost nadwyżki handlowej jest wspierany przez zaniżanie wartości renminbi przez Pekin. Mimo że Chiny sprzedały za granicę towary za przeszło 1,2 bln dolarów więcej, niż kupiły, to chińska waluta osłabiła się w 2025 r. w stosunku do euro o blisko 8%. W ujęciu realnym – uwzględniającym różnice w inflacji – skala deprecjacji była jeszcze wyższa, co przełożyło się na zdecydowaną poprawę relatywnej konkurencyjności chińskiego eksportu. Szacunki ekspertów wskazują, że renminbi może być niedowartościowane o 20–30%.

(...)

Na świecie rosną obawy nie tylko przed wykorzystywaniem przez Pekin zależności w łańcuchach dostaw jako instrumentu nacisku politycznego, lecz także przed „chińskim szokiem 2.0”, czyli skutkami ekspansji przemysłowej Chin dla baz wytwórczych innych państw. W warunkach popytu wewnętrznego zbyt słabego, by absorbować szybko rozbudowywane moce produkcyjne, firmy z ChRL coraz agresywniej kierują sprzedaż za granicę, wypierając produkcję z innych gospodarek i utrudniając rozwój nowoczesnych gałęzi przemysłu. Pogarsza to perspektywy wzrostu, destabilizuje rynki pracy i pogłębia zależność od dostaw z Chin. Już dziś ChRL odpowiada za ok. 30% światowej produkcji przemysłowej, a według prognoz ONZ do końca dekady jej udział może wzrosnąć nawet do 45%. W przeciwieństwie do pierwszego „chińskiego szoku” obecna fala ekspansji obejmuje nie tylko tradycyjne branże o niskiej wartości dodanej, lecz także produkty wysokomarżowe oraz sektory kluczowe dla przyszłego wzrostu, bezpieczeństwa technologicznego i transformacji energetycznej.

W odpowiedzi na chińską ekspansję eksportową wiele państw nadal wznosiło bariery protekcjonistyczne, lecz nie wszędzie były one zaostrzane z równą konsekwencją. Krótkoterminowe koszty konfliktu handlowego z USA i zagrożenie retorsjami Pekinu zaczęły równoważyć długoterminowe obawy przed chińską nadprodukcją. W 2025 r. po instrumenty obrony handlu sięgnęły 52 z 70 największych gospodarek świata, ale tylko część z nich bardziej stanowczo zaostrzała kurs wobec Pekinu. Zdecydowane pozostawały przede wszystkim Indie, Brazylia, Turcja i Meksyk. Eskalacja wojny celnej prowadząca do powstania szerokiej „antychińskiej” koalicji stanowiłaby realne zagrożenie dla stabilności chińskiej gospodarki. Na razie jednak świat, uzależniony od szybkich i tanich dostaw z Chin, pozostaje niezdolny do zbudowania szczelnego „muru celnego” wokół ChRL.

Rosnąca nadwyżka w handlu towarami jest pochodną pogłębiającej się dysproporcji pomiędzy lokalnymi możliwościami produkcyjnymi a popytem wewnętrznym. Ambitna polityka przemysłowa władz ChRL prowadzi do przerostu mocy wytwórczych ponad potrzeby miejscowych nabywców. Intensywna konkurencja między firmami podsyca wyniszczające wojny cenowe. W efekcie krajowe dostawy zastępują import, a konkurencyjność chińskich towarów na rynkach zagranicznych rośnie.

Chiny pozostają głównym producentem wielu prostych i niskomarżowych dóbr, ale równocześnie budują przewagi w zaawansowanym przemyśle, który Pekin traktuje jako fundament modernizacji gospodarki oraz źródło bezpieczeństwa i dobrobytu. Władze szczycą się, że w 2025 r. produkcja robotów przemysłowych wzrosła o 28% r/r, obrabiarek do cięcia metalu o 10%, układów scalonych o 27%, inteligentnych dronów o 57%, inteligentnych urządzeń pokładowych do pojazdów o 26%, elementów optoelektronicznych o 19% i urządzeń do druku 3D o 53%, a wartość dodana produkcji wyrobów cyfrowych zwiększyła się o 9%.

Szczególnie dobrze ilustruje to sektor motoryzacyjny, w którym przewagi kosztowe i postęp technologiczny przełożyły się na rosnącą presję konkurencyjną wobec zagranicznych producentów zarówno w ChRL, jak i poza nią. Z szacunków branży wynika, że w 2025 r. sprzedaż aut osobowych za granicę wzrosła o 20%, do blisko 6 mln pojazdów, a Chiny utrzymały pozycję największego eksportera na świecie. Oficjalne dane celne wskazują na jeszcze większą zwyżkę eksportu: o 86%, do przeszło 7 mln sztuk, a także spadek importu o ponad 30%, do niespełna 500 tys. sztuk.

Dostawy z Chin pozostały kluczowe dla globalnej transformacji energetycznej. W 2025 r. eksport komponentów fotowoltaicznych wzrósł o blisko 30%, do przeszło 450 GW, baterii – o ponad 50%, do przeszło 300 GWh, a osobowych samochodów elektrycznych i hybrydowych – o ponad 70%, do 3,8 mln pojazdów. Wartość zagranicznej sprzedaży powyższych towarów, tzw. nowego trio, zwiększyła się o 23%, przekraczając 180 mld dolarów. W krótkim okresie dynamiczny wzrost dostaw z Chin sprzyja „zielonej” transformacji energetycznej dzięki obniżce jej kosztów, jednak w dłuższej perspektywie utrudnia rozwój niezależnej od władz w Pekinie produkcji komponentów i urządzeń niskoemisyjnych technologii na świecie.

Globalna ekspansja chińskiego sektora cleantech to konsekwencja forsowanej przez rządzących transformacji energetycznej, której najważniejszymi celami są poszerzenie samowystarczalności, modernizacja państwa w oparciu o krajowe technologie i źródła energii elektrycznej oraz pobudzanie aktywności gospodarczej. Dostęp do taniego prądu na masową skalę ma wzmocnić konkurencyjność przemysłu i zmniejszyć uzależnienie państwa od importu paliw kopalnych. W okresie, gdy dotychczasowe źródła wzrostu słabną, a nowe pozostają jeszcze niedostatecznie rozwinięte, zielona transformacja podtrzymuje aktywność gospodarczą i wspiera zatrudnienie. Eksperci szacują, że szeroko rozumiany sektor cleantech – obejmujący OZE, energetykę jądrową, sieci elektroenergetyczne, magazyny energii, elektromobilność oraz kolej – stanowił w ubiegłym roku ponad 11% gospodarki, a jego kontrybucja do wzrostu PKB wyniosła 30%.

(...)

Skłonność mieszkańców Chin do zakupów nadal osłabiał pogłębiający się – mimo oznak stabilizacji pod koniec 2024 r. – kryzys na rynku mieszkaniowym. Sprzedaż lokali spadła o 9% pod względem powierzchni i o 13% pod względem wartości. W efekcie była o ponad połowę niższa niż w rekordowym 2021 r. Powierzchnia nowo rozpoczętych inwestycji mieszkaniowych zmniejszyła się o 20%, do najniższego poziomu od 2002 r. Nakłady inwestycyjne ograniczono o kolejne 16%. Podobnie jak rok wcześniej załamanie w sektorze nieruchomości mogło przełożyć się na ograniczenie tempa wzrostu PKB nawet o 2 p.p..

Niski popyt w warunkach silnej rywalizacji rynkowej skutkuje dalszym pogarszaniem się wyników finansowych przedsiębiorstw. W minionym roku zyski dużych firm przemysłowych wzrosły po raz pierwszy od 2021 r., choć o zaledwie 0,6%. Równocześnie odsetek podmiotów notujących straty na koniec roku zwiększył się do 24%, najwyższego poziomu w XXI wieku. Firmy zombie – czyli takie, których zysk operacyjny nie wystarcza na pokrycie kosztów odsetek – stanowiły już ponad 12% wszystkich spółek giełdowych, ponad dwukrotnie więcej niż w 2018 r. i niemal dwa razy więcej niż średnio na świecie. Nieadekwatny poziom konsumpcji w stosunku do możliwości produkcyjnych powoduje, że firmy intensyfikują próby ekspansji zagranicznej, aby poprawić wyniki finansowe.

Słaba kondycja finansowa przedsiębiorstw ogranicza wzrost płac, uszczupla dochody budżetowe, a zarazem – co z punktu widzenia Pekinu najistotniejsze – skłania firmy do wyniszczającej konkurencji cenowej kosztem rozwoju technologicznego. W reakcji na silną presję rynkową wiele podmiotów w pierwszej kolejności ogranicza koszty, w tym nakłady na badania i rozwój. Jest to sprzeczne z wizją „technologicznej ucieczki do przodu” forsowanej przez władze Komunistycznej Partii Chin, w której to innowacje mają prowadzić do wzmocnienia samowystarczalności państwa oraz znalezienia nowych źródeł produktywności.

Narastający problem skłonił Pekin do intensyfikacji kampanii przeciw „wyniszczającej konkurencji” (nèijuǎn). Termin ten pojawiał się w oficjalnym przekazie już od lipca 2024 r. – m.in. w komunikatach po lipcowym posiedzeniu Biura Politycznego KC KPCh i grudniowej Centralnej Konferencji Pracy Gospodarczej. Do rangi jednego z głównych haseł polityki gospodarczej urósł jednak dopiero po przedstawieniu przez premiera Li Qianga w marcu kolejnego roku sprawozdania z prac rządu oraz po wyeksponowaniu na najwyższym szczeblu w czerwcu i lipcu 2025 r., m.in. podczas obrad Centralnej Komisji Finansowo-Gospodarczej i Biura Politycznego KC KPCh, a także w publikacjach partyjnego czasopisma „Qiushi”. Poza samym przekazem politycznym Pekin uruchomił również miękkie, sektorowe naciski administracyjne: od wezwań do „racjonalnej konkurencji” i kontroli cen, kosztów oraz jakości, po wywieranie presji na firmy, by ograniczały nowe inwestycje w branżach z nadwyżkami mocy (w sektorach motoryzacji, fotowoltaiki i baterii, ale też stali, cementu, szkła i metali nieżelaznych).

Jednym ze skutków zaostrzenia retoryki wobec „wyniszczającej konkurencji” był pierwszy w historii całoroczny spadek raportowanych nakładów na środki trwałe. W 2025 r. skurczyły się one o 3,8%. W przeciwieństwie do lat ubiegłych ujemny wynik stał się nie tylko akceptowalny dla Pekinu, lecz także właściwy z perspektywy władz lokalnych i powiązanych z nimi firm, ponieważ potwierdzał ich aktywny udział w kampanii politycznej zaordynowanej przez władze centralne. Nie sposób jednak rozstrzygnąć, w jakiej mierze odzwierciedlał on realne osłabienie aktywności, a w jakiej ograniczenie trwającego od dekad zawyżania statystyk inwestycyjnych w celu osiągania rezultatów zwiększających szanse urzędników na awans w hierarchii partyjno-państwowej. Spadek inwestycji nie ograniczał się bowiem do branż objętych kampanią przeciw „wyniszczającej konkurencji”.

Przyczyn spadku nakładów na środki trwałe należy szukać też m.in. w pogłębiającym się kryzysie na rynku nieruchomości, malejącym uzasadnieniu dla kolejnych inwestycji w obliczu przerostu mocy produkcyjnych oraz ograniczeniu wydatków infrastrukturalnych w związku z nasyceniem Chin tego typu obiektami oraz z przesunięciem środków na spłatę ukrytych zobowiązań władz lokalnych i powiązanych z nimi podmiotów. Nakłady w sektorze nieruchomości skurczyły się aż o 17,5%, wobec 10,8% rok wcześniej i niespełna 9% w 2023 i 2022 r. W poprzednich latach słabość tę kompensowały jeszcze wysokie inwestycje w przemyśle i infrastrukturze, lecz w 2025 r. mechanizm ten przestał działać: pierwsze wzrosły jedynie o 0,6%, a drugie spadły o 2,2%.

Za kampanią przeciw „wyniszczającej konkurencji” stoi zarazem próba odejścia od zdecentralizowanego modelu gospodarczego, opartego na rywalizacji regionów, na rzecz silniejszej centralnej koordynacji i większej kontroli Pekinu nad alokacją zasobów. Aby sprostać oczekiwaniom centrali, władze lokalne od dekad kierują środki do sektorów, które w danym okresie uznawane są za priorytetowe, co prowadzi do dublowania inwestycji, przerostu mocy produkcyjnych, marnowania kapitału, narastania lokalnego protekcjonizmu i intensywnej konkurencji cenowej. Z perspektywy kierownictwa KPCh mechanizm ten słabiej służy dziś rozwojowi technologicznemu, który wymaga specjalizacji, komplementarności i wykorzystania korzyści skali. Priorytetem nie jest szybka ekspansja, lecz wzrost wysokiej jakości. Inną perspektywę mają władze lokalne, dla których ograniczanie mechanizmów podtrzymujących miejscowe firmy oznacza wzrost bezrobocia i osłabienie aktywności gospodarczej, a więc zagrożenie dla stabilności społecznej. Dlatego będą opierać się naciskom centrali tak długo, jak to będzie możliwe.

osw.waw.pl


Wojska inwazyjne miały przy tym wykorzystywać na polu walki bTG, które, jak wspomniałem wcześniej, nadawały się do szybkich działań manewrowych, ale traciły siły oraz impet już po kilku dniach marszu lub w wyniku zderzenia się ze zdecydowanym oporem prowadzonym przez zdeterminowanego przeciwnika. Dlatego dowództwo rosyjskie planowało poruszanie się kolumnami jak najszybciej i omijanie punktów oporu. W ciągu kolejnych dni, z naciskiem na cztery pierwsze doby inwazji (do D+3, gdzie D oznacza dzień agresji), czyli do 27 lutego, zakładano rozbicie wojsk ukraińskich na głównych kierunkach uderzenia i zdobycie albo otoczenie Kijowa. Stabilizacja i likwidacja odosobnionych miejsc koncentracji przeciwnika miała nastąpić do 11. dnia inwazji, czyli 6 marca (D+10). Wtedy też regularne jednostki liniowe SZ FR miały przejść do działań wspierających okupację. Do tego dnia Ukraina miała być pozbawiona przywództwa politycznego, a SZU i inne formacje mundurowe rozbite.

Prawdopodobnie nie przewidywano konieczności opracowania planów awaryjnych. Przyjmowano zapewne, że nie będą potrzebne. Rosjanie uważali, że Ukraina podejmie próbę mobilizacji rezerwistów, ale byli przekonani, że zdąży wystawić jedynie 40 tys. z nich. Zignorowano potencjał SZU i innych formacji mundurowych, a także OT, choć w tym ostatnim przypadku można jeszcze zrozumieć postawę najeźdźców z uwagi na to, że w lutym wciąż miała ona charakter kadrowy. Rosjanie przewidywali też, że dowództwo ukraińskie większość sprawnych bojowo jednostek SZU skieruje do Donbasu, gdzie zostaną związane walką, a nie wykorzysta ich na północy i południu Ukrainy.

Rosjanie zamierzali przy użyciu jednostek specjalnych i wojsk desantowych WDW szybko opanować strategiczne punkty zarówno przy granicach, jak i wewnątrz kraju. Kluczowym elementem były lotniska — celem było przejęcie ich w możliwie nienaruszonym stanie, aby szybko przerzucić tam śmigłowce i samoloty, usprawnić logistykę oraz transport wsparcia. Kontrola nad portami lotniczymi miała podtrzymać tempo ofensywy i przyspieszyć przejęcie kontroli nad terytorium Ukrainy. Przygotowaniom do lądowań miały towarzyszyć uderzenia rakietowe i bombardowania Sił Powietrznych FR. Co istotne, w założeniach nie przewidywano masowego niszczenia miast ani celowego dewastowania infrastruktury krytycznej — tę planowano raczej przejąć w stanie nienaruszonym (np. elektrownie jądrowe). Ostrzał miał być punktowy i (według planistów) "ściąć głowę" ukraińskiemu systemowi decyzyjnemu: celem były ośrodki dowodzenia i miejsca podejmowania decyzji politycznych. W razie ich skutecznego zneutralizowania miała w ukraińskich szeregach zapanować dezorganizacja, a także demoralizacja. Równocześnie ataki rakietowe miały unieszkodliwić ukraińską obronę przeciwlotniczą i lotnictwo, otwierając drogę siłom powietrznym FR i ułatwiając dostawy kolejnych oddziałów oraz zaopatrzenia drogą lotniczą.

W związku z przewidywanym charakterem inwazji SZ FR planowały przeprowadzić liczne "chirurgiczne" operacje przy użyciu specnazu i grup dywersyjnych. Przed rozpoczęciem uderzenia sporządzono listy osób do likwidacji, aresztowania lub izolacji od społeczeństwa. Obejmowały one polityków, rozpoznawalnych wojskowych (w tym medialnie znanych weteranów ATO/OPS), publicystów, dziennikarzy, obrońców praw człowieka, aktywistów antykorupcyjnych, duchownych oraz aktywnych działaczy lokalnych. Jak wspomniałem w rozdziale 1., istniało wysokie prawdopodobieństwo, że planowano zamach na prezydenta Zełenskiego wraz z jego rodziną, gdyby nie opuścił Kijowa zaraz po rozpoczęciu agresji.

W planie inwazji niezwykle ważną rolę powierzono prorosyjskiej agenturze, za którą odpowiadały FSB i GRU. Kreml był przekonany, że pomoże ona odnieść podobny sukces, jak w 2014 r. na Krymie. Prorosyjscy politycy i urzędnicy, szczególnie ci znajdujący się w kręgach władzy, mieli paraliżować proces decyzyjny lub sabotować wykonywanie ważnych rozporządzeń. Nie mniej istotne miało być zniechęcanie do stawiania oporu agresorom. Agentura miała również wskazywać cele i przekazywać informacje bezpośrednio siłom inwazyjnym. Rosyjska Cerkiew Prawosławna na Ukrainie (tzw. Patriarchat Moskiewski) również pomagała w stworzeniu siatki agenturalnej, a dodatkowo aktywnie propagowała tezy Kremla. Jednym z narzędzi służących osłabianiu Ukrainy od wewnątrz była korupcja. Prorosyjscy politycy, urzędnicy i przedstawiciele resortów siłowych mieli też pomóc w ustanowieniu struktur okupacyjnych, a tym samym także legitymizacji podboju Ukrainy przez Rosję. Ważną rolę w tym planie miał pełnić szczególnie Wiktor Medwedczuk, którego darzył zaufaniem Putin.

Na każdym z frontów Rosjanie mieli do pokonania inne bariery naturalne i infrastrukturalne, lecz szczególnie wymagający okazał się właśnie północny teatr działań wojennych. To przecież tam teren przecinały liczne rzeki, którym często towarzyszyły rozległe bagna i grząskie doliny, zwłaszcza wzdłuż granicy z Białorusią. Właśnie podmokły teren, szczególnie w czasie odwilży, stanowił wyzwanie trudniejsze niż większość napotkanych cieków — gdyż zmuszał Rosjan do skanalizowania ataków oraz transportu zaopatrzenia. Obszar ten był również gęsto zalesiony, co sprzyjało zasadzkom i utrudniało przemieszczanie się ciężkiego sprzętu. Mimo to rosyjskie dowództwo w swoich planach niemal całkowicie zlekceważyło te uwarunkowania terenowe, przyjmując, że ofensywa na Kijów z północy — prowadzona po obu stronach Dniepru, a częściowo także od wschodu — przebiegnie szybko i bez większych przeszkód. Możliwe, że pewność siebie podnosiła nie tylko przewaga liczebna i sprzętowa SZ FR, które miały złamać opór lub zniechęcić do jego stawiania, ale również posiadanie dużej liczby mostów pontonowych, które przygotowano właśnie z myślą o ukraińskich działaniach opóźniających, takich jak wysadzanie przepraw.

Zastanawia wybór terminu inwazji. Dlaczego Rosjanie zdecydowali się zaatakować w czasie, gdy zima się kończyła i nadchodziła odwilż? Warunki pogodowe utrudniały działania lotnictwa i prowadzenie rozpoznania, a wilgoć zmieniła pola w bagna, co zmusiło wojska pancerne do skanalizowania marszu po drogach utwardzonych. Wcześniej Rosjanie przeprowadzali inwazje głównie w okresie wiosennym i letnim, gdy było sucho, a noce były krótsze. Przykładem była Gruzja w 2008 r. i zaangażowanie w walki w Donbasie w 2014 r. Tymczasem w dokumentach zdobytych na żołnierzach WDW pod Kijowem widniała wzmianka o wydaniu map i rozkazów 20 lutego, co pozwalało wywnioskować, że pierwotnym terminem inwazji miał być 22 lutego. Rzecz w tym, że zgodnie z sowiecko-rosyjską tradycją takie dokumenty były wydawane jednostkom biorącym udział w operacjach wojskowych właśnie na dwie doby przed ich rozpoczęciem. Oznacza to, że Rosjanie z jednej strony przesunęli najazd o kolejne dwie doby, z drugiej byli gotowi zaryzykować przeprowadzenie inwazji w gorszych warunkach.

/W roku 2021 przeprowadzono atak ekonomiczny na kraje UE, na polu polityki energetycznej - "zakręcono kurek z rosyjskim gazem", w celu wywołania szoku cenowego na Zachodzie, wykorzystując inflację wywołaną bezprecedensową emisją pieniądza podczas pandemii - red./

(...)

Według relacji dowódcy PSG gen. Dejneki, inwazja rozpoczęła się o godzinie 3.40, ostrzałem i atakiem na jeden z punktów granicznych w obwodzie ługańskim. Kilka minut później zaczęły do niego docierać doniesienia z innych odcinków granicy z Rosją. O godzinie 4.00 Dejneko powiadomił ministra Monastyrskiego o natarciu rosyjskim na trzech odcinkach granicy. Jednym z nich był rejon położony przy Czarnobylu. O godzinie 5.17 dowódca PSG wysłał do Zełenskiego sms-a z informacją o sytuacji.

Około godziny 4.00 Rosja rozpoczęła uderzenie rakietowe na Kijów oraz kluczowe obiekty rozmieszczone wokół ukraińskiej stolicy. Głównym celem pierwszej fali ataku były nieruchome obiekty wojskowe: bazy lotnicze, stanowiska dowodzenia, koszary, zidentyfikowane pozycje obrony przeciwlotniczej, systemy radarowe oraz magazyny amunicji i zaopatrzenia. Do bombardowania wykorzystano setki pocisków balistycznych i manewrujących. Po godzinie 6.00 jedna z rakiet typu "Kalibr" ominęła samo miasto i uderzyła na terenie koszar 4. Brygady Szybkiego Reagowania GNU, znajdujących się przy lotnisku Antonowa w Hostomelu — miejscu, które w kolejnych godzinach i dniach stało się areną intensywnych walk i rozpoznawalnym symbolem początku rosyjskiej agresji. Pocisk spadł jednak nie na zabudowania, lecz na pusty plac apelowy. Inna rakieta tego samego typu trafiła natomiast w pobliski blok mieszkalny, powodując zniszczenia w zabudowie cywilnej.

W tym samym czasie z lotniska Bokow w rejonie Mozyrza na Białorusi poderwano w powietrze 34 śmigłowce transportujące żołnierzy wojsk powietrznodesantowych, głównie z 31. Brygady Desantowo-Szturmowej oraz 45. Brygady Specnazu. Grupa licząca ok. 200-300 żołnierzy miała za zadanie zdobyć lotnisko Antonowa wraz z jego najbliższym otoczeniem. Osłonę powietrzną zapewniało jej 10 śmigłowców uderzeniowych Ka-52, wspieranych przez kilka maszyn Mi-24 i Mi-28. Desant wyposażono w elementy szybkiej identyfikacji opisane w poprzednim rozdziale.

Lotnisko Antonowa szykowano do obrony. Zdjęcia satelitarne wskazują, że wokół niego przygotowano nieliczne polowe stanowiska ogniowe. Tam właśnie znajdowały się pozycje żołnierzy wyposażonych w ręczne wyrzutnie rakiet przeciwlotniczych "Igła-1". Razem z działkiem ZSU-23-2 była to jedyna obrona przeciwlotnicza na wyposażeniu gwardzistów z GNU. Ukraińcy mieli ponad 4 godziny na przygotowanie się na przybycie najeźdźców.

Tuż po rozpoczęciu rosyjskiego ostrzału rakietowego dowódca kompanii 4. Brygady Szybkiego Reagowania, mjr Witalij Rudenko, zdołał szybko zmobilizować swoich ludzi, ok. 200 żołnierzy (połowa z nich była poborowymi o niewielkim doświadczeniu), i ruszył z nimi w kierunku Lotniska Antonowa. Nie mógł jednak liczyć na resztę brygady, gdyż niemal wszystkie jej elementy znajdowały się w Donbasie w strefie ATO/OSP. Gwardziści dysponowali głównie bronią strzelecką, postsowieckimi granatnikami przeciwpancernymi oraz wspomnianymi wyżej "Igłami-1" i dwulufowym działkiem przeciwlotniczym kalibru 23 mm. Na terenie koszar mieli też niewielką liczbę pojazdów opancerzonych, ale nieznany jest stan większości z nich, w tym nielicznych czołgów T-64. Podejrzewam, że większość sprawnego sprzętu została zabrana do strefy walk w Donbasie. Podzieleni na kilka mniejszych pododdziałów, zajęli kluczowe pozycje wokół obiektu, przygotowując się do odparcia desantu. Około cztery godziny po pierwszych uderzeniach rakietowych do Hostomela dotarły także elementy 1. Prezydenckiej Brygady Operacyjnego Przeznaczenia im. hetmana Petra Doroszenki GNU oraz wyspecjalizowana jednostka antyterrorystyczna "Omega". Dzięki nim liczebność ukraińskich obrońców wzrosła do ponad 300 żołnierzy.

Około 9.30 rosyjska grupa śmigłowców przekroczyła granicę białorusko-ukraińską, przelatując nad rozległym Zbiornikiem Kijowskim na Dnieprze. Formacja przez blisko godzinę poruszała się bardzo nisko nad lustrem wody, kierując się na południe, po czym skręciła na zachód w rejonie kijowskiej elektrowni wodnej. Właśnie tam doszło do pierwszych strat po stronie agresora — Ukraińcy zestrzelili najpierw śmigłowiec Mi-35M, który spadł na ląd, a chwilę później trafili Mi-24, który runął do wody. W obawie przed kolejnymi trafieniami rosyjscy piloci zaczęli intensywnie odpalać flary, mające odciągnąć od maszyn pociski wystrzeliwane z przenośnych wyrzutni przeciwlotniczych.

Około godziny 10.30 rosyjska formacja śmigłowców znalazła się w rejonie Hostomela i podzieliła się na dwie grupy: maszyny uderzeniowe Ka-52, Mi-24 i Mi-28 miały oczyścić teren Lotniska Antonowa z ukraińskiej obrony, natomiast śmigłowce transportowe Mi-8 otrzymały rozkaz wysadzenia desantu zarówno w południowej części lotniska, jak i w pobliżu koszar Gwardii Narodowej.

Już na początku starcia ukraiński gwardzista ps. "Fara" trafił "Igłą-1" śmigłowiec Ka-52, który ciężko uszkodzony wylądował awaryjnie na pobliskim polu. Jak twierdził później w udzielonym wywiadzie — uczynił to bez skrępowania, gdyż rozpoznał sylwetkę maszyny i wiedział, że w przeciwieństwie do Mi-8 albo Mi-24, wojska ukraińskie nie mają na swoim wyposażeniu takich śmigłowców. W krótkim czasie trafione zostały kolejne dwa Ka-52 (jeden z nich rozbił się na pasie startowym) oraz jeden Mi-28.

Około godziny 11.00 rozpoczął się właściwy atak. Śmigłowce szturmowe intensywnie ostrzeliwały pasy startowe, koszary, warsztaty oraz miejsca, z których Ukraińcy prowadzili ogień, a nad lotniskiem uniósł się gęsty, czarny dym. Dość szybko obrońcom zaczęło brakować amunicji, co zmusiło ich do wycofania się do koszar. Dzięki temu Rosjanie, teraz już bez większych przeszkód, przeprowadzili desant w zachodniej części lotniska przy pasie startowym oraz na północ od bazy 4. Brygady Gwardii Narodowej. Najeźdźcy dość szybko przejęli pod swoją kontrolę większość terenu Lotniska Antonowa.

Thorkill, opierając się na analizie wybranych materiałów audiowizualnych, kwestionuje ukraińskie informacje o zniszczeniu dwóch śmigłowców Mi-8, a także rozbiciu jednej z grup rosyjskiego desantu. Powyższe stwierdzenie stoi jednak w sprzeczności choćby z treścią skrytykowanego przez niego artykułu Andrija Charuka. Ukraiński badacz poddał zresztą krytyce słowa rzecznika prasowego 4. Brygady GNU Charytina Starskiego, który błędnie zidentyfikował część rosyjskich wraków, ale również dowiódł, że po bitwie na lotnisku znaleziono wrak jednego Mi-8AMTSz o identyfikacji RF-9128510. Z kolei zebrane przez Liama Collinsa, Michaela Kofmana i Johna Spencera z "War on the Rocks" relacje ukraińskich żołnierzy wskazują na trafienie tylko jednego Mi-8.

Zarzuty Thorkilla są więc niezrozumiałe, zwłaszcza że nie wskazuje on źródła, które poddaje krytyce. Z drugiej strony tezy, które sam stawia, są co najmniej dyskusyjne. Jego zdaniem "atak wszystkich trzech wskazanych wyżej rosyjskich grup bojowych na opisane wyżej kolejne cele operacji przebiegał bez żadnych komplikacji i praktycznie bez większego oporu ze strony wojsk ukraińskich".

Marek Kozubel - Kijów-Czernihów-Sumy 2022: Klęska rosyjskiego Blitzkriegu

niedziela, 19 kwietnia 2026



Startujący z bezzałogowej platformy nawodnej dron przechwytujący (myśliwski) z po raz pierwszy zestrzelił rosyjski bezzałogowiec uderzeniowy typu Shahed. Poinformowały o tym w niedzielę Siły Systemów Bezzałogowych Sił Zbrojnych Ukrainy.

– Operatorzy dywizjonu bezzałogowych systemów nawodnych 412. Brygady “Nemesis” Sił Systemów Bezzałogowych wykonują misje bojowe w morskiej strefie operacyjnej. To właśnie ta jednostka z powodzeniem przechwyciła bezzałogowy statek powietrzny klasy Shahed za pomocą drona przechwytującego wystrzelonego z bezzałogowej platformy nawodnej – stwierdzono w komunikacie.

Na opublikowanym nagraniu widać dron morski (bezzałogową motorówkę) wyposażony w zdalnie sterowany system wieżowy z karabinem maszynowym oraz prawdopodobnie cztery kontenery startowe dla dronów przechwytujących pionowego startu. 

(...)

Daje to Ukrainie możliwość wysunięcia swojej obrony przeciwlotniczej w głąb Morza Czarnego, znad którego atakowana jest Odessa i inne miasta na wybrzeżu kraju. Z powodu braku okrętów przeciwlotniczych, południe Ukrainy jest narażone na rosyjskie bombardowania – do tej pory użycie dronów przechwytujących było możliwe dopiero wzdłuż linii brzegowej. 

Możliwość startu dronów przeciwlotniczych z pokładu dronów morskich stanowi też potencjalne zagrożenie dla rosyjskich śmigłowców bazujących na Krymie i okrętach Floty Czarnomorskiej. 

centrumeuropy.pl  


Dane na temat rosyjskiego ochotniczego poboru pochodzą od Janisa Kluge, niemieckiego analityka specjalizującego się w śledzeniu rosyjskiej rekrutacji. Robi to, analizując ciągle podawane publicznie dane budżetowe rosyjskich regionów (nie wszystkich, ale odpowiadających za około 50 procent populacji kraju) i rządu federalnego. Wśród nich są informacje na temat tego, ile ogólnie wydano na dodatki za zawarcie kontraktu z wojskiem. W połączeniu z szeroko reklamowanymi przez władze wysokościami owych dodatków pozwala to dość precyzyjnie śledzić, ilu ludzi się zaciągnęło w skali całego kraju.

Z danych Klugego wynika, że pierwsze miesiące tego roku to wyraźne zwolnienie rekrutacji. W porównaniu z pierwszym kwartałem 2025 roku jest to o 20 procent mniej ochotników. Oznacza to około 70 tysięcy podpisanych kontraktów w pierwszych trzech miesiącach tego roku, średnio mniej więcej 800 dziennie. Oficjalnie było to więcej. Dmitrij Miedwiediew będący szefem Komisji ds. Rekrutacji mówił pod koniec marca o "ponad 80 tysiącach" zrekrutowanych osób. Czyli około 1000 dziennie. Według Klugego oficjalne dane budżetowe regionów nie potwierdzają jednak słów Miedwiediewa.

Dzieje się tak pomimo wzrostu nagród za złożenie podpisu pod kontraktem. Składa się na nie kilka elementów. Podstawa to dodatek federalny w kwocie 400 tysięcy rubli (18,9 tysiąca złotych), który jest stabilny. Więcej dopłacają władze regionalne, ciągle aktualizując kwotę w zależności od tego, jak idzie im wypełnianie narzucanej przez Moskwę kwoty pozyskanego rekruta. Według danych Klugego dodatek regionalny to aktualnie średnio niemal 1,5 miliona rubli (około 70 tysięcy złotych). Pod koniec 2025 roku średnie regionalne dodatki wynosiły około 1,3 miliona rubli, choć wcześniej jesienią na chwilę dobiły do prawie 1,4 miliona. Koniec roku był jednak trudny dla rosyjskich regionów, na które Moskwa przerzuciła wiele kosztów prowadzenia wojny. W tym właśnie zmuszając je do finansowania rekrutacji. Kryzys zadłużenia zmusił wiele z nich do cięcia dodatków. Niektóre mogły też obniżyć dodatki z powodu wypełnienia kwoty rekruta.

Średnia rosyjska pensja brutto to około 83-89 tysięcy rubli, choć mediana to zaledwie 40-48 tysięcy. Prawie dwa miliony rubli oferowane za zaciągnięcie się do wojska, plus późniejszy żołd na poziomie od 200 tysięcy rubli i wysokie odszkodowania za rany lub śmierć, są więc dla przeciętnego Rosjanina kwotami ogromnymi. Zmieniającymi życie samego ochotnika, jak i jego rodziny. Pokusa jest więc ogromna. Tym bardziej że dochodzą jeszcze różne przywileje i możliwość umorzenia długów. Władza zrobiła wiele, aby ruszenie na wojnę w Ukrainie było bardzo atrakcyjne ekonomicznie. Niezależnie od tego, tempo rekrutacji najwyraźniej spada.

Nawet tych 200 ludzi dziennie mniej to problem dla rosyjskiej armii. Od właściwie 2 lat większość zachodnich analityków przyjmuje, że traci ona do około 20-30 tysięcy zabitych i rannych miesięcznie. Rekrutacja na poziomie około tysiąca ludzi dziennie pozwalała te straty uzupełniać i to z małą górką, umożliwiającą powolną rozbudowę struktur armii. Taki stan jest zadowalający dla Kremla, którego celem jest wyczerpanie Ukraińców i Zachodu. Ciągłe wysokie straty własne to sprawa drugorzędna. Konieczny koszt zwycięstwa. Jednak jeśli dobrowolna rekrutacja przestanie zaspokajać potrzeby wojska prowadzącego niemal ciągłą ofensywę na wielu odcinkach frontu, to Kreml stanie przed dylematem.

Po pierwsze, będzie mógł zwiększyć presję na własnych obywateli celem przymuszania ich do zawierania kontraktu. Pewne tego oznaki już widać. Pod koniec marca władze obwodu riazańskiego nakazały firmom "nominowanie" części swoich pracowników do podpisania kontraktu wojskowego. Te zatrudniające do 300 ludzi muszą wybrać co najmniej dwójkę, te mające ponad 500 już trójkę. Rosyjscy prawnicy cytowani przez "The Moscow Times" twierdzą, że w praktyce taki nakaz jest sprzeczny z prawem. Pokazuje jednak presję na wypełnienie norm rekrutacji. Amerykańska telewizja "CNN" twierdziła natomiast na początku kwietnia, powołując się na komunikację z rosyjskimi studentami, że na uniwersytetach szybko narasta silna presja na zaciąganie się do wojska. Zwłaszcza do pododdziałów dronowych.

gazeta.pl