piątek, 21 sierpnia 2026


Miejscowość ta miała być zajęta przez Rosjan już na samym początku wojny – w marcu 2022 r. Jednak rosyjski minister obrony oficjalnie pogratulował żołnierzom jej oswobodzenia dopiero w listopadzie 2025 r. A miesiąc później… znów raportował o jej zdobyciu. Tym razem samemu Władimirowi Putinowi.

O najnowszym “wyzwoleniu” Małej Tokczmaczki tym razem poinformowały rosyjskie prowojenne kanały na Telegramie. Pierwsze doniesienia o kolejnym zwycięstwie pojawiły się wieczorem w środę. Jako jeden z pierwszych napisał o tym telegramowy kanał rosyjskiego projektu Lost Armour, który specjalizuje się m.in. w liczeniu strat ukraińskiego sprzętu pancernego.

– Żołnierze Zgrupowania Wojsk „Dniepr" oczyścili miejscowość Mała Tokmaczka i prowadzą walki w zabudowie Orichiwa.

Wiadomość podchwyciły też inne wydawnictwa propagandowe. Na przykład Readovka poświęciła jej osobny rozdział w swoim podsumowującym raporcie frontowym z 19 sierpnia, zatytułowany „Mem się skończył". Autor tego serwisu, Michaił Pszenicznikow, twierdzi, że siły zbrojne FR już zajęły Małą Tokmaczkę, prowadzą jej oczyszczanie i wkrótce ogłosi to rosyjskie Ministerstwo Obrony.

Zdobycie miejscowości zasugerował także popularny Z-bloger Boris Rożyn, autor kanału Colonelcassad. Duży telegramowy kanał Wypuskajtie Krakiena Z także oświadczył, że wieś całkowicie oczyszczono z sił ukraińskich i jest ona kontrolowana przez rosyjską armię.

(...)

Oficjalne i nieformalne rosyjskie źródła już nie po raz pierwszy ogłaszają pełną kontrolę nad Małą Tokmaczką. Moża nawet powiedzieć, że ogłaszają ją… regularnie.

Po raz pierwszy oświadczenie rosyjskiego ministerstwa obrony o „wyzwoleniu" Małej Tokmaczki padło na samym początku pełnowymiarowej wojny – 5 marca 2022 roku. Przez kolejne trzy i pół roku rosyjski resort obrony systematycznie informował o uderzeniach w pozycje sił ukraińskich w rejonie tej wsi.

16 listopada 2025 roku rosyjski resort obrony ponownie poinformowało o „zakończeniu wyzwalania" Małej Tokmaczki – tym razem z adnotacją „Pilne". Następnego dnia żołnierzom 42. Gwardyjskiej Dywizji Zmechanizowanej sił zbrojnych FR pogratulował osobiście minister obrony Andriej Biełousow:

– Uczyniliście poważny krok ku zwycięstwu i osiągnięciu celów specjalnej operacji wojskowej. Nie ma wątpliwości, że nastąpią kolejne sukcesy – zapewniał.

Zdobycia Małej Tokmaczki nie potwierdzili wówczas ani ukraińscy, ani niezależni zagraniczni analitycy. Dokładnie miesiąc później, 17 grudnia 2025 roku, przemawiając przed Władimirem Putinem, Biełousow ponownie oświadczył, że rosyjska armia opanowała ukraińską wieś.

Jeszcze częściej o zdobyciu Małej Tokmaczki lub bliskości tego raportowali Z-blogerzy. Na przykład w lipcu 2025 roku pisali o „przełamaniu potężnej obrony sił ukraińskich we wsi Mała Tokmaczka, która broniła się niemal rok". O zdobyciu „większej części wsi" rosyjscy blogerzy informowali potem w styczniu 2026 roku.

Liczba wzmianek o tej niewielkiej miejscowości stała się w rosyjskiej kronice wojennej  tak częsta, że Mała Tokmaczka stała się popularnym memem. Symbolizuje długotrwałe, krwawe i mało skuteczne rosyjskie szturmy, które nie mają większego znaczenia strategicznego.

W maju 2026 roku 118. Samodzielna Brygada Zmechanizowana sił zbrojnych Ukrainy, która od pierwszych miesięcy pełnowymiarowej wojny broni Małej Tokmaczki, trafiła do Księgi Rekordów Ukrainy. Miejscowość ta stała się najdłużej utrzymywanym przez ukraińską armię odcinkiem frontu – walki o nią trwają już ponad półtora tysiąca dni.

Omawiane w kółko zdobywanie Małej Tokmaczki stało się na tyle absurdalne, że zaczęli wyśmiewać je nawet sami propagandyści. Szydzono, że wieś "jest czymś typu Troi albo Verdun", że Rosja zdobędzie "Kijów w trzy dni, a Tokmaczkę w pięć lat" i z samego Rożyna, który "już rok zdobywa Tokmaczkę".

Licząca przed wojną trzy tysiące mieszkańców Mała Tokmaczka to jeden z kluczowych zewnętrznych węzłów obrony miasteczka Orichiw. Obie miejscowości dzieli zaledwie kilka kilometrów. Po zdobyciu wsi Rosjanie od południowego wschodu wyjdą na obrzeża miasta.

Orichiw to ostatnie kontrolowane przez ukraińską armię miasto oddzielające Zaporoże od linii frontu na południowym wschodzie. Odległość między obrzeżami obu miast wynosi około 40 kilometrów. Nawet jednak w razie upadku Orichiwa pokonanie tego dystansu nie będzie dla rosyjskich pododdziałów łatwe. W drodze na Zaporoże muszą przedrzeć się przez kilka dużych wsi i osiedle Komyszuwacha, w którym w chwili pełnoskalowej inwazji sił zbrojnych FR na Ukrainę mieszkało około 5 tysięcy osób.

centrumeuropy.pl


Eksperci Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych – Aleksandra Wójtowicz, analityczka zajmująca się nowymi technologiami i cyfryzacją, oraz Filip Bryjka, ekspert ds. zagrożeń hybrydowych – zbadali zasięg najbardziej radykalnych sformułowań antyukraińskich, jak “Bandera” czy “stop ukrainizacji”, a także wulgarnych treści kierowanych pod adresem Ukraińców. Analiza obejmowała publikacje na polskojęzycznych kanałach, przede wszystkim na X, ale też na Facebooku i TikToku, które pojawiły się w sieci od kwietnia do lipca 2026 roku

– W kwietniu i na początku maja antyukraińskich treści było stosunkowo mało. Ich gwałtowny wzrost nastąpił dzień po ogłoszeniu przez Zełenskiego decyzji o nadaniu jednostce imienia “Bohaterów UPA”, co nastąpiło 26 maja. Od tego momentu liczba antyukraińskich komentarzy i reakcji wzrosła o 345 proc. w porównaniu z wcześniejszym kwartałem – powiedziała w rozmowie z PAP Wójtowicz.

Ekspertka przypomina, że wcześniej, w okresie od kwietnia do maja, dziennie pojawiało się mniej niż tysiąc antyukraińskich wzmianek, a od maja do czerwca nastąpił ich wzrost do około 10 tysięcy dziennie. W sumie od maja do lipca opublikowano prawie pół miliona takich treści – wyliczyła ekspertka.

Zapytana o autorów tych narracji analityczka wyjaśniła, że stały za nimi siatki botów i konta trolli powiązanych z Rosją oraz prorosyjskie ruchy polityczne w Polsce. Podkreśliła jednak, że przeważająca część komentarzy należała do prywatnych użytkowników.

(...)

– Decyzja prezydenta Zełenskiego uruchomiła falę antyukraińskich narracji, które tkwią w polskim społeczeństwie od dawna. Rosja wykorzystuje je w swoich działaniach propagandowych i dezinformacyjnych już od 2014 roku. Przypomnijmy, że w ubiegłych latach dochodziło w Polsce m.in. do niszczenia pomników i mogił żołnierzy UPA. [...] Wraz z wybuchem wojny w 2022 roku i wzrostem liczby obywateli Ukrainy żyjących w naszym kraju relacje między obywatelami obu państw zyskały o wiele większy ładunek emocjonalny, co Moskwa skwapliwie instrumentalizuje – stwierdził w rozmowie z PAP Filip Bryjka.

Ekspert podkreśla, że Rosjanie w swoich założeniach strategicznych są bardzo konsekwentni. Jego zdaniem w przypadku relacji polsko-ukraińskich ich celem jest doprowadzenie do jak największego skonfliktowania obu stron, sparaliżowania lub zerwania współpracy politycznej i wojskowej, a w wymiarze społecznym dążą do maksymalnego podsycania nastrojów antyukraińskich w Polsce oraz antypolskich w Ukrainie, wykorzystując do tego trudne i nierozwiązane zaszłości historyczne.

W jego opinii taktyczne działania Rosji opierają się głównie na “wykorzystywaniu nadarzających się okazji do tworzenia chaosu i destabilizacji”.

– Kreml nie musi wszystkiego prowokować. Nie ma takiej potrzeby ani często nawet siły sprawczej, choć oczywiście próbuje to robić. Wiemy przecież, że Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego zatrzymała niedawno 11 osób, w tym obywateli Ukrainy i Białorusi. Działając na zlecenie rosyjskiego wywiadu, rekrutowali oni i opłacali uczestników demonstracji organizowanych wśród przebywających w Polsce ukraińskich uchodźców. To, czego powinniśmy się obawiać, to dążenie Rosji, by nienawiść ze sfery informacyjnej została przeniesiona do świata fizycznego, co doprowadziłoby do antypolskich i antyukraińskich protestów – przestrzegł Bryjka.

W jego ocenie Rosja będzie promować narracje antyukraińskie przede wszystkim przed wyborami parlamentarnymi w Polsce w 2027 roku i w ich trakcie, by ingerować w ich przebieg. Z kolei po drugiej stronie granicy działania antypolskie pozwalają zdobywać dodatkowe poparcie wśród środowisk prawicowych na Ukrainie. 

– W efekcie w obu państwach istnieje podatny grunt do instrumentalnego traktowania tych kwestii, co Rosja wykorzysta do wpływania na ich politykę wewnętrzną – dodał.

Bryjka zwrócił także uwagę, że coraz trudniejsze jest wykrywanie i atrybucja dezinformacji, czyli jednoznaczne wskazanie, czy za danym kontem stoi człowiek, bot czy serwer w Rosji.

– Ciężar walki z tym zjawiskiem spoczywa na wielkich platformach technologicznych, a sam unijny akt o usługach cyfrowych (DSA) nie rozwiązuje tego problemu. Polska zresztą nie jest prymusem we wdrażaniu jego postanowień. Jednocześnie skuteczność zgłaszania nielegalnych treści w serwisach społecznościowych jest niska. Według ubiegłorocznego raportu NASK (Naukowej i Akademickiej Sieci Komputerowej) na ponad 46 tysięcy incydentów zgłoszonych do platform zaledwie 12 proc. treści zostało usuniętych, a 68 proc. poddano moderacji. Reszta pozostała bez jakiejkolwiek odpowiedzi. Co ciekawe, w statystykach moderacji TikTok znacząco dominował nad innymi serwisami – podsumował ekspert z PISM.

(...)

W ocenie eksperta kluczem do walki z tym zjawiskiem jest bezwzględne egzekwowanie prawa.

– Dlatego tak ważna jest zdecydowana reakcja państwa i bezwzględne ściganie takich czynów jako przestępstw z nienawiści na tle etnicznym, które powinny być karane z pełną surowością, dając jasny sygnał, że w państwie prawa nie ma przyzwolenia na ksenofobię i przemoc – podkreślił Bryjka.

centrumeuropy.pl


Na morskim placu budowy stanęły wszystkie niezbędne konstrukcje nośne — łącznie 111 stalowych monopali. Cztery z nich będą podtrzymywać morskie stacje elektroenergetyczne, a pozostałe 107 — turbiny wiatrowe. Każdy element to potężna konstrukcja — najdłuższe sięgają 100 m wysokości przy średnicy od 7,5 do ponad 10 m.

Masa pojedynczego monopala dochodzi do 1,9 tys. ton. Holenderski wykonawca Van Oord użył do instalacji dwóch wyspecjalizowanych jednostek pływających: Svanen oraz Aeolus.

Obecnie trwają prace montażowe dotyczące wyposażenia uzupełniającego. Na zainstalowanych fundamentach zamocowanych zostanie ponad 400 elementów — m.in. klatki anodowe zabezpieczające przed korozją, platformy robocze i konstrukcje cumownicze. Większość z nich, bo aż trzy czwarte, produkują rodzime zakłady przemysłowe. Prace potrwają do końca 2026 r.

W kolejnych miesiącach rozpocznie się instalacja morskich stacji elektroenergetycznych i układanie kabli eksportowych. 2027 r. przyniesie montaż połączeń wewnętrznych farmy oraz ustawienie właściwych turbin wiatrowych. Równocześnie postępuje budowa infrastruktury na lądzie, która umożliwi transfer wytworzonej energii do Krajowego Systemu Elektroenergetycznego.

Farma Baltica 2 zlokalizowana jest ok. 40 km od brzegu na wysokości Ustki. Po planowanym uruchomieniu w 2027 r. będzie należała do największych instalacji tego typu na polskich wodach. Jej moc osiągnie ok. 1,5 GW, co wystarczy do zasilenia ok. 2,5 mln gospodarstw domowych w Polsce. Projekt zabezpieczony jest kompletnymi pozwoleniami oraz 25-letnim kontraktem różnicowym (CfD).

businessinsider.com.pl

czwartek, 20 sierpnia 2026



Kluczowe w tej sprawie są wyjaśnienia Marka Falenty, biznesmena, który stał się twarzą afery podsłuchowej. W marcu 2021 r. podczas śledztwa dotyczącego obrotu taśmami przyznał, że działał na zlecenie CBA. Miał kupować nagrania od kelnera i przekazywać je funkcjonariuszom. Jak zeznał, współpracował ze służbami także po wybuchu afery.

— Moja rola polegała na pozyskiwaniu nagrań i przekazywaniu ich do CBA lub wskazanym przez nich dwóm dziennikarzom: panu Nisztorowi i Gmyzowi. To są ich zaufani dziennikarze — mówił śledczym Falenta.

Według jego relacji wszystkie taśmy trafiały do CBA aż do wygranych przez PiS wyborów parlamentarnych w 2015 r. Pierwsze przekazywał Jarosławowi Wojtyckiemu, funkcjonariuszowi CBA, który od 2004 r. był jego oficerem prowadzącym. Po wybuchu afery Falenta miał przekazywać nagrania także pracownikom prawicowych mediów. Wprost wskazał Cezarego Gmyza, który — jak twierdził — przekazywał je później funkcjonariuszom.

"Przekazania taśm odbywały się w wyznaczonych przez CBA mieszkaniach, najczęściej przy ul. Hożej i Pięknej (…) Po wybuchu afery bałem się tego robić i chciałem to zakończyć. Panowie z CBA obawiali się, że śledzi mnie inna służba i dlatego wymyślili, żeby przekazywać taśmy przez pana Cezarego Gmyza" — wyjaśniał Falenta.

Biznesmen twierdził również, że jego współpracę z CBA potwierdzają raporty, które wyciekły do mediów. Według jego zeznań Gmyz miał je otrzymywać od agenta CBA Artura Chodzińskiego, a następnie pokazywać Falencie jeszcze przed publikacją. Jeden z raportów miał nakazywać dalsze pozyskiwanie nagrań.

Chodziński to były dziennikarz "Gazety Wyborczej", który po 2005 r. trafił do CBA. W 2015 r. został zwolniony ze służby w związku z dochodzeniem dotyczącym wynoszenia tajnych materiałów. Po powrocie PiS do władzy w 2015 r. wrócił do CBA i awansował. Nadzorował m.in. operację "Okser", wymierzoną w Romana Giertycha.

(...)

Wróćmy do słów Falenty o zwolnieniu Cezarego Gmyza z tajemnicy dziennikarskiej. To jedna z podstawowych gwarancji wolności mediów — chroni źródła informacji i co do zasady uniemożliwia zmuszenie dziennikarza do ujawnienia informatora. Wyjątkiem jest m.in. zwolnienie z tajemnicy przez sąd lub samo źródło.

W lutym 2015 r. Gmyz zeznawał, że po raz pierwszy usłyszał o Falencie dopiero po jego zatrzymaniu w związku z aferą podsłuchową. Kilka miesięcy później przekazał prokuraturze kopię nagrania rozmowy wicepremier Elżbiety Bieńkowskiej z szefem CBA Pawłem Wojtunikiem, zarejestrowanej 5 czerwca 2014 r. w restauracji "Sowa i Przyjaciele". Odmówił jednak odpowiedzi na pytania o źródło nagrania i o to, czy posiada inne taśmy. Powołał się na tajemnicę dziennikarską.

W styczniu 2023 r., już po zwolnieniu z tajemnicy, Gmyz przyznał, że jego pierwszym źródłem informacji o aferze był Marek Falenta. Zeznał też, że to od niego otrzymał kilkadziesiąt nagrań z warszawskich restauracji, zapisanych na zaszyfrowanym dysku. Część materiałów przekazał prokuraturze.

"Nagrania otrzymałem od Marka Falenty (...) Tych nagrań było kilkadziesiąt. Według mojej wiedzy to było większość nagrań z afery taśmowej. (...) Marek Falenta chciał, by materiały trafiły do CBA" — zeznawał Gmyz. Zanim jednak do tego doszło, nagrania zostały opublikowane w mediach. Gmyz twierdził, że kierował się "interesem publicznym", i zapewniał, że sam nie przekazywał ich innym redakcjom.

"Tajemnica dziennikarska obowiązuje mnie, jeżeli chodzi o to, ile i w jaki sposób kontaktowałem się z Markiem Falentą (…) znam go od dobrych kilku lat (…) Chciałem się zasłonić tajemnicą dziennikarską, odmawiając odpowiedzi na pytanie: czy przed publikacją rozmawiałem z Markiem Falentą na temat tych materiałów (…) Oprócz znajomości dziennikarskiej z Markiem Falentą zwyczajowo składamy sobie, czy to SMS-em, czy w innej formie, na przykład życzenia świąteczne" — zeznał pracownik TV Republika w pierwszym śledztwie dotyczącym afery podsłuchowej.

W swojej książce "Jak rozpętałem aferę taśmową" Nisztor opisał też rozmowy z osobami, które miały dostęp do nagrań. Pojawia się w nich wątek prywatnego detektywa i taśmy, która miała dotyczyć Donalda Tuska i jego wiedzy o Amber Gold. Według rozmówców Nisztora nagranie miało także dotyczyć syna byłego premiera.

Z rozmowy Piotra Nisztora z jego informatorami wynikało, że pewien prywatny detektyw miał wejść w posiadanie nagrania z podsłuchów, co pozwoliło mu na uniknięcie problemów prawnych. Nie pada tam żadne nazwisko.

onet.pl


Prezydent Donald Trump oświadczył w tym tygodniu, że ogranicza wspólne ćwiczenia wojskowe z Koreą Południową, a w środę ogłosił, że jeszcze w tym roku spotka się z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Według azjatyckich dyplomatów i innych osób zaznajomionych z dyskusjami między rządami, sytuacja ta skłania kraje regionu do przyspieszenia wzrostu wydatków na obronność i nawiązywania alternatywnych partnerstw.

— Należy spodziewać się ponownego skupienia się na samowystarczalności — przyznaje jeden z azjatyckich dyplomatów.

— Amerykańska technologia obronna nadal jest najlepsza i dla krajów, które już się na nią zdecydowały, zmiana kierunku lub dywersyfikacja nie jest ani ekonomiczna, ani logiczna ze względu na problemy z kompatybilnością i konserwacją — wskazuje dyplomata. — Sądzę jednak, że te kraje, które mają taką możliwość, będą zwiększać inwestycje w obronę własną, aby w dłuższej perspektywie zmniejszyć zależność od parasola ochronnego Stanów Zjednoczonych — mówi.

— Posunięcie Trumpa wywołuje echo nie tylko w Korei, ale w całym regionie Indo-Pacyfiku /i w Europie Wschodniej - red./, ponieważ wszyscy zastanawiają się, czy ich stosunki ze Stanami Zjednoczonymi są równie niestabilne jak stosunki Koreańczyków — zauważa Ian Brzezinski, który pełnił funkcję zastępcy asystenta sekretarza obrony ds. polityki europejskiej i NATO za prezydentury George’a W. Busha. Brzezinski nadal utrzymuje regularne kontakty z azjatyckimi urzędnikami. /Ian Brzeziński jest synem Zbigniewa Brzezińskiego doradcy prezydenta USA i bratem Marka Brzezinskiego, który w latach 2022–2025 pełnił funkcję ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce - red./

(...)

Korea Południowa jasno daje do zrozumienia, że postrzega działania administracji Trumpa i jej podejście jako zniewagę.

Minister spraw zagranicznych Korei Południowej Cho Hyun powiedział w środę parlamentarzystom w Seulu, że rząd "nie został wcześniej poinformowany" o decyzji Trumpa dotyczącej skrócenia czasu trwania ćwiczeń o tydzień. Prezydent Lee Jae Myung — który w październiku wręczył Trumpowi złotą koronę — stara się przywrócić stosunki wojskowe z USA na właściwe tory poprzez wspólne rozmowy z urzędnikami administracji — dodał Cho.

A rozmowy te "stają się chaotyczne" — twierdzi osoba zaznajomiona z przebiegiem tych dyskusji. — Departament Obrony i Siły Zbrojne USA w Korei są po prostu zaskoczone i nie mają obecnie żadnych konkretnych planów.

Seul już poszukuje innych partnerów. — Prowadzi rozmowy z krajami afrykańskimi, państwami Zatoki Perskiej i Japonią, aby rozszerzyć współpracę — mówi Jung Pak, była wysoka rangą urzędniczka administracji Bidena zajmująca się Koreą Północną i regionem. — Ten spór tylko utwierdzi Republikę Korei w przekonaniu, że musi kontynuować te działania.

Naciski Trumpa na wznowienie głośnych rozmów z przywódcą Korei Północnej, z którym spotkał się trzykrotnie podczas swojej pierwszej kadencji, pojawiają się w momencie, gdy to autorytarne państwo dysponujące bronią jądrową przyspiesza tempo testów rakiet balistycznych oraz gróźb wobec sąsiedniej Japonii.

(...)

Kraje regionu Indo-Pacyfiku już teraz nawiązują alternatywne partnerstwa obronne. Japonia i Filipiny zawarły w czerwcu porozumienie, które tworzy bezpieczny łańcuch dostaw na potrzeby wspólnych ćwiczeń wojskowych, natomiast Indie i Wietnam uruchomiły w maju inicjatywę wspólnej produkcji broni.

— Tokio nieustannie powtarza, że sojusz amerykańsko-japoński jest kamieniem węgielnym jego polityki obronnej, ale w tej chwili sprowadza się to jedynie do pustych słów — mówi Yuki Tatsumi, były specjalny asystent ds. politycznych w ambasadzie Japonii w Waszyngtonie, który pozostaje w stałym kontakcie zarówno z japońskimi dyplomatami, jak i urzędnikami rządowymi w Tokio. — Japonia coraz częściej postrzega siebie jako lidera koalicji sojuszników Stanów Zjednoczonych, odczuwając głęboki niepokój co do długoterminowego zaangażowania USA w regionie.

Rządy azjatyckie odczuwają rosnącą potrzebę podjęcia takich działań ze względu na obciążenia, jakie trwająca wojna w Iranie nakłada na amerykańskie siły zbrojne, oraz wyczerpywanie się kluczowych zasobów amunicji niezbędnych w ewentualnym przyszłym konflikcie z Chinami — twierdzi trzeci dyplomata.

— Zaangażowanie Stanów Zjednoczonych wydaje się coraz bardziej warunkowe, transakcyjne i podatne na to, że wydarzenia w innych częściach świata mogą je przyćmić, co budzi wątpliwości co do tego, czy Stany Zjednoczone będą w stanie utrzymać deklarowany priorytet w regionie Indo-Pacyfiku w obliczu kryzysu rozgrywającego się na wielu frontach — dodaje ta osoba.

onet.pl\Politico


Jest okazja, żeby przywalić PiS i "suwpolizację" tej partii — mówi człowiek z Rozwoju Plus. Nie za ostro, bo w przyszłości może Rozwojowi Plus przyjdzie współpracować z Prawem i Sprawiedliwością, ale wyraźnie odcinając się od linii Nowogrodzkiej. Tym bardziej że PiS jest rozdarte między obroną swojego członka a pytaniami o jego — to wręcz pewne — ucieczkę do Naddniestrza, kontrolowanego przez Rosję separatystycznego terytorium w Mołdawii.

Ale w przekazie Rozwoju Plus są dwa elementy. Pierwszy jest powtórzeniem tego, co ci politycy — od byłego premiera Mateusza Morawieckiego, przez europosła Michała Dworczyka po nieznanych szerzej posłów — mówili, będąc jeszcze w PiS. A więc, że Ziobro z Romanowskim nie mogą w Polsce liczyć na uczciwy proces. — W Państwie Tuska nie mogą liczyć na sprawiedliwość, ale ucieczka do Naddniestrza skreśla każdego polityka — mówi osoba z otoczenia Morawieckiego.

— Niektórzy się cieszą, bo SuwPol ciągnie PiS na dno — słyszymy o nastrojach panujących w otoczeniu byłego premiera.

Inna osoba z tego kręgu: — A kolejni się cieszą, że już nie trzeba się z obowiązku tłumaczyć się z Romanowskiego i Ziobry.

Politycy Rozwoju Plus korzystają z okazji, by jednocześnie uderzać w Tuska (rządowa prokuratura nie daje gwarancji uczciwego procesu) i Kaczyńskiego (polityk PiS ucieka do prorosyjskiego pseudopaństewka). /Czyli robią to samo co Konfederacja, cały czas, udaje że ma coś innego do powiedzenia niż PiS - red./

Morawiecki mówił: — Nie ma dla mnie żadnego usprawiedliwienia dla kogoś, kto pojechał na terytorium de facto kontrolowane przez ludzi Władimira Putina.

A w kolejnych zdaniach przekonywał: — Posłowie z opozycji nie mogą dzisiaj liczyć na sprawiedliwy wyrok, na normalnie funkcjonujące państwo, ponieważ zostało ono absolutnie zbezczeszczone, zniszczone sądy w dużym stopniu zgodnie z doktryną Neumanna [to określenie prawicy opisujące ujawnione siedem lat temu nagranie rozmowy Sławomira Neumanna, na którym mówił on, że osoby należące do tej partii mogą liczyć na wsparcie w przypadku problemów z prawem — przyp. red.].

Europoseł Michał Dworczyk zastrzegł z kolei, że nie wie, gdzie jest Romanowski, lecz "jeżeli by się potwierdziły informacje dotyczące Naddniestrza, to jest sprawa, której nie da się obronić". — Gdyby ktoś chciał korzystać z jakichś udogodnień, czy nawiązywać relacje z przedstawicielami władz Federacji Rosyjskiej, to jest to sytuacja, którą należy ocenić krytycznie. I w tym sensie jest ona nie do obrony — dodawał Dworczyk.

onet.pl\Newsweek

środa, 19 sierpnia 2026



— Jednym z najważniejszych aspektów terapii dla pacjentów, którzy doświadczyli psychozy, jest uświadomienie im różnicy między faktem a osądem — wyjaśnia. — Kiedy rozmawiają ze mną i przedstawiają swoje myśli lub pomysły jako fakty, mogę skłonić ich do podania tego w wątpliwość. Kiedy przedstawiają coś swojemu chatbotowi jako fakt, AI zazwyczaj traktuje to jako fakt, co tylko utwierdza ich w przekonaniach. Wielu pacjentów to, co mówi im AI, traktuje tak, jakby informacja została zweryfikowana lub była naukowo udowodniona. Nagle muszę podważać coś, co dana osoba przyjęła za fakt w 100 proc., podczas gdy to, co ja jej mówię, jest w jej umyśle jedynie moim przypuszczeniem — dodaje Deb Bushong.

Keith Sakata, psychiatra z UC San Francisco i Amae Health, opisuje ten frustrujący schemat jako "konkurencyjną narrację terapeutyczną". Lekarz może poświęcić godzinę tygodniowo, by pomóc pacjentowi w podważeniu zniekształconego przekonania, a chatbot przez resztę tygodnia będzie je potwierdzał.

Na tym polega fundamentalny problem związany z AI, który dotyczy nie tylko zdrowia psychicznego, ale niemal każdego możliwego jej zastosowania. Sztuczna inteligencja może reagować wyłącznie na przekazane jej informacje, a jakość i dokładność polecenia (promptu) determinują jakość i dokładność odpowiedzi.

O ile za jakość wpisywanego promptu odpowiada tylko użytkownik bota, to specjaliści ds. zdrowia psychicznego mogą uzyskać mnóstwo informacji od osób pozostających pod ich opieką, nawet jeśli pacjenci w ogóle się nie odzywają.

(...)

Dla osoby wrażliwej, podatnej na poważniejsze problemy ze zdrowiem psychicznym, takie jak urojenia, psychoza lub myśli samobójcze, ta luka informacyjna może mieć katastrofalne konsekwencje. Narzędzie to może wydawać się czymś więcej niż tylko źródłem informacji lub nieustannie dostępnym terapeutą; może się stać przewodnikiem duchowym lub partnerem romantycznym, wszechmocnym bóstwem lub współspiskowcem.

(...)

Doktor Suzette Glasner, wykładowczyni na Wydziale Psychiatrii i Nauk Biobehawioralnych Uniwersytetu Kalifornijskiego, wyjaśniła, że takie sytuacje mogą się zdarzać, ponieważ dostępne na rynku chatboty AI są tak projektowane i szkolone, by przypochlebiać się użytkownikom.

— Prawdziwa terapia polega na wspieraniu pacjenta, ale także na wyrażaniu sprzeciwu, kiedy trzeba. Sztuczna inteligencja jest szkolona tak, by ludzie ­czuli się dobrze z otrzymaną odpowiedzią, co zwiększa ich skłonność do angażowania się, ale jest sprzeczne z najlepszymi praktykami terapeutycznymi — tłumaczy Glasner. — Narzędzia AI nie mają też niezawodnej zdolności do odróżniania rzeczywistych doświadczeń użytkownika od tych, które mogą już wskazywać na utratę kontaktu z ­rzeczywistością.

onet.pl\Newsweek


Część 1 (Kobieta):
„I to by było na tyle. Wszystko się skończyło. Srev oficjalnie nie istnieje, bo nie mamy już nic. Dzięki magazynowi w Szuszarach, który był naszym głównym magazynem... Na własnym magazynie, w biznes-centrum nie mamy praktycznie nic.
I tak 8 lat poszło na marne. Wszystko, nie ma nic. Nic.
Tak, są małe... ile tam, 30-40 tysięcy... Przepraszam, 15 milionów.
Nie mam... Ale nie mamy już nic. Mam na myśli, że nie ma zapasów, nie ma oszczędności, żeby jakoś... robić coś dalej. W każdym razie, wyzerowaliśmy się.
Wszystko. Dzisiaj... Siedzę i myślę, no tak naprawdę to niczego nie miałam. Mówiąc szczerze, klienci byli z Wildberries, kupujący z Wildberries, logistyka z Wildberries, reklama z Wildberries. A ja miałam tylko moje majtki i już ich nie ma. Cholera, płakać się chce, ale nie ma już siły.
Przepraszam.
Oficjalnie jestem nędzarką. I w dodatku w długach, k***a. Tak sobie żyjemy.”

Część 2 (Mężczyzna w samochodzie):
„Spójrzcie, teraz spaliło się 80% Wildberries. Towarów, magazynów — tego już się nie odzyska.
I pytanie brzmi następująco: to przecież nie są tysiące, nie dziesiątki tysięcy, ani nawet nie setki tysięcy ludzi — to są miliony ludzi, którzy pracowali na Wildberries i wokół Wildberries. Czyli to jest ogromny rynek podatników, ludzi, biznesów. W większości to wszystko jednoosobowe działalności gospodarcze (IP). Oni odpowiadają swoim majątkiem przed bankami.
Czyli w tej chwili jest to bankructwo, no... milionów ludzi. Bezrobocie na rynku wynosi już chyba z 40-50%. Tak, jeśli jesteś tokarzem czy spawaczem, to rzeczywiście znajdziesz pracę. Ale nie każdy chce nim być. Ja na przykład nie chcę być... Jestem raczej za naukami humanistycznymi. Każdy wybiera swoje.
I pojawia się pytanie: co mają robić ci ludzie? Jak mają się dalej rozwijać, jak wyżywić dzieci, jak patrzeć w przyszłość?
Powstaje pytanie — jak mamy dalej żyć w harmonii z tym, co się dzieje? Ja nie mam pytań, bardzo mocno kocham Rosję i nigdy nie myślałem o tym, żeby ją opuszczać. Ale teraz pojawia się myśl, że chyba trzeba zrobić ten krok mając 40 lat i znaleźć coś nowego w innym miejscu. Ale ja tego nie chcę... Po prostu nie rozumiem, jak dalej żyć, tak szczerze.”

/Translacja z materiałów wideo nagrywanych przez zrozpaczonych Rosjan - red./

x.com/CiemnejW


Skandal w rosyjskiej bankowości: Wnieszekonombank właśnie zwolnił swojego głównego ekonomistę Andrieja Klepacza po jego opinii, że Rosja właśnie przegrywa wojnę, bo Ukraina ma sojuszników.

Rosja nie będzie w stanie wygrać rywalizacji w „wojnie na wyniszczenie”, dopóki Ukraina jest wspierana przez świat zachodni. Powiedział o tym podczas sesji Klubu Nikickiego Andriej Klepacz, główny ekonomista Wnieszekonombanku (WNP . RF) — kluczowego rosyjskiego banku państwowego, który finansuje projekty narodowe Kremla i ma status „państwowej korporacji rozwoju”.

Według Klepacza koszty ponoszone przez rosyjską gospodarkę wskutek sankcji i zachodniej blokady rosną, zwiększają się straty spowodowane ukraińskimi uderzeniami w porty, infrastrukturę, zakłady chemiczne i rafinerie, a Rosja coraz bardziej pozostaje w tyle za światem pod względem rozwoju technologicznego.

„Pozostajemy w tyle. Przegrywamy zarówno technologiczną, jak i gospodarczą konkurencję na świecie. Co więcej, jak już mówiłem, przegrywamy ją nie tylko z Chinami i USA — w pewnych obszarach przegrywamy ją nawet z Ukrainą. Ukraińska gospodarka jest oczywiście częściowo zniszczona, kraj przeżywa katastrofę demograficzną. Ale mimo wszystko ukraińska gospodarka przetrwała. Oczywiście otrzymuje ogromną pomoc finansową […] Przy takiej skali pomocy ich wydatki wojskowe i własne wydatki to łącznie mniej więcej niemal 50% naszego budżetu” — powiedział Klepacz.

Według portalu "The Bell"  ekonomistę zwolniono po „telefonie z góry”. Drugie źródło również powiązało tę decyzję z wypowiedzią Klepacza o wojnie.

x.com/AryoSomeGumul

wtorek, 18 sierpnia 2026



Między USA a Rosją trwa "cicha" dyplomacja w sprawie Ukrainy - Financial Times

Według informacji gazety, w czerwcu szef Komisji ds. Sztuk Pięknych w USA, Rodney Mims Cook Jr., uczestniczył w Petersburgskim Forum Gospodarczym, gdzie spotkał się z przedstawicielami Kremla i omawiał możliwość zakończenia wojny.

x.com/WarNewsPL1


Właśnie NATO prowadzi największą od lat demonstracje siły w powietrzu nad Polską i Bałtykami.

Można szacować na ponad 50 maszyn jednoczasowo w powietrzu. Przy czym tylko część maszyn wsparcia ma włączone transpondery. 

Ewidentny sygnał dla Rosjan lub…przygotowania do sojuszniczej  operacji obronnej gdyby coś miało wlecieć nad Polskę i Bałtyki.

Najpierw były ostrzeżenia na poziomie politycznym że NATO wie o planowanej prowokacji Rosjan a teraz pojawiają się główni aktorzy potencjalnej „Krainy marzeń” (...). 

Nie ma przypadków - brak było ogłaszanych ćwiczeń tej skali zatem to co widać to nagła dyslokacja na teren działań  tzw sojuszniczych sił wsparcia. 

NATO jest gotowe i demonstruje to dobitnie Kremlowi.

x.com/wolski_jaros